HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie XII. Wyznanie bez ostentacji

Gdy szukam swojej drogi albo decyzji Apostolat i misje
„Wy jesteście światłością świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze."
W skrócie. Newman wyjaśnia, jak zarazem wyznawać wiarę odważnie i unikać ostentacji: głównym sposobem jest posłuszeństwo Kościołowi i jego ustanowieniom, które zdejmują z nas ciężar osobistego przechwałania. Zwykłe życie wiernego chrześcijanina samo w sobie — bez zamierzenia — objawia Chrystusa przez słowa i czyny, które inni zapamiętują i które pobudzają do naśladowania. Tam, gdzie konieczne jest jawne upomnienie lub wyznanie publiczne, należy czynić to łagodnie, bez pozy i w duchu pokory.

„Wasze słowa i uczynki wykażą z biegiem czasu — jak się mówi — gdzie jest wasz skarb i wasze serce.”

*„Wy jesteście światłością świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze."* — Mt 5,14

Zbawiciel daje nam w tym ustępie Swego Kazania na Górze nakaz, byśmy jawnie wyznawali naszą wiarę przed wszystkimi ludźmi. „Wy jesteście światłością świata" — mówi do uczniów — „Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niechaj wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie." Lecz zaraz potem mówi: „Kiedy dajesz jałmużnę… kiedy się modlisz… kiedy pościcie… nie bądźcie dla ludzi widoczni… lecz przed Ojcem twoim, który jest w ukryciu". Jak pogodzić te dwa nakazy? Jak zarazem wyznawać się chrześcijanami, a ukrywać chrześcijańskie słowa, uczynki i zaparcie się siebie?

Spróbuję teraz odpowiedzieć na to pytanie, to znaczy wyjaśnić, w jaki sposób możemy być świadkami Boga wobec świata, a jednak bez pretensjonalności, afektacji ani ordynarnej i nieprzystojnej ostentacji.

1. Na początku można by wiele powiedzieć o tym sposobie świadczenia Chrystusowi, który polega na dostosowaniu się do Jego Kościoła. Ktoś, kto po prostu czyni to, co Kościół mu nakazuje (gdyby nawet na nic więcej się nie zdobył), dawałby światu dobre świadectwo wiary — i to takie, którego nie można ukryć — a zarazem z bardzo małym, jeśli w ogóle z jakimkolwiek, osobistym popisem. Czyni jedynie to, co mu polecono; nie bierze odpowiedzialności na siebie. Apostołowie i Męczennicy, którzy założyli Kościół, Święci we wszystkich wiekach, którzy go zdobili, oraz żyjące dziś jego Głowy — wszyscy ci zdejmują z niego ciężar wzniosłego wyznania wiary i biorą na siebie winę (by tak rzec) pozornej ostentacji. Nie mówię, że bezbożni nie będą go nazywać przechwałcą, surowcem albo hipokrytą — to nie jest tutaj kwestią. Kwestią jest, czy w oczach Bożych zasługuje on na naganę; czy nie jest taki, jakim chciałby go Chrystus: prawdziwie i rzeczywiście — cokolwiek świat mówi — łączącym pokorę z odważnym zewnętrznym wyznaniem wiary; czy nie głosi w ten sposób Chrystusa, nie narażając własnej czystości, łagodności i skromności charakteru. Jeśli bowiem człowiek staje na własnym gruncie, ogłaszając siebie osobiście jako świadka Chrystusa, to istotnie smuci i mąci spokojnego ducha, jakiego Bóg nam daje. Lecz miłosierna opatrzność Boża ocaliła nas od tej pokusy i zabroniła nam jej ulegać. Bóg każe nam jednoczyć się w jedno i osłaniać osobiste wyznanie wiary powagą ogólnego ciała. W ten sposób, choć świecimy światu jako światła skuteczniej, niż gdybyśmy osobno migotali na pustkowiu bez łączności z innymi, czynimy to zarazem z o wiele większą skrytością i pokorą. Dlatego właśnie Kościół czyni za nas tak wiele: ustanawia posty i uroczystości, czasy wspólnej modlitwy, porządek sakramentów, obrzędy pobożne przy ślubach i pogrzebach — a wszystko to w ustalonych formułach stałych słów; aby, powiadam, zdjąć z nas osobistego ciężaru wzniosłego wyznania wiary, ciężaru sugerowania, że sami z siebie jesteśmy czymś wielkim przez wymyślanie sobie uroczystych modlitw i hymnów pochwalnych — zadania daleko przewyższającego ogół chrześcijan, mówiąc ostrożnie; zadania, przed którym cofną się ludzie pokorni, lękając się okazać hipokrytami, i które zaszkodzi tym, którzy je podejmą, czyniąc ich ducha szorstkim i bezecnym. Pragnę mówić o tym zagadnieniu jako o kwestii praktycznej; jestem bowiem przekonany, że jeśli naprawdę i w rzeczywistości pragniemy szerzyć znajomość Prawdy, dokonamy tego znacznie skuteczniej, a zarazem w sposób czystszy, trzymając się razem, niż świadcząc każdy z osobna. Widać ludzi, którzy na wszelkie sposoby dziwaczne usiłują oddawać chwałę — jak sądzą — Bogu. Gdyby tylko szli za Kościołem; gromadzili się razem na modlitwie w niedziele i dni świętych, ba, każdego dnia; szanowali rubrykę, stosując się do niej posłusznie, i kształtowali swoje rodziny w duchu Modlitewnika — twierdzę, że w ogólnym rozrachunku praktycznie daliby o wiele więcej dobrego, niż próbując nowych planów religijnych, zakładając nowe towarzystwa religijne albo wykuwając nowe poglądy religijne. Pomijam większe błogosławieństwo, jakiego mogliby oczekiwać, idąc drogą obowiązku — a to jest pierwszym względem.

2. Jeden sposób wyznawania bez pokazu już został wskazany — posłuszeństwo Kościołowi. Rozważmy teraz, jak wielkie jest wyznanie wiary, a zarazem jak nieświadome i skromne, wypływające ze zwykłego codziennego trybu życia jakiegokolwiek prawego chrześcijanina. Niech ta myśl będzie pociechą dla niespokojnych dusz, które lękają się, iż nie wyznają Chrystusa, a przecież drżą przed publicznym popisem. Wasze życie objawia Chrystusa bez waszego zamiaru. Nie możecie temu zapobiec. Wasze słowa i uczynki wykażą z biegiem czasu — jak się mówi — gdzie jest wasz skarb i wasze serce. Z obfitości serca usta wasze mówią słowa „zaprawione solą". Spotykamy niekiedy ludzi, którzy starają się spełniać swój obowiązek w zwykłym biegu życia, a słyszą ze zdziwieniem, że są wyśmiewani i obrzucani szyderstwami przez osoby lekkomyślne lub światowe. Tak być powinno; i tak być powinno, że są tym zaskoczeni. Jeśli prywatny chrześcijanin od początku liczy, że wywoła zamieszanie w świecie, obawiam się, że nie jest tak pokorny, jak być powinien. Lecz ci, którzy spokojnie idą drogą posłuszeństwa, a mimo to zostają wykryci przez bystre oko zazdrosnego, osądzającego siebie samego, a przecież pysznego świata, i którzy, odkrywając swoją sytuację, najpierw cofają się przerażeni i cierpią, potem badają, czy cokolwiek uczynili źle, a mimo wszystko żałują tego, i dopiero powoli i bardzo nieśmiało — jeśli w ogóle — uczą się radować z tego — ci są trzodą Chrystusa. To ci, którzy naśladują Tego, który był cichy i pokornego serca, Jego wybrańcy, w których widzi odbitą swoją własną podobiznę. Zważcie, jak tacy ludzie okazują swoje światło w niegodziwym świecie, a jednak nieświadomie. Mojżesz zszedł z góry, „nie wiedząc, że skóra jego twarzy promieniała" jak człowiek, który obcował z Bogiem. Lecz „gdy Aaron i wszyscy synowie Israela ujrzeli Mojżesza, oto skóra jego twarzy promieniała; i bali się przystąpić do niego". Któż potrafi ocenić moc poszczególnych słów wypowiedzianych we właściwej chwili! Ile z nich jest zapamiętywanych i pielęgnowanych przez tę czy inną osobę, których sami zapomnieliśmy, a one przynoszą owoc! Jak nasze dobre uczynki pobudzają innych do współzawodnictwa w dobrej sprawie, choć Aniołowie to dostrzegają, a my nie! Jak myślą o nas ludzie, o których nigdy nie słyszeliśmy, lub których widzieliśmy tylko raz, w dalekich i nieznanych krajach! Spójrzmy przez chwilę na tę przyjemniejszą stronę naszych dokonań, tak jak i na smutny widok naszych złych wpływów. Bez wątpienia modlitwy nasze i jałmużny wznoszą się jako słodka ofiara, miła Bogu; i miła Mu nie tylko jako akt pobożności, lecz i miłości bliźniego ku wszystkim ludziom. Nasze zajęcia i rozrywki, radości i smutki, opinie, upodobania, studia, poglądy i zasady — wszystko zdąża w jednym kierunku, ku niebu. Czy jesteśmy wysoko, czy nisko postawieni, możemy na swoim miejscu służyć i tym samym wielbić Tego, który za nas umarł. „Mała dziewczynka, uprowadzona w niewolę z ziemi Izraela, która usługiwała żonie Naamana", wskazała wielkiemu dowódcy wojsk króla Syrii środek uzdrowienia z trądu, a „jego słudzy" przemawiali do niego później dobrymi słowami i przywrócili go do rozsądku, kiedy chciał odrzucić sposób leczenia przepisany przez proroka. To może ukoić niespokojne umysły i pocieszyć nadmiernie skrupulatne sumienie. „Ufaj Bogu i czyń dobro" — a musisz, nie możesz nie okazywać swego światła przed ludźmi jak miasto na górze.

3. Mimo to jest całkowita prawdą, że są okoliczności, w których chrześcijanin jest zobowiązany jawnie wyrażać swoją opinię w sprawach i kwestiach religijnych; i na tym właśnie polega prawdziwa trudność — jak czynić to bez pokazu. Stosownie do miejsca zajmowanego przez człowieka w społeczeństwie, jest bardziej lub mniej jego obowiązkiem swobodne wypowiadanie swoich przekonań. Nie wolno nam nigdy pochwalać grzechu i błędu. Najbardziej oczywistym i skromnym sposobem przeciwdziałania złu jest milczenie i odsuwanie się od niego; na przykład mamy obowiązek stronić od ludzi świadomych i jawnych grzeszników. Święty Paweł wyraźnie nakazuje nam „nie przestawać, jeśli ktoś, zwąc się bratem (to jest chrześcijaninem), jest rozpustnikiem, chciwym, bałwochwalcą, złorzeczącym, pijakiem lub zdziercą; z takim nawet nie jadać". I Święty Jan udziela nam podobnej rady w odniesieniu do heretyków. „Jeśli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki (to jest prawdziwej nauki Chrystusa), nie przyjmujcie go do domu ani go nie pozdrawiajcie; bo kto go pozdrawia, uczestniczy w jego złych uczynkach". Jasne, że takie postępowanie nie wymaga wielkiego pokazu, gdyż polega jedynie na stosowaniu się do przepisów Kościoła; choć często trudno wiedzieć, w jakich okolicznościach należy je stosować — co jest już innym pytaniem.

Trudniejszym obowiązkiem jest wydawanie sądów — do czego chrześcijanin jest często zobowiązany — o bieżących wypadkach i publicznych osobistościach. Staje się jego powinnością w miarę, jak zajmuje stanowisko i posiada wpływ w społeczności, aby nakłaniać innych do podzielania jego przekonań. Przede wszystkim duchowni mają obowiązek kształtować i wygłaszać opinię. Mówi się niekiedy potocznie, że duchowny nie powinien mieć nic wspólnego z polityką. Jest to prawda, jeśli chodzi o to, że nie powinien dążyć do celów doczesnych, stronnikować z partią polityczną jako taką, ubiegać się o popularny aplauz ani o względy możnych, ani szukać przyjemności i tracić czasu na sprawach tego świata, ani być chciwym. Lecz jeśli oznacza to, że nie powinien wyrażać opinii i wywierać wpływu w jednym kierunku bardziej niż w innym, jest to wyraźnie sprzeczne z Pismem Świętym. Czyż Apostołowie, przy całej swojej czci dla władzy doczesnej, czy żydowskiej, czy rzymskiej, i przy całym swoim oderwaniu od ziemskiej ambicji, nie potępiali swoich władców jako niegodziwców, którzy ukrzyżowali i zabili Pomazańca Pańskiego? I czy byliby jak miasto na górze, gdyby tego nie czynili? Gdyby rzeczywiście troski tego świata można było całkowicie oddzielić od spraw Królestwa Chrystusowego, to wtedy wszyscy chrześcijanie — zarówno świeccy, jak i duchowni — powinni powstrzymać się od myśli o sprawach doczesnych i pozwolić, by marny świat płynął z nurtem wypadków, aż zginie; lecz skoro — jak jest w rzeczywistości — to, co dzieje się w narodach, musi wpływać na sprawę religii w tych narodach, skoro Kościół może być uwiedziony i zepsuty przez świat, a na świecie są niezliczone dusze do nawrócenia i zbawienia, i skoro chrześcijański naród jest zobowiązany stać się częścią Kościoła — zatem naszym obowiązkiem jest stać jak latarnia na górze, wołać głośno bez ustanku, podnosić głos jak trąba i oznajmiać ludowi jego grzechy, a domowi Jakuba jego przestępstwa. A wszystko to można czynić bez uszczerbku dla chrześcijańskiej łagodności i pokory, choć jest to trudne. Nie musimy się złościć ani używać kłótliwych słów, a mimo to możemy stanowczo wyrażać naszą opinię, w miarę posiadanych środków do jej wyrobienia, i być gorliwymi wobec Boga we wszelkiej czynnej dobrej służbie, oraz skrupulatnie i wyraźnie trzymać się z dala od złych ludzi, których niecnych knowań się obawiamy.

Jeszcze trudniejszym obowiązkiem jest osobiste upominanie tych, na których napotykamy w życiowym obcowaniu, a którzy grzeszą słowem lub czynem, i świadczenie przed nimi w imię Chrystusa; to znaczy trudno jest jednocześnie być skromnym i gorliwym w takich wypadkach. Wiemy, że jest to wyraźne i często powtarzane przykazanie Chrystusa, by mówić innym o ich błędach dla miłości bliźniego; lecz jak czynić to bez pozoru, ba, bez rzeczywistej pychy i surowości? Są osoby, które gorliwie pragną wypełniać w pełni swój obowiązek, lękając się, że są w tej szczególnej dziedzinie niedoskonałe — i to z powodu nagannej opieszałości i bojaźni przed dawaniem zgorszenia; a z drugiej strony odczuwają boleśność upominania drugiego i — by użyć pospolitego słowa — niezręczność tego. Takie osoby muszą zważyć, że choć upominanie jest obowiązkiem, nie jest ono od razu obowiązkiem wszystkich ludzi; a zakłopotanie, jakie się z nim wiąże, rodzi się często właśnie z niestosowności podejmowania go w danym konkretnym przypadku. Jest rzeczą niestosowną, jako ogólna zasada, by młodzi świadczyli przed starszymi inaczej niż przez milczenie. Tym bardziej niestosownym jest, by podwładni ganili przełożonych; na przykład dziecko swego rodzica, rzecz jasna; albo osoba prywatna swego naturalnego i przez Boga wyznaczonego przełożonego. Kiedy przybieramy rolę, która nam nie przystoi, odczuwamy oczywiście zakłopotanie; i choć może uczyniliśmy to w uczciwości i gorliwości — choćby nieokrzesanej — i może Bóg w swym miłosierdziu przyjmie naszą posługę, to mimo wszystko upomina nas zarazem przez samo nasze poczucie zmieszania i wstydu. Co do tych, którzy grubiańsko ganią drugiego — i to przełożonego — i nie czują przy tym żadnego bólu, nie mam nic do powiedzenia tym ludziom, prócz wyrażenia gorącego pragnienia, by zostali zaprowadzeni na bardziej chrześcijańskie usposobienie. Nie odczuwają nawet trudności świadczenia Bogu bez pokazu.

Warto też rozważyć, że pełnienie roli świadka prawdy, ostrzeganie i upominanie, nie należy do elementarnych obowiązków chrześcijanina. Mam na myśli to, że nasze obowiązki przychodzą w pewnym porządku, jedne przed drugimi, i że ten nie jest jednym z pierwszych z nich. Naszymi pierwszymi obowiązkami są: nawrócenie się i wiara. Byłoby doprawdy dziwne, gdyby człowiek, który właśnie zaczął myśleć o religii, miał się stawić za „kogoś wielkiego", zakładać, że jest świętym i świadkiem, i napominać innych do nawrócenia się do Boga. To oczywiste. Lecz w miarę upływu czasu i kształtowania się jego religijnego charakteru, gdy postępuje ku doskonałości we wszystkich swoich obowiązkach, przyjmuje na siebie w ich liczbie również obowiązek świadczenia Bogu słowem. Trudno powiedzieć, kiedy człowiek ma prawo jawnie ganić innych; z pewnością nie wcześniej, niż posiądzie znaczną pokorę, której miarą może być brak poczucia triumfu w tym, znaczna pokora — nieobecność poczucia tryumfu w czasie upominania, świadomość, że z natury nie jest lepszy od osoby, przed którą świadczy, i że jego rzeczywiste grzechy zasługują na srogą naganę, gdyby były światu znane; miłość ku osobie upominanej i gotowość do poddania się zasłużonej naganie z jej strony. We wszystkim tym mówię o świeckich. Duchownemu przysługuje obowiązek upominania z tytułu jego urzędu. I po tym wszystkim, gdyby nam okazało się jasno, że naszym obowiązkiem jest manifestować nasze wyznanie wiary w tak wyrazisty sposób przed innym człowiekiem, to aby czynić to skromnie, musimy czynić to życzliwie i radośnie, tak łagodnie, jak potrafimy; robiąc to w jak najmniejszym stopniu, na jaki możemy sobie pozwolić; nie wyolbrzymiając spraw ponad miarę ani nie okazując całego naszego chrześcijańskiego wzrostu duchowego — lub tego, co za taki uważamy — gdy wystarczy wyciągnąć rękę — że tak powiem — lub rzucić spojrzenie. A przede wszystkim — jak już rzekłem — postępując tak, jakbyśmy myśleli, ba, rzeczywiście myśląc, że może przyjść dzień, kiedy winowajca upomni nas; nie wynosząc się nad niego, odczuwając nasze wielkie niedoskonałości, i pragnąc, by on nas upomniał, gdyby zaszła potrzeba, i z góry mu za to dziękując; postępując, to znaczy, w duchu, w jakim ostrzegamy człowieka w marszu przed nierównym gruntem, który mógłby go potknąć, uważając, że jest on naszym przyjaznym postępowaniem zobowiązany do oddania nam tej samej przysługi. Co do poważnych okazji do wyznawania Chrystusa, rzadko się zdarzą, chyba że człowiek sam wedrze się w towarzystwo, w którym nigdy nie powinien był bywać, zaniedbawszy nakaz: „Wyjdźcie spośród nich i odłączcie się" — i wtedy nie ma właściwie prawa do upominania, skoro sam popełnił pierwotną winę. Jest to jeszcze jedna przyczyna naszego zakłopotania w wyznawaniu Chrystusa przed światem. Zaprzyjaźniamy się z grzesznikami — i wtedy mają nad nami przewagę.

Na zakończenie. — Pyta się często, czy człowiek może po prostu i spokojnie spełniać swój obowiązek, nie będąc przez świat uważanym za ostentacyjnego. Niezbyt ważne dla niego samego, czy tak jest uważany, byleby sam nie sprowokował tej opinii. Jako ogólna zasada powiedziałbym, że Kościół sam jest zawsze nienawidzony i oczerniany przez świat, jako zobowiązany z konieczności do odważnego wyznawania wiary. Lecz to, czy poszczególni członkowie Kościoła są tak traktowani, zależy od różnych okoliczności w każdym przypadku z osobna. Są ludzie, którzy choć są bardzo surowymi i prawymi chrześcijanami, mimo to są przez świat chwaleni. Są to tacy, którzy posiadając wielką łagodność i pokorę, nie są tak wyeksponowani stanowiskiem ani tak praktycznie związani ze światem, by go obrażać. Ludzie podziwiają religię, póki mogą oglądać ją jak obraz. Wydaje im się piękna w książkach; i dopóki mogą patrzeć na chrześcijan z dystansu, wyrażają się o nich z uznaniem. Żydzi w czasach Chrystusa wznosili grobowce proroków, których ich ojcowie pozabijali; potem sami zabili Sprawiedliwego. „Szanowali" Syna Bożego, zanim przyszedł, lecz gdy ich namiętności i interesy zostały pobudzone Jego przyjściem, powiedzieli: „Ten jest dziedzicem; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo". Tak też chrześcijanie w czynnym życiu, krzyżując — jak to czynią — pychę i samolubstwo świata, są przez świat nielubiani i mają „wszelkie złe słowo mówione na nich fałszywie dla imienia Chrystusa". Mimo to, nawet w tych okolicznościach, choć nie wolno im uchylać się od ataku ze względów osobistych, jest nadal ich obowiązkiem schronić się, o ile możliwe, pod imię i powagę świętego Kościoła; trzymać się jego ustanowień i przepisów; a jeśli są powołani do cierpienia dla Kościoła, raczej dać się pociągnąć ku temu cierpieniu zwykłym biegiem obowiązku, niż śmiało brać na siebie zadanie jego obrony. Nie ma w tym żadnego tchórzostwa. Niektórzy ludzie zajmują posterunki niebezpieczeństwa i do tych niebezpieczeństwo przychodzi w ramach obowiązku; lecz inni nie powinni wdzierać się w ich zaszczytny urząd. Tak też w pierwszym wieku Ewangelii Pan nasz nakazał swoim wyznawcom uciekać z miasta do miasta, gdy będą prześladowani; a nawet głowy Kościoła w pierwszych prześladowaniach, zamiast wystawiać się na furię pogan, starały się jej wszelkimi środkami unikać. Jesteśmy od początku ludem cierpiącym; lecz gdy z jednej strony nie bronimy się środkami nielegalnymi, z drugiej nie szukamy cierpienia. Musimy wyznawać i wielbić Boga jako światła na górze, wśród złej i dobrej sławy; lecz zła i dobra sława nie jest w takim stopniu naszym dziełem, jak naturalną konsekwencją naszego chrześcijańskiego wyznania.

Któż może odgadnąć wolę Bożą względem tego burzliwego świata albo jak Bóg nim rozporządzi? Miota nim tam i z powrotem w swoim gniewie, i w jego wrzeniu trwoży i samych swoich. Tylko tyle wiemy na swoją pociechę: światło nasze nie zagaśnie nigdy; Chrystus umieścił je na górze i bramy piekieł go nie przemogą. Kościół będzie świadczyć aż do końca na rzecz Prawdy, przykuty wprawdzie do tego świata, swego złego towarzysza, lecz zawsze przepowiadający jego zgubę — choć nikt mu nie wierzy — i na koniec czekający na zupełnie inną nagrodę. Bo na końcu Pan Wszechmogący obejmie królestwo, gdy przyjdą nareszcie gody Baranka i Małżonka jego gotową się stanie; i dane jej będzie „czysty, świetlany bisior, gdyż bisior ten jest sprawiedliwością świętych". Prawdziwe i sprawiedliwe są Jego sądy; wrzuci śmierć i piekło do jeziora ognia i pomści swoich wybranych, którzy wołają do Niego dniem i nocą!

„Błogosławieni, którzy są wezwani na ucztę godową Baranka." Oby wszyscy i my znaleźli się w tym gronie — wyznając Chrystusa w tym świecie, aby On wyznał nas przed swoim Ojcem w dniu ostatecznym!

← wróć do odkrywania