HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie XIII. Obiecywać, a nie czynić

Gdy chcę zacząć od nowaGdy wracam wciąż do tego samego Usprawiedliwienie i zasługa
„Pewien człowiek miał dwóch synów. Przyszedł do pierwszego i rzekł: «Synu, idź dziś i pracuj w winnicy». On odpowiedział: «Nie chcę» — lecz potem opamiętał się i poszedł. Przyszedł do drugiego i rzekł tak samo. Ten zaś odpowiedział: «Idę, panie» — i nie poszedł."
W skrócie. Newman analizuje przepaść między religijnymi deklaracjami a ich spełnieniem na przykładzie drugiego syna z przypowieści: mówimy „idę, panie” i nie idziemy, nie z deliberatywnej złej woli, lecz bo nie znamy własnej słabości i mamy złudzenie, że chcieć wystarczy. Odkładanie nawrócenia na przyszłość jest szczególną formą tego samooszustwa; wiara bez czynów jest martwa. Jedynym pewnym dowodem wiary są przeszłe czyny posłuszeństwa, nie słowa, plany czy uczucia.

„Obiecujemy służyć Bogu; nie spełniamy obietnicy — i to nie z rozmyślnej niewierności w danym przypadku, lecz dlatego, że taką jest nasza natura, nasz zwyczaj, by nie być posłusznymi, a sami o tym nie wiemy; nie znamy siebie ani tego, co obiecujemy.”

*„Pewien człowiek miał dwóch synów. Przyszedł do pierwszego i rzekł: «Synu, idź dziś i pracuj w winnicy». On odpowiedział: «Nie chcę» — lecz potem opamiętał się i poszedł. Przyszedł do drugiego i rzekł tak samo. Ten zaś odpowiedział: «Idę, panie» — i nie poszedł."* — Mt 21,28–30

Nasze wyznania religijne są o wiele dalej oddalone od naszego postępowania wedle nich, niżeliśmy sami świadomi. Wiemy ogólnie, że naszym obowiązkiem jest służyć Bogu, i postanawiamy czynić to wiernie. Jesteśmy szczerzy, pragnąc i zamierzając w ten ogólny sposób być posłusznymi, i zdaje nam się, że jesteśmy gorliwi — a jednak odchodzimy i niebawem, bez żadnej wewnętrznej walki ani widocznej zmiany zamiaru, niemal nie wiedząc sami, co czynimy, — odchodzimy i postępujemy wręcz przeciwnie do tego postanowienia, które wypowiedzieliśmy. Tę niekonsekwencję odsłania nasz Błogosławiony Pan w drugiej części przypowieści, którą obrałem na tekst. Zważcie, że w przypadku pierwszego syna, który mówi, że nie pójdzie pracować, a jednak poszedł, powiedziano: „opamiętał się" — przeszedł przez prawdziwą przemianę zamiaru. Natomiast w przypadku drugiego powiedziano jedynie: „odpowiedział: «Idę, panie» — i nie poszedł" — bo tu nie było żadnego przewrotu w uczuciach, nic rozmyślnego; postąpił po prostu zgodnie ze swym nawykowym usposobieniem; nie poszedł pracować, gdyż praca była sprzeczna z jego ogólnym charakterem — tyle że tego nie wiedział. Rzekł: „Idę, panie" — szczerze, pod wpływem chwilowego odczucia; lecz gdy słowa wyszły z ust, natychmiast o nich zapomniał. Było to jak wiatr wiejący pod prąd rzeki, który zdaje się przez chwilę zmieniać jej bieg, a tymczasem rzeka płynie dalej jak przedtem.

Na ten właśnie temat pragnę teraz zwrócić waszą uwagę, wywiedziony z drugiej części owej przypowieści, pomijając przypadek syna skruszonego, który stanowiłby osobny i odrębny przedmiot rozważań. „Odpowiedział i rzekł: «Idę, panie» — i nie poszedł." Obiecujemy służyć Bogu; nie spełniamy obietnicy — i to nie z rozmyślnej niewierności w danym przypadku, lecz dlatego, że taką jest nasza natura, nasz zwyczaj, by nie być posłusznymi, a sami o tym nie wiemy; nie znamy siebie ani tego, co obiecujemy. Przytoczę kilka przykładów tego rodzaju słabości.

1\. Na przykład: mylenie dobrych uczuć z prawdziwą zasadą religijną. Zastanówcie się, jak często to się zdarza. U młodych jest to nieuchronne, gdyż nie byli jeszcze wystawieni na pokusę. Zostali wychowani (powiedzmy) pobożnie, pragną być religijni i dlatego wzbudzają naszą miłość i zainteresowanie — lecz uważają siebie za o wiele bardziej religijnych, niż są w rzeczywistości. Myślą, że nienawidzą grzechu, rozumieją Prawdę i potrafią oprzeć się światu, kiedy ledwie znają znaczenie słów, których używają. Bywa też, że człowiek pobudzony okolicznościami wypowiada pobożne życzenie lub proponuje szlachetny lub mężny czyn, a może jeszcze pochlebia sobie za własną prawość i ani nie podejrzewa, że nie jest w stanie postąpić wedle tych słów! W gruncie rzeczy nie rozumie, na czym polega właściwa trudność jego obowiązku. Sądzi, że cechą człowieka religijnego jest posiadanie słusznych przekonań. Umyka mu, że istnieje wielka przepaść między uczuciem a czynem. Bierze za pewnik, że może uczynić, czego pragnie. Wie, że jest wolnym sprawcą i że może co do zasady czynić, co chce; lecz nie jest świadom ciężaru zepsutej natury i grzesznych nałogów, które ciążą na jego woli i krępują ją przy każdym jej szczegółowym wysiłku. Dźwiga je już tak długo, że przestał wyczuwać ich istnienie. Wie, że w drobnych rzeczach, gdzie namiętność i skłonność są wykluczone, może wykonać, gdy tylko postanowi. Gdyby na swej drodze spotkał dwa chodniki — po prawej i po lewej — jest pewny, że bez żadnej trudności może obrać, który zechce; i wyobraża sobie, że posłuszeństwo Bogu jest niewiele trudniejsze niż skręcenie w prawo zamiast w lewo.

2\. Szczególnym przypadkiem tego samołudzenia jest odkładanie nawrócenia. Człowiek mówi sobie: „Oczywiście, gdyby przyszło najgorsze — gdyby nadeszła choroba, albo przynajmniej starość — mogę się nawrócić." Nie mówię o straszliwej zarozumiałości takiego sposobu uśmierzania sumienia (choć wiele osób naprawdę tak postępuje, nie wypowiadając tych słów głośno ani nie zdając sobie sprawy, że wedle nich postępuje), lecz jedynie o ignorancji, jaką ta postawa świadczy o naszym stanie moralnym i o naszej zdolności chcenia i czynienia. Jeśli ludzie mogą się nawrócić, dlaczego nie czynią tego od razu? Odpowiadają, że „zamierzają uczynić to w przyszłości" — to znaczy: nie nawracają się teraz, bo *mogą*. Taki jest ich argument; podczas gdy właśnie to, że teraz tego nie czynią, powinno skłonić ich do podejrzenia, iż między zamiarem a czynem jest większa różnica, niż sądzą.

Tak bardzo trudne jest posłuszeństwo, tak mozolnie zdobywany jest każdy krok na naszej drodze chrześcijańskiej, tak leniwa i bezwładna nasza zepsuta natura, że chciałbym, by człowiek nie wierzył, że potrafi uczynić choćby o jotę czy kreskę więcej, niż dotąd uczynił; by nie zaciągał nic na poczet nadziei przyszłości, choćby wydawało mu się, że może okazać dobre jej zabezpieczenie; i by nigdy nie stawiał swoich dobrych uczuć i pragnień jako rękojmi za jeden jedyny niepodjęty jeszcze czyn. Tylko przeszłe czyny są poręczycielem przyszłych. Minione ofiary, minione trudy, minione zwycięstwa nad sobą samymi — oto, bracia, zapowiedź podobnych w zapasie i bez wątpienia jeszcze większych w zapasie; bo droga sprawiedliwych jest jak blask rosnący. Lecz niczemu poniżej tego nie ufajcie. „Czyny, nie słowa i życzenia" — oto musi być hasłem waszego boju i podstawą waszego przekonania. Lecz jeśli do tej pory nie uczyniliście nic mocnego i mężnego, jeśli jesteście jeszcze tchórzliwym niewolnikiem szatana i biedną igraszką waszych żądz i namiętności, nigdy nie sądźcie, że pewnego dnia otrząśniecie się z waszego lenistwa. Biada! Są ludzie, którzy idą drogą do piekła, wciąż spoglądając wstecz na niebo i drżąc, gdy stąpają naprzód ku miejscu swego przeznaczenia. Spieszą jak pod działaniem czaru, wzdragając się przed skutkami własnych rozmyślnych czynów. Takim był Balaam. Jakże wiele by dał, gdyby słowa i uczucia mogły zastąpić czyny! Popatrzcie, jakim był religijnym w tym, co do wyznania należy! Jak czcił Boga w mowie! Jak pobożnie wyrażał pragnienie, by umrzeć śmiercią sprawiedliwych! A jednak poległ w bitwie pośród nieprzyjaciół Bożych — nie nagle pokonany przez pokusę, lecz też nie nagle nawrócony ku Bogu przez swe dobre myśli i piękne zamiary. Lecz w tym właśnie moc grzechu różni się od każdego dosłownego czaru czy oczarowania: że jesteśmy mimo wszystko jego dobrowolnymi niewolnikami i zdamy sprawę z tego, żeśmy za nim szli. Jeśli „nieprawości nasze, jako wicher, unoszą nas" — możemy jednak temu zapobiec.

Ani też ta wielka przepaść między obietnicą a wypełnieniem nie jest właściwa jedynie tym, którzy dopiero zaczynają religijne posłuszeństwo. Nigdy nie możemy odpowiedzieć, jak zachowamy się w nowych okolicznościach. Już niewielka znajomość życia i własnych serc nas tego nauczy. Ludzie, których spotykamy na świecie, okazują się w toku swego doświadczenia tak różni od tego, co zapowiadało ich dawniejsze postępowanie, tak odmiennie patrzą na sprawy przed próbą i po niej, że my, którzy to widzimy i dziwimy się temu, mamy aż nadto powodów, by pilnować siebie, nie być „wysoce myślącymi", lecz „bać się". Nawet najdojrzalsi święci — ci, którzy w największej mierze wchłonęli moc i pełnię Ducha Chrystusowego i pracowali najgorliwiej nad sprawiedliwością za swych dni — gdyby mogli być gruntownie zbadani choćby przez człowieka, okazaliby (jestem przekonany) niekonsekwencje, zdolne zadziwić i wstrząsnąć ich najgorętszymi uczniami. Ostatecznie jeden dobry czyn ledwie stanowi rękojmię następnego, choćem to przed chwilą twierdził. Nawet najlepsi są niepewni; są wielcy i znów mali; stoją mocno, a potem upadają. Taką jest ludzka cnota — przypominając nam, byśmy nikogo na ziemi nie nazywali Mistrzem, lecz spoglądali ku naszemu bezgrzesznemu i doskonałemu Panu; przypominając nam, byśmy uniżali siebie, każdy we własnym wnętrzu, i rozważali, czym musimy się przedstawiać Bogu, skoro nawet sobie nawzajem i sami sobie wydajemy się tak podli i niegodni; i ukazując jasno, że wszyscy zbawieni — nawet my, najmniej niekonsekwentni — mogą być zbawieni jedynie przez wiarę, nie z uczynków.

3\. Tu przypomina mi się inny pozornie przekonywający kształt tego samego błędu. Jest to pomyłka co do tego, co się rozumie przez wiarę. Wiemy, że Pismo Święte mówi nam, iż Bóg przyjmuje tych, którzy mają w Nim wiarę. Pytanie brzmi: czym jest wiara i jak człowiek może się upewnić, że ją posiada? Niektórzy odpowiadają natychmiast i bez wahania, że „mieć wiarę to czuć, że jest się niczym, a Bóg wszystkim; to być przekonanym o grzechu, świadomym, że nie można zbawić siebie samego, i pragnąć zbawienia przez Chrystusa Pana naszego; a nadto nosić w sercu gorącą do Niego miłość i radować się w Nim, pragnąć Jego chwały i postanawiać żyć dla Niego, a nie dla świata." Lecz odpowiem z całą należną powagą, jako mówiący o poważnym przedmiocie, że nie jest to wiara. Nie chodzi o to, by nie było konieczne (a jest bardzo konieczne) być przekonanym, że jesteśmy obciążeni słabością i grzechem, że nie ma w nas zdrowia, i by szukać zbawienia jedynie w błogosławionej ofierze Chrystusa na krzyżu; i możemy być wdzięczni, jeśli tak jesteśmy usposobieni — lecz chodzi o to, że człowiek może żywo odczuwać to wszystko, co opisałem, i jeszcze nie posiadać ani cząstki prawdziwej wiary religijnej. Dlaczego? Bo niezmierzona odległość dzieli właściwe odczuwanie od właściwego czynienia. Człowiek może mieć wszystkie te dobre myśli i uczucia, a jednak — jeśli nie wystawił ich na próbę praktyki — nie może obiecywać sobie, że posiada jakąkolwiek trwałą i zdrową zasadę. Jeśli jeszcze według nich nie postąpił, nie mamy żadnej rękojmi, tylko z ich powodu wierząc, że są czymś więcej niż słowami. Choćby ktoś mówił jak anioł, nie uwierzyłbym mu na samej tylko podstawie jego mówienia. Co więcej, dopóki nie wprowadza ich w czyn, nie ma nawet dla siebie samego dowodu, że posiada prawdziwą, żywą wiarę. Wiara martwa (jak mówi św. Jakub) nikomu nie służy. Oczywiście; diabły ją mają. Cóż zatem jest żywą wiarą? Czy gorące uczucia czynią wiarę żywą? Św. Jakub mówi inaczej. Mówi nam, że czyny, dzieła posłuszeństwa, są życiem wiary. „Jak ciało bez ducha jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa". A zatem ci, którzy sądzą, że naprawdę wierzą, gdyż w słowie i w myśli poddali się Bogu, są o wiele za pochopni w swoim sądzie. Uczynili coś — owszem — lecz bynajmniej nie najtrudniejszą część swego obowiązku, którą jest poddanie się Bogu w czynie i działaniu. Nie uczynili jeszcze nic, by pokazać, że po powiedzeniu „idę" nie pójdą w następnej chwili „nie pójdą" — nic, by pokazać, że nie odegrają roli samo się łudzącego ucznia, który rzekł: „Choćbym miał z Tobą umrzeć, nie wyprę się Ciebie" — a jednak zaraz potem wyparł się Chrystusa trzykrotnie. Na ile znamy się w tej sprawie, wiara usprawiedliwiająca nie istnieje niezależnie od swych szczegółowych i określonych czynów. Można ją opisać jako usposobienie, w jakim ludzie są posłuszni; jako pokorne i gorliwe pragnienie podobania się Chrystusowi, które rodzi i towarzyszy rzeczywistym posługom. Ten, kto spełnia jeden mały czyn posłuszeństwa — czy to odmawiając sobie jakiejś wygody, by przyjść z pomocą choremu i potrzebującemu, czy to panując nad własnym gniewem, czy przebaczając wrogowi, czy prosząc o przebaczenie za popełnioną przez siebie obrazę, czy stawiając opór wrzawie i kpinom świata — taki człowiek (o ile nam dane osądzać) okazuje więcej prawdziwej wiary, niż mógłby wykazać swoją najbardziej płynną religijną rozmową, najbardziej dogłębną znajomością nauki Pisma Świętego, lub nawet najznakomitszym wzburzeniem i przemianą uczuć religijnych. A jednak ileż to osób siedzi ze złożonymi rękami, marzeń tkaczy, nie czyniąc nic zgoła, myśląc, że uczyniły wszystko lub że niczego czynić nie potrzeba, skoro tylko miały te dobre myśli, które nikogo nie zbawią!

Moim celem było, o ile kilka słów może tego dokonać, doprowadzić was do pewnego prawdziwego pojęcia o głębinach i zwodniczości serca, którego naprawdę nie znamy. Łatwo jest mówić ogólnie o zepsutej naturze ludzkiej, przyznawać to w ogólności i potem porzucać ten temat, jak gdyby po raz jeden dopuszczona nauka nie miała dalszych konsekwencji. Lecz w rzeczywistości nie możemy mieć prawdziwego pojęcia o doktrynie naszego zepsucia, dopóki nie rozważymy budowy naszego umysłu część po części i dopóki nie zatrzymamy się na oznakach naszej słabości, niekonsekwencji i bezbożności oraz nie wyciągniemy ich na jaw — oznak takich, które nie mogą wynikać z niczego innego jak z jakiegoś osobliwego pierwotnego defektu naszej moralnej natury.

1\. Dobrze się stanie, jeśli takie samorozważanie, jakie zaproponowałem, doprowadzi nas do nawyku stałej zależności od niewidzialnego Boga, w którym „żyjemy i poruszamy się, i jesteśmy". Jesteśmy w ciemności co do siebie samych. Gdy działamy, idziemy po omacku w mroku i w każdej chwili możemy się potknąć i upaść. Tu i ówdzie, być może, widzimy nieco; lub w naszych wysiłkach, by wpływać na umysły nasze i poruszać je, przeprowadzamy (niejako) doświadczenia z jakimś delikatnym i niebezpiecznym narzędziem, które działa — nie wiemy jak — i może wywołać nieoczekiwane i zgubne skutki. Rządzenie naszymi sercami przekracza całkowicie nasze możliwości. W tych okolicznościach naszą pociechą staje się spojrzenie ku Bogu. „Tyś widział mnie, o Boże!" — oto była pociecha biednej Hagar na pustyni. On wie, z czegośmy uczynieni, i On sam tylko może nas podtrzymać. Widzi z przerażającą wyrazistością wszystkie nasze grzechy, wszystkie zakamarki i kryjówki zła w nas; a jednak jedyną naszą pociechą jest wiedzieć o tym i ufać Mu, że wspomoże nas przeciw nam samym. Ci, którzy mają prawdziwe pojęcie o swej słabości, nieustannie mają przed myślą obraz swego wszechmogącego Uświęciciela i Przewodnika. Wierzą w konieczność duchowego działania, które by ich przemieniało i umacniało — nie jako w jakiś abstrakcyjny dogmat, lecz jako w praktyczną i pełną pociechy prawdę, mającą się codziennie spełniać w ich wojnie z grzechem i szatanem.

2\. I to przeświadczenie o naszej nadmiernej słabości musi nas dalej skłaniać do nieustannego doświadczania siebie w drobiazgach, aby sprawdzić naszą gorliwość; do nieustannej podejrzliwości wobec siebie i nie tylko do powściągania się od wielkich obietnic, lecz wręcz do wystawiania siebie na próbę, by utrzymywać siebie w czujności. Rozważny umysł nigdy nie korzysta w pełni z Bożych dobrodziejstw; cofa się i odmawia sobie cząstki, by dowieść swego panowania nad sobą. Odmawia sobie w drobiazgach, nawet gdy nic nie zyska przez to wyrzeczenie poza dowodem własnej szczerości. Sprawdza swoje wyznania; a jeśli był kuszony, by powiedzieć coś szlachetnego i wielkiego, lub by zganić drugiego za opieszałość czy tchórzostwo — bierze siebie za słowo i postanawia podjąć jakąś ofiarę (jeśli możliwe) w rzeczach małych, jako cenę za pobłażanie sobie w pięknym mówieniu, lub jako karę za swoją krytykancką surowość. Wiele by się zyskało, gdybyśmy przyjęli tę zasadę nawet w naszych deklaracjach przyjaźni i służby wobec siebie nawzajem — i nigdy nie mówili czegoś, czego nie bylibyśmy gotowi uczynić.

Jest tylko jedno miejsce, gdzie chrześcijanin pozwala sobie jawnie wyznawać, a jest nim Kościół. Tu, pod przewodem Apostołów i Proroków, mówi śmiało wiele rzeczy, jako przemawiając po nich i przed Tym, który przenika nerki. Nie ma tu żadnej szkody w wyznawaniu wiele bezpośrednio Bogu, gdyż wiemy, że On widzi przez nasze wyznania i przyjmuje je za to, czym naprawdę są — za modlitwy. Ileż to wyznajemy, gdy mówimy Skład Wiary! A w Kolektach przywdziewamy na siebie pełen charakter chrześcijanina. Pragniemy i szukamy najlepszych darów i oświadczamy mocne postanowienie służenia Bogu z całego serca. Czyniąc to, przypominamy sobie nasz obowiązek; a zarazem uniżamy siebie przez (by tak rzec) szyderstwo narzucania na nasze schorowane i skarlałe kształty owych szerokich i wspaniałych szat, które przystoją wyprężonemu i w pełni wzrosłemu wierzącemu.

Na koniec widzimy z przypowieści, jaki jest przebieg i charakter ludzkiego posłuszeństwa jako całości. Ma ono dwie strony. Obrałem stronę ciemniejszą: przypadek wyznania bez praktyki, przypadek powiedzenia „idę, panie" i nieodejścia. Lecz cóż jest stroną jaśniejszą? Nic lepszego jak powiedzieć: „Nie idę" — i opamiętać się i pójść. Powszechniejszy stan ludzi polega na tym, że nie znają swej niezdolności do służenia Bogu i chętnie odpowiadają za siebie — i tak spokojnie przechodzą przez życie, jak gdyby nie mieli się czego obawiać. Ich najlepszy stan — czymże jest, jeśli nie mniejszym lub większym buntem przeciw Bogu, opieraniem się Jego przykazaniom i ustanowieniom, a potem nędznym naprawianiem wyrządzonego zła przez pokutę i posłuszeństwo? Biada! Być żywym jako chrześcijanin to nie więcej niż walczyć z grzechem, nieposłuszeństwem i pokutą. Był tylko Jeden spośród synów ludzkich, który mówił i czynił w zgodzie; który rzekł: „Przyszedłem, abym spełnił wolę Twoją, o Boże" — i spełnił ją bez zwłoki i przeszkody. Przyszedł pokazać nam, czym ludzka natura może się stać, gdy zostanie doprowadzona do swej doskonałości. Tak uczy nas, byśmy myśleli wysoko o naszej naturze, oglądanej w Nim; nie byśmy (jak czynią niektórzy) mówili źle o naszej naturze, wynosząc siebie osobiście, lecz byśmy — uznając własną odległość od nieba — spoglądali na naszą naturę jako odnowioną w Nim, jako chwalebną i dziwną ponad nasze pojęcie. Tak nas uczy być pełnymi nadziei i zachęca nas, gdy sumienie nas poniża. Aniołowie zdają się mali co do czci i godności w porównaniu z tą naturą, którą Przedwieczne Słowo oczyściło przez swe z nią zjednoczenie. Odtąd śmiemy dążyć do wejścia w niebiosa niebios i przebywania na wieki w obecności Bożej, gdyż pierwociny naszego rodu już tam są w Osobie Jego Jednorodzonego Syna.

---

← wróć do odkrywania