HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie XXIII. Cześć chrześcijańska

Gdy świat mnie wciągaGdy moja wiara stała się letnia Miłość Boga
„Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się z drżeniem."
W skrócie. Newman rozważa, dlaczego zmartwychwstały Chrystus obcował z uczniami dyskretnie i z powagą królewską: jako Król nie zabiega o tłumy, lecz daje się znajdować tym, którzy Go szukają z czystym sercem. Wynikająca stąd nauka to konieczność łączenia bojaźni z miłością w chrześcijańskiej czci: nie wolno spoufalać się z sacrum ani lekceważyć Bożego majestatu dla rzekomej swobody duchowej. Wzorując się na Chrystusie, który nawet w uniżeniu mówił i działał jak Król, musimy strzec godności religii.

„W niebie miłość pochłonie bojaźń; lecz na tym świecie bojaźń i miłość muszą iść razem.”

*„Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się z drżeniem."* — Ps 2,11

Czemu Chrystus ukazał się po zmartwychwstaniu tak niewielu świadkom? Ponieważ był Królem — Królem wywyższonym na Bożej „świętej górze Syjon", jak powiada psalm zawierający słowa tekstu. Królowie nie zabiegają o tłumy, nie pokazują się na widowisko wedle czyjejś woli. Są władcami swego ludu, utrzymują jako tacy należną im godność i otaczani są uszanowaniem przez dostojników; a gdy się ukazują, czynią to z własnej łaski. Działają przez swych sług i trzeba ich szukać, gdy pragnie się od nich uprosić jakąś łaskę.

Chrystus, wywyższony jako Jednorodzony Syn Boży, podobnie nie obcował już z ludem żydowskim jak w dniach swojego uniżenia. Wstał z grobu w tajemnicy i przez czterdzieści dni nauczał w ukryciu, gdyż „władza spoczęła na Jego ramieniu". Nie był już sługą obmywającym nogi uczniom ani nie zależał od zmiennej woli tłumu. Był uznanym Dziedzicem wszystkich rzeczy. Tron Jego utwierdzony był Bożym postanowieniem; ci zaś, którzy pragnęli Jego zbawienia, zobowiązani byli szukać Jego oblicza. A jednak nawet szukającym nie był od razu dostępny. Nie pozwalał światu zbliżać się do Niego zuchwale ani ciekawie się w Niego wpatrywać. Przywoływał przy siebie jedynie tych, którzy byli Jego przyjaciółmi, którzy Go miłowali. Jedynie im nakazał „wstąpić na górę Pańską" — tym, którzy mieli „czyste ręce i serce niewinne, którzy nie oddawali czci marności ani nie przysięgali zwodniczo". Ci przybliżyli się i „ujrzeli Pana Boga Izraela", i w ten sposób zdolni byli nieść wieść o Nim rzeszom ludu. On pozostawał „w swoim świętym przybytku"; oni zaś głosili stamtąd nowinę o Jego zmartwychwstaniu, o Jego miłosierdziu, o wolnym przebaczeniu ofiarowanym wszystkim ludziom, i o obietnicach łaski i chwały, które śmierć Jego wyjednała wszystkim wierzącym.

Tak tedy nauczeni jesteśmy służyć naszemu zmartwychwstałemu Panu z bojaźnią i weselić się z drżeniem. Podążajmy za otwierającym się przed nami tematem. — Drugi pobyt Chrystusa na ziemi (po zmartwychwstaniu) był pobytem w ukryciu. Nastał był czas, gdy „nauczał jawnie w synagogach" i na drogach publicznych, i jawnie czynił cuda, jakich człowiek nigdy nie czynił. Czyż trudów Jego w naszym imieniu miało nie być końca? Śmierć Jego je „dokonała"; następnie nauczał już tylko swoich wyznawców. Któż odważy się uskarżać, że w końcu usunął się ze świata, skoro jedynie z własnej, dobrowolnej dobroci i miłosierdzia w ogóle dał się kiedykolwiek oglądać?

Trzeba jednak pamiętać, że nawet zanim wszedł w swą chwałę, Chrystus mówił i działał jak Król. Nie wolno mniemać, iż w dniach swego cielesnego życia mógłby zapomnieć, kim jest, ani by „postępował niestosownie" w jakimś słabym poddaniu się woli ludu żydowskiego. Nawet w najniższych czynach swego uniżenia okazywał swą wielkość. Przypomnijcie sobie Jego zachowanie, gdy obmywał nogi świętemu Piotrowi — a zobaczycie, czy nie było ono (z pewnością zaś było) obliczone na to, by pokorzyć, przejąć bojaźnią i ujarzmić właśnie tę osobę, której usługiwał. Kiedy nauczał, przestrzegał, współczuł i modlił się za swych ciemnych słuchaczy, nigdy nie pozwalał im rozluźniać czci ani zapominać o Jego łaskawości. Co więcej, nie pozwalał im głośno Go chwalić ani rozgłaszać Jego czynów miłosierdzia — jak gdyby to, co zwie się popularnością, miało być zniewagą dla Jego świętego imienia, a pochwała ludzka domyślnie przyznawałaby ludziom prawo do nagany. Chwała świata jest pokrewna wzgardzie. Pan nasz upodobał sobie daninę skrytego serca. Takie było Jego postępowanie w dniach Jego cielesnego życia. Czyż nie rzuca ono światła na Jego obcowanie z nami po zmartwychwstaniu? Ten, który był tak powściągliwy w udzielaniu siebie nawet wtedy, gdy przyszedł służyć, tym bardziej usunąłby się sprzed oczu ludzkich, gdy wywyższony został ponad wszystko.

Powiedziałem, że nawet jako sługa, Chrystus mówił z powagą królewską; przytoczyłem też pewne dowody na to. Warto jednak się przy tym zatrzymać. Zauważcie zatem różnicę między Jego obietnicami głoszonymi naukowo i ogólnie a Jego sposobem zwracania się do tych, którzy faktycznie stawali przed Nim. Chociaż obwieszczał gotowość Bożą do przebaczenia wszystkim pokutującym grzesznikom w całej pełni dobroci i tkliwego miłosierdzia, to jednak nie błagał ani tych, ani tamtych osób, kimkolwiek by były i bez względu na ich liczbę czy godność. Mówił jak ktoś, kto wie, że ma wielkie łaski do udzielenia i nic nie może zyskać od tych, którzy je otrzymują. Daleki od naglenia ich, by przyjęli Jego dobrodziejstwa, sprawiał nawet wrażenie nieskorego do ich udzielania; wnikał w ich wiedzę i pobudki, przestrzegał ich przed wstępowaniem do Jego służby bez policzenia jej kosztów. Tak więc nieraz wręcz odpychał od siebie ludzi.

Na przykład: Gdy szły z Nim „wielkie rzesze .... obrócił się i rzekł do nich: Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie nienawidzi swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, owszem i życia swego własnego, nie może być moim uczniem." Nie były to słowa kogoś zabiegającego o popularność. Kontynuuje: — „Cóż bowiem z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie policzy kosztów, czy ma co potrzeba do ukończenia? .... Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem." Z drugiej strony, zwróćcie uwagę na Jego postępowanie wobec możnych i uczonych Skrybów i Faryzeuszów. Są ludzie, którzy spoglądają z podziwem na ludzką władzę i którym sprawia przyjemność łączyć swoje imiona z wykształconymi i kulturalnymi tego świata. Pan nasz Błogosławiony był równie nieugięty wobec nich, co wobec tłumów, które za Nim podążały. Żądali znaku; nazwał ich „pokoleniem złym i cudzołożnym", które nie chciało skorzystać z tego, co już otrzymało. Pytali Go, czy nie przyznaje, że jest jednym z Bogiem; lecz On, nie chcąc wyjawiać tego pysznym dysputantom, zdawał się nawet zarzucać swoje rzeczywiste roszczenie i czynił dwuznacznymi uprzednio jasne słowa. Takim był Król Izraela w oczach zarówno tłumów, jak i ich przywódców — „twardą mową", „kamieniem obrazy nawet dla nieposłusznych", którzy przychodzili do Niego „ustami, choć serca ich były daleko od Niego". Przenieście to spostrzeżenie na przypadki poszczególnych ludzi, a okaże się nadal, że choć był najobficiej kochający i miłosierny, to jednak okazywał zarówno swą moc, jak i swą łaskę z pewną wstrzemięźliwością nawet wobec nich, tak samo jak wobec chwiejnej rzeszy czy niewiernych Faryzeuszów.

Zachował się dla nas jeden przykład człowieka, który zwracał się do Niego z pewnym pojęciem Jego wielkości wprawdzie, lecz lekkim i beztroski tonem. Opowieść ta jest pouczająca ze względu na mieszaninę dobrego i złego, jaką charakter pytającego odsłania. Był młody, bogaty i „przełożonym" go zwano; pragnął jednak łaski Chrystusowej. To było chwalebne. Co więcej, „przybiegł i upadł przed Nim na kolana". Zdawał się też zwracać do Niego w słowach, które ogólnie uchodzić by mogły za pełne szacunku: „Nauczycielu dobry" — rzekł. Jednak Zbawiciel dostrzegł w jego postępowaniu brak: — „Jednego ci brakuje", mianowicie pobożności w prawdziwym tego słowa znaczeniu — oddania siebie Chrystusowi. Ów młodzieniec zdawał się uważać religię za rzecz łatwą i sądził, że może żyć jak świat, a jednak służyć Bogu w sposób miły Mu. W konsekwencji można przypuszczać, że miał słabe wyobrażenie o godności Bożego Posłańca. Nie łączył szafarzy religii ze straszliwymi perspektywami za grobem, w których sam był zainteresowany, i nie otaczał ich odpowiednią czcią — choć nie był całkowicie pozbawiony pewnego szacunku dla nich. Bez wątpienia sądził, że oddaje cześć Panu, nazywając Go „Nauczycielem dobrym", i byłby zdziwiony, słysząc, że jego przywiązanie do spraw i ustanowień świętych jest kwestionowane. A jednak Zbawiciel odrzucił taki połowiczny hołd i upomniał nawet to, co zdawało się pobożnie ofiarowane. — „Czemu nazywasz Mnie dobrym?" — zapytał; „Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg" — jak gdyby chciał powiedzieć: „Rozważ, jakich słów używasz jak gdyby rzeczy oczywistej? ‚Nauczycielu dobry' — czy uznajesz Mnie za nauczyciela ludzkiego pomysłu, nad którym człowiek ma władzę i do którego godzi się zagadnąć formą honoru, która przez długi czas utraciła swe znaczenie; czy też uznajesz, że przychodzę i mam powagę od Tego, który jest jedynym źródłem dobroci?" Ani też Pan nasz nie złagodził surowości swej nawet po tej naganie. Wprost nam opowiedziano, że „umiłował go" i przemówił doń przeto z wielkim współczuciem i miłosierdziem, lecz surowo nakazał mu sprzedać wszystko, co miał, i rozdać, jeśli chce udowodnić, że jest gorliwy — i odprawił go „zasmuconym".

Możecie też sobie przypomnieć częste badanie przez Pana naszego wiary tych, którzy do Niego przychodzili. Wynikało to bez wątpienia z tej samej zasady — z szacunku dla własnego majestatu jako Króla. „Jeśli możesz wierzyć — wszystko jest możliwe dla wierzącego." Nie czynił cudów jako zwykłego pokazu mocy, ani nie pozwalał światu bezbożnie przyglądać się im jak jakiemuś widowisku artystycznemu. Pod tym względem, jak i pod innymi, nawet Mojżesz i Eliasz stoją w kontraście z Nim. Mojżesz czynił cuda przed faraonem, by wesprzeć się z czarodziejami Egiptu. Eliasz wyzwał proroków Baala, by sprowadzili ogień z nieba. Syn Boży nie zechciał ukazać swej mocy przed Herodem na wzór Mojżesza ani też nie pozwolił, by tłum Go sądził, jak Eliasz. Pokonywał potęgę szatana we własnych wyznaczonych przez siebie chwilach; ale gdy diabeł kusił Go i żądał cudu na dowód Jego Boskości, nie uczynił żadnego.

Co więcej, nawet gdy pytający okazywał gorliwość, On i tak nie starał się pozyskać go gładkimi wykładami swojej nauki. Ogłosił wprawdzie powszechny rys swej nauki: „Jarzmo moje jest słodkie"; lecz „ukazywał się obcy i mówił surowo" tym, którzy do Niego przychodzili. Nikodem był innym przełożonym Żydów, który Go szukał, i wyznał wiarę w Jego cuda i Boże posłannictwo. Pan nasz odpowiedział mu tymi surowymi słowy: — „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego."

Takie było postępowanie naszego Zbawiciela nawet w czasie Jego służby; tym bardziej mogliśmy się tego spodziewać, gdy powstał ze stanu swego sługowania — i takim Go istotnie znajdujemy.

Nikt nie widział Go wstającego z grobu. Oglądały to Jego Anioły; lecz Jego ziemskich wyznawców nie było w pobliżu, a pogańscy żołnierze niegodni byli tego. Widzieli wprawdzie wielkiego Anioła, który odtoczył kamień od otworu grobu. Ten był sługą Chrystusa; lecz Jego samego nie widzieli. On szedł ku swoim wiernym i pogrążonym w żałobie wyznawcom. Tym objawiał swoją naukę podczas uniżenia i nazwał ich „swymi przyjaciółmi". Jako pierwszy ukazał się Marii Magdalenie w samym ogrodzie, gdzie Go pochowano; następnie innym kobietom, które Mu usługiwały; potem dwóm uczniom idącym do Emaus; następnie wszystkim Apostołom osobno; prócz tego Piotrowi i Jakubowi; i Tomaszowi wobec nich wszystkich. A jednak nawet ci Jego przyjaciele nie mieli do Niego swobodnego dostępu. Rzekł do Marii: „Nie dotykaj Mnie." Przychodził do nich i odchodził wedle swego własnego upodobania. Gdy Go widzieli, ogarniała ich bojaźń, jakiej nie doznawali w czasie Jego służby. Choć wątpili, czy to On, „żaden z nich" — powiada święty Jan — „nie śmiał Go zapytać: Kto Ty jesteś? wierząc, że to był Pan." Jak jednak królowie mają swoje uroczyste dni, w których ukazują się publicznie poddanym, tak też Pan nasz wyznaczył spotkanie swym uczniom, by mogli Go ujrzeć. Postanowił to jeszcze przed swoją ukrzyżowaniem; Anioły też im o tym przypomniały. „Poprzedza was do Galilei; tam Go ujrzycie, jak wam powiedział." Miejscem spotkania była góra — ta sama, jak się przypuszcza, na której się przemienił; a liczba tych, którzy Go tam ujrzeli, wynosiła pięćset naraz, jeśli połączymy świadectwo świętego Pawła z tym, co podają Ewangelie. W końcu, po czterdziestu dniach, zabrany im został; wstąpił w górę, „i obłok wziął Go sprzed ich oczu".

Czy mamy żywić ku Niemu mniejszą pokorną cześć niż Jego Apostołowie wówczas? Choć jest naszym Zbawicielem i usunął wszelką lękliwą bojaźń śmierci i sądu, czyżbyśmy dlatego mieli lekce ważyć perspektywę przed nami — jak gdybyśmy pewni byli tej nagrody, o którą każe nam walczyć? Zaprawdę winniśmy nadal „służyć Panu z bojaźnią i weselić się z drżeniem" — „ucałować Syna, by się nie rozgniewał i byśmy nie zginęli na drodze, gdy zapłonie gniew Jego choćby trochę". W biegu chrześcijańskim bojaźń i miłość muszą iść razem. I to jest nauka, którą należy wysnuć z usunięcia się Zbawiciela naszego ze świata po zmartwychwstaniu. Okazał swą miłość do ludzi, umierając za nich i zmartwychwstając. Zachował swą cześć i wielką chwałę, usuwając się od nich, gdy miłościwy Jego zamiar został spełniony — żeby Go szukali, jeśli chcą Go znaleźć. Wstąpił do Swego Ojca poza nasz wzrok. Grzesznicy byliby nieodpowiednim towarzystwem dla wywyższonego Króla Świętych. Gdy zostaniemy należycie przygotowani, by Go oglądać, dane nam będzie przystąpić do Niego.

W niebie miłość pochłonie bojaźń; lecz na tym świecie bojaźń i miłość muszą iść razem. Nikt nie może miłować Boga właściwie bez bojaźni ku Niemu; choć wielu Go się boi, a przecież Go nie miłuje. Zarozumiali ludzie, którzy nie znają własnego serca ani powodów, dla których powinni być z siebie niezadowoleni, nie boją się Boga — i myślą, że ta zuchwała swoboda jest miłowaniem Go. Umyślni grzesznicy boją się Go, lecz nie mogą Go miłować. Lecz pobożność względem Niego polega na miłości i bojaźni, jak możemy zrozumieć z naszego zwykłego przywiązania do siebie nawzajem. Nikt naprawdę nie miłuje drugiego, jeśli nie żywi ku niemu pewnej czci. Gdy przyjaciele przekraczają tę powściągliwość uczucia, mogą co prawda pozostawać przez czas jakiś towarzyszami, lecz zerwali więź jedności. To wzajemny szacunek sprawia, że przyjaźń trwa. Tak samo w uczuciach niższych wobec wyższych. Bojaźń musi poprzedzić miłość. Dopóki ten, kto ma autorytet, nie okaże, że go ma i potrafi go użyć, jego wyrozumiałość nie będzie należycie ceniona; jego dobroć będzie wyglądać jak słabość. Uczymy się gardzić tym, czego się nie boimy; a nie możemy miłować tego, czym gardzimy. Tak samo w religii. Nie możemy pojąć miłosierdzia Chrystusowego, dopóki nie pojmiemy Jego mocy, Jego chwały, Jego niewymownej świętości i naszej niegodności; to znaczy dopóki najpierw się Go nie boimy. Nie tak, by bojaźń przychodziła wpierw, a potem miłość — przez większą część przypadków wzrastać będą razem. Bojaźń łagodzona jest miłością ku Niemu, a miłość nasza trzeźwiona jest bojaźnią przed Nim. Tak przyciąga nas zachęcającym głosem pośród grozy swych gróźb. Jak w przypadku młodego przełożonego, miłuje nas, a jednak przemawia do nas surowo, byśmy nauczyli się żywić ku Niemu uczucia złożone. Ukrywa się przed nami, a przecież wzywa nas, byśmy słyszeli Jego głos jak Samuel i wierząc, zbliżali się do Niego z drżeniem. Może się to wydawać dziwne tym, którzy nie studiują Pisma Świętego, i tym, którzy nie wiedzą, czym jest gorliwe szukanie Boga. Lecz w miarę jak to usposobienie ducha jest osobliwe, tym większa jest w nim — właśnie dlatego — niewypowiedziana i przepełniająca radość dla tych, którzy je znają. Gorzkie i słodkie, dziwnie przemieszane, pozostawiają tak w duszy trwały smak Boskiej prawdy i zaspokajają ją; nie tak ostre, by budziły wstręt; ani o tej mdłej słodyczy, która towarzyszy uczuciom entuzjastycznym i staje się uciążliwa, gdy wchodzi w nawyk. Takie jest też uczucie sumienia, pierwotny dar Boży; jakże bolesne! — a jednak któż chciałby je utracić? „Otworzyłem usta i wzdychałem, bo pragnąłem Twoich przykazań." Tak opisuje to Dawid. Ezechiel opisuje coś z tego samego uczucia, gdy Duch uniósł go i zabrał, „a szedł rozgoryczony, w żarliwości swego ducha", „a ręka Pańska" była „potężna nad nim".

Jak to zatem odnosi się do nas tu zebranych? Czy grozi nam mówienie lub myślenie o Chrystusie w sposób nieuszanowny? Nie sądzę, byśmy znajdowali się w bezpośrednim niebezpieczeństwie umyślnego bluźnierstwa; lecz jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie oto: po pierwsze, że pozwolimy sobie na pozory bezbożności; a po drugie, że stopniowo staniemy się nieuszanowni, udając, że tacy jesteśmy. Ludzie nie zaczynają od zamiaru bezczeszczenia Boga; lecz boją się śmieszności ze strony innych; wstydzą się uchodzić za religijnych — i tak dają się ponieść do udawania, że są gorsi niż są w rzeczywistości. Mówią rzeczy, których nie myślą; i przez nędzną słabość pozwalają, by przypisywano im czyny i przyzwyczajenia, których naprawdę nie odważają się sobie pozwalać. Wskutek tego przybierają swobodę mowy, która przystoi jedynie towarzyszom złych duchów. Biorą imię Boże nadaremno, by pokazać, że potrafią czynić to, co czynią diabły; przyzywają złego ducha, mówią poufale o wszystkim, co do niego należy, i obrzucają przekleństwami lekkomyślnie — jak gdyby nie były to głownie ogniste — jakby uznając Sprawcę zła za swego wielkiego mistrza i pana. Tak! Jest on panem, który pozwala, by mu służono bez drżenia. Właśnie sztuką jego jest skłaniać ludzi do tego, by byli z nim na stopie poufałości, by go lekce ważyli i igrali z nim. Znosi ich drwiny, przyjmuje (by tak rzec) ich ciosy i udaje ich niewolnika, by ich usidlić. Nie ma godności do utrzymania i czeka swej pory, gdy złość jego zostanie zaspokojona. Tak było zawsze po całej ziemi. Wśród wszystkich narodów jego celem było sprawiać, by ludzie się z niego śmiali; chodząc tam i z powrotem po ziemi i przechadzając się po niej, słysząc i radując się tym lekkim i nieustającym gadaniem o sobie, które jest jego kultem.

Teraz nie można przypuszczać, że to wszystko lekkomyślne mówienie może trwać nadal bez ostatecznego oddziaływania na serce człowieka; i to jest drugie niebezpieczeństwo, o którym mówiłem. Z powodu fałszywego wstydu wyrzekamy się religii ustami — a następnie słowa nasze wpływają na nasze myśli. Ludzie w końcu stają się zimnymi, obojętnymi, bezbożnymi postaciami, za jakie się podawali. Myślą z pogardą o szafarzach Bożych, Sakramentach i nabożeństwie; lekceważą Słowo Jego, rzadko je przeglądając i nigdy nie studiując. Niedoceniają wszelkiego wyznania wiary i sądząc o innych przez siebie, przypisują sumienność postępowania, którą obserwują, złym pobudkom. Są zatem w sercu niedowiarcami; choć formalnie nimi nie są i mogą starać się ukryć własne niedowiarstwo pod pozorem sprzeciwu wobec tego czy innego dogmatu lub ustanowienia religii. A gdy nadejdzie czas pokusy, gdy bezpiecznie będzie okazać się takimi, jakimi naprawdę są, zedrą (niemal bezwiednie) pozór chrześcijaństwa i przyłączą się do szydzącego świata.

A jakże chrześcijanie z kolei powinni obchodzić się z takimi bezdusznymi ludźmi? Mają przykład Pana naszego do naśladowania. Nie tak, żeby śmieli dokładnie naśladować postępowanie Tego, który był bez grzechu. Nie śmią przypisywać sobie żadnej godności na własny rachunek; i zobowiązani są, zwłaszcza jeśli są Jego szafarzami, uniżać siebie jak Apostołowie i — „wychodząc na drogi i opłotki (by tak rzec) przymuszać" ludzi do zbawienia. A jednak zachowując gorliwość błagania większą niż ich Pan, nie mogą zapominać przez cały ten czas o godności Tego, który ich posyła. On objawił swą miłość ku nam „czynem i prawdą", a my, Jego szafarze, głosimy ją słowem; jednak właśnie dlatego, że jest tak obfita, musimy z wdzięczności właśnie uczyć się czci ku Niemu. Nie wolno nam nadużywać (by tak rzec) Jego dobroci ani sprzeniewierzać się powierzonej nam władzy. Nigdy nie wolno nam natrętnie narzucać prawdy tym, którzy nie korzystają z tego, co już posiadają. Przynosi to ujmę Chrystusowi, zaś szydercy czyni szkodę, nie dobro. Jest to rzucanie pereł przed wieprze. Musimy być gotowi na wszelkie sposobności służenia ludziom, lecz strzec się, by nie próbować zbyt wiele naraz. Musimy przekazywać nauki pisma Świętego stopniowo i w porę, stosownie do tego, co są w stanie znieść; nie spiesząc się do wyliczenia ich wszystkich, lecz raczej ukrywając je przed światem. Rzadko wolno nam wdawać się w spory i dyskusje; albowiem obniża święte prawdy czynienie z nich przedmiotu zwykłej polemiki. Zwykłe poczucie przyzwoitości nasuwa od razu reguły tego rodzaju. Kto mówiłby swobodnie o czczonym przyjacielu w obecności tych, którzy go nie szanują? Albo kto by sądził, że kilkoma słowami pokona ich obojętność wobec niego? Albo kto by pochopnie spierał się o nim, gdy słuchacze nie pragną nauczyć się go miłować?

Raczej, strzegąc się wszelkich słów nieopanowanych, ukazujmy nasze światło przed ludźmi przez uczynki nasze. Tu jesteśmy bezpieczni. W czynieniu sprawiedliwości, okazywaniu miłosierdzia, mówieniu prawdy, oporze wobec grzechu, posłuszeństwie Kościołowi — w takim uwielbianiu Boga nie może być żadnego braku czci. A nade wszystko patrzmy w swoje wnętrze, powściągajmy wszelkie złe myśli, zarozumiałe rojenia, próżne pragnienia, narzekania niezadowolenia, samozadowolone rozmyślania — i tak w sercach naszych zawsze czcijmy Go w skrytości, Tego, którego czcimy otwartym wyznaniem.

Niech Bóg prowadzi nas w niebezpiecznym świecie i wybawia nas od zła. I niech pobudzi do poważnego namysłu, mocą Swego Ducha, wszystkich żyjących w bezbożności lub obojętności!

---

← wróć do odkrywania