*„Przyjmijmy łaskę, przez którą służymy Bogu przyjemnie, z czcią i bojaźnią Bożą. Albowiem Bóg nasz jest ogniem trawiącym."* — Hbr 12,28–29
W każdej epoce chrześcijaństwa, odkąd zostało po raz pierwszy ogłoszone, istniała to, co można by nazwać religią świata — naśladującą religię jedyną i prawdziwą na tyle, by zwodzić chwiejnych i nieostrożnych. Świat nie sprzeciwia się religii jako takiej. Powiem nawet, że nigdy tego nie czynił. W szczególności przyznawał przez wszystkie wieki pewnym sensie lub innym Ewangelię Chrystusową, uchwytując jakąś jej cechę i wyznając, że ją wprowadza w życie — a zaniedbując inne składniki świętej nauki, w istocie wykrzywiał i psował nawet tę jej cząstkę, którą wysuwał na pierwsze miejsce, i tak oto zdołał objaśnić całość do niebytu. Ten bowiem, kto pielęgnuje wyłącznie jeden nakaz Ewangelii z pominięciem pozostałych, w rzeczywistości nie stosuje się do żadnej jej części. Nasze obowiązki równoważą się wzajemnie; choć jesteśmy zbyt grzeszni, by wypełniać je wszystkie doskonale, możemy jednak w pewnej mierze wypełniać je wszystkie i zachowywać pomiędzy nimi równowagę jako całość — podczas gdy oddanie się tylko temu lub owemu przykazaniu wypacza kierunek naszego umysłu, a ostatecznie ściąga go ku ziemi, co jest właśnie celem naszego nieprzyjaciela, Diabła.
Jego celem jest złamać naszą siłę — strącić nas na ziemię, przykuć do niej. Świat jest narzędziem w jego rękach w tym zamyśle; on jednak jest zbyt przebiegły, by wystawiać go w jawnym przeciwieństwie do Słowa Bożego. Nie! Przybiera postać proroka na podobieństwo proroków Bożych. I swoich sług nazywa prorokami; mieszają się oni z rozproszą resztką prawdziwego Kościoła, z osamotnionymi Michajaszami, którzy pozostali na ziemi, i przemawiają w imię Pańskie. I w pewnym sensie mówią prawdę; lecz nie jest to prawda pełna; a wiemy, nawet z powszedniego doświadczenia życiowego, że półprawda bywa często najbardziej rażącym i zgubnym fałszem.
Jeszcze w pierwszym wieku Kościoła, gdy prześladowania wciąż się srożyły, podniósł on wśród filozofów ówczesnych fałszywą religię, częściowo podobną do chrześcijaństwa, lecz w istocie mu wrogą z całą zaciętością; i zwodząc, doprowadzała ona do rozbitku w wierze tych, którzy nie mieli w sercach miłości Bożej.
Czas mijał i stworzył drugiego bożka udającego prawdziwego Chrystusa, który przez długie lata trwał w świątyni Bożej. Był to wiek surowy i dziki. Szatan wybrał ciemniejszą stronę Ewangelii: jej przerażającą tajemniczość, jej lękający majestat, jej nieugięcie suwerenną sprawiedliwość — i tu kończyło się jego odwzorowanie prawdy: „Bóg jest ogniem trawiącym" — tak głosi nasz tekst i wiemy o tym. Ale wiemy więcej, a mianowicie że Bóg jest też miłością; Szatan jednak nie dołączył tego do swej religii, która stała się religią strachu. Religia świata była wówczas religią pełną grozy. Pleniły się przesądy i okrucieństwa. Szlachetna nieugiętość i pełna wdzięku surowość prawdziwego chrześcijanina ustąpiły miejsca odpychającym zjawom o twardym spojrzeniu i wyniosłym czole; były one wzorami lub tyranami dla ludu, który dał się zwieść.
Jaki jest podstęp Szatana w dobie dzisiejszej? Zgoła inny; lecz może jeszcze bardziej zgubny. Spróbuję go obnażyć, a raczej — naszkicować kilka uwag w kierunku owego obnażenia, dla tych, którzy uznają za warte wysiłku podjęcie go; albowiem temat jest zbyt wielki i zbyt trudny na okazję taką jak obecna, a zresztą nikt nie może wykryć fałszu za kogoś innego — każdy musi to uczynić sam; możemy jedynie sobie wzajemnie pomagać.
Jaka jest dziś religia świata? Obrała sobie jaśniejszą stronę Ewangelii — jej nowinę pociechy, jej przykazania miłości; wszelkie zaś ciemniejsze, głębsze spojrzenia na stan człowieka i jego perspektywy zostały stosunkowo zapomniane. Jest to religia naturalna dla epoki ucywilizowanej i dobrze Szatan ją wystrój i ukształtował na bożka Prawdy. W miarę jak kształci się rozum, formuje smak, uszlachetnia uczucia i wrażliwość, ogólna przyzwoitość i wdzięk naturalnie rozchodzą się po obliczu społeczeństwa — całkowicie niezależnie od wpływu Objawienia. Owo piękno i subtelność myśli, tak ponętne w księżkach, rozciąga się wówczas na postępowanie w życiu, na wszystko, co mamy, co czynimy i czym jesteśmy. Nasze obyczaje stają się uprzejme; staramy się nie sprawiać bólu ani nie dawać obrazy; słowa nabierają stosowności; z troską wypełniamy nasze wzajemne obowiązki. Nasze poczucie przyzwoitości ujawnia się nawet w urządzeniu domowym, w ozdobieniu naszych mieszkań, w rozrywkach, a tak samo i w naszym wyznaniu religijnym. Nierząd staje się teraz wstrętny i ohydny dla wyobraźni, lub, jak się nieraz potocznie mówi, „bez gustu". W ten sposób elegancja staje się stopniowo miarą i normą cnoty, którą przestaje się uważać za mającą samoistne prawo do naszych serc bądź istniejącą poza tym, że przyczynia się do spokoju i wygody bliźnich. Sumienie przestaje być uznawane za niezależny trybunał czynów; jego autorytet jest tłumaczony w nicość — po części wypierane w umysłach ludzkich przez tak zwane zmysł moralny, pojmowany jedynie jako umiłowanie piękna; po części przez zasadę użyteczności, której niezwłocznie oddaje się w szczegółach postępowania swoje miejsce. Tymczasem sumienie jest zasadą surową i posępną; przemawia nam o winie i o czekającej karze. Toteż gdy znikają jego trwogi, znikają zarazem w wyznaniu dnia dzisiejszego owe przerażające obrazy gniewu Bożego, którymi obfituje Pismo Święte. Tłumaczy się je w nicość. Wszystko jest jasne i pogodne. Religia jest przyjemna i łatwa; dobroczynność jest cnotą naczelną; nietolerancja, zaślepienie, nadmiar gorliwości — to największe grzechy. Surowość jest niedorzecznością — nawet stanowczość spotyka się ze spojrzeniem nieprzychylnym i podejrzliwym. Z drugiej strony, wszelkie jawne rozpustnictwo jest piętnowane; pijaństwo uchodzi za hańbę; przeklinanie i blużnienie to wulgarności. Co więcej, dla umysłu wykształconego, który odpoczywa w różnorodności literatury i wiedzy, interesuje się wciąż narastającymi odkryciami nauki oraz coraz świeższymi napływami wiadomości — politycznych czy innych — z obcych krajów, religia będzie zazwyczaj wydawać się nudna z braku nowości.
Stąd zachłannie szuka się i nagradza podniety. Nowe obiekty w religii, nowe systemy i plany, nowe doktryny, nowi kaznodzieje — wszystko to konieczne, by zaspokoić głód, który wytworzyło tak zwane szerzenie się wiedzy. Umysł staje się chorobliwie wrażliwy i wybredny; niezadowolony z rzeczy takimi, jakimi są, pragnący zmiany jako takiej, jakby samo przeobrażenie musiało być ulgą.
Proszę was teraz, abyście na chwilę odsunęli od myśli chrześcijaństwo i zastanowili się: czy stan wyrafinowania, który starałem się opisać, nie jest właśnie tym, do czego można by ludzi doprowadzić zupełnie niezależnie od religii, przez sam tylko wpływ wychowania i cywilizacji; a następnie, czy jednak owo wyrafinowanie umysłu nie jest mniej więcej tym wszystkim, co dziś zwie się religią. Innymi słowy — czy tak nie jest, że Szatan tak oto ułożył i przyodział to, co jest jedynie naturalnym płodem ludzkiego serca w pewnych okolicznościach, by służyło mu jako fałszerstwo Prawdy? Bynajmniej nie przeczę, że ów duch świata posługuje się słowami i czyni wyznania, których nie przyjąłby bez wskazówek Pisma Świętego; nie przeczę też, że zabarwia się ogólnie chrześcijaństwem w taki sposób, iż jest przez nie naprawdę zmieniony — owszem, w pewnej mierze oświecony i wywyższony. Przyznaję też w pełni, że wielu ludzi, u których ten zły duch się ujawnia, jest przez niego jedynie częściowo zarażonych i że są w gruncie rzeczy dobrymi chrześcijanami, choć niedoskonałymi. A jednak, mimo wszystko, oto istnieje nauczanie jedynie częściowo ewangeliczne, zbudowane na zasadzie światowej, a mienione Ewangelią; pomijające jedną całą stronę Ewangelii — jej charakter surowy — i uznające za wystarczające bycie dobroczynnym, uprzejmym, otwartym, poprawnym w postępowaniu, subtelnym — choć nie zawiera prawdziwej bojaźni Bożej, żarliwej gorliwości o Jego chwałę, głębokiej nienawiści grzechu, przerażenia na widok grzeszników, oburzenia i współczucia wobec bluźnierstw heretyków, zazdrośnie strzeżonej wierności prawdzie doktrynalnej, szczególnej wrażliwości na dobór środków do osiągania celów, choćby cele były dobre, lojalności wobec Świętego Kościoła Apostolskiego, o którym mówi Credo, poczucia autorytetu religii jako czegoś zewnętrznego wobec umysłu — jednym słowem, nie zawiera powagi — i dlatego nie jest ani gorące, ani zimne, lecz (językiem Pisma) letnie. Tak więc obecna epoka jest dokładnym przeciwieństwem tego, co się powszechnie nazywa wiekami ciemnymi; i razem z wadami owych wieków utraciliśmy ich cnoty. Mówię: ich cnoty; albowiem nawet błędy wtedy panujące, jak duch prześladowczy, bojaźń religijnych dociekań, zaślepienie — były przecież tylko wypaczeniami i nadużyciami prawdziwych cnót, jak gorliwość i cześć; a my, zamiast je ograniczyć i oczyścić, wykorzeniliśmy je doszczętnie. Dlaczego? Bo nie działaliśmy z miłości Prawdy, lecz pod wpływem Ducha Czasu. Minęło stare pokolenie i odeszło z nim jego oblicze; nastał nowy porządek rzeczy. Społeczeństwo ludzkie przyjęło nowe ramy i kształtuje, i rozwija nowy charakter umysłu; a ów nowy charakter sprawiony jest przez nieprzyjaciela naszych dusz tak, by jak najbardziej upodabniał się do posłuszeństwa chrześcijanina — chociaż jego podobieństwo jest przez cały czas jedynie przypadkowe. Tymczasem Święty Kościół Boży, jak od początku, kontynuuje swój bieg ku niebu: pogardzany przez świat, lecz nań wpływając, po części prostując go, po części powściągając, a w szczęśliwych przypadkach odzyskując jego ofiary i utwierdzając je mocno i na zawsze w szeregach wiernego wojska walczącego tu na ziemi, które zdąża ku Miastu Wielkiego Króla. Niech Bóg da nam łaskę badania naszych serc, abyśmy nie byli zaślepieni obłudą grzechu! Abyśmy nie służyli Szatanowi przemieniającemu się w Anioła Światłości, w przekonaniu, że dążymy do prawdziwego poznania; abyśmy, lekceważąc i krzywdząc tu wybranych Chrystusowych, nie musieli zadać owego straszliwego pytania w dzień ostateczny, gdy prawda się nad nami roziskrzy: „Panie, kiedyżeśmy widzieli Cię przybyszem i więźniem?" — kiedyżeśmy widzieli Twoje święte Słowo i Twoich Sług wzgardzonych i gnębionych „i nie usłużyliśmy Ci?"
Nic nie ukazuje dobitniej potęgi religii świata opisanej powyżej niż rozważenie, jak bardzo różnorodne klasy ludzi ona opanowuje. Okaże się, że rozciąga swe panowanie i swe nauczanie zarówno nad tymi, którzy uchodzą za religijnych, jak i nad niereligijnymi.
**1.** Wielu ludzi pobożnych, słusznie czy nie, od dawna oczekuje tysiąclecia czystości i pokoju dla Kościoła. Nie będę rozstrzygać, czy z racji dostatecznych, bo ludzie dobrego serca mogą tu rozmaitego zdania być. W każdym razie u tych, którzy go oczekują, stało się ono pokusą, by przyjąć i uznać za swą religię świata, jaką już nakreśliłem. Mniej lub bardziej utożsamili swą wizję królestwa Chrystusowego z elegancją i wyrafinowaniem zwykłej cywilizacji ludzkiej i pozdrawiali każdy dowód poprawy obyczajów, każde zbawienne zarządzenie cywilne, każdy dobroczynny i oświecony akt polityki państwowej jako znaki nadchodzącego Pana. Oddani osiągnięciu swego celu — rozległego i chwalebnego szerzenia Ewangelii i wyznawania jej — mało się troszczyli o stosowane środki. Udzielali poparcia i działali wspólnie z ludźmi, którzy otwarcie wyznawali zasady niechrześcijańskie. Przyjmowali i bronili tego, co uważali za reformy i ulepszenia istniejącego stanu rzeczy, choć dla ich przeprowadzenia trzeba było dopuścić się niesprawiedliwości lub pogwałcić od dawna pielęgnowane reguły postępowania, może obojętne w swym początkiu, lecz uświęcone przez długie używanie. Poświęcili Prawdę użyteczności. Dziwacznie wyobrażali sobie, że złymi ludźmi mają być bezpośrednie narzędzia zbliżającego się przyjścia Chrystusa; i (jak owi zaślepieni Żydzi przed niewielu laty w pewnym obcym kraju) wzięli sobie — jeśli nie za Mesjasza (jak Żydzi), to przynajmniej za swego Eliasza, za reformatorskiego Chrzciciela, za Poprzednika Chrystusa — synów tego świata i synów Beliala, na których od początku ciąży anatema Apostoła, głoszącego: „Jeśli ktoś nie miłuje Pana Jezusa Chrystusa, niech będzie przeklęty. Maran atha!"
**2.** Z drugiej strony, ów rodzaj nauki, który nazwałem religią doby dzisiejszej, nadaje się szczególnie do upodobania umysłom sceptycznym — jako przeciwieństwo tych właśnie co wzmiankowanych — które nigdy nie dbały o słuchanie swojego sumienia, które kształcą intelekt bez karności serca i pozwalają sobie spekulować swobodnie o tym, jaka religia powinna być, nie sięgając do Pisma Świętego, by odkryć, jaka naprawdę jest. Niektóre osoby tego pokroju niemal uważają religię samą w sobie za przeszkodę w postępie naszego dobrobytu społecznego i politycznego. Ale wiedzą, że natura ludzka jej potrzebuje; toteż wybierają najrozumniejszą postać religii (tak to nazywają), jaką mogą znaleźć. Inne są usposobione o wiele poważniej, lecz zepsute złym przykładem lub inną przyczyną. Wszyscy jednak odrzucają (jak to mówią) posępne pojmowanie religii; wszyscy ufają sobie bardziej niż Słowu Bożemu i tak dają się ująć w jedną grupę; wszyscy są gotowi przyjąć przyjemną, kojącą religię właściwą epoce ogładzonej. Kładą wielki nacisk na dzieła teologii naturalnej i sądzą, że cała religia w nich się zawiera — podczas gdy w rzeczywistości nie ma większego błędu niż przypuszczać, że takie pisma są same w sobie w jakimkolwiek prawdziwym sensie w ogóle religijne. Religia — słusznie zauważono — jest czymś w stosunku do nas; to system nakazów i obietnic Bożych względem nas. Lecz co nas obchodzą słońce, księżyc i gwiazdy? Co nam mówią prawa wszechświata? Jakże pouczą nas o naszym obowiązku? Jakże przemówią do grzeszników? W ogóle do grzeszników nie mówią. Zostały stworzone przed upadkiem Adama. „Głoszą chwałę Bożą", lecz nie Jego wolę. Wszystkie są doskonałe, wszystkie harmonijne; lecz jasność i doskonałość, które okazują w swoim stworzeniu, oraz Boża dobroczynność w nim widzialna — mają małe znaczenie dla człowieka upadłego. Nie widzimy tam nic z gniewu Bożego, o którym donośnie powiada sumienie grzesznika. Nie może więc być bardziej niebezpiecznego (choć pospolitego) podstępu Szatana niż oderwanie nas od naszych własnych skrytych myśli, sprawienie, byśmy zapomnieli o własnych sercach, które piszą nam o Bogu sprawiedliwości i świętości, i skierowanie naszej uwagi wyłącznie na Boga, który stworzył niebiosa — który jest wprawdzie naszym Bogiem, lecz nie Bogiem objawiającym się nam jako grzesznikom, lecz takim, jakim jaśnieje aniołom swoim i wybranym swoim w przyszłości.
Gdy człowiek zwiódł siebie na tyle, że swe przeznaczenie powierza temu, co niebiosa mu o nim mówią, zamiast słuchać i być posłusznym sumieniu — co za tym idzie? Że natychmiast błędnie tłumaczy i wypacza cały kierunek Pisma Świętego. Nie można zaprzeczyć, że choć religijne praktyki są w Piśmie Świętym ogłaszane przyjemnymi dla świętych, to wobec ludzi w ogólności mówi się, że są trudne i przykre; dla wszystkich ludzi z natury niemożliwe i przez niewielu spełniane nawet przy wsparciu łaski, z powodu ich dobrowolnego zepsucia. Religię ogłasza się za przeciwną naturze, za sprzeczną z naszą pierwotną wolą, jako wymagającą Bożej pomocy, by ją umiłować i być jej posłusznym, i jako przez większość odrzucaną i zwalczaną pomimo tej pomocy. Powiedziano nam wyraźnie, że „wąska jest brama i ciasna droga, która wiedzie do żywota, i mało jest tych, którzy ją znajdują"; że winniśmy „silić się" i walczyć, by „wejść przez wąską bramę", albowiem „wielu będzie szukać, żeby wejść, a nie zdołają" — jedynie szukają, dlatego nie znajdują; i dalej, że ci, którzy nie dostąpią żywota wiecznego, „pójdą na wieczne potępienie". To jest ciemna strona religii; a ludzie, których opisywałem, nie mogą o niej myśleć. Wzdragają się przed nią jako zbyt straszną. Łatwo przekonują siebie, że owe dobitne wypowiedzi Pisma Świętego nie odnoszą się do dnia dzisiejszego lub że są przenośnią. Nie mają w sercu żadnego głosu, który by im odpowiadał. Sumienie zostało uciszone. Jedyne poznanie Boga, jakie zdobyli, pochodzi z teologii naturalnej, a ta mówi tylko o dobroci i harmonii; dlatego nie chcą uwierzyć niezasłoniętemu Słowu Pisma Świętego. Chwytają się tych fragmentów Pisma, które zdają się potwierdzać ich własne poglądy; nalegają, by nakazane nam było „zawsze się radować", i wywodzą, że naszym obowiązkiem jest szukać tu pociechy (w umiarze, rzecz jasna) w dobrach tego życia — że wystarczy być wdzięcznym, korzystając z nich — że nie potrzeba się niepokoić — że Bóg jest Bogiem miłosiernym — że poprawa w zupełności wystarcza za nasze wykroczenia — że choć byliśmy nieregularni w młodości, to jest to rzecz miniona — że my o tym zapominamy, więc i Bóg zapomina — że świat jest na ogół bardzo dobrze usposobiony do religii — że należy unikać zapału — że nie powinniśmy być nadmiernie poważni — że powinniśmy mieć szerokie spojrzenie na naturę ludzką — i że powinniśmy miłować wszystkich ludzi. Jest to zaiste wyznanie wiary ludzi płytkich w każdej epoce, którzy trochę rozumują, a wcale nie czują, i którzy sądzą siebie za oświeconych i filozoficznych. Część z tego, co mówią, jest fałszywa, część prawdziwa, lecz źle zastosowana; ale dlaczego tu o tym wspominam — by pokazać, jak dokładnie pasuje to do tego, co opisałem już jako szczególną religię epoki ucywilizowanej: pasuje do niej równie dobrze, jak ta (tak zwanego) świata religijnego, będąca przeciwnym krańcem.
Jedną jeszcze uwagę poczynię o owych chrześcijanach mienących się racjonalnymi, którzy — trzeba to odnotować — nieraz idą dalej i zaprzeczają tajemnicom Ewangelii. Weźmy nasz tekst: „Bóg nasz jest ogniem trawiącym". Przypuśćmy, że ci ludzie natknęliby się na te słowa lub usłyszeli je przytoczone jako argument przeciw ich własnej nauce o niezamącenie pomyślnym charakterze naszych perspektyw w świecie przyszłym — i przypuśćmy, że nie wiedzieliby, w jakiej części Biblii się znajdują. Co by rzekli? Niezawodnie z przekonaniem stwierdziliby, że odnoszą się one jedynie do Żydów, a nie do chrześcijan; że opisują jedynie Boskiego Twórcę Prawa Mojżeszowego; że Bóg przemawiał niegdyś do Żydów przez grozy, bo byli ludem grubym i dzikim, lecz cywilizacja uczyniła z nas zupełnie innych ludzi; że to nasz rozum, nie nasze lęki, jest nawoływany, a Ewangelia jest miłością. A jednak, mimo wszelkich tych argumentów, tekst pochodzi z Listu do Hebrajczyków, napisanego przez Apostoła Chrystusowego.
Zakończę, podając pełniej to, co rozumiem przez ciemną stronę religii, i jaką ocenę należy wydać o przesądnych i posępnych.
Nie zawaham się tu wyrazić mojego głębokiego przekonania, że byłoby zyskiem dla tego kraju, gdyby był o wiele bardziej przesądny, bardziej zaślepiony, bardziej posępny, bardziej gwałtowny w swej religii, niż się to dziś ujawnia. Nie dlatego oczywiście, bym uważał usposobienia ducha w tym zawarte za pożądane — byłoby to oczywistą niedorzecznością; ale uważam je za nieskończenie bardziej pożądane i bardziej rokujące nadzieję niż pogańska zatwardziałość i zimna, zarozumiała, mądra we własnych oczach spokojność. Niezawodnie pokój ducha, czyste sumienie i pogodne oblicze są darem Ewangelii i znakiem chrześcijanina; lecz te same skutki (a raczej to, co za nie uchodzi) mogą wypływać z bardzo różnych przyczyn. Jonasz spał w burzy — podobnie i Pan nasz Błogosławiony. Jeden spał w złowrogim bezpieczeństwie; Drugi w „pokoju Bożym, który przewyższa wszelki rozum". Tych dwóch stanów nie można ze sobą mieszać; są całkowicie odrębne; i równie odrębny jest spokój człowieka światowego od spokoju chrześcijanina. Weźmy teraz przypadek marynarzy na pokładzie okrętu; krzyczeli do Jonasza: „Cóż tobie, śpiochu?" — tak samo Apostołowie rzekli do Chrystusa: „Panie, giniemy!" Taki jest przypadek przesądnych: stoją pomiędzy fałszywym pokojem Jonasza a prawdziwym pokojem Chrystusa; są lepsi od tego pierwszego, choć daleko poniżej Tamtego. Stosując to do obecnej religii świata wykształconego, pełnej bezpieczeństwa i pogody, decorum i dobroczynności, zauważam, że te przejawy mogą wynikać albo z dużej ilości religii, albo z jej braku; mogą być owocem płytkości umysłu i zaślepionego sumienia, albo tej wiary, która ma pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Gdyby postawić tę alternatywę, mógłbym pozostawić zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu rozstrzygnięcie (gdyby tylko zdołali się zmusić do poważnego myślenia), do której z tych dwóch należy odnieść usposobienie naszej epoki. Dla mnie samego nie ma wątpliwości, widząc to, co widzę na świecie: pochodzi ono ze snu Jonasza; jest więc jedynie snem religii, daleko niższym wartością od dobrze uzasadnionego lęku przesądnych, którzy przebudzili się i widzą swe niebezpieczeństwo, choć nie posuwają się w wierze aż do objęcia jego lekarstwa.
Pomyślcie o tym, zaklinają was, bracia moi, i weźcie to do serca — o ile idziecie za mną — jako że będziecie musieli odpowiadać za wysłuchanie tego w dzień ostateczny. Nie pragnę być surowy; ale wiedząc, że „świat cały w złem leży", sądzę za wysoce prawdopodobne, że wy, o ile tkwicie w nim (a tkwić musicie, jak i my wszyscy w pewnej mierze), jesteście w większości swej częściowo zarażeni jego błędem — tą płytkością religii, będącą następstwem zaślepionego sumienia; dlatego przemawiam do was z żarliwością. Wierząc w istnienie zarazy ogólnej w tym kraju, sądzę, że wy pewnie macie udział w cierpieniach — cierpieniach dobrowolnych — jakie ona wśród nas szerzy. Bojaźń Boża jest początkiem mądrości; dopóki nie ujrzycie Go jako ognia trawiącego i nie przystąpicie do Niego z czcią i bojaźnią Bożą, jako grzesznicy, nie jesteście nawet w zasięgu wzroku wąskiej bramy. Nie życzę wam, byście mogli wskazać jakiś konkretny czas, gdy wyrzekliście się świata (jak to mówią) i nawróciliście się; to jest złuda. Bojaźń i miłość muszą iść razem; zawsze się bać, zawsze kochać, aż do dnia waszej śmierci. Niezawodnie — a jednak musicie wiedzieć, czym jest sianie we łzach tu, jeśli chcecie zbierać w radości tam. Dopóki nie poznacie ciężaru waszych grzechów — i to nie w samej wyobraźni, lecz w praktyce; nie tak, że jedynie wyznajecie to w jakimś formalnym zwrocie lamentacji, lecz codziennie i w sercu w ukryciu — nie możecie objąć ofiary miłosierdzia złożonej wam w Ewangelii przez śmierć Chrystusa. Dopóki nie wiecie, czym jest lęk przerażonych marynarzy lub Apostołów, nie możecie spać z Chrystusem u stóp waszego Ojca Niebieskiego. Jakkolwiek nędzne były przesądy ciemnych wieków, jakkolwiek odpychające są tortury dziś stosowane wśród pogan Wschodu — lepiej, o nieskończenie lepiej jest dręczyć ciało przez całe swoje dni i czynić z tego życia piekło na ziemi, niż trwać w krótkotrwałym spokoju tu, aż w końcu otchłań otwiera się pod nami i budzi nas do wiecznej, bezpłodnej świadomości i wyrzutów. Pomyślcie o własnych słowach Chrystusa: „Cóż za okup da człowiek za swoją duszę?" I znowu mówi: „Bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wrzucić do piekła; tak, powiadam wam, bójcie się Go." Nie ważcie się myśleć, że dotarliście do dna swoich serc; nie wiecie, jakie zło się w nich kryje. Jak długo i jak gorliwie musicie się modlić, ile lat poświęcić pilnemu posłuszeństwu, nim zdobędziecie prawo do odłożenia smutku i radowania się w Panu! W pewnym sensie, prawda, możecie czerpać pociechę od samego początku; bo choć nie możecie jeszcze się spodziewać, że jesteście w liczbie prawdziwych wybranych Chrystusowych, to jednak od samego początku wiecie, że pragnie On waszego zbawienia, umarł za was, obmył wasze grzechy przez chrzest i zawsze będzie wam pomocny; i ta myśl musi was pocieszyć, gdy idąc naprzód, badacie i przeglądacie swoje życia i nawracacie się do Boga w zaparciu się siebie. Lecz zarazem nigdy nie możecie być pewni zbawienia, póki jesteście tutaj; dlatego musicie zawsze się lękać, zawsze ufać. Poznanie waszych grzechów rośnie wraz z waszym pojmowaniem miłosierdzia Bożego w Chrystusie. A to jest prawdziwy stan chrześcijański i najściślejsze przybliżenie do spokojnego, cichego snu Chrystusa w czasie burzy — nie doskonała radość i pewność w niebie, lecz głębokie poddanie się woli Bożej, wydanie siebie samych — duszy i ciała — Jemu; mając nadzieję, że będziemy zbawieni, ale wpatrując się bardziej gorliwie w Niego niż w siebie samych; to jest działając dla Jego chwały, starając się Mu się podobać, poświęcając się Mu we wszelkim mężnym posłuszeństwie i wytrwałych dobrych uczynkach; a gdy patrzymy w siebie, myśląc o sobie z pewną odrazą i pogardą jako o grzesznikach, umartwiając nasze ciało, uśmierzając nasze pożądania i w spokoju oczekując owej chwili, gdy — jeśli będziemy godni — zostaniemy zdarci z naszego obecnego jestestwa i na nowo ukształtowani w królestwie Chrystusowym.
---