HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom I

Kazanie XXVI. Chrześcijańska dojrzałość

Gdy chcę zacząć od nowaGdy świat mnie wciąga Powszechne powołanie do świętości
„Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, myślałem jak dziecko, rozumowałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce."
W skrócie. Newman wzywa do „odrzucenia dziecinnych rzeczy” — nadmiernego przywiązania do przyjemności życia, miłości pochwały, wygód i uciech — jako pierwszego, a nie ostatniego kroku chrześcijańskiej drogi. Porównuje Apostołów przed i po Zesłaniu Ducha, by pokazać, jak daleko sięga dojrzałość w wierze; to, co wielu uważa za wyrzeczenie heroiczne, jest jedynie przygotowaniem do właściwego biegu. Szczególnie piętnuje chrześcijan w średnim i starszym wieku, którzy wciąż trwają w duchowym dziecięctwie.

„Odrzucić próżne nadzieje ziemskiego dobra, mieć dość pochlebstw i pochwał świata, dostrzec pustkę doczesnej wielkości i czuwać przeciwko samouleganiu — oto jedynie początki religii; oto jedynie przygotowanie serca, które zakłada religijna gorliwość.”

*„Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, myślałem jak dziecko, rozumowałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce."* — 1 Kor 13,11

Gdy Pan nasz miał opuścić świat i powrócić do Ojca, nazwał uczniów sierotami — dziećmi niejako, które sam wychowywał, a które wciąż nie umiały się same prowadzić i miały wkrótce stracić swego Opiekuna. Rzekł jednak: „Nie zostawię was jako sieroty, przyjdę do was" — chcąc tym powiedzieć, że przyjdzie znów do nich w mocy swego Ducha Świętego, który będzie ich zawsze obecnym, wszechwystarczającym Przewodnikiem, choć On sam będzie nieobecny. A wiemy ze świętej historii, że kiedy Duch Święty przyszedł, przestali być bezbronnymi dziećmi, jakimi byli przedtem. Tchnął w nich życie Boże i obdarzył ich duchową dojrzałością, czyli doskonałością, jak nazywa ją Pismo. Od tej chwili odrzucili to, co dziecięce: mówili, rozumowali i myśleli jak ci, którzy nauczyli się sobą rządzić i którzy, mając „namaszczenie od Świętego, wiedzą wszystko".

Że taka przemiana dokonała się w Apostołach zgodnie z obietnicą Chrystusa, widać jasno z porównania ich postępowania przed dniem Zesłania Ducha Świętego a po nim. Nie ma potrzeby rozwodzić się nad ich cudowną stałością i gorliwością w sprawie Mistrza po tym wydarzeniu. Z drugiej strony, z Ewangelii wyraźnie wynika, że zanim Duch Święty zstąpił — to znaczy gdy Chrystus był jeszcze z nimi — byli tak bezradni i nieuczeni jak dzieci: nie mieli jasnego pojęcia, czego powinni szukać ani jak to czynić, i dali się ponieść przypadkowym uczuciom i dawno wyhodowanym uprzedzeniom. Czyż to nie było dziecinne pytać, ile razy należy przebaczać winnemu współbratu, jak uczynił św. Piotr? Albo prosić, by zobaczyć Ojca, jak uczynił św. Filip? Albo proponować wzniesienie namiotów na górze, jakby nie mieli wracać do trudów tego świata? Albo spierać się o to, kto jest największy? Albo oczekiwać, że Chrystus przywróci wówczas ziemskie królestwo Izraelowi? Jakkolwiek poglądy takie były zrozumiałe u połowicznie pouczonych Żydów, okazywały się wyraźnie niegodne tych, których Chrystus uczynił swoimi, aby „stawić ich doskonałymi" przed tronem Bożym.

A jednak pierwsi uczniowie Chrystusa odrzucili przynajmniej swe błędy raz na zawsze, gdy Duch na nich zstąpił. Lecz co do nas — Duch jest już od dawna wylany na nas, od samych lat naszej młodości; a mimo to poważne jest pytanie, czy tłumy spośród nas, nawet ci, którzy wyznają wiarę, dorównały choćby owym Apostołom w poznaniu Prawdy przed dniem Zesłania Ducha. Może tedy dziś warto się zastanowić nad tym pytaniem, jakie nasuwa nam tekst kazania, — zbadać, jak daleko posunęliśmy się w odrzucaniu owych dziecinnych rzeczy, które są niezgodne z mężnym i szczerym wyznaniem Ewangelii.

Otóż zwróćcie uwagę: nie pytam, czy jawnie trwamy w grzechu, w świadomym nieposłuszeństwie; ani nawet czy ulegamy przez lekkomyślność grzesznym praktykom i nałogom. Stan tych, którzy działają wbrew sumieniu albo bez sumienia — to jest lekko i beztrośko — jest daleki wprawdzie od jakiegokolwiek podobieństwa do stanu Apostołów w latach ich wczesnego uczniactwa. Zakładam, że wy, bracia, jesteście w ogólności naśladowcami Chrystusa, że wyznajecie Mu posłuszeństwo; i zwracam się do was jako do tych, którzy mają na pozór słuszną nadzieję zbawienia. Kieruję waszą uwagę nie na wasze grzechy, nie na te wady i uchybienia, które sami uważacie za takie i z którymi się zmagacie jako z rzeczami z natury swej złymi — lecz na takie wasze poglądy, pragnienia i upodobania, jakie żywili Apostołowie, prawdziwi wierzący, przed osiągnięciem dojrzałości w Ewangelii; i pytam, jak dalece odrzuciliście je ze swych umysłów jako próżne i błahe — czyli, jak dalece dokonaliście tego, co zdaje się być dla św. Pawła w naszym tekście pierwszym krokiem w prawdziwym duchowym biegu chrześcijanina, na którego zstąpił Duch Święty.

**1.** Weźmy dla przykładu naszą miłość do przyjemności życia. Gotów jestem przyznać, że istnieje niewinne umiłowanie świata, niewinne samo w sobie. Bóg stworzył świat, usankcjonował ogólną postać ludzkiego społeczeństwa i ofiarował nam w nim rozliczne przyjemności — nie mówię: trwałe, ale zawsze prawdziwe przyjemności, dopóki trwają. Rzeczą naturalną jest, że młodzi patrzą z nadzieją na perspektywy, które się przed nimi otwierają. Nie mogą się powstrzymać od snucia planów, czym będą, gdy wejdą w czynne życie, lub czym chcieliby być, gdyby mieli wybór. Oddają się marzeniom o przyszłości, wiedząc dobrze, że nigdy się nie spełnią. Innym razem ograniczają się do tego, co możliwe; wtedy serce ich pała, gdy śnią o spokojnym szczęściu, domowym cieple, niezależności. Albo też, z śmielszymi zamierzeniami, pchają swe losy na drogę życia publicznego i karmią się ambitnymi nadziejami. Wyobrażają sobie, że wznoszą się w świecie, wyróżniani, poszukiwani, podziwiani; że zdobywają wpływ na innych i są wynagradzani wysokim stanowiskiem. Jakub i Jan mieli taki sen, gdy prosili Chrystusa, by siedzieć mogli po Jego bokach na najzaszczytniejszych miejscach w Jego królestwie.

Takie sny trudno uznać za grzeszne same w sobie, w oderwaniu od konkretnej sytuacji; dary bowiem bogactwa, władzy i wpływu, a tym bardziej domowego ciepła, pochodzą od Boga i mogą być pobożnie spożytkowane. Choć jednak nie zasługują wprost na naganę, są dziecinne — dziecinne bądź same w sobie, bądź przynajmniej gdy się je pielęgnuje i im hołduje; dziecinne w chrześcijaninie, który ma nieskończenie wznioślejsze sprawy absorbujące jego umysł; a jako dziecinne — wybaczalne jedynie u młodych. Są wykroczeniem, gdy się je zachowuje w miarę upływu lat; lecz u młodych możemy na nie patrzeć przez pryzmat osądu, jaki wydał nasz Zbawiciel o owym młodym mężu, bogatym i szlachetnym. Jest powiedziane, że „umiłował go" — ze współczuciem (to jest) a nie z surowym potępieniem przyjmując oczekiwania, jakie żywił co do szczęścia płynącego z bogactwa i władzy, lecz nie zatajając przed nim ofiary z tego wszystkiego, którą winien złożyć, „jeśli chce być doskonały" — to znaczy mężem, a nie zwykłym dzieckiem w Ewangelii.

**2.** Lecz są też inne dziecinne poglądy i nawyki, które trzeba odrzucić, gdy bierzemy na siebie pełne wyznanie chrześcijańskie — i to mniej wolne od wewnętrznej winy niż te, o których była już mowa: mianowicie miłość okazywania się, chciwość pochwały ze strony świata i umiłowanie wygód oraz zbytków życia. Choć są to złe usposobienia duszy, nie nazywam ich tu najtwardszymi imionami, ponieważ chciałbym nakłonić ludzi — o ile to możliwe — raczej do tego, by odwracali się od nich jako niegodnych chrześcijanina, z pewnym rodzajem pogardy; by je przerośli, wzrastając w łasce, i odkładali je jako rzecz oczywistą, stopniowo ucząc się „kierować myśli ku temu, co w górze, nie ku temu, co na ziemi".

Dzieci mają złe skłonności i leniwe nawyki, o których nie raczymy mówić poważnie. Nie znaczy to, byśmy je w jakimkolwiek stopniu pochwalali lub tolerowali dla nich samych; owszem, karamy za niektóre z nich; ale znosimy je u dzieci i oczekujemy, że znikną, gdy umysł dojrzeje. Podobnie w sprawach religijnych jest wiele nawyków i poglądów, które znosimy u nieukształtowanego chrześcijanina, lecz które uważamy za haniebne i godne wzgardy, jeśli przetrwają do czasu, gdy charakter człowieka może być uznany za utrwalony. Miłość okazywania się jest jednym z nich — czy to próżność intelektu, czy nabytych umiejętności, czy bogactwa, czy urody; czy słabość nasza objawia się w gadulstwie, czy w zamiłowaniu do rządzenia, czy znowu w miłości do stroju. Próżność i zarozumiałość są wprawdzie zawsze nieprzyjemne z tego powodu, że zakłócają spokój innych i ich drażnią; lecz tutaj stwierdzam, że same w sobie są odrażające, gdy dostrzega się je u tych, którzy korzystają z pełni przywilejów Kościoła i są z wyznania mężami w Chrystusie Jezusie — odrażające przez swą niezgodność z wiarą chrześcijańską i gorliwością.

Tak samo, jeśli chodzi o umiłowanie ziemskich wygód i zbytków — które, niestety, raczej wzrasta w miarę starości, niż zanika — czy naturalne w młodości, czy nie, jest przynajmniej (jeśli wolno mi tak rzec) wstrząsające u tych, którzy wyznają, że są „doskonałymi", jeśli chcemy rzeczy słusznie oceniać; i to ze względu na wielką niezgodność z duchem Ewangelii. Czyż nie jest czymś niezmiernie dziwnym i potwornym (gdybyśmy mogli wychować serca do posiadania prawego sądu o wszystkim) wyznawać, że nasz skarb nie jest tu, lecz w niebie przy Tym, który tam wstąpił, i przyznawać, że mamy krzyż do niesienia za Tym, który wpierw cierpiał, nim zatriumfował — a jednak rozmyślnie poświęcać się staraniu o własną wygodę jak o jakiś wielki i wystarczający cel, zadawać sobie wiele trudu, by ją zabezpieczyć, poświęcać dla jej ochrony rzeczy znaczące i przygnębiać się na myśl o jej utracie? Czy możliwe jest, by prawdziwy syn Kościoła wojującego, gdy „Arka i Izrael, i Juda mieszkają pod namiotami", a „słudzy jego Pana obozują w polu pod gołym niebem", jadł i pił bezpiecznie, owijał się meblami bogactwa, pasł oczy „pychą życia" i dopełniał dla siebie miary doczesnych wytworności?

Nadto wszelka bojaźliwość, niestałość, lęk przed drwiną, słabość woli — takie jak ta, którą okazali Apostołowie opuszczając Chrystusa, a szczególnie Piotr, gdy Go się zaparł — należą do tych usposobień ducha, które są dziecinne zarazem i grzeszne; których musimy się nauczyć gardzić, wstydzić się siebie, gdy ich ulegamy, i zamiast uznawać zwycięstwo nad nimi za coś wielkiego, traktować je jako jeden z pierwszych kroków ku byciu choćby zwykłym prawdziwym wierzącym. Tak samo Apostołowie, pomimo swego wcześniejszego uczniactwa, dopiero (z pewnością) rozpoczęli swój bieg chrześcijański w dniu Zesłania, i wzięli wówczas na siebie dobry zasób wiary, odwagi, gorliwości i panowania nad sobą — nie jako jakieś wielkie osiągnięcie i powód do chlubienia, lecz jako sam warunek bycia chrześcijaninem w ogóle, jako żywioły życia duchowego, jako zwykłe wyekwipowanie i drobne naprawdę zdobycie na tej rozległej drodze uświęcenia, na którą Duch Błogosławiony gotów jest prowadzić każdego chrześcijanina.

Otóż w tej ostatniej uwadze wskazałem główny powód, dla którego zatrzymuję się nad naszym tematem. Bardzo bowiem powszechne wśród chrześcijan jest wyolbrzymianie tego, co są jeno drobnymi zasługami: wpierw umieszczają samą istotę religijnego posłuszeństwa w kilku mizernych praktykach lub szczegółowych przepisach moralnych, które łatwo wypełnić i które raczą nazywać wyrzeczeniem się świata; po czym wielce się chlubią, że dokonali tego, co w istocie każdy, kto nie jest po prostu dzieckiem w Chrystusie, powinien być w stanie uczynić — gratulują sobie sukcesu, ostentacyjnie dziękują za niego, potępiają tych, którzy nie przestrzegają akurat tych samych drobiazgowych praktyk, które sami przyjęli, i w konsekwencji zapominają, że mimo wszystko przez takie ubogie posłuszeństwo — słuszne choćby było — nie przybliżyli się nawet do odległego widoku tego miejsca w swym biegu chrześcijańskim, w którym mogliby uznać, słowami św. Pawła, że „osiągnęli" pewną nadzieję zbawienia. Jest to zupełnie jak małe dzieci, gdy po raz pierwszy mają dość sił, by ruszać członkami, triumfują w każdym ćwiczeniu swej nowo nabytej sprawności jak w wielkim zwycięstwie. Odrzucić próżne nadzieje ziemskiego dobra, mieć dość pochlebstw i pochwał świata, dostrzec pustkę doczesnej wielkości i czuwać przeciwko samouleganiu — oto jedynie początki religii; oto jedynie przygotowanie serca, które zakłada religijna gorliwość. Bez sporej ich miary — jakże mógłby chrześcijanin postąpić choć o krok? Jakżeby Abraham, wezwany przez Boga, mógł się w ogóle wyruszyć z miejsca swego urodzenia, gdyby nie przestał ceniować sobie tego świata i nie dbał o jego szyderstwo? Zaiste, owe zdobycze to jedynie nasz pierwszy strój dojrzałości, oznajmujący, że dzieciństwo minęło; a jeśli czujemy, że miłość i bojaźń świata wciąż są żywe w naszych sercach, musimy się głęboko upokorzyć — tak, i zatrwożyć — a upokorzyć nawet wtedy, gdy pozostają już tylko ślady dawnych słabości. Lecz choćby nawet tak nie było — czymże możemy się chlubić? Popatrzcie na Apostołów jako na przykład i porównanie, a zobaczycie, czym jest prawdziwe życie Ducha, istota i pełny owoc świętości. Kochać braci z taką wytrwałością, której żadne przeszkody nie zdołają pokonać, tak iż niemal godzi się na anatemę na siebie samego, byle tylko zbawić tych, którzy nas nienawidzą; — pracować w sprawie Bożej wbrew wszelkiej nadziei i pośród cierpień; — odczytywać zdarzenia życia, gdy się pojawiają, przez pryzmat, jaki daje im Pismo, i to nie tak, jakby ów język był nam obcy, lecz czynić to skwapliwie; — wypełniać wszystkie nasze powszednie obowiązki w stosunku do bliźnich z największą uważnością; — powściągać każdą złą myśl i poddawać cały umysł pod prawo Chrystusowe; — być cierpliwym, pogodnym, przebaczającym, łagodnym, uczciwym i prawdziwym; — wytrwać w tym dobrym dziele aż do śmierci, czyniąc coraz to nowe postępy ku doskonałości — i po tym wszystkim, nawet do końca, wyznawać się sługami nieużytecznymi, owszem, uważać się za stworzenia skażone i grzeszne, które (mimo całej swej gorliwości) byłyby zgubione, gdyby Bóg nie darował im swego miłosierdzia w Chrystusie — oto niektóre z trudnych rzeczywistości posłuszeństwa religijnego, które musimy przeżywać, które Apostołowie w wysokiej mierze osiągnęli i za których urzeczywistnienie w nas możemy słusznie błogosławić świętemu imieniu Bożemu.

Przyjmijmy więc jako prawdę, której nikt nie może zaprzeczyć, że zerwanie ze światem i uczynienie religii pierwszą troską to jedynie zaprzestanie bycia dziećmi; i że w konsekwencji ci chrześcijanie, którzy doszli do dojrzałego wieku, a jednak nie czynią nawet tyle, są „w obecności Aniołów Bożych" odrażającym i nienaturalnym widowiskiem, szyderczą karykaturą chrześcijaństwa. Nie mówię, czym tacy ludzie są w oczach Bożych ani jakie mają perspektywy na życie przyszłe — bo to jest myśl przerażająca — i powinniśmy się kierować pobudkami dalece wznioślejszymi niż ten przesadny lęk przed przyszłą karą, do którego takie rozważanie by prowadziło.

Lecz tu ktoś mógłby zapytać, czy nie jestem surowy, nakazując tak wiele wyrzeczeń już u progu prawdziwego posłuszeństwa chrześcijańskiego. W zakończeniu powiem więc, po pierwsze, że nie powiedziałem ani słowa przeciwko umiarkowanemu i pełnemu wdzięczności korzystaniu z dóbr tego życia, gdy same wchodzą nam w drogę; lecz przeciwko gorliwemu ich pragnięciu, szukaniu ich i przekładaniu nad sprawiedliwość Bożą, co się powszechnie czyni. Po wtóre, nie wykluczam z grona chrześcijan wszystkich, którzy nie są w stanie od razu zdecydowanie odrzucić świata, gdy jego dobra są niebezpieczne, niewskazane lub nieodpowiednie; lecz wykluczam ich z grona chrześcijan dojrzałych, mężnych. Pan bez wątpienia obchodzi się z nami łagodnie. Oddzielił od siebie dwa swoje Sakramenty. Chrzest najpierw dopuszcza nas do Jego łaski; Jego Święta Wieczerza wprowadza nas między Jego doskonałych. W zwykłym biegu życia przeznaczył między nie od czternastu do dwudziestu lat, abyśmy mieli czas przemyśleć koszty i podjąć decyzję spokojnie. Jedno tylko: nie wolno stać w miejscu — i nie można; czas przechodzi wolno, lecz nieomylnie od narodzin do wieku dojrzałości, i podobnie nasze umysły, choć powoli kształtowane do miłości Chrystusa, muszą się jednak kształtować. Wtedy dopiero stają się nieznośni, gdy ludzie dojrzeli wiekiem, a wciąż są „w rozumieniu dziećmi": wyszli bowiem ze swojego sezonu i są nie na miejscu. Wówczas to ambitne myśli, błahe zajęcia i rozrywki, namiętne pragnienia i bystre nadzieje, i umiłowanie okazywania się, są wprost grzeszne, bo stały się już grzechami rozmyślnymi. Gdy byli dziećmi, „mówili jak dzieci, rozumowali, myśleli jak dzieci"; lecz gdy stali się mężami, „czas był obudzić się ze snu" i „odrzucić to, co dziecięce". A jeśli trwają jako dzieci, zamiast mieć „zmysły ćwiczone do rozróżniania tego, co doskonałe, od tego, co nikczemne" — ach, jakże głębokiego nawrócenia będą potrzebować, nim poznają, czym jest prawdziwy pokój! — jakiego wyrzutu sobie i ostrej samodyscypliny, zanim oczy ich otworzą się, by skutecznie ujrzeć owe prawdy, które „duchowo się rozeznaje"!

Tyle o tych, którzy zaniedbują dorastania w porę do nadziei swego powołania. Co do samych młodych — oczywiste jest, że nic z tego, co powiedziałem, nie może zachęcać ich do zadowolenia ze swego obecnego niepełnego oddania Bogu; bo będzie wymagało ich najlepszych wysiłków, by wzrost mądrości i wzrost postury kroczył u nich równym krokiem. A jeśli jest ktoś, kto — myśląc, że uciech młodości trzeba się niebawem wyrzec — rozmyślnie postanawia korzystać z nich jak najlepiej, zanim obowiązki dojrzałości na niego spadną — taki przez to właśnie czyni sobie niemożliwym wyrzeczenie się ich, gdy będzie wezwany do tego. Co zaś do tych, którzy pozwalają sobie na to, co nawet w młodości jest jawnie grzeszne — rozmyślne zaniedbywanie modlitwy, bezbożność, hulaszcze życie lub inne niemoralności — do takich osób nie myślałem nawet, mówiąc o młodzieńczej lekkomyślności. Oni oczywiście nie mają „dziedzictwa w królestwie Chrystusa i Boga".

Lecz jeśli są wśród nas tacy — a dobrze być może, że są — którzy, niczym ów młody władca, „oddają cześć Chrystusowi" i są przez Niego „umiłowani", i zachowują Jego przykazania od młodości; a jednak nie mogą się nie „zasmucić" na myśl o porzuceniu swoich miłych złudzeń, dziecięcych bałwochwalstw i jasnych nadziei ziemskiego szczęścia — tym nakazuję dobrej myśli i odwagi. Czegóż więcej niż od was wymaga wasz Zbawiciel, niż to, co wymaga też od was ów twardy i zły pan, który pragnie waszej zguby? Chrystus każe wam porzucić świat; ale czyż świat i tak wkrótce nie porzuci was? Czy możecie go zatrzymać, będąc jego niewolnikiem? Czyż ten, który jest kreatorem pokusy, książę tego świata, nie odbierze wam go, cokolwiek by teraz obiecywał? Czegóż wymaga od was wasz Pan, jeśli nie tego, byście patrzyli na wszystkie rzeczy takimi, jakimi naprawdę są, uważali je jedynie za Jego narzędzia i wierzyli, że dobro jest dobrem, bo On go chce, że może równie łatwo błogosławić przez twardy kamień jak przez chleb, na pustyni jak na żyznym polu, jeśli mamy wiarę w Tego, który daje nam prawdziwy chleb z nieba? Daniel i jego przyjaciele byli książętami z królewskiego domu Dawida; byli to „dzieci pięknej postaci i biegłe w wszelkiej mądrości, pojętne w wiedzy i rozumiejące naukę"; a jednak mieli wiarę, by odmówić nawet dosłownego jadła i napoju im danego, bo były ofiarą bożka, i Bóg utrzymał ich bez tego. Przez dziesięć dni próby żywili się jarzyną i wodą; a jednak „na końcu" — powiada święty zapis — „twarze ich okazały się piękniejsze i obfitsze w ciało niż wszystkie dzieci, które jadły część stołu królewskiego". Nie wątpcie tedy w Jego moc, by przeprowadzić was przez wszelkie trudności — On, który nakazuje wam je podjąć. Wskazał wam drogę: porzucił dom swej Matki Maryi, by „zajmować się sprawami Ojca swego" — i teraz jedynie każe wam podźwignąć za Nim krzyż, który On dźwigał dla was, i „dopełnić w ciele swoim braków udręk Chrystusowych". Nie bójcie się — to tylko ból niekiedy i zmaganie; przymierze z oczami waszymi i post na pustyni, pewna spokojna nawykła czujność i serdeczny wysiłek posłuszeństwa — a wszystko będzie dobrze. Nie bójcie się. On jest pełen łaski i prowadzi nas krok po kroku. Nie pokazuje wam, dokąd prowadzi; moglibyście się przestraszyć, gdybyście widzieli całą perspektywę naraz. Dosyć każdemu dniowi jego złego. Idźcie za Jego planem; nie wypatrujcie niespokojnie naprzód; patrzcie w dół na to, po czym stąpacie, „aby droga wasza nie zboczyła" — lecz nie snujcie domysłów o przyszłości.

Dobrze wierzę, że macie teraz nadzieje, których nie możecie się wyrzec, a które was nawet podtrzymują w waszym obecnym biegu. Niechaj tak będzie; czy się spełnią czy nie, jest w Jego ręku. Może raczyć dać pragnieniom serca waszego — jeśli tak, dziękujcie Mu za Jego miłosierdzie; bądźcie jednak pewni, że wszystko będzie dla waszego najwyższego dobra, i że „jak dni twoje, tak i siły twoje. Nie masz równego Bogu Jesuruna, który jedzie po niebie na twoje ratowanie i wyniosłością swoją na obłokach. Ucieczką waszą jest Bóg wieczny, a ramiona wiekuiste są podporą". On nie zna żadnej zmienności ani cienia przemijania; a gdy przerośniemy nasze dzieciństwo, zbliżamy się — choćby słabo — do Jego podobieństwa, który nie ma ni młodości, ni starości, który nie zna namiętności, nadziei ani lęków, lecz miłuje prawdę, czystość i miłosierdzie, i który jest najwyżej szczęśliwy, bo jest najwyżej święty.

Wreszcie, myśląc o Nim w ten sposób, nie zapominajmy być czynni i gorliwi. Strzeżmy się pobłażania samym sobie jałowej wierze i miłości, które marzą zamiast działać i brzydzą się tym, czym powinny być zahartowane. To jedynie dziecięctwo duchowe w innej postaci; bo Duch Święty jest Sprawcą czynnych dobrych uczynków i prowadzi nas do zachowywania wszystkich pokornych czynów zwykłego posłuszeństwa jako ofiary najmiłej Bogu.

← wróć do odkrywania