*Święto św. Szczepana Męczennika*
*„Ukamienowani, przepiłowani, doświadczani, pobici mieczem."* — Hbr 11,37
Święty Szczepan, jeden z siedmiu diakonów, nosi tytuł Protomartyra jako ten, który pierwszy poniósł śmierć dla sprawy Ewangelii. Pragnę skorzystać z okazji jego święta, aby poczynić kilka uwag o męczeństwie w ogólności.
Słowo „Martyr" właściwie znaczy „świadek", lecz używane bywa na oznaczenie wyłącznie tego, kto poniósł śmierć za wiarę chrześcijańską. Tych, którzy świadczyli o Chrystusie nie ponosząc śmierci, zwano Wyznawcami — tytuł, który wcześni Męczennicy nierzadko zdobywali dla siebie jeszcze przed ostatnim uroczystym wyznaniem wiary aż do śmierci, czyli przed Męczeństwem. Najznakomitszym i najchwalebniejszym Męczennikiem jest Pan nasz Jezus Chrystus, który „przed Poncjuszem Piłatem złożył dobre wyznanie"; nie nazywamy Go jednak Męczennikiem, gdyż jest On czymś o wiele więcej niż Męczennikiem.
Prawdą jest, że umarł za Prawdę; lecz nie to było głównym celem Jego śmierci. Umarł, aby zbawić nas grzeszników od gniewu Bożego. Był nie tylko Męczennikiem — był Ofiarą Przebłagalną.
On jest najwyższym przedmiotem naszej miłości, wdzięczności i czci. Po Nim czcimy szlachetne zastępy Męczenników — nie porównując ich wszak z Nim, „który jest ponad wszystkim, Bogiem błogosławionym na wieki", ani nie mniemając, jakoby przez swoje cierpienia mieli jakikolwiek udział w dziele pojednania — ale dlatego, że ze wszystkich Jego sług najbliżej przyszli do Jego wzoru. Przelali krew za Kościół, wypełniając słowa: „On oddał za nas życie swoje, i my winniśmy oddawać życie za braci". Postępowali Jego śladami i domagają się naszej wdzięcznej pamięci. Gdyby święty Szczepan cofnął się przed próbą, jaka go spotkała, i wyparł się wiary, by ocalić życie, nikt nie zdoła ocenić następstw takiego odstępstwa. Być może (ludzko mówiąc) sprawa Ewangelii byłaby przepadła; Kościół mógłby zginąć; i choć Chrystus umarł za świat, świat mógłby nie przyjąć poznania ani owoców Jego śmierci. Kanały łaski mogłyby zostać zniszczone, Sakramenty odjęte słabemu i skażonemu rodzajowi ludzkiemu, tak bardzo ich potrzebującemu.
Można by powiedzieć, że wielu ludzi znosi bóle równe Męczeństwu — z powodu choroby lub w innych okolicznościach; można też powiedzieć, że nie wynika stąd, iż ci, którym przypadło w udziale ponieść śmierć męczeńską, byli zawsze najdzielniejszymi i najczynniejszymi obrońcami wiary; i że przeto, oddając hołd Męczennikom, czcimy szczególną czcią tych, którym wprawdzie możemy być osobliwie wdzięczni (jak w przypadku Apostołów), lecz którzy mogli być przecież ludźmi zwykłymi, stojącymi niejako przypadkowo na najbardziej wystawionym miejscu, na drodze prześladowania, i poległymi jakby przez los, bo miecz ich dosięgnął pierwszy. Wszelako tego rodzaju rozumowanie byłoby — jak widać — osobliwym sposobem wnioskowania w jakimkolwiek analogicznym przypadku. Jesteśmy wdzięczni tym, którzy nam wyświadczyli dobrodziejstwa, a nie tym, którzy mogliby lub chcieliby je wyświadczyć, gdyby tak się zdarzyło. Nie dotyczy nas pytanie, czy Męczennicy byli najlepszymi z ludzi, czy też inni również by nimi zostali, gdyby im na to pozwolono. Jesteśmy wdzięczni tym, którzy nimi byli, ze zwykłego, prostego faktu, że nimi byli — że przeszli przez wielkie cierpienia, aby świat zyskał bezcenny dar: światło Ewangelii.
Lecz jeśli rozważymy tę sprawę spokojnie, przekonamy się, że (na ile ludzki sąd może rozstrzygnąć w takiej kwestii) Męczennicy epoki pierwotnej byli, jako tacy, ludźmi wiary niezwykle wzniosłej; nie tylko naszymi dobroczyńcami, lecz i wielce nad nami wyższymi. Najdalej, do czego sięga ów zarzut, który przedstawiłem, jest to tylko, że inni nieumęczeni mogli im dorównywać (jak na przykład święty Filip Diakon mógł dorównywać swemu towarzyszowi świętemu Szczepanowi), nie zaś że ci, którzy ponieśli śmierć męczeńską, nie byli ludźmi wybitnie obdarzonymi Duchem Chrystusowym. Rozważmy bowiem, czym było wówczas być Męczennikiem.
1. Po pierwsze — było to cierpienie dobrowolne. Ludzie może znoszą w różnych chorobach więcej niż Męczennicy, lecz nie mogą sami sobie dopomóc. Zdarza się też nierzadko, że ludzie byli prześladowani za wiarę bez uprzedniego oczekiwania prześladowania ani możliwości jego uniknięcia. Są oni w pewnym sensie rzeczywiście Męczennikami; i myślimy z uczuciem o tych, którzy ucierpieli za naszą sprawę, czy to dobrowolnie, czy nie. Lecz to nie był przypadek pierwotnych Męczenników. Znali oni z góry, dostatecznie jasno, następstwa głoszenia Ewangelii; przestrogi o czekających ich cierpieniach, jeśli wytrwają w swojej pracy miłości braterskiej, napływały do nich ustawicznie. Ich Pan i Mistrz ucierpiał przed nimi; a prócz własnego cierpienia wyraźnie przepowiedział ich cierpienia: „Jeśli mnie prześladowali, i was prześladować będą". Byli wielokrotnie ostrzegani i surowo zakazywano im przez naczelnych kapłanów i przełożonych głosić w imię Chrystusowe. Doznawali ze strony wrogów lżejszych kar jako zadatku kar surowszych; a w końcu patrzyli, jak jeden po drugim giną ich bracia za wierność Chrystusowi. Mimo to trwali przy wierze, choć każdego dnia mogli stać się ofiarą swojego posłuszeństwa.
Wszystko to należy wziąć pod uwagę, gdy mówimy o ich cierpieniach. Żyli w nieustannej próbie, w codziennym doświadczeniu wiary, którego my, żyjący w czasach spokojnych, ledwo możemy pojąć. Chrystus powiedział Apostołom: „Szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę". Rozważmy, co znaczy przesiewanie — jest to nieprzerwane poruszanie, wstrząsanie, aby oddzielić zboże na dwie części. Taka właśnie była wczesna dyscyplina nałożona na Kościół. Nie uderzył weń jeden nagły cios; lecz był nękany dzień po dniu, we wszystkich swoich członkach, wszelkim argumentem nadziei i lęku, groźbami i ponętami, aby porzucić Chrystusa. Taki był los Męczenników. Śmierć, ich ostatnie cierpienie, była jedynie ukoronowaniem życia uprzedzającego śmierć. Rozważmy, jak udręczająca jest trwoga; jak drażniące i wyczerpujące jest nieustanne podniecenie, połączone z obowiązkiem zachowania spokoju i trwałości pośród niego; i jak nieodparcie pociągająca wydałaby się jakakolwiek perspektywa spokoju w takich okolicznościach — a pojmiemy nieco położenie chrześcijanina pod pogańskim rządem prześladowczym. Pomijam na razie szczególną hańbę i pogardę, jaka była udziałem pierwotnego Kościoła, i jego faktyczne niedostatki. Rozważmy ich jedynie jako nękanych, przesiewanych jak pszenica w sicie. W takich okolicznościach najodważniejsze serca narażone są na upadek. Można zahartować się na pewne określone cierpienia lub przygotować się na jedno oczekiwane przesilenie; lecz ludzie ulegają nieustannemu dręczeniu, jakie zadają im obawa prześladowania i natrętność przyjaciół. Wzdychają za pokojem; stopniowo zaczynają wierzyć, że świat nie jest tak zły, jak niektórzy powiadają, i że można być zbyt surowym i zbyt drobiazgowym. Uczą się lawirować i być niezdecydowanymi. Najpierw upada jeden, potem drugi; a takie przykłady stają się dodatkowym argumentem za ustąpieniem dla tych, którzy jeszcze trwają mocno, a którzy oczywiście czują się przygnębieni, osamotnieni i zaczynają wątpić w słuszność własnego sądu; podczas gdy z drugiej strony ci, którzy upadli, sami stają się na swoje usprawiedliwienie ich kusicielami. I tak Kościół jest przesiewany: tchórzliwi odpadają, wierni trwają mocno, choć w przygnębieniu i niepewności. Wśród tych ostatnich są Męczennicy — nie przypadkowe ofiary, wzięte z losowania, lecz wybrani i wyborowi, reszta wybrana, ofiara miła Bogu jako dar cenny, najcieńsza mąka pszenna Kościoła: ludzie, których ostrzegano, czego mogą oczekiwać ze swego wyznania, którzy mieli wiele sposobności, by go się wyrzec, lecz „znosili i mieli cierpliwość, i dla imienia Chrystusowego pracowali, i nie ustali". Takim był święty Szczepan — nie schwytany podstępem na wyznanie wiary i zabity (że tak powiem) w zasadzce, lecz śmiało stający twarzą w twarz ze swymi prześladowcami i oczekujący — mimo okoliczności zwiastujących śmierć — ich gwałtu. A jeśli Męczeństwo w czasach wczesnych nie było ani przypadkową, ani niespodziewaną śmiercią tych, którym przydarzyło się wyznawać wiarę chrześcijańską, tym mniej porównywać je należy z cierpieniami choroby, czy to większymi, czy mniejszymi. Nikt nie twierdzi, że samo znoszenie bólu jest czymś wielkim. Człowiek w bólu nie może sobie pomóc; nie może od niego uciec, choćby jak najgorliwiej tego pragnął. Diabły znoszą ból wbrew swojej woli. Lecz być Męczennikiem — to czuć nadchodzącą burzę i z własnej woli wytrwać w niej na wezwanie obowiązku, dla miłości Chrystusa i dla dobra braci; a jest to rodzaj stałości, której nie mamy sposobności okazywać w dzisiejszych czasach, choć nasz brak tej stałości bywa — i jest nieustannie — okazywany, ilekroć (a to nie jest rzadkością) ulegamy mniejszym i zwykłym pokusom.
2. Lecz następnie samo cierpienie Męczeństwa było pod pewnym względem szczególne. Była to śmierć okrutna sama w sobie, zadawana publicznie i spotęgowana dzikim triumfem złośliwego tłumu. Gdy jesteśmy w bólu, możemy leżeć spokojnie sami. Doznajemy współczucia i troskliwej posługi tych, co są wokół nas; a jeśli chcemy, możemy usunąć się zupełnie przed oczyma innych i cierpieć bez świadka, który by nam przeszkadzał. Lecz cierpienia Męczeństwa były przeważnie publiczne, którym towarzyszyły wszelkie okoliczności hańby i pospólnego triumfu, a nadto tortury. Przestępców wprawdzie pozbawia się życia bez życzliwych myśli ze strony otoczenia; mimo to przeważnie nawet przestępcy doznają litości i pewnego rodzaju szacunku. Lecz pierwsi chrześcijanie musieli znosić „hańbę" na wzór swojego Mistrza. Musieli umierać pośród wrogów, którzy ich lżyli i szyderczo wzywali (jak w przypadku Chrystusa), by zstąpili z krzyża. Nie spoczywali na wygodnym łożu, nie kojeni przez troskliwych przyjaciół; a zważywszy, jak wiele przybijającej mocy bólu zależy od wyobraźni, sama ta okoliczność dostatecznie oddziela ich cierpienia od wszelkich przykładów bólu w chorobie. Jedynie niewidzialny Bóg był ich Pocieszycielem — i to nadaje scenie ich cierpienia nadprzyrodzoną dostojność, a nas przenika grozą, gdy o nich myślimy. „Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną". Męczeństwo jest w oczach wiary chwilą szczególnej mocy Bożej — równie wielką, jak gdyby widzialny cud się dokonał. Jest uczestnictwem w cierpieniach Chrystusa, upamiętnieniem Jego śmierci, przedstawieniem dopełniającym w figurze „tego, czego nie dostaje uciskom Chrystusowym, za ciało Jego, którym jest Kościół". I tak, będąc uroczystością wzniosłą samą w sobie, rodzajem sakramentu, chrztem krwi, godnie wieńczy ono ową długą, dociekliwą próbę, którą opisałem jako jej zwykłe poprzedzenie w czasach pierwotnych.
Mówiłem tylko o wczesnych Męczennikach, bo takie jest wskazanie tego Święta; a nadto dlatego, że choć Męczennicy istnieli wśród nas i później, to jednak od czasu, gdy królowie stali się piastunami Kościoła, historia Wyznawców i Męczenników tak się przeplata ze sprawami państwowymi, że ich postępowania nie tak łatwo oddzielić od otaczającego świata ani nie znamy ich tak wyraźnie — choć właśnie ta trudność rozpoznania ich powinna otaczać ich pamięć szczególnym zainteresowaniem, ilekroć zdołamy ich rozpoznać, a ich związek ze sprawami cywilnymi, dalekie od pomniejszania wzniosłej duchowej doskonałości takich prawdziwych synów Kościoła, w pewnym sensie ją nawet powiększa.
Na zakończenie. — Pożyteczną jest rzeczą rozważać tematy takie jak ten, który wam teraz przedstawiłem, abyśmy się uniżyli. „Nie oparliśmy się jeszcze aż do krwi, walcząc przeciw grzechowi". Czymże są nasze drobne utrapienia, którym tak wiele przypisujemy, wobec ich bólów i smutków — tych, którzy tracili najpierw przyjaciół, a potem własne życie dla Chrystusa; którzy napadani byli przez wszelkiego rodzaju pokusy: sofistykę Antychrysta, powaby świata, grozę miecza, znużenie niepewności — a jednak nie ustali? O ileż wyższe są ich zarówno utrapienia, jak i pociechy wśród nich! Wiem, że podobne rozważania budzą się niezwłocznie, i z o wiele głębszą racją, na myśl o cierpieniach samego Chrystusa; lecz zazwyczaj Jego transcendentna świętość i głębia Jego udręki nie przejmują nas bezpośrednio — właśnie dlatego, że są zbyt wielkie. Ujmujemy je w kilku słowach i mówimy nie rozumiejąc. Za to wznosimy się nieco ku ich pojęciu, gdy korzystamy z owej drabiny niebieskiej, po której Jego święci torują sobie drogę ku Niemu. Kontemplując najniższego z Jego prawdziwych sług i widząc, o ile każdy z nich przewyższa nas samych, uczymy się drżeć przed Jego niewyraźną czystością — który jest nieskończenie świętszy od najświętszego ze swoich stworzeń — i wyznawać szczerym sercem, że nie jesteśmy godni nawet najmniejszej z wszystkich Jego łask. I tak Jego Męczennicy prowadzą nas do Niego samego — przedniejszego spośród Męczenników i Króla Świętych.
Niech Bóg da nam łaskę przyjąć te myśli do naszych serc i okazać ich owoc w naszym postępowaniu! Czymże jesteśmy, jeśli nie grzesznym prochem i popiołem, pełzającymi ku niebu — nie przez żadną szlachetną ofiarę dla sprawy Chrystusowej, lecz bez bólu, bez trudu, w pośrodku doczesnych błogosławieństw! Owóż — lecz On może zbawiać i na najskromniejszych drogach życia, i w najbardziej spokojnych czasach. Mamy dość do spełnienia — o wiele więcej niż spełniamy — we własnym zwykłym biegu. Starajmy się być bardziej pokorni, wierni, miłosierni, łagodni, skłonni do zaparcia się siebie, niż jesteśmy. „Ukrzyżujmy ciało wraz z namiętnościami i pożądliwościami". To, prawda, marne to Męczeństwo; a jednak Bóg przyjmuje je dla swojego Syna. A jednak, po wszystkim — jeśli dostąpimy nieba, z pewnością będziemy najniższymi ze zgromadzonych tam świętych; a jeśli wszyscy są sługami nieużytecznymi, my zaprawdę będziemy najnieużyteczniejszymi ze wszystkich.