HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie XVI. Tchórzostwo religijne

Święto św. Marka Ewangelisty

Gdy moja wiara stała się letniaGdy świat mnie wciąga Powszechne powołanie do świętościWiara
„Podnieście opadłe ręce i osłabłe kolana."
W skrócie. Kazanie na święto Marka Ewangelisty piętnuje tchórzostwo religijne — ukrywanie wiary z obawy przed ludzką oceną. Newman wzywa do wyznawania Chrystusa otwarcie i bez wstydu, zwłaszcza wobec szyderstwa i presji środowiskowej. Niesprostanie małym próbom czyni nas niezdolnymi do wielkich.

„Podnieście opadłe ręce i osłabłe kolana.”

*Święto św. Marka Ewangelisty*

*„Podnieście opadłe ręce i osłabłe kolana."* — Hbr 12,12

Główne punkty historii św. Marka są następujące: po pierwsze, że był siostrzeńcem Barnaby i wyruszył z nim oraz ze świętym Pawłem w ich pierwszą podróż apostolską; następnie, że po krótkim czasie porzucił ich i powrócił do Jerozolimy; potem, że po jakimś czasie był pomocnikiem świętego Piotra w Rzymie i tam ułożył swoją Ewangelię, czerpiąc głównie z relacji, jakie otrzymał od owego Apostoła; wreszcie, że Apostoł posłał go do Aleksandrii w Egipcie, gdzie założył jeden z najsurowszych i najpotężniejszych Kościołów epoki pierwotnej.

Punkty kontrastowe w jego dziejach są następujące: z początku porzucił sprawę Ewangelii, skoro tylko pojawiło się niebezpieczeństwo; późnej natomiast okazał się nie tylko zwykłym chrześcijaninem, lecz najwytrwalszym i dzielnym sługą Bożym, który założył ów surowy Kościół aleksandryjski i nim rządził.

Narzędziem tej przemiany było, jak się zdaje, oddziaływanie świętego Piotra — godnego, że tak rzec, odnowiciela lękliwego i odszczepieńczego ucznia.

Zachęta, jaką czerpiemy z tych okoliczności z dziejów świętego Marka, jest taka: że nawet najsłabszy spośród nas może przez łaskę Bożą stać się mocnym. Przestrogą zaś, jaką stąd należy wyprowadzić, jest nieufność wobec samych siebie; a nadto — by nie gardzić słabymi braćmi ani nie rozpaczać o nich, lecz dźwigać ich ciężary i pomagać im naprzód, jeśliby nam dane było ich przywrócić. Rozważmy teraz uważnie przedstawiony nam przedmiot.

Jedni ludzie są z natury porywczy i czynni; inni kochają spokój i łatwo ustępują. Zbyt gorliwi muszą być uspokojeni, a opieszali — pobudzeni. Dzieje Mojżesza dostarczają nam przykładu ducha dumnego i gwałtownego, ukorzonego aż do skrajnej łagodności w obcowaniu. W wielkości przemiany, jaka w nim się dokonała — gdy z zapalczywego, choć szlachetnego mściciela swych braci stał się najcichszym człowiekiem na ziemi — widać moc wiary, działanie Ducha na serce. Historia świętego Marka dostarcza przykładu owej drugiej, jeszcze rzadszej przemiany: z lękliwości do śmiałości. Jakkolwiek trudno powściągnąć namiętności gwałtowniejsze, wierzę przecież, że jeszcze trudniej jest przezwyciężyć skłonność do opieszałości, tchórzostwa i zwątpienia. Te złe usposobienia lgną do człowieka i ciągną go ku ziemi. Są jak drobne łańcuchy, które go ze wszystkich stron przykuwają do ziemi, tak że nie może się nawet obrócić ani uczynić wysiłku, by powstać. Zdaje się, jakby w umyśle opieszałym słuszne zasady dopiero miały być zasiane; podczas gdy temperamenty gwałtowne i uparte mają już w sobie coś z natury stanowczości i gorliwości — a raczej coś, co stanie się nimi z czasem, przy ćwiczeniu i Bożym błogosławieństwie. Prócz tego koleje życia wywierają potężny wpływ na uspokojenie natury żarliwej lub zarozumiałej. Rozczarowania, ból, troski, postępujące lata — wszystko to z konieczności przynosi pewną naturalną mądrość; a choć owe spóźnione polepszenie świadczy zaledwie o słabej wierze, możemy jednak wierzyć, że Duch Święty błogosławi często tym środkom, choćby powoli i niepostrzeżenie. Z drugiej strony, te same okoliczności jedynie pogłębiają wady natury lękliwej i niezdecydowanej — czyniąc ją z latami coraz bardziej opieszałą, samolubną i małoduszną, a z doświadczenia zmienności losu wyciąga ona jakby sankcję dla swej niegodnej ostrożności.

Przemiana świętego Marka może więc uchodzić za jeszcze zdumiewającą w swej naturze niż przemiana żydowskiego Prawodawcy. „Przez wiarę" był on „z słabości uczyniony mocnym" i staje się świadectwem donioślejszych i cudowniejszych darów ostatniego i duchowego Przymierza.

Zauważmy, na czym polegała słabość świętego Marka. Jest pewien rodzaj nagłego odpadnięcia, który rodzi się z zarozumiałości. Takim był upadek świętego Piotra. Zbytnio zawierzył on swym samym dobrym uczuciom; był szczery i prawdomówny, i sądził, że może uczynić to, co pragnął uczynić. Jakże dalekie jedno od drugiego — pragnąć i czynić! A jednak skłonni jesteśmy mieszać je z sobą. Niekiedy wprawdzie gorące pragnienie jakiegoś celu przezwycięży nagle trudności i osiągnie cel bez wcześniejszego ćwiczenia. Zapał z pewnością czyni cuda w ten sposób — tak jak ludzie o wątłej budowie zdolni są niekiedy w silnym uniesieniu zadać ciosy o nieprawdopodobnej sile. A niekiedy też gorliwość pobudza nas do podjęcia wysiłku; gdy zaś pierwsze przeszkody zostaną w ten sposób usunięte, idziemy dalej już niejako z własnej konieczności, przy stosunkowo niewielkim trudzie. Wszystko to, czego od czasu do czasu jesteśmy świadkami, wdraża w nas — bezwiednie — przekonanie, że usposobienie ufne we własne siły jest głównym warunkiem powodzenia w każdym dziele. A gdy w samotnych rozmyślaniach wyobrażamy sobie, jak z mocą bierzemy udział w jakimś wielkim przedsięwzięciu, albo gdy naprawdę widzimy, jak inni wykazują się prawdziwym męstwem, tak bardzo łatwym wydaje się bohaterstwo, że nie możemy dopuścić do siebie możliwości własnej klęski, gdyby okoliczności powołały nas do jakiegoś trudnego obowiązku. Święty Piotr sądził, że zdoła zachować swą wierność, ponieważ tego pragnął — i upadł z nieznajomości trudności spełnienia tego, czego pragnął.

W historii świętego Marka nie ma natomiast żadnych śladów zarozumiałości; raczej dostrzec w niej można stan wielkich rzesz w dniu dzisiejszym — ludzi, którzy przechodzą przez życie z pewnym poczuciem religii w duszy, którzy zostali dobrze wychowani i znają Prawdę, którzy przyzwoicie dają sobie radę, póki niebezpieczeństwo jest z dala, lecz hańbią swoje wyznanie, gdy niespodziana próba ich dosięgnie. Matka Marka była kobietą poważaną wśród chrześcijan w Jerozolimie; jej brat, Barnaba, był wybitnym Apostołem. Bez wątpienia Marek otrzymał wychowanie religijne; i będąc przyjacielem Apostołów, otoczony przez czysty Kościół Chrystusowy, miał przed oczami najdoskonalsze wzory świętości, najjaśniejszą naukę, najpełniejsze wpływy łaski. Był zasłonięty od pokusy. Nadszedł czas, kiedy jego prawdziwy postęp w wierze i posłuszeństwie miał być wystawiony na próbę. Paweł i Barnaba zostali wysłani, by głosić Ewangelię poganom; wzięli ze sobą Marka jako towarzysza. Najpierw odpłynęli na Cypr, ojczyznę Barnaby; przemierzyli wyspę, a potem przeprawili się na ląd stały. Zdaje się, że był to ich pierwszy wkrok w kraj nieznany. Marek przeraził się perspektywą niebezpieczeństwa i powrócił do Jerozolimy.

Któż teraz nie widzi, że taki charakter, taka próba i taki upadek należą nie tylko do czasów apostolskich? Albo raczej — by pytanie to postawić nam samym dobitniej — któż zaprzeczy, że w dzisiejszym Kościele jest mnóstwo takich, którzy nie mają w sobie żadnego świadectwa czegoś więcej niż owej biernej wiary i cnoty, która w przypadku Marka okazała się tak niewystarczająca nawet wobec próby niewielkiej? Komu w sercu nie rodzi się niepokój, że w czasach takich jak nasze, gdy wierność chrześcijańska jest tak rzadko wystawiana na próbę, jego własna lojalność wobec sprawy Zbawiciela nie jest może ani prawdziwsza, ani mocniejsza niż wierność siostrzeńca wielkiego Apostoła? Gdy Kościół zaznaje pokoju, jak to od dawna bywa w tym kraju, gdy w społeczeństwie utrzymuje się porządek publiczny, a prawa osoby i własności są zabezpieczone — wówczas grozi nam poważne niebezpieczeństwo, że sami siebie sądzimy według tego, co zewnętrzne, nie według tego, co wewnętrzne. Bierzemy za pewnik, że jesteśmy chrześcijanami, bo otrzymaliśmy właściwą naukę i regularnie uczestniczymy w chrześcijańskich ustanowieniach. Lecz choć korzystanie ze środków łaski jest wielkim przywilejem i obowiązkiem, samo czytanie i modlitwa nie wystarczą; ani same z siebie nie uczynią z nas nigdy prawdziwych chrześcijan. Dadzą nam właściwą wiedzę i pobożne uczucia, ale nie mocną wiarę i nieugięte posłuszeństwo. Chrześcijanie pokroju Marka będą się mnożyć w Kościele kwitnącym; a gdy przyjdzie utrapienie, będą nań nieprzygotowani. Tak długo przyzwyczajali się do zewnętrznego pokoju, że niechętnie dają się przekonać, że niebezpieczeństwo jest blisko. Utwierdzają się w wyobraźni, że przeżyją życie i umrą w spokoju. Patrzą na wypadki świata — jak to sami wyrażają — pogodnie i przez rozumowanie wpędzają się w samozłudzenie. Następnie czynią ustępstwa, by spełnić własne przewidywania i życzenia; porzucają sprawę chrześcijańską, byle tylko niewierni nie posunęli się do otwartego ataku na nią. Niektórzy spośród nich są ludźmi o wykształconym i subtelnym guście; i ci wzdrygają się przed szorstkim życiem pielgrzymów, do którego są powołani, jako przed czymś dziwacznym i przesadnym. Za entuzjastów, zuchwałych i niepohamowanych — albo za ludzi o umyśle przewrotnym — uważają tych, którzy prostszym okiem patrzą na obowiązki i perspektywy Kościoła. Mówiąc wprost: stan prześladowania nie jest — jak się to potocznie mówi — ich żywiołem; nie mogą w nim oddychać. Jakże dalecy od Apostoła, który nauczył się, w jakimkolwiek stanie by był, poprzestawać na tym, czym jest; który był wszystkim dla wszystkich! Jeśli więc bywają czasy, gdy tak stężeliśmy od długiego bezpieczeństwa i jesteśmy kuszeni, by przekładać skarby Egiptu nad pohańbienie z Chrystusem — cóż możemy uczynić, cóż powinniśmy uczynić, jak tylko błagać Boga, by w jakiś sposób doświadczył samo serce Kościoła i uderzył nas tu raczej niż tam?

Choć przerażająca jest perspektywa chwilowego triumfu szatana, choć okrutne są kopyta końskie jego jeźdźców i odrażająca sprawa, o którą walczą — to jednak lepiej, niech ta udręka nas nawiedzi, niżby głębiny naszego dziedzictwa miały być kryjówkami ducha zmysłowości i szkołami letniości. Niech Bóg powstanie i wstrząśnie ziemią — choć to modlitwa straszna — raczej aniżeli chwiejni mieliby się ukrywać wśród nas i dusze ginęłyby przez obecny spokój! Niech powstanie, jeśli nie ma innej drogi, i chłoszcze nas swą słodką karą, jak nasze serca mogą to najlepiej znieść; wydobywając nasze grzechy na jaw tu, w tym świecie, byśmy nie zostali potępieni w dzień Pański; zawstydzając nas tutaj, napominając ustami sług swoich, a potem przywracając nas i wiodąc naprzód lepszą drogą ku nadziei prawdziwszej i świętszej! Niech nas przewieje, aż plewy będą do cna usunięte! — choć wzywając Go w ten sposób, nie wiemy, o co prosimy, i choć cel w sobie wydaje nam się dobry, nie możemy jednak należycie ocenić grozy tej kary, o której tak swobodnie mówimy. Zaiste, nie mierzymy i nie możemy zmierzyć grozy sądów Pańskich; używamy słów zbyt lekko. A jednak nie może być złem ich używać, skoro jest to najlepsza ofiara, jaką możemy złożyć Bogu; byleby tylko wciąż prosili Go, by nas prowadził naprzód i dawał nam siłę, by próbę znosić stosownie do tego, jak przed nami się otwiera. Tak możemy wyjść z niej jako Ewangeliści zamiast lękliwych odszczepieńców sprawy prawdy; głosząc słowa Chrystusa i ukazując Jego życie i śmierć; powstając w sile z naszych cierpień i budując Kościół w surowości i gorliwości tych, którzy gardzą tym życiem, o ile nie prowadzi ono do innego.

Na koniec: nie dajmy się unoszonemu marzeniu i próżnej tęsknocie za chwałami minionych dni do zapomnienia o posiadanych przez nas przywilejach. Nie trzeba mieć utrapień Apostołów, by osiągnąć ich wiarę. Nawet w najspokojniejszych czasach możemy wznosić się ku wysokiej świętości, jeśli dobrze korzystamy z danych nam środków. Próby przychodzą, gdy zapominamy o miłosierdziu Bożym — by nam je przypomnieć i uczynić nas zdolnymi do korzystania z nich i odpowiedniego ich używania.

← wróć do odkrywania