HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie XXIII. Tolerancja wobec błędu religijnego

Na święto św. Barnaby Apostoła

Gdy moja wiara stała się letniaGdy nie umiem wybaczyć WiaraMiłość bliźniego i miłosierdzie
„Był to człowiek dobry i pełen Ducha Świętego i wiary."
W skrócie. Kazanie na święto Barnaby rozważa problem tolerancji wobec błędu religijnego. Newman odróżnia chrześcijańską miłość bliźniego od fałszywej tolerancji, która rezygnuje z prawdy. Barnaba był człowiekiem dobrym i pełnym Ducha Świętego — jego postawa łączyła żarliwość prawdy z miłością.

„Był to człowiek dobry i pełen Ducha Świętego i wiary.”

*Na święto św. Barnaby Apostoła*

*„Był to człowiek dobry i pełen Ducha Świętego i wiary."* — Dz 11,24

Gdy Chrystus przyszedł, aby zgromadzić sobie lud ku głoszeniu Jego chwały, wybrał go ze wszelkiego rodzaju. Drogi i ogrodzenia, ulice i zaułki miasta — tak samo jak pustynia Judei czy dziedzińce Świątyni — dostarczyły gości na Jego ucztę. Pierwsi Jego wyznawcy stanowią poniekąd obraz powszechnego Kościoła, w którym liczne i różnorodne umysły tworzą jedno. I w tym tkwi jeden z pożytków naszych Świąt — jeśli damy im właściwe miejsce w życiu: ukazują nam wzory Boskiego Życia pośród tej samej rozmaitości zewnętrznych okoliczności, przywilejów i usposobień, jaką dostrzegamy wokół siebie. Szczególna łaska wylana na Apostołów i ich towarzyszy — zarówno cudowna, jak i moralna — bynajmniej nie niszczyła ich odrębnych skłonności i cech charakteru, nie okrywała ich świętością niedostępną dla naszego naśladowania ani nie wykluczała słabości i błędów, które mogą być dla nas przestrogą. Zostawiła ich takimi, jakimi ich zastała — ludźmi. Piotr i Jan, prości rybacy nad jeziorem Genezaret, Szymon Zelota, Mateusz — skrzętny poborca podatkowy, ascetyczny Chrzciciel — jakże różni są od siebie nawzajem, a potem od Apollosa — wymownego Aleksandryjczyka, Pawła — uczonego faryzeusza, Łukasza — lekarza, czy Wschodnich Mędrców, których czcimy w Święto Epifanii; a ci znowu — jakże różni od Najświętszej Dziewicy Maryi, od Świętych Młodzianków, od Symeona i Anny, przywoływanych nam przed oczy w Święto Oczyszczenia, albo od niewiast, które służyły Panu naszemu — Marii, żony Kleofasa, Matki Jakuba i Jana, Marii Magdaleny, Marty i Marii, sióstr Łazarza; lub jeszcze od wdowy z dwoma groszami, kobiety uzdrowionej z upływu krwi, od tej, która oblała łzami pokuty Jego stopy, i od prostej Samarytanki przy studni! Co więcej, wyrazistość i oczywista prawdziwość wielu obrazów przedstawionych nam w Ewangeliach służy urzeczywistnieniu dla nas tej historii i umocnieniu naszej wiary, a zarazem dostarcza nam obfitej nauki. Taką jest na przykład niedojrzały zapał Jakuba i Jana, nagły upadek Piotra, upór Tomasza i tchórzostwo Marka. Święty Barnaba daje nam nauczkę po swojemu; i nie będę uchybiał pobożności należnej temu Świętemu Apostołowi, jeśli w tym jego dniu przedstawię go — nie tylko w szczególnych łaskach jego charakteru, lecz również w tych jego rysach, które czynią go dla nas raczej przestrogą niż wzorem.

Tekst głosi, że „był to człowiek dobry, pełen Ducha Świętego i wiary". Owo pochwalne świadectwo dobroci tłumaczy się już samym jego imieniem — Barnabas, „Syn Pociechy", które zostało mu nadane, jak się zdaje, na oznaczenie cechującej go życzliwości, łagodności, troskliwości, ciepłości serca, współczucia i hojności.

Jego czyny odpowiadają tej charakterystyce. Pierwszą wiadomością o nim jest, że sprzedał pewien grunt będący jego własnością i złożył uzyskane środki u Apostołów, aby je rozdzielili między uboższe braterstwo. Następna wzmianka o nim przedstawia nam drugie dzieło dobroci — równie miłe, choć bardziej prywatne. „Kiedy Saul przybył do Jerozolimy, usiłował przyłączyć się do uczniów; lecz wszyscy się go obawiali, nie wierząc, że jest uczniem. Barnabas jednak wziął go do siebie, zaprowadził do Apostołów i opowiedział im, jak na drodze ujrzał Pana, i że tamten do niego mówił, i jak w Damaszku odważnie nauczał w imię Jezusa." Następnie pojawia się w tekście, i to znów z pochwałą tego samego rodzaju. W jaki sposób dał dowód, że „był człowiekiem dobrym"? Udając się z poselstwem miłości do pierwszych nawróconych w Antiochii. Barnabas ponad innych został zaszczycony przez Kościół tym posłannictwem, które miało na celu zachęcenie i zjednoczenie w jedności i mocy owego zalążku Bożej łaski. „Gdy przybył i ujrzał łaskę Bożą, rozradował się" (i zapewne sama ta okoliczność jest wzmiankowana, by ukazać jego charakter); „i zachęcał wszystkich, aby z postanowieniem serca trwali przy Panu." Można go zatem uważać wręcz za założyciela Kościoła w Antiochii, wspomagany przez świętego Pawła, którego zdołał tam sprowadzić. Następnie, gdy zbliżał się głód, jemu i świętemu Pawłowi powierzono urząd zaniesienia darów pogan ku pomocy ubogim świętym w Judei. Potem zaś, gdy chrześcijanie judaizujący niepokoili nawróconych z pogan nakazami Prawa Mojżeszowego, Barnabas został wysłany wraz z tym samym Apostołem i innymi z Kościoła Jerozolimskiego, aby rozwiał ich zakłopotanie. Tak oto dzieje Barnabasa z Pisma Świętego w pełni odpowiadają jego imieniu i stanowią niemal nieprzerwaną ilustrację właściwej mu łaski. Warto nadto zwrócić uwagę na szczególną wymowę tego imienia. Duch Święty nazywany jest naszym Parakletem jako Ten, który nas wspiera, oręduje za nami, zachęca i pociesza; i oto — jakby dla oddania najwyższego zaszczytu Apostołowi — ten sam tytuł zostaje mu przypisany. Nazwano go „Synem Pociechy", to jest Parakletem; i stosownie do tego zaszczytnego miana mówi się nam, że gdy nawróceni z pogan w Antiochii przyjęli z rąk jego i świętego Pawła postanowienie Apostołów przeciw judaizującym, „radowali się z tego pocieszenia".

Z drugiej strony, w dwóch wypadkach jego postępowanie zaledwie przystoi Apostołowi, stanowiąc przykład tej słabości, jaką osoby o jego szczególnym charakterze, niepodparte natchnieniem, nierzadko okazują. Oba dotyczą pobłażliwości wobec błędów innych, lecz w odmienny sposób: jeden — nadmiernej uległości w sprawie doktryny, drugi — w sprawie postępowania. Mimo całej swej życzliwości dla pogan, zdarzyło mu się ulec uprzedzeniom pewnych judaizujących braci, którzy przybyli z Jerozolimy do Antiochii. Piotr uległ pierwszy: przed ich przybyciem „jadał razem z poganami, lecz gdy tamci nadeszli, odsunął się i odłączył, lękając się tych, którzy wywodzili się z obrzezania. A inni Żydzi fałszowali razem z nim, tak iż i Barnabas dał się wciągnąć w ich obłudę." Drugim wypadkiem było jego pobłażliwe traktowanie Marka, syna swej siostry, co stało się przyczyną rozłamu między nim a świętym Pawłem. „Barnabas chciał zabrać ze sobą" w podróż apostolską „Jana, zwanego Markiem. Lecz Paweł nie chciał brać ze sobą tego, który odszedł od nich w Pamfilii i nie towarzyszył im w pracy."

Jasne jest teraz, jaki rodzaj charakteru i jaką lekcję przedstawia nam historia tego Świętego Apostoła. Był świętym, pełnym Ducha Świętego i wiary; a jednak właściwości i słabości człowiecze pozostały w nim, toteż jest on dla nas „wzorem", przy zachowaniu czci, jaką żywimy ku niemu jako ku jednej z podstaw Kościoła Chrystusowego. Jest wzorem i przestrogą dla nas — nie tylko jako pouczający, czym być powinniśmy, lecz jako dowód, jak najwyższe dary i łaski wypaczają się w naszej grzesznej naturze, jeśli nie dbamy o to, by kroczyć krok za krokiem według światła Bożych przykazań. Jakkolwiek wzniosły byłby nasz umysł — najmiłosierniejszy, najświętszy, najgorliwszy, najpracowitszy, najspokojniejszy — jeśli choć na chwilę odwrócimy wzrok od Niego i skierujemy go ku sobie, natychmiast owe znakomite usposobienia popadają w jakąś skrajność lub błąd. Miłość staje się nadmierną uległością, świętość skażona jest duchową pychą, gorliwość wyradza się w gwałtowność, czynność pożera ducha modlitwy, nadzieja przechodzi w zuchwalstwo. Nie możemy sami kierować sobą. Objawione Słowo Boże jest naszym najwyższym prawem postępowania; i dlatego też, między innymi powodami, wiara jest tak naczelną łaską, gdyż jest ona tą siłą kierowniczą, która przyjmuje nakazy Chrystusa i stosuje je do serca.

Istnieje szczególny powód, by zatrzymać się nad charakterem świętego Barnaby w naszych czasach, bo można go uważać za typ ludzi lepszego gatunku pośród nas — tych, którzy cieszą się największym poważaniem. Świat sam w sobie jest oczywiście taki, jaki zawsze był — bezbożny; lecz w każdej epoce obiera sobie jakąś jedną osobliwość Ewangelii za znamię swej doraźnej mody i wynosi jako przedmioty podziwu tych, którzy ją w wybitnym stopniu posiadają. Nie badając tedy, na ile ludzie kierują się zasadą chrześcijańską, a na ile jedynie jej pozorem lub jakimś czysto świeckim czy egoistycznym motywem — można bez wątpienia stwierdzić, że nasza epoka, przynajmniej z pozoru, ma charakter niezupełnie niepodobny do Barnaby: jest rozważna, delikatna, uprzejma i wspaniałomyślna we wszystkim, co dotyczy stosunków między ludźmi. Jest wśród nas wiele przemyślanej życzliwości, ustępliwości w drobnych sprawach, skrupulatnej poprawności słów i swego rodzaju kodeksu szlachetnego i honorowego postępowania w obyczajach towarzyskich. Istnieje stała troska o prawa jednostek — owszem, jak można by żywić nadzieję, wbrew pewnym wątpliwościom, o interes klas uboższych, przybysza, sieroty i wdowy. W takim kraju jak nasz, mimo wszystko nie zabraknie nigdy niezliczonych przypadków biedy; jednak niezaprzeczalna jest gotowość klas zamożniejszych do jej ulżenia. Równie niezaprzeczalne jest, że jesteśmy nieco skłonni do przychylnego myślenia o sobie z tego powodu; i pośród naszych narodowych trosk i obaw mówić — niekiedy z prawdziwą pokorą i pobożnością — że ufamy, iż owe znamienne cnoty epoki mogą zostać przyjęte jako pamiątka przed Bogiem i orędować za nami. Gdy myślimy o przykazaniach, wiemy, że Miłość jest pierwszym i największym; i kusi nas, by zapytać wraz z młodym władcą: „Czegóż mi jeszcze brakuje?"

Pytam zatem w odpowiedzi: czy nasza życzliwość nie wyradzuje się zbyt często w słabość i przez to staje się nie Chrześcijańską Miłością, lecz jej brakiem — wobec tych, którym miałaby służyć? Czy jesteśmy wystarczająco pilni, by czynić to, co słuszne i sprawiedliwe, a nie tylko to, co przyjemne? Czy jasno rozumiemy zasady, które wyznajemy, i czy trzymamy się ich w chwilach pokusy?

Historia świętego Barnaby pomoże nam odpowiedzieć szczerze na to pytanie. Obawiam się, że zupełnie nam brakuje tego, czego jemu brakowało w pewnych jej epizodach: stanowczości, mężności, świętej surowości. Obawiam się, że trzeba przyznać, iż nasza życzliwość, zamiast być kierowana i umacniana zasadą, zbyt często staje się letnia i pozbawiona treści; że skierowana jest na niegodne przedmioty, nie w porę, i przez to jest niedobroczynna w dwojaki sposób: pobłażając tym, którzy powinni być napominani, i przekładając ich wygodę nad dobro tych, którzy naprawdę na to zasługują. Jesteśmy zbyt łagodni w obchodzeniu się z grzechem i grzesznikami. Brakuje nam gorliwej pieczy nad objawionymi Prawdami, które Chrystus nam pozostawił. Pozwalamy, by ludzie wypowiadali się przeciw Kościołowi, jego ustanowieniom lub jego nauczaniu, nie upominając ich. Nie odsuwamy się od heretyków — co więcej, sprzeciwiamy się samemu temu słowu, jako rzekomo niedobroczynemu; a gdy przytacza się nam takie teksty jak nakaz świętego Jana, by nie okazywać im gościnności, z łatwością odpowiadamy, że nas one nie dotyczą. Trudno mi sądzić, by ktokolwiek naprawdę chciał z pewnością twierdzić, że nakazy te zostały w dzisiejszych czasach zniesione, i był w tym całkowicie spokojny; okaże się raczej, że ludzie mówiący w ten sposób pragną jedynie odsunąć od siebie ten temat. Od dawna zapomnieli, że takie nakazy w ogóle istnieją w Piśmie Świętym; żyli, jakby ich nie było, a nie znajdując się w okolicznościach wymagających ich rozważenia, przyzwyczaili swoje umysły do poglądu przeciwnego i oparli na nim swoje przekonania. Gdy się im o tym przypomni, żałują, że muszą się tym zajmować — jak sami nierzadko przyznają. Dostrzegają, że kłóci się to z trybem postępowania, do którego są przyzwyczajeni. Irytują się — nie dlatego, że gotowi byliby przyznać się do błędu, lecz dlatego, że czują w sumieniu, iż można przeciw nim podtrzymać przynajmniej pozornie przekonujący argument. I zamiast odważnie dać temu argumentowi rzetelną sposobność do przedstawienia się — jak uczciwość nakazuje — pospiesznie zadowalają się tym, że można zgłosić przeciw niemu zarzuty, rzucają pod adresem jego zwolenników kilka niejasnych słów nagany, wracają do swego zwykłego poglądu na łaskawy i wyrozumiały duch Ewangelii i skupiają na nim całą uwagę, po czym oddalają temat zupełnie, jakby nigdy przed nimi nie stanął.

Zauważmy, jak się go pozbywają: stawiając go naprzeciw innych wyobrażeń chrześcijaństwa, uznanych przez siebie za z nim niezgodne — podczas gdy właśnie owym problemem, jaki chrześcijański obowiązek każe nam rozwiązać, jest pogodzenie w naszym postępowaniu cnót pozornie sprzecznych. Pielęgnowanie poszczególnych cnót z osobna nie jest trudne — przynajmniej w porównaniu. Człowiek przyjmuje jakiś jeden cząstkowy pogląd na swój obowiązek — czy to surowy, czy łagodny, czy to polegający na działaniu, czy na rozważaniu — wchodzi weń z całą mocą, otwiera serce na jego wpływ i pozwala się nieść jego nurtem. Nie ma w tym trudności: nie wymaga to troskliwej czujności ani zaparcia się siebie. Przeciwnie, jest nieraz swego rodzaju rozkosz w unoszeniu się w jednym kierunku — zwłaszcza w sprawach dawania i ustępowania. Hojność jest zawsze popularna, niezależnie od swego przedmiotu, i wzbudza w ofiarodawcy przyjemny dreszcz samozadowolenia — choćby nie pociągała żadnej ofiary, owszem, choćby szafowała cudzym dobrem. Tak to więc w świętej dziedzinie religii ludzie dają się prowadzić — nie z żadnej złej zasady, nie z powodu owej głębokiej niechęci do Prawdy lub nieznajomości jej, ani owej zarozumiałości, które są dziś głównymi narzędziami szatana, nie z samego też tchórzostwa czy umiłowania świata, lecz z lekkomyślności, porywczego usposobienia, uniesienia chwili, miłości czynienia innych szczęśliwymi, podatności na pochlebstwo i nałogu patrzenia tylko w jednym kierunku — dają się prowadzić do porzucania Prawd Ewangelii, do zgody na otwieranie Kościoła dla rozmaitych odmian błędu, jakie się wśród nas mnożą, albo do zmieniania naszych nabożeństw w celu dogodzenia kpinarzom, letnim lub rozwiązłym. Być dobrym — oto jedna zasada ich działania; a gdy tylko dostrzegą, że ktoś gorszyło się wyznaniem wiary Kościoła, zaczynają myśleć, jak by je skroić lub okroić, w tym samym niemal duchu, w jakim byliby hojni w sprawie pieniędzy albo wyświadczali przysługę za cenę osobistego kłopotu. Nie pojmując, że ich przywileje religijne są depozytem przekazywanym potomności — świętą własnością przeznaczoną na użytek całej chrześcijańskiej rodziny, której są raczej użytkownikami niż właścicielami — zachowują się jak trwonicieje i szafują cudzym dobrem. I tak na przykład wypowiadają się przeciw Anatemom Atanazjańskiego Symbolu Wiary, albo Nabożeństwa Pokutnego, czy też pewnych Psalmów — i pragną się od nich pozbyć.

Niezaprzeczalnie nawet najlepsi spośród tych ludzi pozbawieni są należytego rozumienia chrześcijańskich tajemnic oraz własnej odpowiedzialności za ich strzeżenie i przekazywanie; a jednak niektórzy z nich są prawdziwie „dobrymi" ludźmi — tak miłymi i wrażliwymi, tak dobroczynymi dla ubogich i tak cenionymi we wszystkich warstwach społeczeństwa; słowem, tak znakomicie wypełniają swój urząd, by „świecić jako światła w świecie" i być świadkami Tego, „który chodził dobrze czyniąc" — że ci, którzy najbardziej ubolewają nad ich błędem, najbardziej też pragną usprawiedliwić ich osobiście, czując zarazem, że obowiązkiem jest im się sprzeciwiać. Niekiedy może być tak, że ludzie ci nie mogą się zdobyć na złe mniemanie o innych i przygarniają mężów heretyckich przekonań lub niemoralnego życia z tej samej łatwości usposobienia, która czyni ich łatwym łupem dla chytrego i egoistycznego w sprawach doczesnych. A niekiedy znowu uczepiają się pewnych korzystnych rysów charakteru w osobie, od której powinni się odsunąć, i nie mogą skierować uwagi na żadne inne; dowodząc, że jest on z pewnością pobożny i dobrze myślący, a jego błędy widocznie jemu samemu nie szkodzą — podczas gdy pytanie nie dotyczy ich wpływu na tę czy inną jednostkę, lecz jedynie tego, czy są błędami, a nadto — czy nie są z pewnością szkodliwe dla ogółu ludzi lub, jak mówią, na dłuższą metę. Albo nie mogą znieść myśli, że sprawią drugiemu ból, wyrażając swe potępienie, choćby miało to służyć temu, „aby dusza jego była zbawiona w dzień Pański". Albo może brakuje im bystrości intelektualnej w dostrzeganiu moralnej szkodliwości pewnych, jak je uważają, spekulatywnych poglądów; i nie wiedząc wystarczająco dużo o swej nieznajomości, by powstrzymać się od własnego sądu, a nie mając zarazem dość wiary, by poddać się Słowu Bożemu lub orzeczeniu Jego Kościoła, ściągają na siebie odpowiedzialność za poważne zmiany. Albo chowają się za jakimś mętnym pojęciem, które sobie stworzyli, o szczególnym charakterze własnego Kościoła, dowodząc, że należą do Kościoła tolerancyjnego, że dla jego członków zarówno właściwe, jak i słuszne jest być tolerancyjnymi, i że w swoim postępowaniu okazują jedynie ową tolerancję, gdy traktują pobłażliwie tych, którzy są opieszali w wyznaniu lub w życiu. Otóż jeśli przez tolerancję naszego Kościoła rozumie się, że nie popiera on użycia ognia i miecza przeciw tym, którzy się od niego odłączają — to w tym znaczeniu słusznie nazywa się go Kościołem tolerancyjnym; nie jest jednak tolerancyjny wobec błędu — czemu dowodzą właśnie owe formularze liturgiczne, których ci ludzie pragną się pozbyć; a jeśli zachowuje w swym łonie pyszne umysły, zimne serca i nieczyste ręce, i udziela swych błogosławieństw tym, którzy w nie nie wierzą lub są ich niegodni, to wynika to z przyczyn innych, z pewnością nie z jej zasad; inaczej bowiem byłaby ona winna grzechu Helego — czego pomyśleć nie sposób.

Oto wada ducha wynikająca dla nas z przypadków niedoskonałości zapisanych w życiu świętego Barnaby; lepiej ją zrozumiemy, zestawiając go ze świętym Janem. Nie możemy porównywać dobrych ludzi co do ich wybitnych zalet; lecz jakkolwiek by się miały te dwa Apostoły pod względem udziału w duchu miłości, wiemy wszyscy, że w każdym razie Umiłowany Uczeń obfitował w nią ponad miarę. Jego List powszechny pełen jest napomnień do pielęgnowania owego błogosławionego usposobienia, a jego imię kojarzy się w naszych umysłach z takimi niebiańskimi właściwościami, które są z nim najściślej związane — z kontemplatywnością, pogodą duszy, jasnością wiary. Zobaczmy teraz, czym różnił się od Barnaby: oto że łączył miłość z niezłomnym trwaniem przy „Prawdzie, która jest w Jezusie". Jego żar i obfitość miłości tak dalece nie kłóciły się z jego gorliwością o Boga, że wprost — im bardziej kochał ludzi, tym bardziej pragnął stawiać przed nimi wielkie i niezmienne Prawdy, którym muszą się poddać, jeśli chcą oglądać życie, a na które słaba pobłażliwość pozwala im zamykać oczy. Kochał braci, lecz „kochał ich w Prawdzie". Kochał ich dla Prawdy Żywej, która ich odkupiła; dla Prawdy, która była w nich; dla Prawdy, która była miarą ich duchowych postępów. Kochał Kościół tak szczerze, że był surowy wobec tych, którzy go niepokoili. Kochał świat tak mądrze, że głosił w nim Prawdę; lecz jeśli ludzie ją odrzucali, nie kochał ich tak nieumiarkowanie, by zapominać o zwierzchności Prawdy jako Słowa Tego, który jest ponad wszystkim. Niechaj więc nigdy nie umknie nam z pamięci, gdy wyobrażamy sobie tego świętego Apostoła — tego nieziemskiego Proroka, który żywił się obrazami i głosami świata duchów i dzień po dniu wyglądał ku niebu ku Temu, którego niegdyś ujrzał w ciele — że to właśnie on daje nam ów nakaz unikania heretyków, który — choćby i w tej epoce nie obowiązywał — jest z pewnością w każdej epoce tym, co ludzie dziś nazywają surowym; i że ów jego nakaz pozostaje w pełnej zgodzie z przerażającymi obrazami, jakie nakreśla w innych miejscach swych natchnionych pism, przedstawiając Obecność, Prawo i Sądy Boga Wszechmocnego. Któż zaprzeczy, że Apokalipsa od początku do końca jest księgą wielce przerażającą — powiem: najbardziej przerażającą księgą w Piśmie Świętym, pełną opisów gniewu Bożego? A przecież napisał ją Apostoł miłości. Możliwe jest zatem, by człowiek był zarazem dobry jak Barnabas, a gorliwy jak Paweł. Surowość i czułość nie toczyły ze sobą w piersi Umiłowanego Ucznia żadnego „ostrego sporu"; znalazły swój doskonały związek, choć odrębne wyrazy, w łasce Miłości — która jest wypełnieniem całego Prawa.

Pragnąłbym dostrzec wśród nas jakąś nadzieję pojawienia się owego pierwiastka gorliwości i świętej surowości, który by ograniczył i nadał charakter owej letniej i beztreściwej życzliwości, którą błędnie mianujemy chrześcijańską miłością. Nie mam nadziei dla mojego kraju, dopóki jej nie ujrzę. Wiele szkół religii i etyki jest wśród nas, i wszystkie twierdzą, że w taki czy inny sposób wywyższają to, co uważają za zasadę miłości; lecz brakuje im niezłomnego trwania przy tej właściwości Bożej Natury, którą — w przystosowaniu do naszej ułomności — święty Jan i jego bracia nazywają gniewem Bożym. Zauważmy to dobrze. Są ludzie będący zwolennikami Pragmatyzmu; ci, o ile w ogóle są religijni, sprowadzają sumienie do instynktu czystej dobroczynności i odnoszą wszystkie sprawy Opatrzności wobec Jego stworzeń do tego jednego Przymiotu. Uważają stąd, że wszelka kara jest naprawcza — środkiem do celu, przeczą, jakoby cierpienie grożące grzesznikom trwało wiecznie, i rozkładają naukę o Odkupieniu. Są inni, którzy pokładają religię w samym tylko podnieceniu uczuć; ci też spoglądają na swego Boga i Zbawiciela — o ile im samym idzie — wyłącznie jako na Boga miłości. Wierzą, że zostali nawróceni z grzechu do sprawiedliwości przez samo objawienie się owej miłości ich duszom, przyciągające ich ku Niemu; i wyobrażają sobie, że owa sama miłość — niezmordowana jakimikolwiek ich możliwymi przewinieniami — z pewnością doprowadzi każdą tak wybraną jednostkę do ostatecznego triumfu. Co więcej, uważając, że Chrystus uczynił już dla ich zbawienia wszystko, nie czują, by konieczna była z ich strony jakakolwiek zmiana moralna — albo raczej sądzą, że Objawienie odkupieńczej miłości działa ją w nich samorzutnie; w obu wypadkach zwalniając ich ze wszelkich żmudnych wysiłków, wszelkiego „drżenia i trwogi", wszelkiego zaparcia się siebie w „dokonywaniu zbawienia" — owszem, patrząc na takie postawy z podejrzliwością, jako prowadzące do rzekomego zaufania we własne siły i duchowej pychy. I wreszcie — są jeszcze inni, o duchu mistycznym, wyobraźni nieuformowanej i umysłach subtelnych, którzy podążają za teoriami dawnej filozofii pogańskiej. Ci też zwykli czynić miłość jedyną zasadą życia i Opatrzności w niebie i na ziemi, jako gdyby była ona przenikającym wszystko Duchem świata, znajdującym oddźwięk w każdym sercu, wchłaniającym wszystko w siebie i zapalającym zachwycające uniesienie we wszystkich, którzy jej się przypatrują. Siedzą w domach i spekulują, odrywając doskonałość moralną od działania. Ludzie ci głoszą lub zbliżają się do głoszenia, że dusza ludzka jest czysta z natury; grzech — zewnętrznym pierwiastkiem ją skażającym; zło — przeznaczonym ostatecznie do unicestwienia; Prawda — osiągana przez wyobraźnię; sumienie — gustem; świętość — bierną kontemplacją Boga; a posłuszeństwo — jedynie miłym zajęciem. Trudno dokładnie rozróżnić między tymi trzema szkołami myśli, nie używając słów zbyt zażyłych; powiedziałem jednak dość dla tych, którzy zechcą temat zgłębić. Zważmy tedy, że owe trzy systemy — jakkolwiek różne od siebie co do zasad i ducha — zgadzają się wszakże w jednym, a mianowicie: w przeoczeniu tego, że Bóg chrześcijański przedstawiony jest w Piśmie Świętym nie tylko jako Bóg miłości, lecz również jako „ogień trawiący". Odrzucając świadectwo Pisma Świętego, nic dziwnego, że odrzucają też świadectwo sumienia, które zapewne zapowiada złe grzesznikowi, lecz — jak utrzymuje ograniczony religiant — nie jest wcale głosem Bożym; albo jest czystą dobroczynością według ucznia Utylitaryzmu; albo też, w mniemaniu tych o bardziej mistycznym charakterze, jakimś rodzajem pasji piękna i wzniosłości. Patrząc tak jedynie na „dobroć Bożą", a nie na Jego „surowość", nic dziwnego, że przepasują biodra i stają się zniewieściali; nic dziwnego, że ich wyobrażony ideał doskonałego Kościoła to Kościół, który pozwala każdemu iść swą drogą i wyrzeka się wszelkiego prawa do wydawania osądu, a tym bardziej do nakładania kary za błąd religijny.

Lecz ci, którzy mają siebie i innych za zagrożonych wieczną klątwą, nie śmią być tak pobłażliwi. Oto więc czego nam brakuje w dniu dzisiejszym, o to się modlić winniśmy — by nastąpiła reforma w duchu i mocy Eliasza. Musimy modlić się do Boga, by tak „ożywił swoje dzieło pośród lat"; by zesłał nam surową Dyscyplinę, Porządek świętego Pawła i świętego Jana, „głosząc Prawdę w miłości" i „kochając w Prawdzie" — Świadka Chrystusowego, który „zna trwogę Pana", świeżo od oblicza Tego, „którego głowa i włosy są białe jak wełna, jak śnieg biały, a oczy Jego jak płomień ognia, a z ust Jego wychodzi miecz ostry" — Świadka, który nie wzdraga się głosić Jego gniewu jako prawdziwej właściwości Jego chwalebnej natury, choć wyrażonej w ludzkim języku ze względu na nas; głosząc ciasność drogi życia, trudność osiągnięcia nieba, niebezpieczeństwo bogactw, konieczność brania naszego krzyża, doskonałość i piękno zaparcia się siebie i umartwienia, niebezpieczeństwo niewyznawania Wiary Katolickiej i obowiązek gorliwego jej bronienia. Tylko wówczas wieść o miłosierdziu dotrze do dusz ludzkich z mocą — z mocą przymuszającą i trwałym piętnem — gdy nadzieja i bojaźń idą razem. Tylko wówczas chrześcijanie będą skuteczni w walce, „zachowując się jak mężowie", zwyciężając i ujarzmiając szał świata, a Kościół utrzymując w czystości i mocy — gdy skupią swoje uczucia przez surową dyscyplinę i są kochającymi pośród stanowczości, surowości i świętości. Tylko wówczas możemy odnosić sukcesy (z błogosławieństwem i łaską Tego, który jest Duchem zarówno miłości, jak i prawdy) — gdy zesłane nam zostanie serce Pawła, by sprzeciwiać się nawet Piotrowi i Barnabie, gdy dają się ponosić czysto ludzkim uczuciom; by „nie znać odtąd nikogo według ciała", by odsunąć od siebie siostrzeńca lub bliższego krewnego, wyrzec się ich widoku, nadziei na nich i pożądania ich — gdy tak nakaże Ten, który samotnym daje przyjaciół, jeśli Mu ufają, i da nam „w obrębie swych murów imię lepsze niż synów i córek — imię wieczne, które nie będzie wymazane".

← wróć do odkrywania