*Uroczystość Narodzenia Świętego Jana Chrzciciela*
*„Jan powiedział Herodowi: Nie wolno ci mieć żony brata twego."* > — Mk 6,18
W Kolekcie na dzień dzisiejszy modlimy się, aby Bóg dał nam moc „odważnie napominać grzech" — wedle przykładu świętego Jana Chrzciciela, który zginął jako Męczennik, wiernie pełniąc ten obowiązek.
Herod Tetrarcha pojął za żonę małżonkę swego brata. Jan Chrzciciel wystąpił przeciw tak haniebnej zbrodni; winny król, choć nie zdołał się jej wyrzec, zachowywał szacunek dla proroka i szukał innych sposobów, by mu się przypodobać. Lecz Herodiada, dumna i okrutna kobieta, którą pojął za żonę, nie mogła mu przebaczyć tej ingerencji i w końcu doprowadziła do jego śmierci. Nie będę tu przytaczał szczegółów tej ohydnej historii, dobrze znanych każdemu czytelnikowi Ewangelii.
Święty Jan Chrzciciel wypełniał zadanie najtrudniejsze: napominał króla. Nie dlatego, jakoby człowiekowi szorstkiemu i zarozumiałemu trudno było powiedzieć coś przykrego ludziom możnym — wprost przeciwnie, takim coś podobnego sprawia przyjemność — lecz trudno jest napominać *dobrze*, to znaczy w odpowiednim czasie, w odpowiednim duchu i we właściwy sposób. Święty Chrzciciel upominał Heroda nie wzbudzając w nim gniewu; musiał więc czynić to z powagą, opanowaniem, szczerością i widoczną dlań życzliwością. Zarazem jednak mówił tak stanowczo, ostro i wiernie, że upomnienie to kosztowało go życie.
My, żyjący w dzisiejszych czasach, nie mamy na sobie tak ciężkiego obowiązku, jaki spoczywał na świętym Janie; a jednak każdy z nas ma udział w jego powołaniu, albowiem wszyscy jesteśmy zobowiązani „odważnie napominać grzech", gdy nadarza się po temu stosowna sposobność. Przystępuję więc do kilku uwag o tym obowiązku, do którego wzywa nas dzisiejsza uroczystość.
Otóż jasne jest, że na świecie są dwa rodzaje ludzi: jedni, którzy wysuwają się naprzód i dużo mówią; drudzy, którzy się wycofują i — z opieszałości, bojaźliwości lub przesadnej wybredności — nie kwapią się do wyrażania swego zdania w sprawach, jakie ich spotykają. Żadna z tych grup nie wypełni roli świętego Jana Chrzciciela w obcowaniu z bliźnimi: wycofani nie będą napominać grzechu wcale; śmiali i nieokrzesani będą czerpali przyjemność z wydawania wyroków — niezależnie od tego, czy są do tego uprawnionymi sędziami, czy nie, czy powinni mówić, czy nie, i w każdej porze — stosownej i niestosownej.
Takim samozwańczym cenzurom grzechu nie powinien żaden poważny chrześcijanin udzielać przyzwolenia ani ich tolerować. Przedmioty ich ataków bywają wprawdzie często godne nagany i powinny być ganione — ale nie przez nich. Oni wszelako biorą na siebie, z własnej powagi, obowiązek ich obwiniania; nieraz dlatego, że ci, których to zadanie, zaniedbują je wypełniać; i pochlebiają sobie wówczas, że są energicznymi obrońcami cnoty, pilnymi i pożytecznymi strażnikami moralności publicznej lub praw ludu. Jest takich ludzi wielu w dzisiejszych czasach; powodzi im się tym lepiej, że skrywają swe imiona — w ten sposób zwalniają się z trudu zachowania delikatności w sposobie napominania, unikają odwetu, jaki atakowana strona może wymierzyć otwartemu napastnikowi, i mogą obywać się bez tych wymagań wobec osobistego charakteru i postawy, jakich zazwyczaj oczekuje się od tych, którzy przybierają urząd Chrzciciela. A przemawiając przeciw znamienitym ludziom, zaspokajają złe namiętności tłumu — zawsze chciwego opowieści o zbrodniach i życzącego źle wielkim — i w ten sposób powiększają swoje wpływy, aż stają się autorytetem i wzbudzają lęk.
Takich natarczywych oskarżycieli grzechu należy, powiadam, odrzucić w imieniu wszystkich, którzy pragną być prawdziwymi chrześcijanami. Każdy ma swoje miejsce: jeden — słuchać, drugi — rządzić, trzeci — napominać. Podejmowanie urzędu bez zlecenia nie jest pobożnością. Jan Chrzciciel został w sposób cudowny powołany do obowiązków reformatora i nauczyciela. Potem ustanowiony został stan ludzi do pełnienia tych samych posług; i stan ten trwa po dzień dzisiejszy w nieprzerwanym następstwie. Ci, którzy biorą na siebie napominanie grzechu, nie okazując żadnych dowodów swego upoważnienia, naruszają urząd sług Bożych. Mogą wprawdzie odnieść sukces w swoim uzurpowaniu, mogą zyskać popularność, być popierani przez wielu i uznawani nawet przez tych, których atakują; niemniej jednak urząd cenzora pochodzi od Boga, którego ostateczny sąd poprzedza i zapowiada — i nie zdoła go nadać swemu rzecznikowi całe pokolenie samowolnych ludzi. Naszą zatem powinnością jest pilnie strzec się przed winą przyzwalania na roszczenia takich fałszywych proroków, byśmy nie popadli pod surowość przepowiedni Pana naszego: „Ja przyszedłem w imię Ojca mego — powiada — a nie przyjęliście Mnie. Jeśli inny przyjdzie we własnym imieniu, tego przyjmiecie."
Zwracam uwagę na tę szczególną cechę urzędu Napominającego — że opiera się on na Boskim Posłannictwie — oraz na wynikający stąd grzech podejmowania go bez powołania, jeszcze z innego powodu. Poza owymi złymi ludźmi, którzy krzyczą przeciw grzechowi dla zysku i zazdrości, wiem, że są i inni, lepszego pokroju, którzy wyobrażają sobie, że powinni napominać, choć w rzeczywistości nie powinni; i gdy odkrywają, że nie umieją dobrze pełnić tego urzędu lub gdy wpadają w kłopoty, usiłując go sprawować, stają się zakłopotani i zniechęceni, albo też sądzą, że cierpią dla sprawiedliwości. Lecz nasz obowiązek jest zazwyczaj sprawą o wiele prostszą, niż mają skłonność przypuszczać umysły rozgorączkowane i nadwrażliwe — przynajmniej jeśli chodzi o jego rozpoznanie; a gdy spostrzegamy, że sami się kłopotamy z jego ustaleniem, powinniśmy zapytać siebie, czy nie zawiłajmy sobie drogi jakimś niepotrzebnym lub samowolnym własnym postępkiem. Na przykład gdy ludzie wyobrażają sobie, że ich obowiązkiem jest napominać przełożonych, popadają w trudności z tego prostego powodu, że trudno jest — i zawsze będzie trudno — pełnić czyjś cudzy obowiązek. Gdy młodzi biorą na siebie prostowanie starszych, świeccy chrześcijanie przemawiają przeciw duchowieństwu, duchowni usiłują kierować swoimi biskupami, a słudzy — panami, zazwyczaj się okaże, że próba nie przynosi skutku; i może przypisywać będą swą porażkę okolicznościom zewnętrznym — tymczasem prawdziwa przyczyna jest taka, że wcale nie było na nich wezwania do napominania. Jest oczywiście zawsze wezwanie, by samym strzec się od grzechu we wszystkim — a to samo w sobie jest milczącym protestem przeciwko wszelkiemu złu na wyżynach — i temu strzec się nie mogą i nie muszą; lecz bardzo rzadko, jedynie w skrajnych przypadkach — na przykład gdy wiara jest w niebezpieczeństwie albo by chronić lub ratować ludzi prostodusznych — człowiek bywa powołany z obowiązku do tego, by wprost obwiniać lub napiętnować swych przełożonych.
A prawdę mówiąc, mamy aż nadto do czynienia z napominaniem grzechu, jeśli ograniczymy naszą naganę do tych, wobec których jest ona prawnie uzasadniona. Są to nasi równi i nasi podwładni. Tu znowu łatwo jest używać gwałtownego języka wobec tych, którzy są niżej od nas stanem — być aroganckim, tyranizować; lecz takim nie był sposób napominania świętego Jana Chrzciciela. On napominał w obliczu cierpień, które miały go spotkać za jego wierność; i my nigdy nie powinniśmy używać mocnego słowa, choćby i prawdziwego, nie będąc gotowi przyjąć — gdyby tak się zdarzyło — jakiejś kary jako pieczęci naszej gorliwości. Nie wolno nam sądzić, że nasi podwładni nie mają mocy sprawienia nam przykrości dlatego tylko, że stoją niżej. Zależymy od ubogich tak samo jak od bogatych. Mówiąc zaś o podwładnych, nie mam na myśli jedynie tych, którzy zajmują niższy stopień w hierarchii społecznej. Herod był podwładnym świętego Jana; największy król jest, w pewnym sensie, podwładnym sług Bożych i należy do nich podchodzić z wszelką czcią i lojalną służbą, lecz bez drżenia ducha ani tchórzostwa, nie zapominając, że są sługami Kościoła, obdarzonymi swą władzą z ustanowienia Bożego. A co prawdziwe nawet w przypadku samego Króla, o ileż bardziej stosuje się do jedynie zamożnych lub utytułowanych. Lecz czy to rzecz błaha — napominać takich ludzi? I czy możemy to czynić bez ryzyka cierpienia z tego powodu? Kto jest dostatecznie zdolny do tych rzeczy bez kierownictwa i siły Tego, który umarł, by przysposobić swemu Kościołowi tę wysoką władzę?
Dalej, rodzice mają obowiązek napominania swych dzieci; lecz tu sprawowanie tego urzędu jest uciążliwe z innego powodu. Nie strach, lecz źle ukierunkowana miłość przeszkadza tu w wypełnieniu obowiązku. Nadto rodzice są zarówno opieszali, jak i nadmiernie czuli. Patrzą na dom jako na ucieczkę od trosk świata i nie znoszą stwarzać sobie obowiązków tam, gdzie spodziewają się znaleźć odpoczynek. Mają też swoje upodobania i stronniczości wobec dzieci; a będąc na przemian surowymi i słabowolnie pobłażliwymi, nie zdobywają u nich szacunku nawet wtedy, gdy w porę je napominają.
I tak jak napominanie tych, którzy są niżsi od nas w doczesnych zarządzeniach Opatrzności, jest rzeczą poważną, tak jeszcze o wiele bardziej potrzeba dojrzałości w chrześcijańskiej świętości, by stosownie napominać równych sobie — i to, po pierwsze, dlatego, że boimy się ich drwin i nagany; po wtóre, dlatego, że ułomności naszych równych leżą zazwyczaj w tej samej dziedzinie co nasze własne, a każdy rozważny człowiek jest świadom, że napominając drugiego, zobowiązuje się do życia surowego i pobożnego — czego naturalnie unikamy. Dlatego też zdarzyło się, że chrześcijanie na mocy czegoś w rodzaju milczącej zmowy przymykają oczy na wzajemne wady i milczą; tymczasem gdyby każdy z nas zmuszał się do dawania bliźniemu odczuć, kiedy czyni źle, zarówno wyświadczałby drugiemu dobrodziejstwo, jak też — za Bożym błogosławieństwem — sam zobowiązywałby się do bardziej konsekwentnego wyznania wiary. Kto może powiedzieć, ile złego wyrządza to pobłażliwe sprzyjanie niedoskonałościom przyjaciół i równych sobie? Miarą chrześcijańskich obyczajów zostaje obniżona; służba Bogu miesza się z nabożeństwem dla Mamony; i tak społeczeństwo nieustannie zmierza ku stanowi pogańskiemu. A to naganne tolerowanie grzechu jest sankcjonowane przez obyczaje współczesnej epoki, która zdaje się uważać za oznakę dobrego wychowania nietroskanie się o wiarę i postępowanie otaczających nas ludzi — jak gdyby ich prywatne poglądy i przyzwyczajenia w niczym nas nie dotyczyły; co miałoby więcej pozorów prawdy, gdyby byli jedynie naszymi bliźnimi, lecz jest oczywiście fałszywe w przypadku tych, którzy zarazem wyznają, że są chrześcijanami, którzy mniemają, że pozyskują sobie przywileje Ewangelii przez swe wyznanie, a przez swe życie przynoszą jej zgorszenie.
Jeśli zaś ktoś zapyta, jakich reguł można udzielić co do napominania grzechu — zauważam, że tak jak z jednej strony pełnienie urzędu cenzora wymaga dojrzałości i stałości zasad, jawnej i uznanej, tak też jest naturalnym owocem ich posiadania. Ci, którzy napominają z największą stosownością dzięki swojemu autorytetowi, są na ogół właśnie tymi, którzy są też najlepiej kwalifikowani do napominania. Napominać dobrze — to dar, który rośnie wraz z potrzebą jego używania. Nie znaczy to, że ktokolwiek zdoła go osiągnąć bez własnego wysiłku; musi on przezwyciężyć fałszywy wstyd, bojaźliwość i nadmierną delikatność, i nauczyć się być szybkim i zebranym w myślach w sprzeciwianiu się złu; lecz ostatecznie jego sposób czynienia tego zależeć będzie głównie od jego ogólnego charakteru. Im bardziej jego stały charakter jest ukształtowany wedle prawa Chrystusowego, tym roztropniejsze, nienaganniejsze i piękniejsze będą jego nagany, tym trudniejsze do uniknięcia i odparcia.
Mam na myśli rzecz następującą: kształtujcie w swym powszednim postępowaniu charakter pogodny, szczery i mężny — a będziecie dobrze wytykać błędy, bo czynić to będziecie w sposób naturalny. Dążcie do patrzenia na wszystkie rzeczy w sposób prosty i bezstronny oraz do nazywania ich właściwymi imionami. Bądźcie szczerzy; nie zachowujcie swych pojęć o dobru i złu tylko dla siebie; nie dlatego też, że mniemacie, iż świat jest zbyt zepsuty, by uczyć go Prawdy, pozwalajcie mu grzeszyć słowem czy czynem bez upomnienia. Nie pozwalajcie przyjaciołom ani obcym w poufałym obcowaniu towarzyskim głosić fałszywych poglądów; nie wzbraniajcie się wypowiadać własnych — i czyńcie to w prostocie serca i w miłości. Zdarzają się ludzie, którzy mówią bliźnim o ich wadach ze zdumiewającą powagą, z wielką paradą, jak gdyby czynili coś nadzwyczajnego; a tacy nie tylko obrażają tych, których pragną naprawić, lecz nadto wzbudzają w sobie ducha samozadowolenia. Ten sposób wytykania błędów nierozerwalnie wiąże się z przeświadczeniem, że sami są bez porównania lepsi od tych, których ganią; tymczasem chrześcijanin o prostym sercu będzie wytykać błędy nie surowo i posępnie, lecz w miłości; nie sztywno, lecz naturalnie, łagodnie i jak gdyby nigdy nic — tak jak poinformowałby przyjaciela o jakiejś przeszkodzie na drodze, która mogłaby go obalić, lecz bez żadnego absurdalnego poczucia wyższości nad nim, że był w stanie to uczynić. Jego uczucie jest: „Wyświadczyłem ci przysługę, więc ty musisz z kolei służyć mnie." A chociaż jego rada nie zawsze zostaje przyjęta tak, jak zamierzał, nie będzie się zatrzymywał nad bólem, jaki mu sprawia taki wynik jego ingerencji — świadom, że w rzeczywistości jest zawsze wiele do poprawienia w jego własnym sposobie pełnienia obowiązku, wiedząc, że jego zamiar był dobry, i postanowiwszy mimo wszystko nie przywiązywać wagi do swej porażki — prócz o tyle, o ile skłoni go ona do większej ostrożności w przyszłości przed nawet pozorem grubiaństwa lub niepohamowania w swym postępowaniu.
Są to kilka uwag o ważnym przedmiocie. Na co dzień wpływamy na siebie nawzajem ku dobru lub ku złu; nie bądźmy powodem wprowadzania innych w błąd przez nasze milczenie, gdy powinniśmy mówić. Pamiętajcie słowa świętego Pawła: „Nie bądź współuczestnikiem cudzych grzechów; zachowaj siebie czystym."