HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom II

Kazanie XXVIII. Niebezpieczeństwo bogactwa

Na święto św. Mateusza Apostoła

Gdy świat mnie wciągaGdy moja wiara stała się letnia Naśladowanie ChrystusaPowszechne powołanie do świętości
„Biada wam, bogaczom! bo już odebraliście pociechę waszą."
W skrócie. Kazanie na święto Mateusza ostrzega przed niebezpieczeństwem bogactwa i pogoni za zyskiem dla życia duchowego. Newman nie potępia posiadania jako takiego, lecz ukazuje, jak bogactwo i dążenie do zysku pochłaniają serce, odwodząc je od jedynego Pana. Mateusz, który porzucił komorę celną, jest wzorem wolności od świata.

„Biada wam, bogaczom! bo już odebraliście pociechę waszą.”

*Na święto św. Mateusza Apostoła*

*„Biada wam, bogaczom! bo już odebraliście pociechę waszą."* — Łk 6,24

Gdybyśmy nie byli od dzieciństwa przyzwyczajeni do czytania Nowego Testamentu, sądzę, że uderzyłyby nas mocno ostrzeżenia, jakie zawiera — nie tylko przeciw umiłowaniu bogactwa, lecz przeciw samemu jego posiadaniu; i zdumiewalibyśmy się z czymś z owego zdziwienia, które najpierw ogarnęło Apostołów, wychowanych w przekonaniu, że bogactwo jest jedną z głównych nagród, jakie Bóg udziela tym, których miłuje. W istocie jednak tak często słyszeliśmy te najuroczyste oświadczenia, że przestaliśmy przywiązywać do nich jakieś wyraźne znaczenie; lub jeśli w pewnym momencie zwrócimy na nie baczniejszą uwagę, wnet odpychamy ten temat pod wpływem jakiegoś niejasnego wyobrażenia, że to, co mówi Pismo Święte, odnosiło się do szczególnych czasów przyjścia Chrystusa — nie próbując ustalić jego dokładnego zastosowania do nas ani też tego, czy w ogóle takie zastosowanie istnieje; jak gdyby fakt, że interpretacja ta wymaga troski i namysłu, stanowił usprawiedliwienie dla zupełnego pozbawiania jej wszelkiego namysłu i troski.

Lecz nawet gdybyśmy mieli jakkolwiek mało udziału w biblijnych potępieniach bogactwa i umiłowania bogactwa, sam ich ogrom powinien był wystarczyć, by uchronić je od zaniedbania — podobnie jak potop i wyrok na Sodomę i Gomorę wciąż są przez chrześcijan rozważane z uroczystą uwagą, choć mamy obietnicę, że jedno się nie powtórzy, a ufamy, że nigdy tak dalece nie zostaniemy opuszczeni przez Bożą łaskę, by ściągnąć na siebie drugie. I ta właśnie myśl może skłonić człowieka do podejrzenia, że owo zaniedbanie nie wynika wyłącznie z obojętności, lecz z pewnego rodzaju złego przeczucia, że temat bogactwa jest taki, którego nie można bezpiecznie ani wygodnie omawiać w dzisiejszym świecie chrześcijańskim — to jest, którego nie można omawiać, nie stawiając w sposób widoczny i kłopotliwy żądań prawa Bożego w opozycji do pychy żywota.

Zobaczmy więc, co litera Pisma Świętego mówi w tej sprawie. Weźmy na przykład tekst kazania: „Biada wam, bogaczom! bo już odebraliście pociechę waszą." Słowa te są dostatecznie jasne (nikt temu nie zaprzeczy) jako wypowiedziane o ludziach bogatych za dni naszego Zbawiciela. Należy zwrócić uwagę na pełną moc słowa „pociecha". Użyte jest ono w sposób kontrastowy do pociechy, obiecanej chrześcijaninowi w szeregu Błogosławieństw. Pociecha, w pełni tego słowa, jako obejmująca pomoc, kierownictwo, umocnienie i podporę, jest szczególną obietnicą Ewangelii. Obiecany Duch, który zajął miejsce Chrystusa, został przez Niego nazwany „Pocieszycielem". Jest zatem coś bardzo przerażającego w aluzji zawartej w tekście, że ci, którzy posiadają bogactwa, odbierają przez to swój dział, taki jaki jest, w całości, zamiast Niebieskiego Daru Ewangelii. Ta sama nauka zawarta jest w słowach naszego Pana w przypowieści o Dywesie i Łazarzu: „Synu, wspomnij, że odebrałeś dobra twoje za żywota twego, a Łazarz podobnie złe rzeczy; lecz teraz on doznaje pociechy, a ty cierpisz katusze." Innym razem rzekł do uczniów swoich: „Jakże trudno będzie tym, co mają bogactwa, wejść do królestwa Bożego! Bo łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego."

Zwykło się odprawiać takie miejsca uwagą, że wymierzone są nie przeciwko tym, którzy bogactwa posiadają, lecz przeciwko tym, którzy pokładają w nich ufność — jak gdyby nie wyrażały żadnego związku między posiadaniem a ufaniem, żadnego ostrzeżenia, by posiadanie nie prowadziło do bałwochwalczego polegania na nich, żadnej konieczności lęku i trwogi u posiadaczy, by nie stali się odrzuconymi. I owo nieistotne rozróżnienie ma rzekomo znajdować oparcie w słowach samego naszego Pana przy jednej z wyżej przytoczonych sposobności, w której mówi najpierw: „Jakże trudno będzie tym, co mają bogactwa", a potem: „Jakże trudno jest tym, co ufają bogactwom, wejść do królestwa Bożego" — podczas gdy On przecież jedynie usuwa fałszywe wyobrażenie uczniów, jakoby sama okoliczność posiadania bogactwa była niezgodna ze stanem zbawienia, i bynajmniej nie tłumaczy posiadania przez ufanie, tak jak nie czyni ufania koniecznym warunkiem posiadania. Łączy jedno z drugim, nie utożsamiając ich, nie tłumacząc ich z nimi; i proste pytanie, które leży do naszego rozstrzygnięcia, jest następujące: czy zważywszy, że ci, którzy posiadali bogactwa, gdy przyszedł Chrystus, skłonni byli w Jego osądzie bałwochwalczo im ufać, jest, czy też nie jest, podstawa do sądzenia, że ta skłonność znacznie się różni w różnych epokach — a stosownie do rozwiązania tego pytania musimy określić zastosowanie biady ogłoszonej w tekście do czasów obecnych. I w każdym razie niechaj zostanie zauważone, że to na tych, którzy chcieliby dowieść, iż owe miejsca nie odnoszą się do chwili obecnej, spada ciężar dowodu. Dopóki nie przeprowadzą jasnych i rozsądnych rozróżnień między wiekiem pierwszym a dziewiętnastym, groźba wisi nad światem — to jest tak samo jak wisiała nad faryzeuszami i saduceuszami za przyjścia naszego Pana.

Lecz prawda jest taka, że nasz Pan miał na myśli bogactwo jako pewnego rodzaju nieszczęście dla chrześcijanina, jest oczywiste nie tylko z takich tekstów jak powyższe, lecz z Jego pochwał i zaleceń ubóstwa. Na przykład: „Sprzedajcie, co macie, i dawajcie jałmużnę; sprawiajcie sobie sakwy, które nie wietrzeją." „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie." „Błogosławieni ubodzy: wasze bowiem jest królestwo Boże." „Gdy urządzasz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj przyjaciół swoich ani braci, ani krewnych, ani sąsiadów bogatych... lecz... zapraszaj ubogich, kalek, chromych, ślepych." I podobnie święty Jakub: „Czyż Bóg nie wybrał ubogich tego świata, bogatych w wierze i dziedziców królestwa, które obiecał tym, którzy Go miłują?" Przytaczam te teksty w porządku doktrynalnym, nie jako przepis postępowania. Cokolwiek jest linią postępowania, jaką nakazują tej czy owej osobie (czym się tu nie zajmuję), tyle wydaje się pewne, że według zasady Ewangelii nieobecność bogactwa jest jako taka stanem bardziej błogosławionym i bardziej chrześcijańskim niż jego posiadanie.

Najpospolitszym niebezpieczeństwem, jakie ziemskie dobra stwarzają dla naszego duchowego dobrostanu, jest to, że stają się w praktyce substytutem w naszych sercach dla tego jedynego Przedmiotu, któremu należna jest nasza najwyższa pobożność. Bogactwa są obecne; Bóg jest niewidzialny. Bogactwa są środkami w ręku do spełniania tego, czego pragniemy; czy Bóg wysłucha naszych próśb w tych potrzebach — niepewne; lub raczej mogę rzec, że pewne w sensie odmownym. W ten więc sposób służą zepsutym skłonnościom naszej natury; obiecują i są w stanie być dla nas bogami — a nadto bogami, którzy nie wymagają żadnej służby, lecz jako nieme bożki wywyższają czciciela, wpajając mu poczucie własnej mocy i bezpieczeństwa. I na tym polega ich główna i najbardziej subtelna szkodliwość. Ludzie bogobojni zdolni są tłumić, ba, wytępiać grzeszne pożądania — pożądliwość ciała i oczu, obżarstwo, pijaństwo i tym podobne, umiłowanie rozrywek i płochych przyjemności i przepychu, pobłażanie luksusowi wszelkiego rodzaju; lecz gdy chodzi o bogactwo, nie mogą się łatwo wyzwolić z tajemnego poczucia, że daje im ono grunt pod nogami, znaczenie, wyższość; i w następstwie przywiązują się do tego świata, tracą z oczu obowiązek noszenia Krzyża, stają się tępi i krótkowzroczni, tracą subtelność i precyzję dotyku, są jakby otępiali (że tak powiem) na końcach palców, jeśli chodzi o interesy i perspektywy religijne. Ryzykowanie wszystkiego na słowo Chrystusa wydaje się im jakoś nienaturalne, przesadne, i świadczy o chorobliwym podnieceniu; a śmierć, zamiast być łaskawym, choć straszliwym wyzwoleniem, nie jest miłym przedmiotem myśli. Są radzi pozostać takimi, jakimi są, i nie rozważają żadnej zmiany. Pragną i zamierzają służyć Bogu, owszem służą Mu rzeczywiście w swoją miarę; lecz nie z wrażliwymi zmysłami, szlachetnym zapałem, wielkością i wywyższeniem duszy, powolnością i miłością ku Chrystusowi, jakie przystoją chrześcijaninowi, lecz tak jak mogli służyć Żydzi, którym dano jedynie ten stworzony świat jako obraz Boga: „jedząc chleb swój z radością i pijąc wino swoje z wesołym sercem", dbając, by „szaty ich były zawsze białe, a głowie ich nie brakło olejku, żyjąc radośnie z żoną, którą miłują, po wszystkie dni żywota znikomości swojej" i „rozkoszując się owocem pracy swojej". Oczywiście nie chodzi o to, że właściwe korzystanie z doczesnych błogosławieństw Bożych jest złe — lecz czynić z nich przedmiot uczuć naszych, pozwalać, by odwodziły nas od „Jednego Oblubieńca", któremu jesteśmy poślubieni, to znaczy brać Ewangelię za judaizm.

To więc, jeśli możemy tak śmiało powiedzieć, było częścią znaczenia naszego Zbawiciela, gdy łączy ze sobą posiadanie z ufaniem w bogactwa; i szczególnie stosowne jest rozważanie tego w dniu dzisiejszym, gdy wspominamy Apostoła i Ewangelistę, którego historia jest przykładem i zachętą dla wszystkich tych, którzy posiadają i lękają się, by nie zaufali. Lecz święty Mateusz narażony był na dodatkową pokusę, którą przystąpię teraz do rozważenia; bo nie tylko posiadał, lecz zajęty był również pogonią za bogactwem. Nasz Zbawiciel zdaje się przestrzegać nas przed tym dalszym niebezpieczeństwem w opisie cierni w przypowieści o Siewcy, jako „troski tego świata i ułudy bogactwa"; i wyraźniej jeszcze w przypowieści o Wielkiej Uczcie, gdzie zaproszeni przepraszają się, jeden jako ten, który „kupił rolę", drugi — „pięć par wołów". Jeszcze jawniej mówi święty Paweł w Pierwszym Liście do Tymoteusza: „Ci zaś, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę, i w wiele głupich i szkodliwych pożądliwości, które pogrążają ludzi w zniszczeniu i zatraceniu. Albowiem korzeniem wszelkiego złego jest chciwość pieniędzy, której dając się uwieść, niektórzy odpadli od wiary i uwikłali się sami w wiele cierpień."

Niebezpieczeństwo posiadania bogactw polega na cielesnym bezpieczeństwie, do którego wiodą; niebezpieczeństwo „pragnięcia" ich i pogoń za nimi — na tym, że przedmiot tego świata zostaje postawiony przed nami jako cel i kres życia. Zdaje się być wolą Chrystusa, aby Jego wyznawcy nie mieli żadnego celu ani kresu, żadnej pogoni ani zajęcia, które byłoby wyłącznie z tego świata. Mówię tu znowu, jak poprzednio, nie w porządku przepisu, lecz doktryny. Patrzę na Jego świętą religię niejako z daleka i określam jaki jest jej ogólny charakter i duch — nie to, co może się przydarzyć być obowiązkiem tej czy owej osoby, która ją wyznała. Jego wolą jest, by wszystko, co czynimy, było czynione nie dla ludzi, ani dla świata, ani dla siebie, lecz dla Jego chwały; i im prostszymi jesteśmy w tym, tym bardziej jesteśmy obdarowani. Ilekroć działamy w odniesieniu do przedmiotu tego świata, choćby był jak najczystszy, narażamy się na pokusę — (nie nieodpartą, broń Boże!) — a jednak na pokusę — przywiązania serca do jego osiągnięcia. Dlatego też wszystkie takie przedmioty nazywamy podnietami, jako że pobudzają nas w sposób nieodpowiedni, wyrzucają nas z spokojności i stateczności wiary niebieskiej, przyciągają nas na bok przez swą bliskość od naszego harmonijnego kręgu obowiązków i skupiają nasze myśli na czymś poniżej tego, co nieskończenie wysokie i wieczne. Takie podniety zdarzają się nieustannie, i samo ich znoszenie, dalekie od tego, by pociągało winę w samym czynie lub jego skutkach, jest wielkim zajęciem życia i ćwiczeniem naszych serc. Nierzadko grzechem jest uchylać się od nich, jak miało to miejsce może u niektórych, którzy wstąpili do klasztorów, by służyć Bogu doskonalej. Z drugiej strony, obowiązkiem Rządcy Duchowego jest właśnie pracować dla powierzonej mu owczarni, znosić i odważać się; święty Paweł był otoczony podnietami stąd płynącymi, a jego pisma ukazują ich wstrząsający wpływ na jego umysł. Był jak Dawid, mężem wojny i krwi — i to dla nas. A przecież niezmiennie obowiązuje, że istotnym duchem Ewangelii jest „cisza i ufność"; że posiadanie tych darów jest najwyższym darem, a doskonałe ich osiągnięcie — naszym głównym celem.

Toteż jakkolwiek przeżywanie podniet, gdy są nam zsyłane, jest obowiązkiem, bezbożnością, jawną głupotą i grzechem jest szukanie ich — zarówno świeckich, jak i religijnych. Stąd gra hazardowa jest tak wielką winą, jako że jest zuchwalskim tworzeniem przez nas samych poważnej, jeśli nie przemożnej pokusy do wbicia serca w przedmiot tego świata. Stąd szkodliwość wielu rozrywek, tego (co się nazywa) modą dnia; które obmyślone są właśnie w tym celu, by zajmować myśli i sprawić, by czas mijał lekko. Wręcz przeciwny jest usposobienie chrześcijańskie, które w swej doskonałej i swoistej rozkoszy przebywa, gdy zajęte zwyczajnym, monotonnym kręgiem obowiązków, które Bóg wyznacza, a które świat zwie nudnymi i uciążliwymi. Wstawać dzień po dniu do tych samych zajęć i być w nich szczęśliwym — oto wielka lekcja Ewangelii; a gdy jest urzeczywistniana przez tych, którzy żywo odczuwają pokusę krzątactwa, zakłada serce oderwane od miłości tego świata. Prawda jest, że choroba ciała, jak też niepokój ducha, może niekiedy czynić takie życie ciężarem; prawda też, że lenistwo, pobłażanie sobie, bojaźliwość i tym podobne złe skłonności mogą je obrać z upodobania jako pretekst do zaniedbywania bardziej czynnych obowiązków. Mężowie energicznych umysłów i zdolności do działania powołani są do życia w trudach; są wyrównywaniem i przeciwwagą złego na świecie: lecz niechaj nigdy nie zapominają o swoim miejscu; są mężami wojny, a wojna toczymy, by osiągnąć pokój. Są oni tylko mężami wojennymi, zaszczyceni wprawdzie Bożym wyborem, i pomimo wszelkich chwilowych podniet spoczywający w głębi swych serc na jedynej prawdziwej Wizji chrześcijańskiej wiary; a jednak po wszystkim są oni tylko żołnierzami na otwartym polu — nie budowniczymi Świątyni ani mieszkańcami owych „miłych" i szczególnie błogosławionych „Przybytków", gdzie czciciel żyje w chwale i wstawiennictwie, i toczy bój wśród nieokazałych obowiązków zwykłego życia. „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele rzeczy; lecz jednego potrzeba, a Maria obrała dobrą część, która nie będzie jej odjęta." Taki jest wyrok naszego Pana, pokazujący, że prawdziwe nasze szczęście polega na tym, by mieć swobodę służenia Bogu bez podniet. O ten dar prosimy szczególnie w jednej z naszych Kolekt: „Racz, o Panie, tak pokojowo zarządzić biegiem tego świata swą opatrznością, aby Twój Kościół radośnie Tobie służył w wszelkiej pobożnej cichości." Prześladowania, zmiany polityczne i tym podobne zakłócają spokój Kościoła. Największym przywilejem chrześcijanina jest nie mieć nic wspólnego ze światową polityką — być rządzonym i poddawać się posłusznie; i choć tu znowu egoizm może wkraść się i skłonić człowieka do zaniedbywania spraw publicznych, w których jest powołany brać swój udział, to jednak ostatecznie takie uczestnictwo należy uważać za obowiązek, ledwie za przywilej — jako wypełnianie powierzonych mu zadań dla dobra innych, nie jako korzystanie z praw (jak mówi się w te dni ułudy), nie jak gdyby władza polityczna była sama w sobie dobrem.

Wracając do przedmiotu bezpośrednio przed nami: powiadam więc, że częścią chrześcijańskiej ostrożności jest baczyć, by nasze zajęcia nie stawały się pogonią. Zajęcia są naszym udziałem, lecz pogonie w większości naszym własnym wyborem. Możemy być zajęci sprawami tego świata, nie dążąc do celów tego świata; „nieleniwi w działaniu", a jednak „Panu służący." Na tym więc polega niebezpieczeństwo pogoni za zyskiem — jak przez handel i tym podobne. Jest to najpospolitszą i najszerzej rozprzestrzenioną ze wszystkich podniet. Jest to jedna z tych, w których prawie każdy może się oddawać, co więcej — i będzie chwalony przez świat za oddawanie się jej. Trwa przez całe życie; różni się przez to od rozrywek i przyjemności świata, które są krótkotrwałe i zastępują się po sobie. Rozproszenie umysłu, jakie tamte rozrywki stwarzają, jest samo w sobie wystarczająco nędzne; lecz daleko gorsze od owego rozproszenia jest skupienie umysłu na jakimś przedmiocie tego świata, który dopuszcza nieustanne ściganie — a taką jest właśnie pogoń za zyskiem. Nie jest też małym pogorszeniem zła, że troska jest jej prawie na pewno towarzyszącą. Życie w gromadzeniu pieniędzy jest życiem w troskach; od samego początku drżące oczekiwanie strat wszelkiego rodzaju przygnębia i rozbija umysł; owszem nawet go prześladuje, aż człowiek stwierdza, że nie może myśleć o niczym innym i nie jest w stanie skupić myśli na religii z powodu nieustannego wiru spraw, w który jest uwikłany. Dobrze, by to rozumiano. Możecie słyszeć, jak ludzie mówią, jakby pogoń za bogactwem była sprawą życia. Będą dowodzić, że z prawa natury człowiek jest zobowiązany zarabiać na życie dla swej rodziny i że znajduje w tym nagrodę — niewinne i zaszczytne zadowolenie, gdy dodaje jedną sumę do drugiej i liczy swoje zyski. I może posuwają się do dowodzenia, że jest to właśnie obowiązek człowieka od upadku Adama — „w pocie oblicza swego", wysiłkiem i troską „jeść chleb". Jakże to dziwne, że nie pamiętają łaskawej obietnicy Chrystusa, uchylającej ów pierwotny przekleństwo i usuwającej konieczność jakiejkolwiek prawdziwej pogoni za „pokarmem, który ginie"! Aby wyzwolić nas z niewoli zepsucia, wyraźnie powiedział nam, że potrzeby życia nigdy nie zawiodą wiernego Jego naśladowcy — jak mąka i oliwa wdowy z Sarepty; że choć jest zobowiązany pracować dla swej rodziny, nie musi być pochłoniętym przez swój trud — że choć jest zajęty, serce jego może być wolne dla jego Pana. „Nie troszczcie się więc, mówiąc: Co będziemy jeść? albo co będziemy pić? albo czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają; a Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Szukajcie więc najpierw królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego, a to wszystko będzie wam dodane." Oto objawiony nam jednocześnie nasz przywilej i nasz obowiązek — chrześcijańska część posiadania zajęć tego świata bez dążenia do jego celów. I zgodnie z naszym Boskim Nauczycielem są słowa Apostoła, wprowadzające do cytowanego już ustępu: „Niczego nie przynieśliśmy na ten świat, a zabrać nic nie możemy. Mając więc żywność i odzienie, miejmy się na tym za kontentnych." Nie ma więc żadnego usprawiedliwienia dla tej pochłaniającej pogoni za bogactwem, której wielu ludzi oddaje się jak cnocie i którą roztrząsają jak naukę. „O to wszystko poganie zabiegają!" Rozważcie, jak różna jest zasada życia, zostawiona nam przez Apostołów. „Mówię to dla waszego pożytku" — powiada święty Paweł — „abyście mogli poświęcić się Panu bez rozproszenia." „To zaś mówię, bracia, czas jest krótki; a tak i ci, którzy mają żony, niechaj będą jakby nie mający; i którzy płaczą, jakby nie płakali; a którzy się radują, jakby się nie radowali; i którzy kupują, jakby nie posiadali; i którzy używają tego świata, jakby go nie używali; przemija bowiem postać tego świata." „O nic się nie troszczcie; ale we wszystkim przez modlitwę i prośby ze składaniem dziękczynienia niech będą znane Bogu żądania wasze." I święty Piotr: „Wszystką troskę waszą złóżcie na Niego, albowiem On ma pieczę o was."

Podałem już główny powód, dla którego pogoń za zyskiem, czy to na wielką czy na małą skalę, jest szkodliwa dla naszych interesów duchowych — że skupia umysł na przedmiocie tego świata; lecz inne jeszcze powody pozostają. Pieniądz jest pewnego rodzaju tworzeniem i daje temu, kto zdobywa, jeszcze bardziej niż temu, kto posiada, wyobrażenie o własnej mocy; i wiedzie go do ubóstwienia samego siebie. Nadto, czego z trudem się pozbyliśmy, niechętnie puszczamy; toteż człowiek, który sam zdobył swoje bogactwo, będzie na ogół skąpy, albo przynajmniej nie rozstanie się z nim inaczej, jak w zamian za coś, co przyniesie zaszczyt jemu samemu lub zwiększy jego znaczenie. Nawet gdy jego postępowanie jest jak najbardziej bezinteresowne i miłe (jak przy wydatkach dla wygody osób od niego zależnych), to jednak owo pobłażanie sobie, pycha i przywiązanie do świata wkrada się niepostrzeżenie. Bardzo więc jest nieprawdopodobne, by był hojny wobec Boga; albowiem ofiary religijne są wydatkiem bez namacalnej nagrody, i to na przedmioty, ku którym sama pogoń za bogactwem nastroiła jego umysł niechętnie. Poza tym, jeśli wolno to dodać, istnieje znaczna skłonność w zajęciach związanych z zyskiem, by czynić człowieka nieuczciwym w swych postępowaniach — to jest w sposób subtelny. Istnieje tak wiele utartych oszustw i wybiegów w szczegółach spraw tego świata, tyle zawiłości w zarządzaniu rachunkami, tyle zawiłych kwestii dotyczących sprawiedliwości i słuszności, tyle pozornych wykrętów i fikcji prawnych, tyle zamieszania między wyraźnymi, a przecież zbliżającymi się do siebie konturami uczciwości a przepisem cywilnym, że potrzeba bardzo prostoliniowego umysłu, by mocno trzymać się ścisłego sumienia, honoru i prawdy i patrzeć na sprawy, w które jest uwikłany, tak jak patrzyłby na nie, gdyby teraz napotkał je wszystkie naraz jako obcy.

A jeśli taki jest skutek pogoni za zyskiem dla jednostki, z pewnością tak samo będzie dla narodu; a jeśli niebezpieczeństwo jest tak wielkie w jednym przypadku, czemu miałoby być mniejsze w drugim? Raczej — zważywszy, że skłonności rzeczy muszą się ujawnić tam, gdzie czas i liczebność pozwalają im na swobodny bieg, czyż nie jest pewne, że jakikolwiek tłum, jakiekolwiek społeczeństwo ludzi, których celem jest zysk, będzie na ogół kierowane przez te uczucia i ukształtowane w ów charakter, który wyżej opisano? Mając tę myśl przed oczyma, jest to bardzo przerażająca refleksja, gdy spojrzymy na naród, który w znacznej mierze utrzymuje się z gromadzenia pieniędzy. Nie będę drążył tej myśli dalej ani dociekał, czy szczególne polityczne bolączki dnia dzisiejszego nie mają swego korzenia w tej zasadzie, którą święty Paweł nazywa korzeniem wszelkiego zła — umiłowaniu pieniędzy. Jedynie rozważmy ten fakt, że jesteśmy narodem gromadzącym pieniądze, z oświadczeniami naszego Zbawiciela przeciw bogactwu i ufności w bogactwo przed oczyma — i będziemy mieli obfity materiał do poważnych rozmyślań.

Wreszcie, mając przed oczyma ów posępny obraz naszego stanu i naszych widoków jako narodu, wzorzec świętego Mateusza jest naszą pociechą; sugeruje bowiem, że my, słudzy Chrystusa, możemy używać wielkiej swobody słowa i wyjawiać bez zastrzeżeń niebezpieczeństwo bogactwa i zysku, bez żadnej surowości czy nieżyczliwości wobec osób, którym są one udziałem. Mogą być braćmi Ewangelisty, który porzucił wszystko dla miłości Chrystusa. Co więcej, tacy byli (Bogu niech będą dzięki!) w każdym wieku; i stosownie do siły pokusy, która ich otacza, jest ich błogosławieństwo i ich chwała, jeśli są zdolni wśród „towarów mórz" i „wielkiej mądrości swego handlu" usłyszeć głos Chrystusa, wziąć swój krzyż i pójść za Nim.

← wróć do odkrywania