HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie VII. Pokuta chrześcijańska

Gdy zawiniłem i nie umiem sobie wybaczyćGdy chcę zacząć od nowa NawrócenieSkrucha i pokuta
„Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przeciw tobie i już nie jestem godzien zwać się twoim synem; uczyń mię jako jednego z najemników twoich."
W skrócie. Newman odróżnia pokutę chrześcijańską od zwykłego żalu: prawdziwe nawrócenie wymaga nie tylko żalu za grzechy, lecz uznania swojej niegodności i przyjęcia odpowiedniego do niej miejsca przed Bogiem. Na przykładzie syna marnotrawnego pokazuje, że warunkiem przyjęcia miłosierdzia jest porzucenie fałszywej godności i gotowość do służby. Kazanie przestrzega przed pokutą powierzchowną, która zatrzymuje się na uczuciach, nie dotykając woli.

„Syn marnotrawny rozsądniej postąpił, prosząc, by go uczyniono jednym ze sług ojcowskich — znał swoje miejsce.”

*„Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przeciw tobie i już nie jestem godzien zwać się twoim synem; uczyń mię jako jednego z najemników twoich."* — Łk 15,18–19

Najlepsze, co można powiedzieć o upadłym i odkupionym rodzie Adama, to tyle, że wyznaje on swój upadek, potępia siebie za niego i stara się podnieść. Ten stan ducha, który jest w istocie jedyną możliwą religią dla grzeszników, przedstawia nam przypowieść o Synu Marnotrawnym: opisuje ona kogoś, kto otrzymuje Boże dary, potem je trwoni i ostatecznie traci, kogo dotyka doświadczenie tej straty i kogo samo cierpienie przywodzi do opamiętania. Nędzna to wprawdzie ofiara, lecz najlepsza, jaką możemy złożyć — uczynić z posłuszeństwa swój drugi wybór, gdy świat nas opuszcza, gdy to, czym byliśmy związani, umiera i ginie.

Niechaj nikt nie sądzi, że mówiąc to, mam na myśli, iż w życiu każdego z nas istnieje jakiś wyraźnie oznaczony moment, od którego zaczął on szukać Boga i od którego wiernie Mu służył. Może tak być w tym lub owym przypadku, ale bynajmniej nie jest to regułą. Nie możemy tak zacieśniać tajemniczego działania Ducha Świętego. Raczy On nieustannie nawoływać nas i błagać, a czego nie uzyska od nas w jednej chwili, to uzyska w innej. Pokuta jest dziełem, które dokonuje się w rozmaitych porach i tylko stopniowo, wśród licznych nawrotów, dochodzi do doskonałości. Albo raczej — nie zmieniając bynajmniej znaczenia samego słowa pokuta — jest to dzieło nigdy nie ukończone, nigdy nie całkowite: niedokończone zarówno ze względu na swą przyrodzoną niedoskonałość, jak i z uwagi na nowe i nowe okazje, które się pojawiają, by je ćwiczyć. Wciąż grzeszymy, wciąż musimy odnawiać nasz żal i nasze postanowienie posłuszeństwa, powtarzać wyznania grzechów i modlitwy o przebaczenie. Nie potrzeba sięgać pamięcią do pierwszych początków naszej pokuty — gdybyśmy je nawet potrafili wyśledzić — jako do czegoś wyjątkowego i osobliwego w naszym religijnym życiu; zawsze jesteśmy dopiero na początku; najdoskonalszy chrześcijanin jest dla siebie samego jedynie nowicjuszem, pokutującym marnotrawcą, który roztrwonił dary Boże i przychodzi do Niego, prosząc, by go przyjął na nowo — nie jako syna, lecz jako najemnika.

W tej przypowieści nie musimy tedy rozumieć opisu powracającego marnotrawcy tak, jakoby w życiu chrześcijan ogółem istniał wyraźnie zarysowany stan nieposłuszeństwa, po którym następuje wyraźnie określony moment nawrócenia. Opisuje ona stan wszystkich chrześcijan w każdym czasie i spełnia się mniej lub bardziej, stosownie do okoliczności, w tym lub owym przypadku; spełnia się w jeden sposób i wymiar na początku naszej drogi chrześcijańskiej, a w inny ku jej końcowi. Tak właśnie zamierzam ją teraz rozważyć, mianowicie jako opis natury wszelkiej prawdziwej pokuty.

**1.** Zauważcie przede wszystkim: syn marnotrawny powiedział: „Już nie jestem godzien zwać się twoim synem; uczyń mię jako jednego z najemników twoich." Wiemy, że służba Bogu jest doskonałą wolnością, a nie poddaństwem — lecz tak jest w przypadku tych, którzy służą Mu od dawna; na początku jest ona jakimś rodzajem służby, jest wysiłkiem, dopóki nasze upodobania i skłonności nie zestroją się z tym, co Bóg uświęcił. Szczęściem świętych i aniołów w niebie jest czerpanie radości z wypełniania swego obowiązku i z niczego poza nim; ich umysł zmierza tą jedną drogą i wylewa się w posłuszeństwie Bogu samoistnie i bez namysłu ani zastanowienia, tak jak człowiek grzeszy w sposób naturalny. Do tego stanu dążymy, jeśli oddajemy się religii; lecz w swoim początku religia jest z konieczności niemal wysiłkiem i służbą formalną. Gdy człowiek zaczyna dostrzegać swoją niegodziwość i postanawia wieść nowe życie, pyta: „Co mam czynić?" — rozciąga się przed nim rozległe pole i nie wie, jak na nie wstąpić. Trzeba mu wskazać pewne konkretne i jasne czyny posłuszeństwa, by go ustabilizować. Trzeba mu powiedzieć, by chodził regularnie do kościoła, odmawiał modlitwy rano i wieczorem, i systematycznie czytał Pismo Święte. To ograniczy jego wysiłki do pewnego celu i uwolni go od zakłopotania i niezdecydowania, które na początku powoduje ogrom jego zadania. Lecz któż nie widzi, że to uczęszczanie do kościoła, modlitwa w zaciszu i czytanie Pisma musi być w jego przypadku w znacznej mierze tym, co się nazywa formą i wysiłkiem? Przyzwyczajony do postępowania wedle własnej woli i dogadzania sobie, posiadając bardzo mało zrozumienia i upodobania do religii, nie może znajdować przyjemności w tych religijnych powinnościach; będą one nieuchronnie dla niego uciążliwością — co więcej, nie będzie nawet zdolny skupić na nich swojej uwagi. Nie dostrzeże też ich pożytku; nie będzie mógł stwierdzić, że czynią go lepszym, choć będzie je wielokrotnie powtarzał. Tak więc posłuszeństwo jego na początku jest całkowicie posłuszeństwem najemnika: „Sługa nie wie, co czyni pan jego." Taką oto opinię wydaje o nim Chrystus. Sługa nie jest wtajemniczony w zamysły swojego pana, nie rozumie, do czego on zmierza ani dlaczego nakazuje to, a zakazuje tamtego. Wykonuje dane mu polecenia, chodzi tu i tam, skrupulatnie, lecz trzymając się jedynie litery rozkazu. Taki jest stan tych, którzy zaczynają religijne posłuszeństwo. Nie widzą żadnych owoców swoich nabożeństw czy praktyk pokutnych, ani nie czerpią z nich przyjemności; zmuszeni są po prostu odwoływać się do słowa Bożego dlatego, że jest ono Jego słowem — co zakłada wiarę, lecz zarazem ukazuje, że znajdują się w owym stanie sługi, w którym marnotrawny syn widział siebie samego jako najlepszy dla siebie dostępny los.

Nalegam na tym punkcie, bo sumienie pokutującego grzesznika często jest niespokojne na widok, że religia jest dla niego ciężarem. Sądzi on, że powinien natychmiast radować się w Panu — i rzeczywiście często bywa mu to nakazywane; często naucza się go, by zaczynał od pielęgnowania wzniosłych uczuć. Może nawet bywa ostrzegany przed składaniem Bogu tego, co się nazywa formalną służbą. Tymczasem jest to odwracanie biegu chrześcijańskiego życia. Syn marnotrawny rozsądniej postąpił, prosząc, by go uczyniono jednym ze sług ojcowskich — znał swoje miejsce. Musimy zaczynać religię od tego, co z pozoru wygląda jak forma. Naszym błędem nie będzie to, że zaczynamy ją jako formę, lecz to, że pozostajemy przy niej jako formie.

Naszym bowiem *obowiązkiem* jest nieustannie się trudzić i modlić, by wnikać w prawdziwego ducha naszych ćwiczeń duchowych; i w miarę jak je rozumiemy i miłujemy, przestają być formą i wysiłkiem, a stają się prawdziwym wyrazem naszego wnętrza. W ten sposób będziemy stopniowo przemieniani w sercu ze sług w synów Boga Wszechmogącego. I choć od samego początku musimy być nauczani, by patrzeć na Chrystusa jako Zbawiciela grzeszników, to jednak sama Jego miłość — choć nas zachęca — napełnia nas lękiem na myśl o naszej niewdzięczności. Napełni nas wyrzutami sumienia i trwogą przed sądem, bo nie jesteśmy jak poganie — otrzymaliśmy przywileje i nadużyliśmy ich.

**2.** Tyle więc o stanie pokutującego grzesznika; rozważmy teraz pobudki, które nim kierują w jego staraniach o służenie Bogu. Jedną z najbardziej naturalnych i jedną z pierwszych, jakie budzą się w duszy, jest pragnienie przebłagania Go. Kiedy jesteśmy świadomi, że obraziliśmy kogoś bliskiego, i pragniemy być przebaczeni, z naturalnej skłonności szukamy jakiegoś sposobu, by się z nim pojednać. Jeśli jest to drobna obraza, nasze zabiegi same w sobie wystarczają — wystarczy samo wyrażenie życzenia, by wina poszła w zapomnienie. Lecz gdy popełniliśmy poważną krzywdę lub zachowaliśmy się z wyjątkową niewdzięcznością, przez pewien czas trzymamy się z dala, niepewni, jak zostaniemy przyjęci. Gdyby udało nam się skłonić wspólnego przyjaciela, by pośredniczył w naszym imieniu, cel zostałby najlepiej osiągnięty. Lecz nawet wówczas nie zadowalamy się pozostawieniem swoich spraw w rękach kogoś innego; sami próbujemy coś uczynić; i dostrzegając jakieś oznaki współczucia lub skłonności do przebaczenia u osoby urażonej, usiłujemy zbliżyć się do niej z własnymi przebłaganiami — albo bardzo pokornym wyznaniem winy, albo jakąś godną przyjęcia przysługą. To właśnie takie uczucie powodowało Jakubem, gdy starał się zjednać sobie namiestnika Egiptu (nie wiedząc, że to jego syn Józef) darem z najlepszych płodów ziemi: trochę balsamu, trochę miodu, korzenie, mirry, pistacji i migdałów. I to samo odnosi się do przypadku grzeszników pragnących przebaczenia od Boga. Oznaki Jego miłosierdzia rozsiane wokół nas są dostatecznie wyraźne, by wzbudzić w nas pewną ogólną nadzieję. Sam fakt, że On wciąż podtrzymuje nasze życie i nie rzucił nas natychmiast do piekła, świadczy o tym, że czeka przez chwilę, nim zagniew spłynie na nas w pełni. W tych okolicznościach naturalne jest, że sumienia dotknięty grzesznik rozgląda się za jakimś zadośćuczynieniem, z którym mógłby stanąć przed swoim Bogiem. I rzeczywiście tak wyglądał zwykły bieg religii we wszystkich epokach. Czy to „z całopaleniami i rocznymi cielcami, z tysiącami baranów i dziesięciotysięcznymi strumieniami oliwy, z ofiarowaniem pierworodnego za swój grzech, owocu swego łona za winę swojej duszy" — czy też wyższą drogą: „czyniąc sprawiedliwość, miłując dobroć i chodząc pokornie przed Bogiem naszym" — jakimiś sposobami pokutujący grzesznicy próbowali pozyskać uwagę Boga i zjednać sobie Jego łaskę. I taki tryb postępowania bywał niekiedy łaskawie przyjęty przez Boga, choć On zazwyczaj sam wybierał dar, który chciał przyjąć. Tak więc Jakub otrzymał polecenie, by złożyć ofiarę na ołtarzu w Betel po powrocie z Paddan-Aram. Dawid natomiast mówi o ofierze bardziej duchowej w Psalmie pięćdziesiątym pierwszym: „Ofiarą Bożą jest duch skruszony; serca skruszonego i uniżonego nie wzgardzisz, Boże." Takie są posługi pokutnika, podpowiadane przez naturę i uznane przez samego Boga w Starym Testamencie.

Lecz gdy zwracamy się ku przypowieści o Synu Marnotrawnym, nie znajdujemy w niej niczego podobnego. Nie ma tu żadnej wzmianki o żadnej ofierze z jego strony dla ojca, żadnym dziele przebłagania. Należy to dobrze odnotować. Prawda jest taka, że nasz Zbawiciel ukazał nam we wszystkim drogę doskonalszą, niż kiedykolwiek była pokazana człowiekowi. Jak obiecuje nam wyższą świętość, ściślejsze panowanie nad sobą, hojniejsze zaparcie się siebie i pełniejsze poznanie prawdy, tak też daje nam doskonalszą i szlachetniejszą pokutę. Najpełniejsza pokuta — o ile upadła istota może być szlachetna w swoim upadku — najgodniejsze zachowanie świadomego grzesznika to bezwarunkowe poddanie się Bogu: nie targowanie się o warunki, nie knucie sposobów (jeśli można tak powiedzieć), by być przyjętym z powrotem, lecz natychmiastowe i bezwarunkowe oddanie siebie. Nie wiedząc, co go czeka, czy Bóg okaże mu miłosierdzie czy nie — mając w sercu jedynie tyle nadziei, by nie popaść w zupełną rozpacz co do przebaczenia, a przy tym nie patrząc jedynie na przebaczenie jako na cel, lecz raczej na roszczenia Dobroczyńcy, którego obraził — przejęty wstydem i poczuciem własnej niewdzięczności, musi oddać się swemu prawemu Władcy. Jest on zbiegłym przestępcą; musi powrócić jako pierwszy krok, zanim cokolwiek zostanie o nim postanowione — czy to złego, czy dobrego; jest buntownikiem i musi złożyć broń. Samodzielnie obmyślone ofiary mogłyby wystarczyć w mniej poważnej sprawie; jako zadośćuczynienie za grzech świadczą o niedostatecznym pojmowaniu zła i zasięgu własnego grzechu. Taka jest owa doskonała droga, przed którą natura się wzdryga, a którą Pan nasz nakazuje w przypowieści — droga poddania. Syn marnotrawny nie czekał, aż ojciec da oznaki gotowości do przebaczenia. Nie zbliżył się jedynie o krok, by potem stanąć jak tchórz, ciekawsko wyglądając i trwożnie dociekając, jak ojciec jest do niego usposobiony. Postanowił od razu przyjąć upokorzenie jako najlepszy los, może i odrzucenie. Wstał i poszedł prosto ku ojcu ze skupionym umysłem; i choć miłosierny ojciec ujrzał go z daleka i wyszedł mu naprzeciw, jednak jego zamiarem było natychmiastowe i szczere poddanie się. Taką powinna być pokuta chrześcijańska: najpierw musimy porzucić myśl o znalezieniu lekarstwa na nasz grzech; potem, choć czujemy jego winę, musimy stanowczo wyruszyć ku Bogu, nie wiedząc na pewno, czy zostaniemy przebaczeni. On sam wychodzi nam naprzeciw z oznakami swej łaski i w ten sposób podtrzymuje wiarę ludzką, która inaczej ugięłaby się pod lękiem przed spotkaniem z Bogiem Najwyższym; jednak by nasza pokuta była chrześcijańska, musi być w niej ów hojny duch samoofiarowania, uznanie, że nie jesteśmy już godni zwać się Jego synami, wyrzeczenie się wszelkich ambitnych nadziei na zasiadanie po Jego prawicy lub lewicy i gotowość niesienia ciężkiego jarzma sług-najemników, gdyby nam je nałożył.

To właśnie, powiadam, jest pokuta chrześcijańska. Czy ktoś powie: „Jest zbyt trudna dla nowicjusza"? Prawda; lecz ja nie opisywałem przypadku nowicjusza. Przypowieść ukazuje nam, jaki jest charakter prawdziwego pokutnika — nie to, jak ludzie faktycznie przychodzą do Boga po raz pierwszy. Im dłużej żyjemy, tym bardziej możemy mieć nadzieję, że osiągniemy ów wyższy rodzaj pokuty — mianowicie w miarę tego, jak wzrastamy w innych cnotach doskonałego charakteru chrześcijańskiego. Pokuta najgłębszego rodzaju tak samo nie pojawia się od razu, jak doskonałe dostosowanie do jakiejkolwiek innej części Bożego Prawa. Zdobywa się ją przez długą praktykę — przyjdzie z czasem. Umierający chrześcijanin wypełni rolę powracającego marnotrawcy dokładniej, niż kiedykolwiek czynił to we wcześniejszych latach. Gdy po raz pierwszy zwracamy się do Boga w rzeczywistym biegu naszego życia, nasza pokuta jest wymieszana z wszelkiego rodzaju niedoskonałymi poglądami i uczuciami. Bez wątpienia zawiera w sobie coś z prawdziwego ducha prostego poddania się; lecz pragnienie przebłagania Boga z jednej strony, albo twarda nieczułość na nasze grzechy z drugiej, zwykły egoistyczny strach przed karą lub oczekiwanie nagłego i łatwego przebaczenia — to i tym podobne pobudki wpływają na nas, cokolwiek mówimy lub co sądzimy, że czujemy. Rzeczywiście, dość łatwo jest mieć piękne słowa włożone nam w usta, wzruszone uczucia i wyznawać połączenie całkowitego oddania siebie i oświeconego poczucia grzechu; lecz roszczenie sobie prawa do tych wybornych usposobień to jeszcze nie ich rzeczywiste posiadanie. Prawdziwe zdobycie ich jest dziełem czasu. Gdy chrześcijanin przez długi czas toczył dobry bój wiary i z doświadczenia wie, jak nieliczne i jak niedoskonałe są jego najlepsze uczynki — wtedy jest w stanie zgodzić się, i zgadza się ze szczerą radością, ze stwierdzeniem, że jesteśmy przyjęci przez wiarę jedynie w zasługach naszego Pana i Zbawiciela. Gdy przegląda swoje życie u jego kresu, na czymże może się wesprzeć? Który jego czyn wytrzyma scrutinium świętego Boga? Oczywiście żaden — to jasne bez mówienia. Lecz co więcej: który jego czyn stanowi nawet dostateczny dowód dla niego samego o jego własnej szczerości i wierności? To jest punkt, który podkreślam. Skąd ma wiedzieć, że wciąż pozostaje w stanie łaski po wszystkich swoich grzechach? Bez wątpienia może żywić pewną pokorną nadzieję przyjęcia. Święty Paweł mówi o świadectwie sumienia jako o tym, co go pociesza; lecz sumienie jego mówi mu też o niezliczonych grzechach uczynkowych i niezliczonych zaniedbaniach obowiązku; a wobec straszliwej perspektywy wieczności i w słabości gasnącego zdrowia — jakże ma się skupić, by stanąć przed Bogiem? Tak więc jest on mimo wszystko w samym stanie powracającego marnotrawcy i nie może wyjść poza niego, choćby służył Bogu jak najdłużej. Może jedynie oddać się Bogu jako, ostatecznie, sługa gorszy niż bezużyteczny, zdany na wolę Bożą, jakąkolwiek jest, z mniejszą lub większą nadzieją przebaczenia, stosownie do okoliczności; nie wątpiąc, że Chrystus jest jedynym i zasłużonym Dawcą wszelkiej łaski, opierając się po prostu na Nim, który „jeśli chce, może go oczyścić" — lecz nie bez obaw o siebie, bo nie jest w stanie, jak dobrze wie, czytać własnego serca w ów jasny i nieomylny sposób, w jaki czyni to Bóg. W tych okolicznościach jak czcze jest mówienie mu o jego dobrych uczynkach i wzywanie go, by spojrzał wstecz na swoje minione, konsekwentne życie! To rozmyślanie rzadko go pocieszy; a gdy pocieszy, to właśnie wspomnienie przejawów Bożego miłosierdzia okazanego mu w poprzednich latach będzie głównym źródłem otuchy. Nie — jego prawdziwą podporą jest to, że Chrystus przyszedł „wzywać grzeszników do pokuty", że „umarł za bezbożnych". Uznaje i przejmuje jako własne, na ile potrafi, słowa świętego Pawła — i nic ponad nie: „Nauka to godna wiary i wszelkiego przyjęcia, że Chrystus Jezus przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników, z których ja jestem pierwszy."

Któż odważy się zbliżyć do Chrystusa w straszliwy Dzień Sądu, jeśli odrzucił tutaj wezwanie Jego Ducha? Kto ośmieli się wówczas oddać samego siebie wielkiemu Bogu, gdy piekło stoi otwarte gotowe go przyjąć? Niestety! tylko dlatego, że pewna nadzieja jest nam jeszcze dana, odważamy się oddawać Mu siebie tutaj; rozpacz zawsze trzyma z dala. Lecz wówczas, gdy zasiądzie jako surowy Sędzia grzeszników, kto spośród Jego leniwych i nieposłusznych sług chętnie stanie przed Jego obliczem? Zaiste, czas poddania się minie wówczas; rezygnacja nie ma miejsca wśród upadłych duchów; są one porwane nieodpartą mocą Bożą. „Zwiążcie go ręce i nogi i wywleczcie go" — taki będzie straszliwy rozkaz. Chciałyby się opierać, gdyby mogły.

W piekle zaś wciąż będą dręczone przez robaka dumnego, buntowniczego nienawidzenia Boga! Nawet wieki nie pogodzą ich z twardym znoszeniem ich losu; nawet owa sucha apatia, w której szukają schronienia niewierni na ziemi, nie będzie im dozwolona. W miejscu kaźni nie ma fatalizmu. Szatany widzą, że ich potępienie było ich własną winą, a jednak nie są zdolne żałować tego. To ich wola pozostaje w bezpośredniej, czynnej sprzeczności z wolą Bożą — i one o tym wiedzą.

Rozważcie to, bracia moi, i weźcie sobie do serca. Bez wątpienia musicie zdać się tutaj na miłosierdzie Boże, albo zostać przemocą pociągnięci przed Jego gniewem w życiu przyszłym.

„Dziś, gdy do was mówi, nie zatwardzajcie serc waszych."

← wróć do odkrywania