*„Który za dni ciała swego zanosił modlitwy i błagania z wielkim wołaniem i ze łzami do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i wysłuchany był dla bogobojności swojej; a chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał."* — Hbr 5,7–8
Najgłówniejsza tajemnica naszej świętej wiary jest uniżenie Syna Bożego ku pokusie i cierpieniu, opisane w przytoczonym fragmencie Pisma Świętego. Prawdziwie jest to tajemnica głębsza nawet od tej, która zawiera się w nauce o Trójcy Świętej. Mówię: głębsza — nie zaś większa, bo nie możemy mierzyć mniejszego i większego w przedmiotach zupełnie niepojętych i Boskich; lecz głębsza tym sensem, że więcej w niej jest, co wprawia umysły w zakłopotanie i narzuca im uniżenie. Gdy staje przed nami tajemnica Trójcy, widzimy wprawdzie, iż jest ona całkowicie ponad nasz rozum; lecz zarazem nie dziwi nas to, że ludzki język nie może przekazać, a ludzki intelekt przyjąć prawd dotyczących niewydzielnej i nieskończonej istoty Boga Wszechmogącego. Natomiast tajemnica Wcielenia dotyczy po części przedmiotów bliższych naszemu rozumowi; nie leży ona tylko w sposobie, jak Bóg i człowiek jest jednym Chrystusem, lecz w samym fakcie, że tak jest. Zdaje się nam, że tyle przynajmniej wiemy o Bogu, iż jest On całkowicie oddzielony od niedoskonałości i ułomności; a jednak mówi się nam, że Wieczny Syn wziął w siebie naturę stworzenia, która odtąd stała się z Nim równie ściśle jedna, równie doń należała, jak Boskie przymioty i potęgi, które posiadał od zawsze. Tajemnica leży tak samo w tym, co zdaje się nam znane, jak i w tym, czego nie znamy. Rozważmy choćby słowa tekstu. Syn Boży, który „miał chwałę u Ojca" od wieków, znalazł się pewnego czasu w ludzkim ciele, zanosząc doń modlitwy i błagania, wołając i płacząc, i ćwicząc posłuszeństwo w cierpieniu! Nie sądźcie jednak, że przez te słowa stawiam wam ową naukę jako twarde słowo, jako kamień obrazy i jarzmo niewoli, pod które musicie się z konieczności ugiąć, choćby niechętnie. Niechaj nas Bóg zachowa od tak niewdzięcznego przyjęcia ustanowienia, które przyniosło nam zbawienie! Ci, którzy w Krzyżu Chrystusa widzą Odkupienie za grzech, nie mogą inaczej, jak tylko się nim chlubić; a tajemniczość jego jedynie pomnaża tę chlubę. Chlubią się nim przed ludźmi i Aniołami, wobec świata niewierzącego i przed duchami upadłymi; nie ze wstydem na obliczu, lecz z czcią i odwagą wyznają ten cud łaski i pielęgnują go w swoim wyznaniu wiary, choćby przynosił im jedynie pogardę i szyderstwo dumnych i bezbożnych.
A jak nauka o uniżeniu naszego Pana jest pełna tajemnicy, tak pełna tajemnicy jest i sama powierzchnia owej opowieści, w której jest zawarta: wzbudza ona zdumienie i uświadamia nam naszą rzeczywistą niewiedzę co do natury, sposobu i przyczyn tego uniżenia. Weźmy choćby kuszenie. Po cóż ono było w ogóle potrzebne, skoro nasze odkupienie przypisane jest Jego śmierci, a nie kuszeniu? Dlaczego trwało tak długo? Co się podczas niego działo? Jaki był szczególny cel szatana, kusząc Go? Skąd szatan miał nad Nim taką władzę, że mógł Go przenosić z miejsca na miejsce? I jaki był właściwy skutek owego kuszenia? Na te i na wiele innych pytań niepodobna dać zadowalającej odpowiedzi. Jest też coś godnego uwagi w jego czasie trwania: był on taki sam jak czas długich postów Mojżesza i Eliasza, jak czas pobytu naszego Pana na ziemi po Jego zmartwychwstaniu. Podobna tajemnica spowija ów ostatni okres Jego ziemskiej misji. Wówczas Chrystus zajmował się czymś, czego nie wiemy, prócz tego, że od czasu do czasu ukazywał się Apostołom; o czterdziestu dniach kuszenia wiemy jeszcze mniej — tylko tyle, że „nic nie jadł" i „był z dzikimi zwierzętami".
Znowu coś tajemniczego jest w związku kuszenia z zstąpieniem Ducha Świętego na Chrystusa podczas chrztu. Po tym, jak głos z nieba obwieścił: „Ten jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie", „zaraz", jak mówi święty Marek, „Duch Go wygnał na pustynię". Jakby istniał jakiś związek, niepojęty dla naszego rozumu, między chrztem a kuszeniem — pierwszym czynem Ducha Świętego jest natychmiast „wygnanie Go" (cokolwiek przez to słowo rozumieć) na pustynię. Zauważmy też, że właśnie od tego uroczystego uznania: „Ten jest Syn mój umiłowany" — szatan podjął pokusę: „Jeśli jesteś Synem Bożym, każ, żeby te kamienie stały się chlebem"; lecz jakie były jego myśli i zamiary, nie potrafimy nawet odgadnąć. Wszystko, co widzimy, to ponowienie — jak się zdaje — kuszenia Adama, dokonanego w osobie „drugiego człowieka".
Podobnie pytania można by zadawać co do Jego zstąpienia do piekieł — i równie mało można by na nie odpowiedzieć, przy obecnej ograniczonej wiedzy o naturze i środkach Jego miłościwej Ekonomii.
Przywołuję te różne pytania po to, by utkwić w was świadomość głębi naszej niewiedzy w całej rozpatrywanej kwestii. Ustanowienie miłosierdzia zostało nam objawione w swym wielkim i błogosławionym owocu — odkupieniu — oraz w jednym lub dwóch innych doniosłych punktach. Nad wszystkimi tymi sprawami powinniśmy trwać i rozszerzać je w naszych rozważaniach, z uwagą i wdzięcznością, lecz zarazem pamiętając nieustannie, że ostatecznie, jeśli chodzi o samo Ustanowienie, objawione zostały nam zaledwie jedne lub dwa cząstkowe wzmianki o wielkim Dziele Bożym. Powinniśmy je rozszerzać właśnie dlatego, że jest ich mało i są cząstkowe — nie lekceważąc tego, co nam dane, dlatego że nie jest to wszystko (na podobieństwo sługi, który zakopał talent swego pana), lecz pomnażając go, jak możemy. Ponieważ zaś w naszych czasach wielkie jest niebezpieczeństwo takiego właśnie ducha onego leniwego sługi — połączonego, co osobliwe, z wyznaniem znajomości wszystkiego i twierdzeniem, że o Wcieleniu nie ma nic do poznania — zamierzam teraz, z pomocą Bożą, przedstawić wam naukę Pisma Świętego na ten temat, tak jak Kościół Powszechny ją zawsze przyjmował; handlując talentem, który nam powierzono, by gdy przyjdzie nasz Pan, odebrał co swoje z zyskiem.
Pamiętając zatem, że naprawdę nic nie wiemy o sposobie ani o ostatecznych celach uniżenia Wiecznego Syna, naszego Pana i Zbawiciela, rozważmy, czym ono samo w sobie było.
Tekst mówi: „chociaż był Synem". Otóż w słowach tych — „Syn Boży" — kryje się o wiele więcej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Niejeden zbiera tu i ówdzie okruszyny wiedzy religijnej. Coś słyszy w kościele, coś innego dostrzega w modlitewniku; wśród ludzi pobożnych lub w świecie dowiaduje się jeszcze czegoś więcej. W ten sposób staje się posiadaczem świętych słów i twierdzeń, o których tak naprawdę bardzo mało wie. Tłumaczy je, jak mu wypadnie, stosownie do różnorodnych i sprzecznych ze sobą poglądów, na jakie natrafił, albo nadaje im własne znaczenie — to jest, jak siłą rzeczy musi być, znaczenie umysłu nieuformowanego, by nie powiedzieć: cielesnego i nieuczciwego. Jakże człowiek może spodziewać się, że dostrzeże i pojmie prawdziwy sens języka Pisma Świętego, jeśli nigdy nie przystąpił do niego jako uczeń i nie czekał na dar mądrości od Bożego jego Autora? Przez nieustanne rozważanie świętego tekstu, przez pilne korzystanie z nauki Kościoła — dojdzie do rozumienia, czym są nauki Ewangelii; lecz z całą pewnością, jeśli cała jego wiedza zebrana jest ze zdania pochwytanego tu, a argumentu usłyszanego ówdzie, nawet gdy jest najbardziej prawowierny w słowach, posiada tylko zbiór frazesów, na które kładzie nie właściwe znaczenie, lecz swoje własne. I najmniejsza refleksja musi wam pokazać, jak nędzne i niegodne znaczenie — a raczej jak fałszywe znaczenie — „człowiek cielesny" nada „rzeczom Ducha Bożego". Powiedziałem to, ponieważ użyłem słów „Syn Boży", które, jak się bardzo obawiam, wielu umysłom przekazują mało lub wręcz żadnej idei, mało lub wcale nic z idei wzniosłej, religijnej i poważnej. Mamy być może niewyraźne, ogólne pojęcie, że znaczą coś nadzwyczajnego i nadprzyrodzonego; lecz wiemy też, że my sami zwani jesteśmy w pewnym sensie synami Bożymi w Piśmie Świętym. Co więcej, słyszeliśmy może (i choćbyśmy o tym nie pamiętali, możemy zachować jego wrażenie), że Aniołowie są synami Bożymi. Stąd wynosimy z tego tytułu, zastosowanego do naszego Pana, tylko tyle: że przyszedł od Boga, że był Umiłowanym Boga i że jest czymś znacznie więcej niż tylko człowiekiem. To wszystko, co słowa te przekazują bardzo wielu ludziom w najlepszym razie; wielu zaś innych odnosi je jedynie do Jego ludzkiej natury. Jakże odmienny jest stan tych, którzy zostali należycie wtajemniczeni w tajemnice królestwa niebieskiego! Jakże odmienny był umysł pierwszych chrześcijan, którzy z taką żarliwością i siłą pojmowali ową łaskawe oznajmienie — że w tym tytule, „Syn Boży", widzieli i cieszyli się pełną chwałą nauki Ewangelii! Gdy czasy stały się oziębłe i niewierne, wówczas — podobnie jak w naszych dniach — konieczne stały się publiczne objaśnienia tych prostych i świętych słów; lecz pierwsi chrześcijanie nie potrzebowali żadnych. Czuli, że wyznając, iż Chrystus jest Synem Bożym, świadczą o tysiącu przedziwnych i zbawiennych prawd, których wprawdzie nie mogli pojąć, lecz dzięki którym mogli zdobyć życie i dla których mogli odważyć się umrzeć.
Czym więc jest „Syn Boży"? To znaczy, że nasz Pan jest prawdziwym i rzeczywistym Synem Bożym, to jest Jego Synem z natury. My jesteśmy tylko nazwani synami Bożymi — jesteśmy przybrani za synów — lecz nasz Pan i Zbawiciel jest Synem Bożym naprawdę i przez narodzenie, i tylko On jeden jest takim. Dlatego Pismo Święte nazywa Go Jednorodzonym Synem. „Wiedza taka jest zbyt doskonała" dla nas; lecz choćby tak wzniosła była, uczymy się — niejako z ust Jego samego — że Bóg nie jest samotny, jeśli wolno nam tak powiedzieć, lecz że w Swej własnej niepojętej istocie, w doskonałości Swej jednej, niepodzielnej i wiecznej natury, Jego Umiłowany Syn istniał z Nim od zawsze, zwany Słowem, i będąc Jego Synem, uczestniczy we wszelkiej pełni Jego Bóstwa. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo." Tak więc gdy pierwsi chrześcijanie używali tytułu „Syn Boży", rozumieli przez to — na wzór Apostołów, gdy go używają w Piśmie Świętym — wszystko to, co my rozumiemy w Credo, gdy wyjaśniając siebie, wyznajemy Go jako „Boga z Boga, Światłość ze Światłości, Boga prawdziwego z Boga prawdziwego". Bo jeśli jest On Synem Bożym, musi być wszystkim, czym Bóg jest: wszechświętym, wszechmądrym, wszechmocnym, wszechdobrym, wiecznym, nieskończonym; a ponieważ jest tylko jeden Bóg, musi być zarazem nie oddzielony od Boga, lecz zawsze z Nim i w Nim, niepodzielnie jeden; tak iż równie czcza byłaby mowa o Nim jako odrębnym w istocie od Swego Ojca, jak mówienie, że nasz rozum, intelekt czy wola są oddzielone od naszego umysłu — równie zuchwała i bluźniercza, jak odmawianie Ojcu Jego Jednorodzonego Słowa, w którym zawsze miał upodobanie, jak odmawianie Mu Mądrości, Dobroci czy Potęgi, które również były i są w Nim i z Nim od wieków.
Tekst mówi dalej: „chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał". Posłuszeństwo przynależy słudze, natomiast zgoda, współdziałanie, współpraca — oto cechy właściwe Synowi. W Jego wiecznym zjednoczeniu z Bogiem nie było różnicy woli i dzieła między Nim a Jego Ojcem; jak życie Ojca było życiem Syna, a chwała Ojca — chwałą Syna, tak Syn był samym Słowem i Mądrością Ojca, Jego Mocą i Równorzędnym Służebnikiem we wszystkim, tym samym a zarazem nie tym samym, co On sam. Lecz za dni ciała Swego, gdy uniżył się do „postaci sługi", biorąc na Siebie odrębną wolę i odrębne dzieło, oraz trud i cierpienia właściwe stworzeniu, wówczas to, co było li tylko zgodą, stało się posłuszeństwem. Na tym polega moc słów: „chociaż był Synem, doznał jednak posłuszeństwa". Wziął na Siebie niższą naturę i działał w niej ku Woli wyższej i doskonalszej od niej. Co więcej, „uczył się posłuszeństwa wśród cierpień" — a zatem wśród pokus. Jego tajemnicza udręka pod ich wpływem opisana jest w pierwszej części tekstu, który głosi, że „za dni ciała Swego" zanoszył „modlitwy i błagania z wielkim wołaniem i ze łzami do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i wysłuchany był dla bogobojności swojej". Lub, słowami poprzedniego rozdziału, był „we wszystkim kuszony podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu".
Pragnę tu jedynie postawić przed wami samą świętą prawdę — nie zaś jak była, ani dlaczego, ani z jakimi skutkami. Rozważmy zatem z czcią, co jest w niej zawarte. „Słowo stało się ciałem"; przez co rozumie się nie to, że wybrało jakiegoś konkretnego, już istniejącego człowieka i zamieszkało w nim (co w żaden sposób nie odpowiadałoby sile tych słów i co czyni ustawicznie wobec wszystkich Swoich wybranych przez Swego Ducha), lecz to, że stało się czymś, czym przedtem nie było — że wzięło w Swą własną nieskończoną Istotę samą naturę człowieczą w całej jej pełni, stwarzając duszę i ciało, i w chwili stworzenia czyniąc je Swoimi własnymi, tak że nigdy nie były niczym innym jak Jego, nigdy nie istniały same przez się ani inaczej jak w Nim, będąc Jego własnościami lub przymiotami (mówiąc niedoskonałym językiem) równie rzeczywiście jak Jego Boska dobroć, Jego wieczne Synostwo czy Jego doskonałe podobieństwo do Ojca. I dodając w ten sposób do Siebie nową naturę, nie przestał w żadnym względzie być tym, czym był przedtem. Jakże to możliwe? Przez cały czas, gdy był na ziemi — gdy był poczęty, gdy się narodził, gdy był kuszony, na krzyżu, w grobie i teraz po prawicy Bożej — przez cały ten czas był Wiecznym i Niezmiennym Słowem, Synem Bożym. Ciało, które przybrał, było jedynie narzędziem, przez które działał dla nas i ku nam. Jak działa w stworzeniu przez Swą mądrość i potęgę, ku Aniołom przez Swą miłość, ku szatanom przez Swój gniew, tak działał dla naszego odkupienia przez naszą własną naturę, którą w wielkiej Swej miłości złączył ze Swą Osobą niby przymiot — po prostu, bezwarunkowo, nierozerwalnie. Tak więc święty Paweł mówi — jak w innych miejscach o miłości Bożej i świętości Bożej — tak w jednym miejscu wyraźnie o „krwi Bożej", jeśli wolno mi użyć tych słów poza świętym kontekstem. „Miejcie pieczę o Kościół Boży" — mówi do starszych Efezu — „który On nabył własną Krwią swoją". Wszystko zatem, co Pan nasz mówił lub czynił na ziemi, było ściśle i dosłownie słowem i czynem samego Boga. Jak mówimy o widzeniu naszych bliskich, choć nie widzimy ich dusz, lecz jedynie ich ciała, tak Apostołowie, uczniowie, kapłani i faryzeusze, i rzesza ludu — wszyscy, którzy widzieli Chrystusa w ciele, widzieli — jak cała ziemia zobaczy w dzień ostateczny — prawdziwego i Wiecznego Syna Bożego.
W taki tedy sposób należy rozumieć Jego cierpienie, kuszenie i posłuszeństwo — nie jakoby przestał być tym, czym zawsze był, lecz oblókłszy się w stworzoną istotę, uczynił z niej narzędzie Swego uniżenia; działał w niej, był posłuszny i cierpiał przez nią. Czy nie widzimy wśród ludzi, że okoliczności szczególnego rodzaju wytrącają kogoś z naszego otoczenia z jego zwykłego „ja", tak iż ten sam człowiek zachowuje się, jakby zwykłe jego „ja" nie istniało, i ma na tę okazję nowe uczucia i zdolności, wyższe lub niższe niż dawniej? Daleko od nas, byśmy zestawiali Wcielenie Wiecznego Słowa z taką przypadkową przemianą! Wspominam o tym jednak nie po to, by wyjaśnić Tajemnicę (o czym wyrzekłem się myśli od samego początku), lecz by ułatwić wam wyobrażenie sobie Tego, który jest jej przedmiotem — by pomóc w kontemplowaniu Go jako Boga i człowieka zarazem, jako wciąż Syna Bożego, choć przybrał naturę niższą od Jego pierwotnej doskonałości. Owa Wieczna Potęga, która dotąd myślała i działała jako Bóg, poczęła myśleć i działać jako człowiek, ze wszystkimi władzami, uczuciami i ułomnościami człowieka — z wyjątkiem grzechu. Przed zejściem na ziemię był nieskończenie ponad radością i smutkiem, bojaźnią i gniewem, bólem i przygnębieniem; ale potem wszystkie te przymioty i wiele innych stały się Jego własnością równie w pełni jak naszą. Przed zejściem na ziemię posiadał jedynie doskonałości Boga, ale potem miał też cnoty stworzenia, takie jak wiara, łagodność, zaparcie się siebie. Przed zejściem na ziemię nie mógł być kuszony przez zło; ale potem miał ludzkie serce, ludzkie łzy i ludzkie potrzeby i ułomności. Jego Boska Natura przenikała wprawdzie Jego człowieczeństwo, tak że każdy Jego czyn i każde słowo w ciele tchnęło wiecznością i nieskończonością; lecz z drugiej strony, od chwili gdy narodził się z Dziewicy Maryi, miał naturalną bojaźń niebezpieczeństwa, naturalną odrazę przed bólem — choć zawsze podlegał przemożnemu wpływowi owej Świętej i Wiecznej Istoty, która w Nim była. Na przykład czytamy, jak przy jednej sposobności modlił się, by minął Go ów kielich; a przy innej, gdy Piotr okazał zdumienie na wieść o Jego ukrzyżowaniu, zgromił go ostro, jakby za kusił Go do szemrania i nieposłuszeństwa.
Tak więc posiadał naraz dwojakie skupienie przymiotów — Boskich i ludzkich. Był zarazem wszechmocny, choć w postaci sługi; był zarazem wszechwiedzący, choć pozornie niewiedzący; był zarazem niezdolny do kuszenia, choć wystawiony nań; a gdyby ktoś potknął się o to — nie jako o prostą tajemnicę, lecz jako o sprzeczność samego języka — prosiłbym go, by rozważył owe swoistości samej natury ludzkiej, na które właśnie napomknąłem. Niech zbada kondycję własnego umysłu i zobaczy, jak wielce podobna jest ona do sprzeczności. Niech zastanowi się nad władzą pamięci i spróbuje orzec, czy wie, czy też nie wie, rzeczy, której nie może sobie przypomnieć — czy raczej, czy nie można powiedzieć o nim, o tej samej jednej osobie, że w pewnym sensie wie, a w innym sensie nie wie. To może uspokoić jego wyobraźnię, jeśli ta wzdryga się przed tajemnicą. Albo niech rozważy stan niemowlęcia, które — jak się zdaje — przez długie miesiące jest bez duszy, mając jedynie zmysły i funkcje życia zwierzęcego, a jednak ma, jak wiemy, duszę, która może być nawet odrodzona. Cóż zaiste może być bardziej tajemniczego niż Chrzest niemowlęcia? Jakiż to dziwny, a jednak zachwycający widok — jakie źródło rozważania otwiera się przed nami, gdy patrzymy na to, co wydaje się tak bezradne i pozbawione rozumu, a wiemy, że w tej właśnie chwili ma duszę tak w pełni ukształtowaną, iż z jednej strony jest dziecięciem gniewu, a z drugiej (chwała Bogu) zdolną do nowych narodzin z Ducha! Kto może powiedzieć — gdybyśmy mieli oczy, by widzieć — w jakim stanie jest owa dusza niemowlęcia? Kto może powiedzieć, że nie ma swych energii rozumu i woli w jakiejś nieznanej sferze, całkowicie zgodnie z rzeczywistością swej niezdolności do odczuwania świata zewnętrznego? Kto może powiedzieć, że wszyscy my — lub przynajmniej wszyscy żyjący w wierze Chrystusowej — nie mamy jakiegoś dziwnego, lecz nieświadomego życia w obecności Bożej przez cały czas, gdy tu jesteśmy — widząc to, o czym nie wiemy, że widzimy, doznając wrażeń bez zdolności refleksji — i to bez posiadania w konsekwencji podwojonego „ja", a z pożytkiem, a nie uszczerbkiem dla praktycznej rzeczywistości naszego ziemskiego pobytu i próby? Czyż nie było przed nami ludzi, którzy — jak Elizeusz, gdy duch jego poszedł za Giehazijem, lub święty Piotr, gdy oznajmił zbliżanie się niosących Safirę, lub święty Paweł, gdy jego obecność wyprzedziła go do Koryntu — zdają się wykraczać poza siebie samych, nawet przebywając w ciele? Kto wie, gdzie się jest „w widzeniach nocy"? A skoro tak jest, jakże możemy ogłosić, że jest jakąkolwiek sprzecznością, iż gdy Słowo Boże było na ziemi, w naszym ciele, otoczone ze wszystkich stron ludzkimi cnotami i uczuciami — wiarą i cierpliwością, bojaźnią i radością, smutkiem, wahaniem, ułomnościami, pokusami — to jednocześnie, według Swej Boskiej Natury, jak od początku, przemierzało w myśli z jednego krańca nieba na drugi, czytało wszystkie serca, przewidywało wszystkie zdarzenia i przyjmowało wszelki hołd, przebywając na łonie Ojca? To właśnie sugeruje nam Sam w owych zdumiewających słowach skierowanych do Nikodema, które można by wziąć nawet za wskazówkę, że i Jego ludzka natura była w tej chwili w niebie, gdy do niego mówił: „Nikt nie wstąpił do nieba, jak tylko Ten, który zstąpił z nieba — Syn Człowieczy, który jest w niebie".
Na zakończenie: gdyby ktoś ulegał pokusie, by uważać takie przedmioty jak powyższe za oderwane, spekulatywne i niepożyteczne, odpowiedziałbym, że właśnie dlatego je podjąłem, gdyż uważam je — jak wierzę — za szczególnie praktyczne. Niech nie wyda się rzeczą dziwną, choć to mówię, że w przekonaniach religijnych nawet poważniejszej części społeczności jest wiele, co napawa uważnych ludzi wielką troską o to, dokąd to wszystko zmierza. Nie byłoby rzeczą zbyt trudną, podejrzewam, zmącić wiarę bardzo wielu osób, które uważają się za prawowierne i rzeczywiście są nimi, stosownie do swego światła. Przyzwyczaiły się one nazywać Chrystusa Bogiem — ale tylko tyle; nie rozważały, co znaczy stosowanie tego tytułu do Kogoś, kto był naprawdę człowiekiem, i przez ten mglisty sposób posługiwania się nim, w niemałym byłyby niebezpieczeństwie, gdyby zaatakowały je sprytny dysputant — zostałyby pozbawione świętej prawdy w jej istocie, nawet gdyby zachowały ją z nazwy. Doprawdy, dopóki nie rozważamy naszego Pana i Zbawiciela, Boga i człowieka, jako realnie istniejącej istoty, zewnętrznej wobec naszego umysłu, równie pełnej i doskonałej w swej osobowości jak my okazujemy się sobie nawzajem, jednej i tej samej we wszystkich swych różnych i przeciwstawnych przymiotach, „tegożsamego wczoraj, dzisiaj i na wieki" — dotąd posługujemy się słowami, które nic nie przynoszą. Dopóki bowiem nie uprzytamniamy sobie owego Przedmiotu wiary — który nie jest czczą nazwą, do której doczepić można tytuły i przymioty bez ładu i sensu, lecz ma osobowe istnienie i tożsamość odrębną od wszystkiego innego — dotąd nie „znamy" Go w żadnym prawdziwym znaczeniu tego słowa. I co nam to daje, że nasze wyobrażenie o Nim nie jest takim, które by brało i wcielało w siebie rozmaite przymioty i urzędy, jakie Mu przypisujemy? Co nam przynoszą słowa, choćby najtrafniejsze i najobfitsze, jeśli kończą się na sobie samych, zamiast rozświetlać w naszych sercach obraz Wcielonego Syna? A zarzut ten można zbyt słusznie postawić teologii ostatnich stuleci, która pod pozorem strzeżenia przed zarozumiałością, odmawia nam tego, co jest objawione — na wzór Achaza, który wzbraniał się prosić o znak, by nie kusić Pana.
Pod jej wpływem prawie zapomnieliśmy o świętej prawdzie, łaskawie objawionej dla naszego umocnienia: że Chrystus jest Synem Bożym według Swej Boskiej natury, a nie tylko ludzkiej; prawie przestaliśmy — na wzór Credo Nicejskiego — uważać Go za „Boga z Boga i Światłość ze Światłości", zawsze z Nim jednego, a zawsze od Niego odrębnego. Mówimy o Nim mgliście jako o Bogu — co jest prawdą, lecz nie całą prawdą — i w konsekwencji, gdy przystępujemy do rozważania Jego uniżenia, nie możemy przenosić pojęcia Jego Osoby z nieba na ziemię. Ten, o którym przed chwilą mówiono jako o Bogu, bez wzmianki o Ojcu, od którego pochodzi, opisywany jest następnie jakby jako stworzenie; ale jak te odmienne wyobrażenia trzymają się razem w naszych umysłach? Możemy wprawdzie kontynuować ideę Syna w ideę sługi, choć zstąpienie było nieskończone i dla naszego rozumu niepojęte; lecz gdy mówimy najpierw o Bogu, potem o człowieku, zdajemy się zmieniać Naturę bez zachowania Osoby. Prawdę mówiąc, Jego Boskie Synostwo jest tą częścią świętej nauki, na której umysł opatrznościowo jest przeznaczony, by spoczywać przez cały czas — i tak zachować niezerwaną tożsamość Chrystusa. Gdy zaś odrzucamy tę łaskawą pomoc daną naszej wierze, jakże możemy mieć nadzieję na uchwycenie jednego, prawdziwego i prostego widzenia Go? Jakże możemy w jakikolwiek sposób wykroczyć poza własne słowa, czy pojąć, cokolwiek mówimy? W konsekwencji jesteśmy nazbyt często wiedzeni — jakby z konieczności — w rozprawianiu o Jego słowach i czynach do rozróżniania między Chrystusem, który żył na ziemi, a Synem Boga Najwyższego, i do mówienia o Jego ludzkiej naturze i Jego Boskiej naturze tak odrębnie, że nie czujemy ani nie rozumiemy, iż Bóg jest człowiekiem i człowiek jest Bogiem. Mówię o tych z nas, którzy nauczyli się myśleć, rozumować i dysputować, badać i przemyśliwać — nie o niewymagających lub nieokrzesanych, którzy nie są wystawieni na wspomnianą pokusę; i o tych pierwszych, obawiam się, trzeba powiedzieć (używając języka starożytnej teologii), że zaczynają od sabelianizmu, przechodzą ku nestorianizmowi i zmierzają ku ebioniizmowi — do całkowitego zaprzeczenia Bóstwu Chrystusa. Tymczasem świat religijny mało domyśla się, dokąd prowadzą jego opinie; i nie odkryje, że adoruje czcze abstrakcyjne imię lub mgliste twory umysłu zamiast Wiecznie żywego Syna, dopóki nie przebudzi go odpadnięcie jego członków od wiary — i nie nauczy go, że tak zwana religia serca bez prawowierności doktrynalnej jest jedynie ciepłem zwłok — realnym na jakiś czas, lecz skazanym na wygaśnięcie.
Jak długo potrwa ów złożony Błąd, pod którym nasz Kościół teraz ciąży? Jak długo ludzkie tradycje nowszej daty będą zasłaniać, tak wieloma sposobami, majestatyczne interpretacje Pisma Świętego, które Kościół Powszechny odziedziczył z epoki Apostołów? Kiedyż zadowoli nas czerpanie z mądrości i czystości, które Chrystus przekazał Swemu Kościołowi jako dar wieczysty — zamiast usiłowania, by każdy z osobna, jak najlepiej może, czerpał własne Credo z głębokich studni prawdy? Zaiste, na próżno uciekliśmy od przesądów wieków średnich, jeśli skażenia zuchwałej i na sobie polegającej filozofii rozprzestrzenią się na naszą wiarę!
Niechaj Bóg, nawet Ojciec, da nam serce i rozum, byśmy urzeczywistnili sobie — a nie tylko wyznawali — naukę, w którą zostaliśmy ochrzczeni: że Jego Jednorodzony Syn, Pan nasz, począł się z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Dziewicy, cierpiał i był pogrzebany, zmartwychwstał, wstąpił do nieba, skąd przyjdzie powtórnie, na końcu świata, sądzić żywych i umarłych.