HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie XIV. Poddanie się władzy Kościoła

Gdy szukam swojej drogi albo decyzjiGdy moja wiara stała się letnia Natura i jedność KościołaPosłuszeństwo
„Oddal od siebie usta przewrotne i wargi kłamliwe trzymaj z dala od siebie. Niechaj oczy twoje patrzą prosto, a powieki twoje niechaj są zwrócone wprost przed tobą. Rozważaj ścieżkę nóg swoich, a niechaj wszystkie drogi twoje będą utwierdzone. Nie zbaczaj ani na prawo, ani na lewo; odwróć nogę swoją od złego."
W skrócie. Newman analizuje teologiczne i praktyczne podstawy przynależności do Kościoła widzialnego jako sakramentalnego ciała ustanowionego przez Apostołów, odpierając popularne argumenty za wolnym wyborem wyznania. Odpowiada na zarzuty dotyczące formalizmu, niegodnych nauczycieli i potrzeby jedności przez odpuszczanie form. Kazanie wskazuje, że posłuszeństwo Kościołowi jest równoznaczne z pokorą wobec Bożego zarządzenia, a opuszczenie go zawsze nosi znamię grzechu.

„Cóż nam, prostym chrześcijanom, do ludzkich nadziei i lęków, do planów zmian, pogoni za nowinkami, czy marzeń o reformach?”

*„Oddal od siebie usta przewrotne i wargi kłamliwe trzymaj z dala od siebie. Niechaj oczy twoje patrzą prosto, a powieki twoje niechaj są zwrócone wprost przed tobą. Rozważaj ścieżkę nóg swoich, a niechaj wszystkie drogi twoje będą utwierdzone. Nie zbaczaj ani na prawo, ani na lewo; odwróć nogę swoją od złego."* — Prz 4,24-27

NAKAZY takie docierają do nas z mocą prawdy nawet do umysłów, które najchętniej by im się opierały — i to ze względu na swoją powagę i praktyczną mądrość, abstrahując od autorytetu natchnienia. Nigdy i w żadnych okolicznościach nie są pozbawione zastosowania; w obecnym czasie zaś, gdy jedność i pokój religijny są tak żałośnie lekceważone, gdy tylko nowe nauki i nowe środki zdobywają popularność, nasuwają nam naturalnie myśl o obowiązku posłuszeństwa Kościołowi oraz o grzechu odstępowania od niego — o tym, przed czym nasza Litania błaga pod nazwą „herezji i schizmy". Mówienie o tym grzechu może się wydawać nie na miejscu, gdyż ci, którzy go popełniają, raczej nie bywają w kościele, aby odnieść pożytek z tego, co można by o nim powiedzieć; jednak samo jego popełnianie udziela się nawet tym, którzy go nie popełniają, czyniąc ich względem niego obojętnymi. Z tego powodu, a także dlatego, że jest rzeczą słuszną, aby nawet ci, którzy są najmocniej utwierdzeni w swej przynależności do Kościoła, wiedzieli, dlaczego doń należą, rozważę niektóre z popularnych zarzutów wysuwanych przeciwko takiej przynależności przez tych, którzy uważają ją — nie za grzeszną wprawdzie (choć wielu posuwa się i do tego), lecz za zbędną.

Wiecie, że był czas, gdy istniało jedno wielkie ciało chrześcijan, zwane Kościołem, na całym świecie. Było obecne w każdym kraju, gdzie wymawiano imię Chrystusa; wszędzie rządzone było w ten sam sposób przez biskupów; wszędzie wywodziło się od Apostołów przez sukcesję tych biskupów; i wszędzie pozostawało w doskonałym pokoju i jedności, gałąź z gałęzią, po całym świecie. Tak oto wypełniało się proroctwo: „Jeruzalem zbudowane jest jako miasto, którego części razem są spojone; albowiem tam wstępują pokolenia, pokolenia Pańskie, a z nimi Trony domu Dawidowego." Istnieli wprawdzie i wówczas, jak dziś, separatyści i dysydenci, ale było ich wielu i różnego rodzaju — nie stanowili jednego ciała jak Kościół; były to twory krótkotrwałe, które powstały po Apostołach i kolejno zanikały. Lecz teraz cała ta piękność Jeruzalem jest nędznie zniekształcona. Owe wielkie ciało katolickie — „Kościół Święty na całym świecie" — zostało przez moc Diabła rozbite na wiele odłamków; podobnie jak ogromna skalna ściana, która niegdyś śmiało stawiała czoło morzu, zostaje w końcu rozszczepiając się, rozpadając i obalana przez fale. Niektóre jej części znikły całkowicie, a te, które pozostały, są od siebie oddzielone. My jesteśmy angielskimi katolikami; za granicą są katolicy rzymscy, z których niektórzy mieszkają też wśród nas; gdzie indziej są katolicy greccy i tak dalej. I tak oto stoimy w tym dniu wzgardy i bluźnierstwa — trzymając się naszej cząstki Odwiecznej Skały, dokoła której huczą wody i którą chciałyby zalać — ufając Bogu — wypatrując świtu dnia, który „przyjdzie w końcu i nie zwleknie", gdy Bóg wybawi nas od wzbierających fal, jeśli mężnie wytrwamy na miejscu, które nam wyznaczył, nie ulegając gwałtowi fal zalewających nas, ani nie słuchając chytrych pokus tych, którzy oferują nam ucieczkę na okrętach niebudowanych przez Boga.

Teraz przejdę do omówienia i odparcia niektórych błędnych argumentów, jakimi dzieci tego świata przekazują swe zaproszenie.

1. Po pierwsze mówią: „Dlaczego tak ściśle trzymać się jednego ciała chrześcijan, skoro istnieje tyle innych ciał — tyle wyznań, tyle stronnictw — wszystkich żołnierzy Chrystusa, jak różne armie, wszyscy walczący w jednej sprawie przeciwko jednemu wrogowi? Z pewnością to wyłączne przywiązanie do jednej partii" — tak mówią — „z zaniedbaniem innych chrześcijan wyznających podobną naukę, a różniących się jedynie formami, jest oznaką umysłu ciasnego i ograniczonego. Chrześcijaństwo jest darem powszechnym; czemu więc ograniczać jego posiadanie do jednej grupy ludzi i jednego rodzaju rządu kościelnego, zamiast pozwolić wszystkim, którzy zechcą, przyjąć je na własny sposób?"

Ci zaś, którzy tak mówią, powinni wpierw odpowiedzieć Pismu Świętemu, a nie pytać nas; gdyż Pismo Święte uznaje wyraźnie tylko „jedno ciało" chrześcijan, tak samo jak „jednego Ducha, jedną wiarę, jednego Pana i jednego Boga i Ojca wszystkich". O ile idzie o tekst Pisma, jest to tak bezpośrednia sprzeczność z nim mówić o więcej niż jednym ciele, jak mówić o więcej niż jednym Duchu. Z drugiej zaś strony Pismo Święte zupełnie liczy się z istnieniem stronnictw, jak słusznie się je nazywa, wokół tego jednego ciała, gdyż o nich mówi; lecz ani razu nie sugeruje, choćby najsłabiej, że skoro istnieją, należy je uznawać. Wprost przeciwnie: powiada: „Muszą być herezje" — to jest prywatne stronnictwa, ciała ukształtowane na własną rękę — „między wami, aby się okazało, którzy są wypróbowani wśród was." I znowu: „Człowieka heretyka" — to jest takiego, który w sprawach religijnych przyjmuje jakąś własną opinię i gromadzi wokół siebie zwolenników — „po pierwszym i drugim upomnieniu unikaj." I jeszcze: „Strzeżcie się tych, którzy czynią rozłamy, i unikajcie ich." My zaś należymy do tych, którzy zgodnie z tymi wskazaniami starali się wszelkimi sposobami trzymać z dala od takich ludzkich nauk i prywatnych mniemań, trwając przy jednym Ciele Katolickim, które jedynie zostało założone przez Apostołów i będzie trwać aż do końca wszechrzeczy. I zaiste lepiej jest tak wprost wierzyć i być posłusznym głosowi Boga w Piśmie, niż filozofować; lepiej być nazwanym ciasnym przez człowieka, niż być ogłoszonym zarozumiałym i samowolnym przez Boga; szczęśliwiej być uważanym za nadmiernie skrupulatnego, mając za sobą Biblię, niż zyskiwać pochwałę świata za otwartość — bez niej.

Lecz zapytajmy znowu — kto jest na tyle zuchwały, by twierdzić, że „byłoby urządzeniem małostkowym i skąpym, gdyby dary Ewangelii zostały złożone w jednym ciele lub grupie osób z wyłączeniem innych"? Niechaj bacznym okiem rozważy, jak sprzeciwia się powszechnemu planowi Bożej Opatrzności, który mamy przed oczyma. Chrześcijaństwo jest błogosławieństwem dla całej ziemi — przyznajemy; ale nie wynika z tego bynajmniej (sądząc z tego, co skądinąd wiemy o sposobach postępowania Boga z nami), że nikt nie został szczególnie powołany do udzielania tego błogosławieństwa. Łaski dane rzeszom nie są mniejszymi łaskami dlatego, że płyną z określonych źródeł. Istotnie, większość wielkich zarządzeń Bożej dobroci nosi właśnie tę cechę tego, co ludzie nazywają wyłącznością. Bóg udziela niezliczonych dobrodziejstw wszystkim ludziom, czyni to jednak przez nieliczne wybrane narzędzia. Nieliczni są uprzywilejowani dla dobra wielu. Bogactwo, władza, dary umysłu, wiedza — wszystko to służy dobrobytowi społeczności; a mimo to nie zostało dane naraz wszystkim, lecz sączy się ku wielu przez niewielu. Podobnie dary Ewangelii są otwarte dla całego świata, dawane tak swobodnie jak światło i ogień; a przecież i światło ma swoje własne miejsce zamieszkania od czwartego dnia stworzenia, i ogień ukryty jest w krzemiennym kamieniu, jakby po to, by nam pokazać, że światło i ogień naszych dusz nie zdobywa się bez użycia środków ani inaczej jak ze szczególnych źródeł.

Co się zaś tyczy Sukcesji Ministerialnej — że jest formą i że trwanie przy niej jest formą — można ją tak nazwać tylko dlatego, że nie widzimy jej skutków; gdyby towarzyszyło jej coś widzialnego, nie nazywalibyśmy jej już formą. Gdyby cud następował zawsze po chrzcie lub po powrocie do Kościoła, któż by jeszcze nazywał to formą? To znaczy: nazywamy to formą tylko dopóty, dopóki wzbraniamy się kroczyć wiarą, która obchodzi się bez rzeczy widzialnych. Wiara widzi w rzeczach, które wyglądają jak formy — jeśli są nakazane — że formami nie są; urzeczywistnia konsekwencje. Ludzie niewtajemniczeni w nauki przyrodnicze nie przepowiadaliby żadnego wyniku z doświadczeń chemicznych i tym podobnych; uważaliby je za formę i pozór. Czymże jest modlitwa, jeśli nie formą? To znaczy — kto (mówiąc ogólnie) widzi jej owoce? A przecież wierzymy w nią i jesteśmy przez nią błogosławieni. W jakim sensie trwanie przy Kościele jest formą, w którym modlitwa nią nie jest? Korzyść z jednej nie jest widoczna, ani z drugiej; jedno nie przyniesie pożytku bezbożnym i niedbałym, ani drugie; jedno jest nakazane w Piśmie, podobnie jak drugie. Dlatego nazywanie jedności kościelnej formą nie jest jej umniejszaniem; formy są właśnie pokarmem wiary.

2. Jednak można by dowodzić, że „cokolwiek było przyczyną i cokolwiek zamierzała Boża Opatrzność, sekty istnieją"; i że „jeśli jedność jest obowiązkiem, jak utrzymują członkowie Kościoła, to najlepszym, jedynym sposobem jej osiągnięcia jest złagodzenie przez nich swej surowości i zjednoczenie ze wszystkimi sektami na jakichkolwiek warunkach." Odpowiadam pytaniem, czy mamy prawo tak czynić, czy mamy mandat do zmieniania czegokolwiek z tego, co Bóg postanowił; czy nie równałoby się to z podstawianiem innego ustanowienia zamiast Chrztu, i ze stawianiem ludzkich społeczności i nauczycieli ludzkich pomysłów na równi z Kościołem Katolickim? Nawet Balaam poczuł potęgę Bożego postanowienia. „Pobłogosławił" — powiada — „i nie mogę tego odwrócić." I nawet święty Izaak, jakkolwiek tego pragnął, nie mógł zmienić biegu raz udzielonego błogosławieństwa ani wyroku Bożego. Zawołał o Jakubie: „i zaiste będzie błogosławiony"; gdyż „nie zależy to od tego, który chce, ani od tego, który biega", „nie z krwi ani z woli ciała, ani z woli męża", „ale od Boga, który miłosierdzie okazuje". „Dary i powołanie Boże są nieodwołalne."

Ci, którzy sami oddzielili się od Kościoła, niekiedy nakłaniają do jedności wszystkich chrześcijan w następujący sposób: mówią: „Nie zgadzamy się z wami; jednak odrzucimy nasze formy, jeśli wy odrzucicie swoje. W ten sposób nastąpi wzajemne ustępstwo. Co to są formy, byle tylko serca nasze były jednym?" Lecz nie ma i nie może być jednakiego serca i ducha — z samej natury rzeczy — między nami a nimi, gdyż posłuszeństwo Kościołowi stanowi część naszego ducha. Ci, którzy, jak my, przywiązują wielką wagę do ulegania jego władzy, różnią się w sposób oczywisty duchem od tych, którzy przywiązują doń małą wagę. Tacy ludzie więc, choć dobrze zamierzają, w istocie proszą nas, byśmy coś dali, sami nie dając nic; gdyż oddanie czegoś, do czego człowiek nie przywiązuje żadnej wartości, nie jest wielkim poświęceniem. Oddają jedynie to, co sami uważają za formę i tak właśnie znieważają. Naszą świętą dyscyplinę również nazywają formą, lecz my tego nie czynimy: i nie jest ona zwykłą formą w naszym osądzie, choć może być w ich. Nazywają ją ludzkim wynalazkiem, tak jak swój własny ład; lecz dopóki my sami jej tak nie nazwiemy, dopóki oni najpierw nie przekonają nas, że tak jest — musi to być dla nas poświęcenie takie, jakiego oni w żaden sposób dokonać nie mogą. Nie mogą dokonać takiego poświęcenia, ponieważ już go dokonali — oni sami lub ojcowie ich przed nimi — gdy opuszczali Kościół. Nie mogą go dokonać, gdyż nie mają uczuć, które by mogli poświęcić w tej sprawie; natomiast nasza pobożność, nasza cześć, nasza wiara, nasza miłość przywarły do Kościoła Apostołów i nie mogłyby być (gdyby zdrada była możliwa, czego Bóg uchowaj!) oderwane od niego bez wielu ran i wielkiego bólu. Zaiste, jest to więc albo chytrość, albo zbytnią prostoduszność w tych, którzy różnią się od nas, gdy tak mówią. Sami obnażyli się z tego, co my uważamy za istotny element świętości — z przyzwoitości i właściwości Dawnego Ładu. Będąc rozebrani, zmuszeni są przyodziewać się w nowe formy i ustanowienia, jak umieją najlepiej; i te nowości, które własne ich ręce szyły, aby je okryć, których nigdy nie czcili i które rychło zwiędną, zamierzają (jakby) ofiarować nam — pod warunkiem, że my ze swej strony odrzucimy własną odzież Pana, ową świętość i trzeźwość porządku, która jest darem Chrystusa, zadatkiem Jego przypisanych nam zasług, obrazem i skutecznym narzędziem Jego działania w naszych sercach. Byłoby to zaiste zamienianiem szczerego złota na mosiądz; albo, jak niewdzięczny Ezaw, wyzbywaniem się trwałego prawa pierworództwa za pusty i przemijający zysk.

3. Lecz argument jest ciągnięty dalej. „No dobrze" — można powiedzieć — „nawet przyjąwszy, że posłuszeństwo Kościołowi jest obowiązkiem wynikającym z Pisma, to jednak gdy w nim są błądzący nauczyciele, czy z pewnością nie jest wyższym obowiązkiem porzucić ich dla dobra prawdy niż przy nich pozostawać dla zachowania formy?" Zanim jednak na to pytanie można odpowiedzieć, należy określić błąd, który ten czy inny nauczyciel wyznaje. Konkretne i praktyczne pytanie, które mamy rozstrzygnąć, brzmi: czy jego błąd jest tego rodzaju, że znosi jego władzę udzielania Sakramentów. Musiałby być iście śmiertelny i potworny, aby wywołał taki skutek; a posługiwanie Sakramentami — nie zewnętrznym słowem, lecz duchem, nie literą — jest jego główną władzą i naszą główną potrzebą. Leży w naszym interesie, w interesie naszej duszy, byśmy pozostawali przy tych, którzy udzielają Bożych darów, choćby „grzeszyli w wielu rzeczach". I jest to również wyraźnie naszym obowiązkiem. Jeśli błądzą — módlmy się za nich, nie opuszczajmy ich. Jeśli grzeszą przeciwko nam — niechaj my nie grzeszymy przeciwko nim. Oddawajmy dobrem za złe. Tak postępował Dawid nawet wobec Saula, swego prześladowcy. „Postępował mądrze we wszystkich swoich sprawach; i Pan był z nim." Okrucieństwo Saula było przypadkiem skrajnym; a jednak oczy Dawida „patrzyły prosto" i „nie zbaczał ani na prawo, ani na lewo". Czcił nadal Saula jako ustanowionego nad nim przez Boga Wszechmogącego. Tak i my powinniśmy, słowami świętego Pawła, „być posłuszni tym, którzy mają nad nami władzę, i poddawać się im." Istotnie, przekonanie, że błędy poszczególnego nauczyciela usprawiedliwiają odejście od samego Kościoła, opiera się na błędnym rozumieniu celu samego w sobie, dla którego — można tak rzec — powierzono mu nauczanie. Gdyby poszczególni nauczyciele byli nieomylni, nie byłoby w ogóle potrzeby porządku i reguły. Gdybyśmy mieli żyjącą Głowę na ziemi, jak niegdyś był z uczniami nasz Zbawiciel, nauczającą i kierującą nami we wszystkim, widzialny Kościół mógłby do pewnego stopnia być zbędny. Lecz skoro tak nie jest, pewien układ nauki, system praw, więź podporządkowania łącząca wszystkich w jedno, jest najlepszym możliwym sposobem zabezpieczenia trwałości świętej Prawdy. Cała rzesza chrześcijan staje się w ten sposób jej powiernikami — używając języka świata — i istotnie przekazywała ją z pokolenia na pokolenie aż do nas. Nauczycielom wyznaczono nauczać w jeden sposób, nie w inny, tak samo jak słuchaczom — słuchać. Skoro więc mamy udział w korzyści, nie skarżmy się na udział w zobowiązaniu; skoro korzystamy z prawdy po dziś dzień dzięki surowości tych, którzy byli przed nami — nie wzbraniajmy się przechodzić przez to, przez co ją odziedziczyliśmy. Jeśli słuchacze łamią regułę dyscypliny, dlaczego nauczyciele nie mieliby łamać reguły wiary? I jeśli my mamy zastrzeżenia do naszego nauczyciela nawet wtedy, gdy jest powściągany regułą Kościoła, o ileż więcej byłoby powodów do skarg, gdyby nie był tak powściągany? Nie bądźmy więc niecierpliwi wobec zarządzenia, które tak wiele dokonuje, z powodu tego, że nie dokonuje wszystkiego. Nie zapominajmy, że reguły z góry zakładają ryzyko błędu, lecz raczej rozważmy, czy nie czynią więcej, niż im się nie udaje. Bądźmy mniej egoistyczni, by myśleć tylko o sobie. Spójrzmy szerzej na całą wspólnotę: na ubogich, nieświadomych, błądzących i omylnych. Zastanówmy się, czy będzie roztropne wziąć na siebie odpowiedzialność za ostateczne opuszczenie przez Kościół naszego kraju — a tę odpowiedzialność weźmiemy na siebie (o ile to od nas zależy), gdy sami go opuścimy.

4. Ale może być powiedziane: „Wiara nie jest kwestią słów, lecz serca. Nie tylko formalna nauka jest zła — jest nią usposobienie i duch tego czy innego nauczyciela. Jego wyznanie może być prawowierne, lecz jego religia nie jest żywa; i z pewnością zewnętrzny porządek nie może ciążyć na nas jak brzemię, duszące i niszczące prawdziwą wewnętrzną więź między chrześcijaninem a chrześcijaninem." Otóż należy starannie zauważyć, że jeśli w ogóle ma być zachowany porządek, musi to być kosztem czegoś, co pozornie ma większe znaczenie, a mianowicie — tak zwanej komunii serca między chrześcijanami. Ta osobliwość tkwi w samej jego naturze; i z pewnością nasz Zbawiciel wiedział o tym, gdy go nakazywał. Rozważmy przez chwilę. Prawdziwe duchowe odczucie, pobożność serdeczna, żywa wiara i tym podobne nie poddają się opisaniu, zdefiniowaniu, ustaleniu w żaden jeden ustalony sposób; co zresztą wynika z samego rozpatrywanego zarzutu. Formujemy o nich osąd, jaki on jest, na podstawie wielu drobnych okoliczności — języka, sposobu bycia i zachowania — których nie można ująć w słowa, które dwom obserwatorom nie ukazują się dokładnie tak samo; tak że gdyby każdy miał być zadowolony, każdy musiałby mieć prawo wyznaczania własnej granicy. Lecz jeśli każdy postępuje według własnej reguły wspólnoty, jakże może istnieć tylko „jedno ciało" i w jakim sensie należy rozumieć te słowa Apostoła?

Ponadto ta lub owa osoba może być mniej lub więcej religijna w mowie i w postępowaniu; jakże mamy wyznaczyć granicę, nawet według własnego indywidualnego kryterium, i powiedzieć, kto ma być w naszym Kościele, a kto poza nim? Notorycznych grzeszników i jawnych heretyków można by wykluczyć natychmiast; lecz o wiele łatwiej byłoby powiedzieć, kogo wyrzucić, niż kogo wpuścić — chyba że wpuścimy wszystkich. Od najprawdziwszego wiernego aż do samego niewiernego może rozciągać się szereg ludzi mniej lub bardziej religijnych w ludzkich oczach, stopniowo wypełniających cały ten przedział. Nawet gdybyśmy chcieli nieomylnie sądzić między dobrymi i złymi, życie upłynęłoby na tej pracy; jaki będzie rzeczywiście nasz sukces, można przewidzieć z przykładów tych, którzy próbują tak czynić, a którzy niemało razy biorą za wysoce uduchowionych chrześcijan ludzi będących niemal niewierny­mi. Lecz przyznawszy nawet, że posiadamy jakiś nadzwyczajny dar rozeznania, i tak w żaden sposób nie moglibyśmy widzieć więcej niż Ten, kto daje do zrozumienia, że wiara każdego z nas jest jeszcze nieukształtowana i w zalążku — przez samo już odwlekanie sądu ostatecznego: tak że wyznaczenie jakiejkolwiek granicy i jednocześnie włączenie wszystkich, którzy wydają się religijni, są rzeczami z konieczności ze sobą niezgodnymi.

Z drugiej strony, formy są dokładne i określone. Gdy są raz złamane, są złamane całkowicie. Nie ma stopni ich łamania; albo są zachowane, albo nie. Wydaje się więc, że na ogół, jeśli opuszczamy Kościół, aby przyłączyć się do tego, co wydaje się gdzieś indziej mniej formalną, bardziej duchową religią, łamiemy na pewno przykazanie i nie zapewniamy sobie na pewno żadnej korzyści.

5. Wreszcie można zapytać: „Czy mamy więc stronić od tych, których uważamy za dobrych ludzi, przyjmując, że lepiej by było, gdyby należeli do Kościoła?" Nie musimy, nie wolno nam stronić od nich. Nie jesteśmy wprawdzie zobowiązani do szukania ich towarzystwa, ale jesteśmy zobowiązani nie unikać ich, gdy na nich natrafiamy — z wyjątkiem tych, którzy rzeczywiście są twórcami i podżegaczami podziału. Zobowiązani jesteśmy ich miłować i modlić się za nich; nie być wobec nich surowymi ani ubliżać im, ani nimi gardzić, lecz być łagodnymi, cierpliwymi, gotowymi do nauczania, wyrozumiałymi, pobłażliwymi w osądzie, tłumacząc ich postępowanie w jak najlepszy sposób. Chcielibyśmy, gdyby to było możliwe, być z nimi jednym w sercu i w formie, uważając kochającą jedność za chwałę i koronę wiary chrześcijańskiej; i będziemy próbować wszelkich środków, by to osiągnąć; lecz czujemy — i nie możemy tego ukryć — czujemy, że jeśli my i oni mamy być jednym, oni muszą przyjść do nas. Pragniemy się spotkać, ale musi to nastąpić w Kościele, nie na neutralnym gruncie, a raczej na terenie nieprzyjaciela — rozległej, niegościnnej pustyni tego świata — lecz wewnątrz owej chronionej dziedziny, której znaki graniczne zostały dawno temu ustanowione. Jeśli Chrystus ustanowił jedno Święte Stowarzyszenie (a uczynił to); jeśli Jego Apostołowie wprowadzili w nim ład (a uczynili to) i wyraźnie nakazali nam (jak nakazali w Piśmie) nie cofać tego, co zaczęli; i jeśli (w rzeczy samej) ich Dzieło tak uporządkowane i tak błogosławione jest wśród nas właśnie dzisiaj (a jest) i my jesteśmy jego uczestnikami — byłoby zdradą z naszej strony porzucić je, niewdzięczną pogardą dla tych, którzy zachowali je przez tyle wieków, okrutnym niedbalstwem wobec tych, którzy przyjdą po nas, ba — nawet wobec tych, którzy żyją teraz, a są poza nim i mogliby inaczej do niego wejść. Musimy przekazać, tak jak otrzymaliśmy. Nie my zbudowaliśmy Kościół, nie nam wolno go rozkładać. Skoro wierzymy, że jest Bożym ustanowieniem, musimy zawsze protestować przeciwko oddzieleniu się od niego jako przeciwko grzechowi. Nie ma żyjącego dysydenta, który — o tyle i tak dalece, jak zrywa jedność — nie trwałby w grzechu. Może to być, w tym czy innym przypadku, grzech słabości lub niedbałości, ba — nawet nieświadomości; może być grzechem społeczności, do której człowiek należy, nie jego własnym — wykroczeniem rytualnym, nie osobistym; a jednak w swej naturze jest grzechem. Może być zmieszany z wieloma rzeczami dobrymi; może być wypaczeniem sumienia lub znów niekonsekwencją w nim; może być mniej lub bardziej związany z pobożnością wobec przodków; a mimo to, rozpatrywany jako taki, nie może nie być skazą i niekorzyścią; a jeśli zostanie zbawiony, będzie zbawiony nie dzięki niemu, lecz mimo niego. O tyle, o ile zrywa jedność, jest pod cieniem; i choć my sami możemy mieć, kto wie, równie wielkie grzechy do rozliczenia, biorąc jego grzech jak największy, i choć modlimy się, by Chrystus raczył, w jakiś znakomity sposób znany sobie, „udoskonalić, utwierdzić, umocnić i ustanowić" wszystkich, „którzy miłują Go szczerze", nawet jeśli są oddzieleni od chwały Jego Kościoła na ziemi — musimy jednak i powinniśmy protestować przeciwko samemu podziałowi i dobrowolnemu w nim trwaniu jako złu — jako niczemu innemu jak „sprzeciwieniu się Koremu" i prawdziwemu potomstwu owego grzechu, który pozbawił nas Edenu.

Ani też grzech podziału nie kończy się na sobie samym. Nigdy nie przypuszczajcie, bracia moi, cokolwiek by świat mówił, że człowiek nie jest ani lepszy, ani gorszy we własnej wierze i postępowaniu za to, że oddzielił się od Kościoła. Oczywiście nie możemy „badać serc i nerek" ani sądzić o jednostkach; jednak tyle wydaje się oczywiste, że w ogólnym rozrachunku rozmyślne nieposłuszeństwo jest objawem, ba — nierzadko przyczyną i początkiem ducha niepokalanego, samowolnego, zdanego na siebie, kłótliwego, zazdrosnego; i o tyle, o ile ktoś pozwala sobie na takie czyny, o tyle nosi na sobie znamiona pychy lub oziębłości serca, poprzedzające ów duch lub po nim następujące. Oziębłość i pycha — grzechy te nie są, niestety, właściwe jedynie tym, którzy od nas odchodzą; wiemy o tym aż nadto dobrze. Wszyscy mamy w sobie ich zalążki i jest to naszą hańbą i potępieniem, jeśli ich nie tłumimy. Lecz między nami — jeśli jesteśmy oziębi lub pyszni — a tymi, którzy czynnie działają w dysydencji, jest ta wyraźna różnica: pycha polegająca na sobie lub ta zimna oficjalność, którą można spotkać również w Kościele — choć się w nim znajdując — nie są jego owocami, nie wyrastają z przynależności do niego, lecz są z nim niezgodne. Gdyż być posłusznym to być pokornym, nie pysznym; a być posłusznym dla miłości Chrystusa to być gorliwym, nie oziębłym; natomiast rozmyślny rozłam lub burzliwe postępowanie, zakładanie własnych zgromadzeń religijnych, przeciwstawianie własnego sądu tym, którzy mają nad nami władzę, niechęć do nich i tym podobne uczucia i postępki są właśnie skutkami i nieomylnymi zwiastunami pychy, niecierpliwości, niepokoju, samowoli lub letniości; tak że owe grzechy w członkach Kościoła istnieją wbrew Kościołowi, natomiast w dysydentach tkwią w samym ich oddzieleniu.

„Oddal od siebie usta przewrotne i wargi kłamliwe trzymaj z dala od siebie. Niechaj oczy twoje patrzą prosto, a powieki twoje niechaj są zwrócone wprost przed tobą. Rozważaj ścieżkę nóg swoich, a niechaj wszystkie drogi twoje będą utwierdzone. Nie zbaczaj ani na prawo, ani na lewo; odwróć nogę swoją od złego." Cóż nam, prostym chrześcijanom, do ludzkich nadziei i lęków, do planów zmian, pogoni za nowinkami, czy marzeń o reformach? Świat przemija jak cień; dzień Chrystusa spieszy naprzód. Mądrością naszą jest z pewnością korzystać z tego, co zostało nam dane, zamiast pożądać tego, czego nie mamy, prosić o mięso do jedzenia i tęsknie spoglądać na Egipt albo na pogan wokół nas. Wiara nie ma czasu odgrywać roli zapracowanego polityka, wnosić do świętej owczarni języka tego świata, ani używać w Bożej polityce ludzkich zazdrości, domagać się praw, schlebiać tłumom lub zabiegać o względy możnych. Cóż jest najwyższym życzeniem i najlepszą radością wiary? Niech odpowie konający święty. Opowiada się o pewnym pokornym i świętym wyznawcy spośród naszych własnych, krótko przed jego odejściem, że gdy po wielkich cierpieniach zapytał go przyjaciel, „co szczególniejszego poleciłby dla całego życia", odpowiedział krótko: „jednolite posłuszeństwo" — przez co rozumiał, jak opowiada jego biograf, że najszczęśliwszym stanem życia jest ten, w którym nie mamy wydawać poleceń ani kierować, lecz jedynie słuchać; nie mamy wybierać dla siebie, lecz naszą ścieżkę obowiązku, nasz sposób życia, nasze losy mamy wyznaczone przez kogoś innego. Ten los, jak jest oczywiste, nie może być udziałem wszystkich; jest jednak udziałem wielu. Tak Bóg wylewa obficie Swe błogosławieństwa i składa próbę na niewielu; lecz ludzie nie rozumieją swojego zysku i sami biegną ku próbom, nie będąc zdolni do radowania się. Niechaj On da nam łaskę pielęgnowania mądrzejszego rozumienia — by wiele sobie czynić z przywileju, jeśli go mamy: służyć i spoczywać; a jeśli go nie mamy — by go pragnąć i znosić po chrześcijańsku jak zwykłe nieszczęście grzesznika ową wolność od wszelkich więzów, którą świat chwali się jako najwyższe dobro!

← wróć do odkrywania