HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie XV. Walka prawdy z fałszem w Kościele

Gdy szukam swojej drogi albo decyzji Natura i jedność KościołaKościół a świat i państwo
„Królestwo niebieskie podobne jest do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju; gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali do naczyń, a złe odrzucili."
W skrócie. Kazanie ukazuje Kościół jako sieć zagarniającą ryby wszelkiego rodzaju: walka między Prawdą a Fałszem, niegdyś toczona między Kościołem a światem, przeniosła się do wnętrza Kościoła i rozgrywa się w każdej dziedzinie codziennego życia — politycznej, parafialnej, domowej. Newman odrzuca przekonanie, że religia nie jest polityczna, wskazując, że każdy wybór po stronie dobra lub zła jest próbą wiary. Kazanie wzywa do świadomego opowiadania się za Bożą Prawdą w konkretnych, małych sytuacjach codziennego życia.

„mówię tylko, że jest słuszne i niesłuszne, że nie jest rzeczą obojętną, po której stronie staje człowiek, że człowiek będzie sądzony kiedyś za stronę, którą wybrał.”

*„Królestwo niebieskie podobne jest do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju; gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali do naczyń, a złe odrzucili."* — Mt 13,47–48

W epoce Apostołów główny bój między Prawdą a Fałszem toczył się w wojnie prowadzonej przez Kościół przeciw światu, a przez świat przeciw Kościołowi — Kościół, natarcie podejmujący w imię Pańskie; świat, rozdraźniony zawiścią i złością, gniewem i pychą, odpierający oręż duchowy orężem cielesnym, Ewangelię — prześladowaniem, dobro — złem, w służbie szatana. O sporze toczącym się jednak wewnątrz Kościoła, takim jak w dniu dzisiejszym, chrześcijanie wiedzieli stosunkowo niewiele. Prawdą jest, że Duch Proroczy zwiastował im, iż „nawet spośród was samych powstaną ludzie mówiący rzeczy przewrotne, aby pociągnąć za sobą uczniów"; że „w czasach ostatecznych nastaną dni niebezpieczne". Mieli też doświadczenie własnych i dawniejszych czasów, by wskazywało im ono — choćby w typicznym zarysie — że w Kościele zło zawsze będzie się mieszać z dobrem. Tak oto przy potopie w Arce było osiem dusz, a jedna spośród nich była potępiona; spośród dwunastu Apostołów jeden był diabłem; spośród siedmiu Diakonów jeden (jak podają) odpadł w herezję; spośród dwunastu pokoleń jedno odpada przy ostatecznym przypieczętowaniu. Te jednak pouczenia — czy to przez przykłady, czy przez proroctwo — nie wystarczały, by uświadomić im, zanim to nastąpiło, poważną i straszną prawdę zawartą w tekście, mianowicie: że walka, którą Chrystus wszczął między swoją małą trzódką a światem, miała w nieodległym czasie przenieść się do samego Kościoła i być prowadzona przez jego własnych członków jednych z drugimi.

Tego, jak powiadam, pierwsi chrześcijanie nie ujrzeli w spełnieniu, tak jak widzą to nasze oczy; a tak trudno przejąć się naprawdę tym przekonaniem, że nawet dziś, gdy można to wyraźnie dostrzec, ludzie widzieć tego nie chcą. Nie chcą tak otworzyć i oddać swych umysłów Bożej prawdzie, by przyznać, że święty Kościół ma członków nieświętych, że łaski dane są niegodnym, że „Królestwo niebieskie jest podobne do sieci zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju". Uchylają się od tego tajemniczego zarządzenia na rozmaite sposoby. Niekiedy zaprzeczają, że źli ludzie są rzeczywiście w Kościele Bożym, który — ich zdaniem — składa się jedynie z ludzi dobrych. Wymyślili sobie Kościół Niewidzialny, odrębny i kompletny już teraz, zamieszkały wyłącznie przez świętych — jak gdyby Pismo Święte mówiło gdziekolwiek choć słowo o duchowym ciele istniejącym na tym świecie w oderwaniu od Kościoła Widzialnego i niezależnie od niego; a Kościół Widzialny uważają za nic innego, jak tylko część tego świata, jakiś zakład, sektę lub stronnictwo. Albo też, uznając go co prawda za Boże ustanowienie, obniżają jego wymagania co do wiary i świętości oraz jego przywileje, a uważając wspólnotę świętych za czcze słowo, a wszystkich chrześcijan za mniej więcej jednakowych, unicestwiają skutecznie wszelkie wyobrażenie zarówno o Kościele, jak i o walce. Tak więc, w ten czy inny sposób, odmawiają uznania myśli zawartej w tekście — że odmienność, wrogość i walka, które niegdyś istniały między światem a Kościołem, przeniosły się teraz do samego Kościoła.

Ale spróbujmy, z Bożym błogosławieństwem, mocno uchwycić tę prawdę i zobaczyć, czy nie możemy wyciągnąć z niej jakiejś nauki. Tekst powiada, że „Królestwo niebieskie", to jest Kościół chrześcijański, „podobne jest do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju". Gdzie indziej św. Paweł mówi: „W wielkim domu są nie tylko naczynia złote i srebrne, ale i drewniane, i gliniane; jedne do użytku zaszczytnego, inne do użytku pospolitego". Takie zaś fragmenty dopuszczają bardzo różnorakie zastosowania. Rozważę je tu w odniesieniu do walki między Prawdą a Fałszem w Kościele.

Bez wątpienia, w oczach rozumu naturalnego byłoby przywilejem, gdyby wrogowie Chrystusa i naszych dusz byli od nas oddzieleni, a próba naszej wiary odbywała się na jakichś szerokich polach, co do których nie mogłoby być pomyłki; ale tak nie jest „w mądrości Bożej". Wiara i niewiara, pokora i pycha, miłość i egoizm — od wieku Apostołów złączone są w jednym i tym samym ciele; żadne zaś środki ludzkie nie zdołają jednego od drugiego oddzielić. Wszyscy, którzy są w Kościele, korzystają z tych samych przywilejów; wszyscy są ochrzczeni, wszyscy dopuszczeni do Najświętszej Eucharystii, wszyscy pouczeni w Prawdzie, wszyscy wyznają Prawdę. Zawsze też byli tacy, którzy otwarcie głosili skażoną naukę lub oddawali się jawnym występkom — łatwo ich było wykryć i unikać. Ale takich jest niewielu; przeważna część Kościoła chrześcijańskiego wyznaje jedną i tę samą wiarę i wydaje się, że wszyscy w pełni się ze sobą zgadzają. A jednak wśród tych osób, pozornie jednomyślnych, toczy się — jak od początku — rzeczywisty, zagorzały bój między dobrem a złem. Jedni z nich są mądrzy, drudzy głupi. Kto należy do jednej, a kto do drugiej strony, jest przed nami zakryte i zakryte pozostanie aż do dnia sądu; i nie są oni też w tej chwili każdy z osobna ukształtowani na doskonały wzorzec dobra lub zła — różnią się między sobą stopniem i sposobem, w jaki trzymają się jednego lub drugiego; ale to, że w Kościele są dwie strony, dwie strony, choćby ich granice były mgławicowe i nieokreślone, wśród tych, którzy żyją ze sobą w pewnym sensie jak bliscy przyjaciele — to znaczy, którzy spożywają ten sam duchowy Pokarm i wyznają ten sam Skład Wiary — jest rzeczą pewną.

Następnie, o co spierają się te strony? jak i gdzie toczy się ich walka? Apostołowie toczyli spór o prawdziwość Ewangelii z niewiernymi; ich bezpośredni następcy spierali się, choć wewnątrz Kościoła, to jednak z otwartymi herezjami, takimi, którym mogli stawić czoła, je odeprzeć i wykorzenić; ale w czasach późniejszych, w naszych własnych dniach, teraz — o co spierają się dwie ukryte strony w Kościele, wybrani i fałszywi sercem?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć stosownie, zachowując cześć należną temu świętemu miejscu, w którym nie powinno się słyszeć języka świata. A jednak, w tak ważnej sprawie, chciałoby się coś powiedzieć. Ten spór, który najpierw dotyczył samej prawdziwości Ewangelii, następnie prawdziwości nauki, obraca się dziś najczęściej wokół bardzo drobnych spraw powszednich, spraw publicznych, czy też zajęć domowych, czy troski parafialnej — które służą jako sprawdziany naszego stanu religijnego równie prawdziwie jak sprawy większe, w nieomylnym sądzie Bożym — które równie skutecznie kształtują i ćwiczą nas do nieba lub do piekła.

Twierdzę mianowicie, że tak jak pierwsi chrześcijanie byli zobowiązani „usilnie walczyć o wiarę raz podaną świętym", tak próba naszego posłuszeństwa polega zwyczajnie na tym, by opowiedzieć się po tej lub po tamtej stronie w mnóstwie kwestii, w których zdarzają się dwie strony i które stają przed nami niemal ustawicznie; a zanim spróbuję wyjaśnić, co przez to rozumiem, pragnę, byście zauważyli, jak ten stan rzeczy jest równoległy do Bożego sposobu doświadczania i ćwiczenia nas w innych dziedzinach.

Na przykład, jak okazuje się nasza pobożność względem Chrystusa? Zwyczajnie — nie w wielkich sprawach, nie w porzucaniu domu i ziemi dla Jego imienia, lecz w małych ofiarach, z których świat szydziłby, gdyby o nich wiedział; w umartwianiu się w wygodach dla dobra ubogich, w wyrzekaniu się naszych osobistych upodobań dla celów religijnych, w uczęszczaniu do kościoła z osobistą niedogodnością, w szukaniu towarzystwa ludzi pobożnych, choćby nie byli bogaci, ani szlachetni, ani wykształceni, ani utalentowani, ani zajmujący — we wszystkich tych sprawach, z których każda jest z siebie samej zupełnie drobna.

Jak okazuje się zaparcie się siebie? Nie przez dosłowne niesienie Krzyża Chrystusowego i życie na szarańczy i miodzie leśnym, lecz przez takie lekkie umartwienia, jakie stają na naszej drodze, przez biedne wysiłki postu i temu podobne, przez pragnienie ubóstwa raczej niż bogactwa, samotności lub niskości raczej niż wysokich koneksji, przez życie w granicach swoich dochodów, unikanie wystawności, nieufność wobec wygód i zbytków — a wszystko to zbyt błahe, by ten, kto je zachowuje, w ogóle o nich myślał, a jednak pożyteczne w próbowaniu i udoskonalaniu jego serca.

Jak okazuje się chrześcijańska odwaga? Nie przez opieranie się aż do krwi, lecz przez przeciwstawianie się źle rozumianej życzliwości, przez znoszenie natarczywości, przez nieuchylanie się przed zaskoczeniem i bólem tych, których kochamy, przez podejmowanie małych strat, niedogodności, nagan i lekceważeń, byle nie zdradzić tego, co uważamy za Bożą Prawdę, choćby to była cząstka nigdy tak mała.

Jak zatem pobożność chrześcijańska, zaparcie się siebie i odwaga wystawiane są w naszych czasach na próbę w rzeczach małych, tak i wiara chrześcijańska. W epoce Apostołów wiara objawiała się w tej wielkiej decyzji: przystąpić do Kościoła czy do pogańskich lub żydowskich tłumów. W naszych czasach objawia się w opowiedzeniu się po tej lub po tamtej stronie w wielu kwestiach opinii i postępowania, które przed nami stają — czy to domowych, czy parafialnych, czy politycznych, czy jakiegokolwiek innego rodzaju.

Weź najciemniejszego chłopa w najskromniejszej wiosce; jego próba polega na działaniu po stronie Kościoła lub przeciw niemu w swoim własnym środowisku. Może zdarzyć mu się pracować razem z innymi lub spożywać posiłek z innymi; może słyszeć, jak mówi się przeciw religii, lub przeciw Kościołowi, lub przeciw Królowi; może słyszeć głosy podnoszące się razem w szyderstwie lub gwałtowności; musi oprzeć się śmiechowi i kpinom, złym słowom i grubiaństwu, i być świadkiem Chrystusa. Prowadzi on w swym życiu odwieczną walkę między Prawdą a Fałszem.

Inny, w wyższej warstwie społeczeństwa, posiada pewien wpływ w sprawach parafialnych, w rozdzielaniu dóbr dobroczynnych, w mianowaniu urzędników i temu podobnych sprawach; on również musi działać, jak przed obliczem Bożym, dla Prawdy, tak jak chciałby tego Chrystus.

Jeszcze inny posiada pewną władzę polityczną; ma głos do oddania lub podwładnych, których może doradzać; ma głos, który może zabrać, i dobra materialne, które może ofiarować. Niech działa dla religii, a nie tak, jakby Boga nie było na świecie.

Bracia moi, nie mam odwagi milczeć w pewnej dziedzinie chrześcijańskiego obowiązku, w której ludzie wystawiani są na próbę szczególnie mocno w naszych dniach i w której szczególnie upadają.

Mówi się niekiedy, że religia nie jest (jak to się nazywa) polityczna. Otóż jest złe znaczenie słowa „polityczny" i religia nie jest niczym, co jest złe. Ale jest też dobre znaczenie tego słowa i w tym znaczeniu ktokolwiek twierdzi, że religia nie jest polityczna — mówi tak błędnie i (czy to w nieświadomości, czy nie) grzeszy językiem równie pewnie, jak gdyby w czasach św. Pawła ktoś mówił, że nie ma znaczenia, czy jest się chrześcijaninem, czy poganinem; bo czym była kwestia: chrześcijanin czy nie — w dniach Apostoła, tym są dziś kwestie polityczne. Opowiedzenie się po właściwej stronie — a złe po przeciwnej — jest teraz równie słuszne, a złe po drugiej, w owym mnóstwie spraw natury społecznej, które przed nami stają, jak słuszne było stanie się chrześcijaninem w dniach św. Pawła, a złe — pozostawanie poganinem.

Nie mówię, która strona jest słuszna, a która błędna, w ciągłej zmienności powinności społecznych; tym bardziej nie twierdzę, że wszyscy ludzie pobożni są po jednej stronie, a wszyscy niepobożni po drugiej (bo wtedy nastąpiłby ów podział między dobrem a złem, który tekst i inne przypowieści zapewniają nas, że ma nastąpić dopiero w dniu Sądu Ostatecznego); mówię tylko, że jest słuszne i niesłuszne, że nie jest rzeczą obojętną, po której stronie staje człowiek, że człowiek będzie sądzony kiedyś za stronę, którą wybrał.

Kiedy na przykład ktoś mówi, że opowiada się przeciw Królowi lub przeciw Kościołowi, bo uważa, że władza królewska lub ustanowione Kościoły są sprzeczne z Pismem Świętym — uważam go za tak odległego od prawdy, jak daleka jest ciemność od światłości; ale rozumiem go. Zajmuje stanowisko religijne i, cokolwiek myślę o jego nauce, chwalam go za to. Wolałbym, żeby zajął stanowisko religijne (jeśli w szczerości) i był przeciw Kościołowi, niż doczesne i samolubne, a był za nim; to znaczy, jeśli czyni tak w rzeczywistości, nie w pozorach, uważam to za pomyślniejszy znak dla jego duszy. Wolałbym, by Kościół był zrównany z ziemią przez naród, który naprawdę, uczciwie i poważnie sądziłby, że oddaje tym Bogu chwałę (choć grzech byłby przerażający), niż by był podtrzymywany przez naród jedynie ze względu na ochronę własności — bo uważam to za grzech o wiele większy. Uważam, że czciciel mamony znajdzie się w gorszym położeniu przed trybunałem Chrystusa niż zaślepiony zelota. Jeśli człowiek musi być jednym lub drugim (choć nie powinien być żadnym), ale jeśli muszę dla niego wybrać, wolałbym, by był Szawłem szalejącym jak dzikie zwierzę przeciw Kościołowi, niż Gallionem niedbającym o żadną z tych rzeczy, lub Demasem miłującym ten doczesny świat, lub Szymonem handlującym świętymi darami, lub Ananiaszem skąpiącym Chrystusowi swego majątku i szukającym zbawienia jak najtaniej. Byłoby więcej nadziei na nawrócenie takiego człowieka do Prawdy; a gdyby się nie nawrócił — mniejsza kara czekałaby go w dniu ostatecznym. Pan nasz mówi do Kościoła w Laodycei: „Obyś był zimny lub gorący. A tak, żeś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z Moich ust!"

Ludzie jednak na ogół działają z pobudek mieszanych; dlatego nie twierdzę, że od razu są w przerażającym niebezpieczeństwie, ani że są tak źli jak fanatycy rewolucjoniści, ponieważ mają pewien wzgląd na bezpieczeństwo własności, broniąc tego, co zwane jest Kościołem Państwowym — bynajmniej; choć nadal uważam, że byłoby lepiej, gdyby myśl o religii pochłaniała wszystkie inne względy; — ale mówię przeciw otwarcie głoszonej nauce naszych czasów, że religia nie ma nic do czynienia ze sprawami politycznymi; co nie będzie prawdą, dopóki nie będzie prawdą, że Bóg nie rządzi światem, albowiem skoro Bóg rządzi w sprawach ludzkich, tak i Jego słudzy muszą być Mu posłuszni w tych sprawach. A tego, czego powinniśmy się bać bardziej niż czegokolwiek innego w tej chwili, to fakt, że osoby, które mają słuszne poglądy w tej kwestii i wierzą naprawdę, że sprawy narodu powinny być prowadzone według zasad religijnych — boją się to wyznać, i łączą się, nie protestując, z tymi, którzy temu przeczą; żeby nie zachowali swej opinii dla siebie i nie działali razem z krewniakami Galliona, Demasa, Szymona i Ananiasza, na jakiejś czysto świeckiej podstawie — czystej obronie własności, zabezpieczeniu naszych instytucji, uważanych jedynie za świeckie, utrzymaniu naszej narodowej potęgi; zapominając, że jak nikt nie może służyć dwóm panom — Bogu i mamonie — tak nikt nie może być jednocześnie w radzie sług obydwu; — zapominając, że Kościół, w którym oni i inni przebywają, jest siecią zagarniającą wszelkiego rodzaju ryby; że nie ma to żadnego znaczenia, czy inni mają być naśladowani i popierani we wszystkim, dlatego że zdarza się im być w nim i wyznawać przywiązanie do niego; i że choć jesteśmy zobowiązani obcować ogólnie ze wszystkimi (z wyjątkiem oczywiście tych, którzy otwarcie łamią przepisy Kościoła — heretyków, pijaków, ludzi żyjących grzesznie i tym podobnych, których należy oczywiście z niego wykluczyć), to jednak nie jesteśmy zobowiązani pobłażać wszystkim ludziom we wszystkim, co czynią, i zawsze jesteśmy zobowiązani sprzeciwiać się złym zasadom — zobowiązani starać się podnosić poziom wiary i posłuszeństwa w tym mnóstwie ludzi, których choć pod wieloma względami nie pochwalamy, nie możemy twierdzić, że są zupełnie pozbawieni życia Ducha Świętego; i nie pozwalać, by przyjaciel lub nieznajomy opowiadał się przeciw Prawdzie, nie ostrzegając go o tym stosownie do sposobności.

Wreszcie, owo zjednoczenie Prawdy i Fałszu w Kościele, o którym mówiłem, istniało zawsze zarówno w jego rządzącej części, jak i wśród ludu w ogólności. Zbawiciel nasz przedstawia nam tę prawdę w dwudziestym trzecim rozdziale Ewangelii według św. Mateusza, nakazując swoim słuchaczom posłuszeństwo swoim duchowym rządcom we wszystkich rzeczach godziwych, nawet jeśli są oni niegodni swego urzędu, ponieważ go piastują — posłuszeństwo „jak Panu, a nie ludziom". „Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze; wszystko więc, co wam powiedzą, czyńcie i zachowujcie, ale uczynków ich nie naśladujcie, bo mówią, a nie czynią." I nikt, czytając choćby pobieżnie historię Kościoła od czasu, gdy Chrystus był na ziemi, nie może nie dostrzec, że pod wszystkimi formami posłuszeństwa i podporządkowania, życzliwych usług i towarzyskich obcowań, których nakazuje Chrystus, toczona była tajna walka, w najświętszych komnatach świątyni, między Prawdą a Fałszem — słusznie, pokojowo, miłośnie przez jednych, nielitościwie przez drugich, z osobliwą nieraz mieszaniną słusznych zasad i słabości charakteru, lub szczerości i częściowej nieświadomości; zawsze jednak, w całości, walka taka jak walka św. Jana z Diotrefesem, czy św. Pawła z Ananiaszem arcykapłanem, czy Tymoteusza z Hymeneuszem i Aleksandrem. Przez cały ten czas reguły dyscypliny kościelnej były zachowywane po obu stronach, podobnie jak wyznania wiary, jako warunki sporu; niemniej jednak spór się toczył.

Chciałbym teraz, by każdy, kto mnie słucha, wziął sobie do serca to, co powiedziałem, jako poważną prawdę — poważną prawdę, że nie ma nic obojętnego w naszym postępowaniu, że żadna jego część nie jest wolna od obowiązków, że nie ma miejsca na lekkomyślność, byśmy nie igrali z wiecznością. Powszechnie jest mówić o naszych przywilejach politycznych i społecznych jak o prawach, z którymi możemy czynić, co nam się podoba; podczas gdy nakładają one na nas jedynie obowiązki w oczach Bożych. Ktoś mówi: „Mam prawo czynić to czy tamto; mam prawo oddać swój głos tu czy tam; mam prawo popierać tę czy inną sprawę." Bez wątpienia masz prawo — masz prawo wolnej woli — masz od urodzenia wrodzone prawo bycia wolnym sprawcą, czynienia dobra lub zła, zbawienia siebie lub zgubienia siebie; masz prawo, to znaczy masz możność — (mówiąc wprost) moc potępienia siebie; ale (niestety!) słabą pociechą będzie dla ciebie w przyszłym życiu wiedza, że twoja zguba była wyłącznie twoją własną winą, ściągniętą przez ciebie samego — albowiem to, co powiedziałeś, sprowadza się do niczego więcej; i bądź zupełnie pewien, że ludzie nie tracą dusz przez jakiś jeden niezwykły czyn, lecz przez ciąg czynów; a niedbałe, czy raczej zarozumiałe i wyniosłe używanie twojej władzy politycznej, w tę lub w tamtą stronę, wedle własnego upodobania, tak dziś powszechne, zalicza się do tych czynów, przez które ludzie zbawią się lub tracą. Młody człowiek, o którym mówi Salomon, myślał, że ma prawo folgować swoim żądzom, lub jak bogacz w Ewangelii — „użyć sobie, jeść, pić i bawić się"; ale Kaznodzieja mówi do niego: „Raduj się, młodzieńcze, w młodości swojej, a serce twoje niech się weseli w dniach twojej młodości; chodź drogami serca swego i za tym, co widzą twoje oczy, ale wiedz, że za to wszystko Bóg pociągnie cię do sądu".

Podobnie niejeden człowiek, gdy go przestrzegają przed grzechem opuszczenia Kościoła lub błąkania się od jednego miejsca kultu do drugiego, mówi: „ma do tego prawo". Tak, ma osobliwe przekonanie, że jest angielskim prawem myśleć, co się chce, i czynić, co się chce, w sprawach religii. Co więcej, jest to prawo całego świata, nie tylko nasze; jest przywilejem wszystkich istot rozumnych mieć prawo czynić zło, jeśli zechcą. A jednak, ostatecznie, jest tylko jedna droga właściwa i sto dróg błędnych. Możesz czynić, co chcesz; ale pierwszym, który skorzystał z tego prawa, był szatan, gdy upadł; i każdy z nas, gdy czyni to czy tamto w sprawach między sobą a Bogiem, jedynie dlatego, że tak chce, a nie dla sumienia — jest (o tyle) naśladowcą wzorca szatańskiego.

Odsuńmy teraz te próżne marzenia i spójrzmy spokojnie na nasze położenie. Każdy z nas tutaj zebranych jest albo naczyniem miłosierdzia, albo naczyniem gniewu przygotowanym na zagładę; a raczej, powinienem powiedzieć, będzie takim w dniu Ostatecznym i teraz zmierza ku jednemu lub drugiemu. Nie możemy sądzić siebie nawzajem, nie możemy sądzić samych siebie. Wiemy jedynie o sobie, czy staramy się w jakiejś mierze służyć Bogu; wiemy, że On nas umiłował i „obdarzył nas wszelkim błogosławieństwem duchowym w Chrystusie", i pragnie naszego zbawienia. Wiemy o innych wokół nas, że i oni zostali obdarzeni przez tego samego Zbawiciela i że mamy na nich patrzeć jak na naszych braci, dopóki słowem lub czynem otwarcie nie wyrzeką się braterstwa. Lecz prawdą jest nadal, że ów uroczysty proces rozdzielania złych i dobrych wciąż trwa. Sieć zagarnia dziś ryby wszelkiego rodzaju. Na końcu świata nastąpi ostateczny podział; tymczasem dokonuje się stopniowe sortowanie i przesiewanie — milczące, lecz pewne — ku niemu. Prawdą jest również, że wszelkie sprawy, które napotykamy w biegu życia, są próbami naszej wiary i narzędziami naszego oczyszczenia. Prawdą jest i to, że pewne zasady i czyny są słuszne, a inne błędne. I wreszcie prawdą jest, że naszym zadaniem jest odkrywać, co jest słuszne, i zachowywać to i bronić. A nie osądzając stanu naszych braci, a zarazem nie będąc nazbyt gorliwymi w małych sprawach, mamy za obowiązek jasno świadczyć przeciw innym, gdy uważamy ich za błądzących, i wpajać im naszą powagę samą naszą wobec nich postawą; byśmy nie znosili w nich grzechu i tym samym nie stali się jego uczestnikami.

Jeśli to wszystko jest prawdą, niech Bóg sam, Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, uzdolni nas do działania według tej prawdy z całego serca! Niech obdarzy nas tą uczciwością i prostotą umysłu, która patrzy na rzeczy tak, jak On na nie patrzy, urzeczywistnia to, co niewidzialne, usuwa wszelkie cienie i mgły pychy, stronniczości lub chciwości; i nie tylko wie i czyni, co słuszne, lecz czyni to dlatego, że wie — i nie z czystego rozumu i na podstawie argumentów, lecz z serca samego, z ową wewnętrzną i czystą wrażliwością, i troskliwą bojaźnią, i żywą wiarą, i hojną pobożnością, która argumentów nie potrzebuje, jak tylko jako środka wzmocnienia siebie samej i przekonywania oraz zaspokajania innych.

---

← wróć do odkrywania