HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom III

Kazanie XXIII. Kult religijny lekarstwem na wzburzenia

Gdy przytłacza mnie troskaGdy moja wiara stała się letnia Modlitwa ustna i wspólnaLiturgia i jej dzieje
„Czy ktoś wśród was jest strapieniu? Niechaj się modli. Czy ktoś radosny? Niechaj śpiewa psalmy."
W skrócie. Newman dowodzi, że kult religijny — modlitwa, uczestnictwo w nabożeństwach — jest lekarstwem na wszelki stan duszy: troskę, smutek, radość, zwątpienie i oschłość. Regularna praktyka modlitwy liturgicznej nie zależy od chwilowego nastroju, lecz sama go formuje i porządkuje. Kazanie przypomina, że Kościół przez swe nabożeństwa podtrzymuje stały kontakt z rzeczywistością niewidzialną, który leczy zarówno letniość, jak i przeciążenie.

„kult religijny zawiera w sobie coś, co zaspokaja wszelką duchową potrzebę, co odpowiada każdemu nastrojowi duszy i każdej rozmaitości okoliczności”

*„Czy ktoś wśród was jest strapieniu? Niechaj się modli. Czy ktoś radosny? Niechaj śpiewa psalmy."* — Jk 5,13

Zdaje się, że święty Jakub daje w tych słowach do zrozumienia, iż kult religijny zawiera w sobie coś, co zaspokaja wszelką duchową potrzebę, co odpowiada każdemu nastrojowi duszy i każdej rozmaitości okoliczności — ponad tę niebiańską i nadprzyrodzoną pomoc, której wolno nam się spodziewać po modlitwie i chwale Bożej. Modlitwa i uwielbienie jawią mu się jako lekarstwo powszechne, panaceum, jak to się mówi, po które winniśmy sięgać niezwłocznie, cokolwiek nam dokucza. A jako że przypisuje im się ową powszechną skuteczność, wywierają one skutki wręcz przeciwne sobie nawzajem — stosownie do naszej potrzeby: uśmierzają gorączkę ducha albo ją wyprowadzają, zależnie od wypadku. Apostoł nie mówi w tym tekście o grzechu; mówi o wzruszeniach duszy — czy to radosnych, czy smutnych — o dobrym i złym usposobieniu; i na te i wszelkie inne podobne niepokoje modlitwa i chwała Boża są lekarstwem. Grzech ma wprawdzie i swoje właściwe lekarstwa, i to surowsze: pokutę, upokorzenie siebie, zadośćuczynienie, umartwienie i tym podobne. Tekst jednak zakłada przypadek człowieka chrześcijańskiego, nie tylko pokutnika — nie grzechu jawnego i haniebnego, lecz wzruszenia, wstrząsu duszy, żalu, tęsknoty, przygnębienia, wesołości, uniesienia czy zachwytu; i na takie niedomagania mówi: modlitwa i uwielbienie są lekarstwem.

Niedomaganie ciała objawia się bólem gdzieś w organizmie — utrapieniem, które przyciąga ku sobie nasze myśli, skupia je na sobie, utrudnia zwyczajny bieg naszego życia i wytrąca umysł z równowagi. Takie też jest niedomaganie duszy, jakiekolwiek by ono było: namiętność czy uczucie, nadzieja czy lęk, radość czy smutek. Odrywa nas od jasnego rozważania świata przyszłego, burzy spokój i czyni niespokojnymi. Jednym słowem, jest tym, co nazywamy wzburzeniem umysłu. Wzburzenia to niedomagania ducha; i na te wzburzenia nabożeństwa Bożego kultu są — każde na swój sposób — właściwym lekarstwem. Jak tak jest, rozważymy teraz.

**1.** Wzburzenia są dwojakiego rodzaju: świeckie i religijne. Zajmijmy się najpierw wzburzeniami świeckimi. Takimi są: pogoń za zyskiem, za władzą, za wyróżnieniem. Rozrywki są wzburzeniami; oklaski tłumu, współzawodnictwo, nadzieje, ryzyko, swary, spory, zawody, powodzenia. W takich przypadkach ścigany przedmiot wchłania umysł w sposób naturalny i wyklucza z niego wszelkie myśli prócz tych, które go dotyczą. Tak oto człowiek sprzedaje się w niewolę tego świata. Ma przed sobą jedną i tylko jedną myśl, która staje się jego bożkiem. Dzień po dniu pochłonięty jest przez tę jedną rzecz, której składa hołd swego serca. Może ona przyciągać go przez wyobraźnię albo przez rozum; może przemawiać do serca, albo do samolubstwa, albo do pychy. Zawsze jednak — czy jesteśmy młodzi czy starzy, bogaci czy ubodzy — każdy wiek i każdy stan podatny jest na sobie właściwe wzburzenie, które ma moc oczarowywać oko naszego umysłu, osłabiać nas i niszczyć. Nie od razu — broń Boże! — lecz stopniowym procesem, aż każda myśl o religii znika przed kontemplacją tego bliższego dobra.

Najpospolitszym z tych wzruszeń, przynajmniej w tym kraju, jest pogoń za zyskiem. Człowiek może żyć od tygodnia do tygodnia w gorączce przyzwoitej chciwości, której nadaje jakąś stosowniejszą nazwę (na przykład: pragnienie spełnienia obowiązku wobec rodziny) — aż do chwili, gdy serce religii zostanie z niego wyjedzone. Może żyć i umrzeć pochłonięty swoim gospodarstwem lub handlem. Albo może trudzić się dla zdobycia jakiegoś wyróżnienia, zależnego od tego, czy potrafi się dobrze wykazać w pewnych trudnych okolicznościach, i wymagającego żmudnych przygotowań. Albo unosi go bezmyślnie jakiś lekki, zmysłowy przedmiot, który napełnia umysł próżnymi marzeniami i troskami, z których nie ma pożytku. Albo bywa zaangażowany w ogólne sprawy życia; pełen planów i projektów, politycznych knowań i wysiłków, nienawiści, zawiści, urazy lub triumfu. Może być zajęty kierowaniem innymi, przekonywaniem, przechytrzaniem, odpieraniem ich. Znowu zaś może trwać w jednym lub drugim z tych stanów nie przez całe życie, lecz przez pewien czas — i to jest przypadek częstszy. W każdym razie, dopóki tak żyje, czy przez dłuższy, czy przez krótszy czas, zachodzi to jedno: myśl o religii zostaje wykluczona przez siłę wzburzenia, które na nim ciąży.

Zauważmy więc, jakie jest lekarstwo. „Czy ktoś w strapieniu? Niechaj się modli. Czy ktoś radosny? Niechaj śpiewa psalmy." Tu widzimy jedno bardzo doniosłe pożyteczne działanie modlitwy i uwielbienia dla nas wszystkich: przerywa ono bieg myśli światowych. I tu właśnie tkwi szczególna korzyść z regularnego kultu: że regularnie wkracza w natarczywość świeckich wzruszeń. Nasza codzienna modlitwa, ranna i wieczorna, zawiesza nasze zajęcia doczesne i zmysłowe. A zwłaszcza czynią to codzienne modlitwy Kościoła. Mówię „zwłaszcza", bo człowiek wśród trudów życia często ulega pokusie okradania się z prywatnego nabożeństwa pod presją zajęć. Nie ma wielu minut, które mógłby im poświęcić; i jeśli przez przypadek zostaną mu przerwane, pora mija i ginie bezpowrotnie. Natomiast publiczne nabożeństwo ma pewną długość i nie może być przerywane; i jest dość długie, aby uspokoić i ustabilizować umysł. Pismo Święte musi być czytane, psalmy muszą być śpiewane, modlitwy muszą być zanoszone — każda rzecz przychodzi we właściwej kolejności. Twierdzę: jest rzeczą niemożliwą (pod Bożym błogosławieństwem), by ktokolwiek uczestniczył w Codziennym Nabożeństwie Kościoła „z czcią i bojaźnią Bożą" oraz z pragnieniem i wysiłkiem skupienia na nim myśli — i nie znalazł się przez to otrzeźwiony i przywrócony do refleksji. Jakiż życzliwszy gest może być, gdy człowiek jest wzburzony, niż gdy przyjaciel kładzie mu rękę na ramieniu ostrzegawczo, aby go zahukać i przywołać do siebie? Niejednokrotnie wywiera to skutek uchronienia nas od gniewnych słów, przesadnych wypowiedzi, nierozważnych żartów lub pochopnych postanowień. Takie też jest błogosławione działanie świętych nabożeństw na chrześcijan zaprzątnętych wieloma rzeczami: przypomina im o jednej rzeczy potrzebnej i strzeże ich przed wciągnięciem w wielki wir czasu i zmysłów.

Jest to — niechaj to będzie zaznaczone — jedna z ważnych korzyści wynikających z ustanowienia Dnia Pańskiego. Poza przywilejem otrzymania jednego dnia w tygodniu na religijną uroczystość, chrześcijanin może go przyjmować jako miłosierne wkroczenie w bieg jego zwyczajnych zajęć, aby go nie pochłonęły. Większość ludzi dostrzega to rzeczywiście; poczuje się strudzony kurzem tego świata, gdy nadejdzie sobota, i zrozumie, że jest to łaską, iż nie jest zmuszony pracować bez wytchnienia. Są jednak liczni tacy, którzy gdyby nie wyraźne ustanowienie religijne, czuliby się skuszeni lub sądziliby, że jest ich obowiązkiem, kontynuować świeckie prace — nawet gdyby zwyczaj społeczny pozwalał im na odpoczynek. Wielu rzeczywiście ulega tej pokusie: gdy mają na widoku jakiś naglący cel i sądzą, że nie mogą sobie pozwolić na stracenie dnia. I wielu zawsze: na przykład ci, którzy wykonują pewne zawody, nieregulowane — jak handel mniej lub bardziej — godzinami i miejscami. I znaczna liczba, czego się obawiać należy, ulega tej pokusie; a zły tego skutek objawia się na różne żałosne sposoby, aż do zniszczenia zdrowia i rozumu. We wszystkich tych przypadkach tygodniowe nabożeństwa modlitwy i uwielbienia przychodzą do nas jako łaskawe wytchnienie, przerwa od świata, przebłysk trzeciego nieba — aby świat nie ograbił nas z naszej nadziei i nie zniewolił pod władzą tego srogiego pana, który knuje naszą wieczną zgubę.

Widzicie zatem, jak wzburzenia świeckie są leczone przez kult religijny: mianowicie przez to, że są rozbijane i unieszkodliwiane.

**2.** Rozważmy teraz, jak wzburzenia religijne są uzdrawiane przez to samo Boże lekarstwo.

Gdybyśmy zawsze trwali w drodze światła i prawdy, posłuszni Bogu od dzieciństwa, z pewnością mało byśmy wiedzieli o tych wzbieraniach i zamętach duszy, które są u nas tak powszechne. Ludzie, którzy wzrastali w wierze i bojaźni Bożej, odznaczają się spokojną i wyrównaną pobożnością; tak dalece, że niejednokrotnie zarzuca im się właśnie dlatego oziębłość, letniość, formalizm, brak wrażliwości, obojętność na świat przyszły. Tymczasem rzecz oczywista z natury swojej, że człowiek, który zawsze żył w rozważaniu i korzystaniu ze swoich przywileji ewangelicznych, nie dozna owego wstrząsającego zdumienia i gwałtownej radości, które czułby — i powinien by czuć — gdyby nigdy nic o nich nie wiedział. Stróż więzienny, który po raz pierwszy usłyszał nowinę o zbawieniu przez Chrystusa, dał wyraźne znaki uniesienia. Jest to z pewnością naturalne i słuszne; niemniej jest to stan wzburzenia, i — jeśli wolno mi tak powiedzieć — wszelkie stany wzburzenia mają w sobie niebezpieczne skłonności. Dlatego nie można być pewnym nowego nawróconego; albowiem w owym wzniesionym stanie ducha, w jakim się on początkowo znajduje, uczucia mają o wiele większą władzę niż rozum czy sumienie; i jeśli nie uważa, mogą go porwać — niczym wicher — w złym kierunku. Balansuje na jednym punkcie, na szczycie wzbudzonego umysłu, i może łatwo upaść. Choć jednak niebezpieczeństwo to nie istniałoby lub przynajmniej nie byłoby powszechne ani poważne, gdyby ludzie nawracali się do Boga od wczesnej młodości, to niestety w rzeczywistości tak się nie dzieje. W rzeczywistości są oni podatni na wpływ wzburzenia, gdy zaczynają szukać Boga; i powstaje pytanie, co z nimi wówczas uczynić.

Otóż często udziela się takiej rady: „Oddaj się wzburzeniu; gdy opadasz, szukaj nowego; żyj myślą o Bogu; chodź czyniąc dobro; niechaj światło twoje świeci przed ludźmi; opowiadaj im, co Bóg uczynił dla twej duszy" — przez co w szczegółach rozumie się: powinni oni wyobrażać sobie, że mają coś ponad wszystkich innych ludzi; powinni zaniedbywać swoje świeckie powołanie albo co najwyżej znosić je jako krzyż; przyłączać się do jakiejś szczególnej grupy wyznaniowej; brać udział w tym lub owym towarzystwie religijnym; chodzić słuchać obcych kaznodziejów i narzucać innym swoje nowe uczucia i nowe opinie — w porach stosownych i niestosownych. Mówię teraz o usposobieniu nie tych, którzy wyznają przynależność do Kościoła, lecz tych, którzy odłączają się, mniej lub bardziej, od jego dyscypliny. Przywołuję ich tu z tego powodu: często mówi się, że schizma i odszczepieństwo są jedynie przypadłościami usposobienia religijnego; że ci, którzy w nie wpadają, jeśli są pobożni, są w sercu tacy sami jak synowie Kościoła, różniąc się tylko jakąś zewnętrzną różnicą form i okoliczności. Nie jest tak. Duch odszczepieństwa, rozpatrywany sam w sobie, jest daleki od ducha Chrystusowego i Jego Kościoła Świętego Powszechnego, w jakimkolwiek stopniu może lub nie może być urzeczywistniony w poszczególnych jednostkach. Pełen jest zarozumiałości, braku czci, surowego osądzania innych, pragnienia pokazu i zgiełku. Należy zatem zawsze podkreślać, że jest on różny — aby ludzie nie dawali się w niego wciągać w przekonaniu, że różny nie jest.

Że różni się on od ducha i postawy pierwszych chrześcijan, jasno wynika przynajmniej z historii. Jeśli było kiedyś, kiedy owe szczególne nieporządki, które dziś są tak powszechne, mogły się rozpleniać, to był nim wczesny Kościół. Ludzie, którzy przez całe życie żyli w zbrudzeniach grzechu niewymawialne, którzy pogrążeni byli w mroku pogaństwa, zostali nagle przywiedzione do światła chrześcijańskiej prawdy. Wszystkie ich grzechy zostały im hojnie darowane, zmyte do czysta w wodach Chrztu. Otworzył się przed nimi nowy świat myśli; najbardziej zdumiewające rzeczy stanęły przed ich wiarą. Jakiż to musiał być stan uniesienia! Wiemy, że tak było, z opisu takich ludzi w Dziejach Apostolskich. Stróż więzienny „radował się, uwierzywszy Bogu z całym swoim domem". I jakiż to był stan wzburzony i krytyczny! Krytyczny i niebezpieczny tym bardziej, im większa była jego rzeczywista szczęśliwość; bo im większe przywileje łaski, tym większe ryzyko ich nadużycia. Mimo więc swej szczęśliwości byli w stanie zagrożenia, i to właśnie wskutek wzburzenia umysłów. Jak zatem uniknęli owego entuzjazmu, który dziś panuje, owej braku czci, bezwstydu i zuchwalstwa? Mówię: gdyby kiedykolwiek w jakimś wieku miał zapanować ów gorączkowy duch, który dziś panuje, to byłyby nim czasy wczesnego Kościoła; jak to się więc dzieje, że nie czytamy powszechnie o tym, co zdarzyło się w pewnej mierze i przez pewien czas w Kościele korynckim — o chrześcijanach nieposłusznych wobec swych przełożonych, twierdzących, że ich własne serca są najlepszymi sędziami w sprawach religijnych, ganiących tych wokół siebie, dobierających sobie nauczycieli i przez to rozrywających Kościół Chrystusowy na dziesięć tysięcy części? Jeśli kiedy zewnętrzna budowa chrześcijaństwa była w niebezpieczeństwie, to z pewnością wtedy. Jak to się stało, że niezrównoważone żywioły w jej wnętrzu nie wybuchły i nie rozbiły w drobne kawałki naczynia, które je zawierało? Jak to się stało, że przez piętnaście wieków Kościół był zachowany od owych szczególnych stanów duchowych i nieporządków uczuć i zachowania, które dziś trapią go jak febra?

Otóż z pewnością, patrząc na zewnętrzne i pośrednie przyczyny, cuda odegrały wielką rolę w zapewnieniu tej błogosławionej trzeźwości pierwszym chrześcijanom. Chroniły ich od samowoli i przesady i kształtowały ich w duchu bojaźni Bożej. Tak więc święty Paweł, po nawróceniu, nie był — by tak rzec — pozostawiony samemu sobie. Jego miłosierny Pan trzymał nad nim swoją rękę i kierował każdym jego krokiem, aby nie zboczył z drogi i nie zabłądził. Nie chciał mu naraz powiedzieć wszystkiego, co ma czynić, choć święty Paweł tego pragnął; ale kazał mu „wstać i iść do miasta", a tam miało mu być powiedziane, co ma uczynić. Prowadzony był za rękę — stosowny obraz jego duchowego stanu — i przywiedziony do Damaszku. Potem trzy dni trwał bez wzroku, bez jadła i napoju. W tym czasie był wciąż trzymany w niepewności i nieświadomości co do tego, co go czeka, i oddany modlitwie. Owo ogołocenie — ciemność, post i niepewność — miało działanie trzeźwiące. Wtedy posłano do niego Ananiasza, aby go ochrzcił. Zaraz zaczął głosić Chrystusa w Damaszku, lecz wkrótce został zatrzymany, pokrzyżowany w planach, posłany do Arabii z dala, na trzy lata. Potem wrócił do Damaszku i znowu, głosząc Chrystusa, w niedługim czasie zmuszony był uciekać z narażeniem życia. Przyszedł do Jerozolimy i znowu zaczął głosić. Tu naprzód miał trudność z uzyskaniem uznania od Apostołów, którzy przez pewien czas go się obawiali; potem Żydzi uknuli spisek, aby go zabić. Gdy modlił się w Świątyni, ukazał mu się Chrystus i nakazał mu odejść z Jerozolimy. Bracia odprowadzili go do Cezarei; stąd udał się do Tarsu. Któż nie dostrzeże w tej historii, jak Apostoł był hamowany i trzymany w ryzach przez wyraźne rozkazy i opatrzność Bożą, rzucającą nim tu i ówdzie, bez wyjaśnienia dlaczego? Po tym wszystkim minęło wiele lat, zanim posłany został, by głosić poganom — i to dopiero po uroczystym wyświęceniu.

Tak więc cudowna opatrzność Boża, wprawiając serca w bogobojny lęk i trzymając je w posłuchu, zdaje się być jednym ze szczególnych środków, przez które pierwsi chrześcijanie zostali zachowani od entuzjazmu; a prześladowania Kościoła stały się innym. Lecz środek bardziej zwyczajny jest taki, z którego możemy korzystać i dziś, jeśli zechcemy: regularny bieg nabożeństw kościelnych, krąg modlitwy i uwielbienia, który był przecież także częścią dyscypliny świętego Pawła, jak widzieliśmy, i który wywiera najprzychylniejszy wpływ na niespokojny i wzburzony umysł, dając mu ujście, a zarazem uspokajając go, kojąc, kierując i oczyszczając.

Aby wejść w szczegóły. Często zdarza się, że w rodzinie wychowanej razem ktoś nagle dostępuje tego, co się zowie nawrócenia religijnego. Taka osoba pragnie być bardziej pobożna niż inni, pragnie czynić coś więcej niż zwykło się czynić, lecz nie wie dokładnie, co czynić. Okaże się zwykle, że przyłącza się do jakiejś partii dysydentów, głównie z tego powodu, by dać sobie dowód większej surowości. Umysł jej jest w stanie wzburzenia; zdaje się ona mówić za świętym Pawłem: „Panie, co chcesz, abym czynił?" I to jest przyczyną, raz po raz, upadku ludzi z Kościoła. Stąd zrodziło się przekonanie, że ciała dysydentów posiadają więcej prawdziwej religii niż Kościół — mówię, z tej właśnie przyczyny: że gorliwi ludzie, przebudziwszy się do poczucia religii, pragną czynić coś więcej niż zwykło się czynić i przyłączają się do sekt i herezji jako do ulgi dla swoich umysłów, chcąc uwolnić się od silnych uczuć, które, zamknięte w nich, gnębią ich. I nie mogę zaprzeczyć, że w ten sposób owe ciała zyskują, a Kościół traci, gorliwie religijnych ludzi — a raczej tych, którymi z czasem by się stali. Zbyt prawdziwe jest bowiem, obawiam się, że o ile sekty te są w ten sposób zasilane i uszlachetniane z Kościoła, o tyle same osoby, które do nich przystępują, doznają uszczerbku. Tracą większą część owego religijnego światła i ciepła, które wiązało się z nimi, choćby nawet dotąd były niedbałe i korzystały z niego tylko częściowo. Jest to tak, jakby żywa ręka dotknęła zimnego żelaza: żelazo nieco się ogrzewa, lecz ręka staje się zimna. Tak oto kwiat prawdy, zapowiedź prawdziwej religii, zostaje stracony dla Kościoła. Ludzie zaczynają dobrze, lecz uwiedzeni własną chwiejnością, odpadają.

Tutaj właśnie, gdybyśmy tylko umieli z nich korzystać, nabożeństwa Kościoła wkraczają, by skoić i poprowadzić wzburzony umysł. „Czy ktoś w strapieniu? Niechaj się modli. Czy ktoś radosny? Niechaj śpiewa psalmy." Czy ktoś jest w stanie wzburzenia ducha? Nie potrzeba biec do obcych kaznodziejów i zebrań, aby uwolnić się od swojego niepokoju. Możemy mu ofiarować surowszą regułę życia, a przy tym bezpieczniejszą. Czyż Pan nasz nie uczynił rozróżnienia między życiem Marty a życiem Marii — i nie potępiając Marty, która dla Niego trudziła się w znojach życia, przecież pochwalił raczej Marię, która siedziała u Jego stóp? Czyż święty Paweł nie czyni rozróżnienia między powinnościami niezbędnymi dla chrześcijanina a tymi, które są godne i chwalebne? Niechaj niespokojni przychodzą na nabożeństwa Kościoła, które nastroi ich umysły w harmonii z prawem Chrystusa, a zarazem odciąży ich. Czyż święty Paweł nie „modlił się" przez trzy dni swej ślepoty? Potem modlił się w Świątyni, gdy ukazał mu się Chrystus. Niechaj to będzie dobrze rozważone. Możemy wznosić domy Boże bez liku w całym kraju, co jest istotnie naszym obowiązkiem; możemy mnożyć rezydentnych kapłanów; możemy — z mniej chwalebną gorliwością — czynić wszystko, co w naszej mocy, aby zadowolić wielu lub zamożnych; lecz nic z tego nie pozbawi ciał dysydenckich ich cnoty i uroku, jakiego w tej mierze doznają. Ich siłą jest pozór surowości większej niż u członków Kościoła. Dopóki my sami nie będziemy wierniej wypełniać naszych wyznawanych zasad; dopóki nie będziemy mieli w czynie i rzeczywistej praktyce częstszych nabożeństw uwielbienia i modlitwy, naprawdę katolickich planów czczenia Boga i służby człowiekowi; dopóki nie ukażemy szlachetniejszych i piękniejszych form chrześcijańskiego poświęcenia ku podziwianiu i prowadzeniu ludzi lepszego pokroju — nie uczyniliśmy, można by powiedzieć, nic. Potrzeba nam z pewnością czegoś więcej niż materialnych murów; potrzebujemy „ducha i prawdy" niebiańskiej Jeruzalem, czcicieli „trwających jednomyślnie w Świątyni, z radością i prostotą serca, wielbiących Boga", wytrwałych i skutecznych w modlitwie, i przez to — nie szukając tego — „mających łaskę u całego ludu".

Ktokolwiek zatem pragnie zyskać pocieszenie dla swej duszy, przybliżyć obecność Chrystusa do samego swego serca i czynić rzeczy najwyższe i najchwalebniejsze dla całego świata — powiedziałem mu, jak postępować. Niechaj chwali Boga; niechaj święty Psałterz Dawida będzie jak słowa codzienne w jego ustach, jego codziennym nabożeństwem, wciąż powtarzanym, a wciąż nowym i wciąż świętym. Niechaj się modli; niechaj zwłaszcza wstawia się za innymi. Nie wątp w moc wiary i modlitwy, aby osiągnęła u Boga wszystko. Jakkolwiek byś się starał, nie możesz czynić uczynków, które dałoby się porównać z tymi, jakich dokonuje wiara i modlitwa w imię Chrystusa. Gdybyś dał ciało swe na spalenie i wszystkie dobra rozdał ubogim, nie mógłbyś uczynić tyle, ile przez ustawiczne wstawiennictwo. Niewielu jest bogatych, niewielu może cierpieć dla Chrystusa; wszyscy mogą się modlić. Gdybyś był Apostołem Kościoła albo prorokiem, nie mógłbyś uczynić więcej, niż możesz uczynić przez moc modlitwy. Nie chodź więc na manowce, szukając nowych sposobów służenia Bogu i niesienia pożytku ludziom! „Pokażę wam drogę jeszcze doskonalszą". Przybądźcie na nasze nabożeństwa; przybądźcie na nasze Litanie; wyjdź z własnego samolubnego serca; wylej się w myśl o grzechu i grzesznikach, w rozważanie Tronu Bożego, Jezusa Pośrednika między Bogiem a człowiekiem, i owej chwalebnej Kościoła, której powierzono szafowanie Jego zasługami. Aspiruj do tego, by być tym, czym Chrystus chciałby cię uczynić — Jego przyjacielem, mającym u Niego moc i zwyciężającym. Inni ludzie nie będą się modlić za siebie. Ty możesz się modlić za nich i za powszechny Kościół; a modląc się, znajdziesz w niedoskonałościach swojej modlitwy dosyć, aby przypomnieć ci o twojej własnej nicości i strzec cię przed pychą, gdy dążysz do doskonałości.

Muszę jednak dobiegać końca. Tak oto, w obydwu wypadkach — czy wzburzenia nasze płyną z rzeczy tego świata, czy z przyszłego — chwała i modlitwa będą, przez miłosierdzie Boże, naszym lekarstwem: trzymając umysł od marnotrawstwa, uspokajając go, kojąc, trzeźwiąc, stabilizując; nastrajając go ku woli Bożej i duchowi Ducha, ucząc go miłować wszystkich ludzi, być pogodnym i wdzięcznym, i poddanym we wszystkich zrządzeniach Opatrzności wobec nas.

O, gdybyśmy znali nasze prawdziwe szczęście teraz, gdy Chrystus przyszedł, zamiast być nadal, przez większą część, jak poganie — jak owce bez pasterza! Niechaj dobry Pan wypełni swój zamiar wobec nas we właściwym swoim czasie. Amen.

← wróć do odkrywania