*„I rzekł pan do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki, i przymuś do wejścia, aby się napełnił dom mój."* — Łk 14,23
Przypowieść o Wielkiej Uczcie, z której wzięte są te słowa, znajduje się również w Ewangelii według św. Mateusza, z tym szczególnym dodatkiem, że jeden spośród gości tak przymusem wprowadzonych okazał się nieodzianym w szatę weselną i w następstwie tego nie tylko odprawiony jako niegodny, lecz skazany na karę. „Przyjacielu, jakoś tu wszedł, nie mając szaty weselnej? A on oniemiał. Wtedy rzekł król sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi, weźcie go i wyrzućcie w ciemność zewnętrzną; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów; bo wielu jest wezwanych, ale mało wybranych." „Przyjacielu, jakoś tu wszedł?" Można by sądzić, iż odpowiedziałby: „Zostałem wciągnięty przemocą"; jednakże Zbawiciel nasz powiada: „A on oniemiał" — i orzeka jego wieczną karę. Zaiste, coś nader uroczystego i wstrząsającego kryje się w nauce zawartej w tej Przypowieści. Wynika z niej, że jesteśmy zmuszeni do przyjęcia przywilejów religijnych, za których użycie ponosimy odpowiedzialność, a za których nadużycie zostaniemy skazani. Jesteśmy zmuszeni stać się chrześcijanami, a jednak owo przymusowe okoliczności nie są brane w rachubę, gdy nadchodzi dzień obrachunku. Ta sama nauka zawarta jest w Przypowieści o talentach. Sługa, który ukrył talent swego pana, żywił, jak się zdaje, podobne myśli o sprawiedliwości i słuszności, jakie człowiek cielesny tak często pielęgnuje po dziś dzień — pewne wyobrażenie o wyrównaniu rachunków z panem, jeśli zostawi dar nienaruszony, jak gdyby mógł umyć ręce (jak to się powiada) od całej sprawy i nie ryzykować ani zysku, ani straty; czując, że powierzono mu rzecz drażliwą, że groziło wielkie niebezpieczeństwo niepowodzenia, że pan jego był człowiekiem surowym i wymagającym, mającym własne pojęcia o tym, co słuszne i należne, i nieustępliwym; i że wobec tego najbezpieczniej trzymać się z dala, nie mieć żadnych trosk, i tak uniknąć niebezpieczeństwa. Lecz i tu tego samolubnego rozumowania dosięga ta sama surowa konieczność, jeśli tak ją nazwać wolno. Prawo jego natury zostaje mu przypomniane przez Stwórcę owego prawa; pewne nieodwracalne przeznaczenie przedstawione jest jako ogarniające go zewsząd — przeznaczenie odpowiedzialności, los bycia wolnym, niezbywalne prawo do wyboru między życiem a śmiercią, nieuchronna perspektywa nieba i piekła. „Z ust twoich będę cię sądził, sługo niegodziwy." — „A nieużytecznego sługę wyrzućcie w ciemność zewnętrzną." I tak samo o Judaszu mówi Pan: „Biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany; lepiej by było temu człowiekowi, gdyby się nie urodził." A przecież się urodził, dopuszczono go do zdrady i został potępiony.
Ta sama nauka zawarta jest w Starym Testamencie; jak na przykład w pamiętnych słowach proroka Ezechiela, w których Bóg Wszechmogący mówi do Izraelitów: „To, co przychodzi na myśl waszą, nie stanie się nigdy, iż mówicie: Będziemy jako narody i jako pokolenia ziemi, służąc drzewu i kamieniu. Jakom żyw, mówi Pan Bóg, ręką mocną i ramieniem wyciągniętym, i gniewem wylewanym, królem nad wami będę... I przeprowadzę was pod rózgą, i wprowadzę w więzy przymierza."
Zanim przejdę do rozważenia tej nader uroczystej i pewnej prawdy — pewnej, jeśli Pismo Święte jest prawdziwe — pragnę was błagać, abyście rozważyli, kto to właśnie zawarł ją w tej Przypowieści. Jest nim nasz Pan Chrystus. Tutaj, jak i w innych miejscach, nie pozostawił swoim sługom — lecz wziął na siebie (można by rzec) odpowiedzialność, śmiałbym wręcz powiedzieć odium, głoszenia wstrząsających nauk. Rozważcie zatem Jego słowa i czyny, tak jak objawiają się w Ewangeliach. Czyż nie jest On twórcą religii, którą każdego dnia słyszymy nazywaną — i najsłuszniej nazywaną — łagodną, dobroczynną, miłosierną i pokrzepiającą? Czy Jego własny charakter, jak zgodnie głosi powszechna opinia wszystkich ludzi, nie jest nader łagodny, delikatny, troskliwy i pełen miłości? Czy ktokolwiek może czytać historię Jego życia i śmierci, nie będąc sam przekonany o prawdziwości tego powszechnego sądu? Tym bardziej, czy ktokolwiek, wchodząc choćby w pewnej mierze w głębię łaskawej nauki o Odkupieniu, o Jego przebłaganiu za grzechy na Krzyżu, może nie posiadać wyraźnego przekonania, że nie ma nic na całym świecie, co mogłoby być dla nas uczynione, a czego On nie uczynił i nie uczyni? A jednak to On właśnie pozostawia nas pod tym jarzmem. Przez swoje westchnienia i łzy tedy, przez mozolne wędrówki, przez gorliwe mowy, przez swą agonię i śmierć, przez wszystko, co uczynił, przez wszystko, co wycierpiał, zdaje się nam błagać, abyśmy Mu zaufali; raczy nas błagać, byśmy na wiarę przyjęli prawdziwość i słuszność Jego słów, gdy oświadcza, że jesteśmy zmuszeni przyjmować miłosierdzia Boże, a mimo to karani za ich nadużywanie.
Teraz nieco szerzej rozwinę ogólny stan tej sprawy, a następnie pokażę, jak chrześcijanie są w nią szczególnie zaangażowani.
**1.** Na pierwszym miejscu rozważcie to, co jako pierwsze nasuwa się naszym myślom: nasze narodzenie na świat. Przyjmijmy, że jest to świat radości, a jednak niezaprzeczalnie jest to również świat trosk i bólu. Większość ludzi uzna, że ból w całości przewyższa radość w całości. Lecz czy tak jest, czy nie jest z większością ludzi, nawet gdyby znalazł się jeden tylko człowiek na całym świecie, który tak sądzi, wystarczy mi to do mego celu. Wystarczy mi do mego celu, jeśli tylko znajdzie się ktoś, kto uważa chorobę, zawód, troskę, utrapienie, cierpienie, lęk za tak wielkie nieszczęścia, że wolałby się nie urodzić. Jeśli to jest uczucie choćby jednego człowieka, ów jeden człowiek jest — jak jest to jasne — w odniesieniu do samego swego istnienia tym, czym chrześcijanin jest względem swych nowych narodzin: niechcianym odbiorcą daru. Nie pytają nas, czy obieramy ten świat, zanim się na nim rodzimy. Nakładają na nas jego jarzmo, czy chcemy, czy nie; skoro nie możemy w sposób oczywisty wybierać albo nie wybierać, zanim zostanie nam udzielona zdolność wyboru, ten dar śmiertelnej natury.
Jest to jedna z myśli, która dumie refleksyjnych, lecz bezbożnych umysłów bywa niekiedy kamieniem obrazy. Butne, niecierpliwe, buntownicze serca, znajdując się w posiadaniu tego daru życia i rozumu, walczą z tym, czego cofnąć nie mogą — zwracają ów dar przeciwko sobie i za jego pomocą wywodzą argumenty przeciwko niemu. Daremnie uderzają i rozbijają się o przeznaczenie, do którego są przykute; a ponieważ nie mogą unieważnić swego stworzenia, myślą zemścić się, bluźnierczo podnosząc się przeciw swemu Stwórcy. „Dlaczego jestem? dlaczego nie mogę unicestwić siebie? dlaczego muszę cierpieć?" Takimi to pytaniami się trapią; niekiedy nawet wychodząc z życia przez samozadaną przemoc, w obłędnej nadziei, że może mają władzę nad własnym bytem. A gdy spełnią ten zgubny czyn i znajdą się — jak to niezawodnie nastąpi — nadal jako istoty czujące, świadome, niezależne, z własnymi myślami i wolami, i upodobaniami, i sądami, kto zdoła wyobrazić sobie grozę, która ich ogarnia w owym nowym stanie istnienia? Groza znajdowania się bez ciał, bez czegokolwiek, czego dotknąć by można, na co obrócić i wyładować swą wściekłość, bez niczego prócz samych siebie — bez ciał, a żyjące, żyjące bez żadnej władzy nad zasadą swego życia, która spoczywa jedynie w woli Tego, kto ich powołał do bytu, a którego zbluźnili!
Albo też niekiedy ten brak pokory przybiera inną postać. Wielu jest takich, którzy, nie podnosząc się wprost przeciw woli Bożej, nie chcą jednak uznać, że ich obowiązkiem jest służyć Bogu w owym porządku, cokolwiek by nim był, w który On postanowił ich wpisać; że są odpowiedzialni za to, co czynią, i że muszą wydobyć z siebie, mocą swej woli, to, co w sposób należyty odpowiada okolicznościom, w których się znajdują. W konsekwencji z rozmysłem i zasadniczo pozwalają się nieść biernie prądem życia, czymkolwiek by on się stał. Przychodzi do nich pokusa — ulegają jej; niebezpieczeństwo — są tchórzami; bodźce do cnoty — stają się cnotliwi; religia w modzie — przyjmują wyznanie; nie wchodząc w żadnym wypadku w prostą i doniosłą prawdę, że okoliczności, które na nich przychodzą, są rzeczami zewnętrznymi zarówno wobec ich wyboru, jak i ich odpowiedzialności — są jedynie warunkami wyznaczonymi przez Boga Wszechmogącego, w których się znaleźli (dlaczego — pytać nie warto), i które ich mądrością jest przyjmować jako takie, przyjmować, używać i doskonalić.
Przytoczyłem te przykłady braku pokory nie dla nich samych, lecz aby przez kontrast zobrazować owe prawo naszego narodzenia, o którym mówię, a mianowicie, że jesteśmy wprowadzeni bez pytania nas o zgodę w pewien stan rzeczy, w życie cierpienia i duchowej próby, i że imperatywnie zobowiązani jesteśmy do posłuszeństwa Bogu w tym stanie, jak gdybyśmy sami się weń wprowadzili, pod groźbą straszliwych następstw, jeśli tego nie czynimy.
**2.** Taki jest nasz los jako ludzi; takim samym jest jako chrześcijan. Na przykład: nie wolno nam dorastać, zanim wybierzemy naszą religię. Tak samo mało wybieramy naszą religię, jak mało wybieramy swoje narodzenie. Dzieje się to za nas bez naszego udziału. Jesteśmy chrzczeni w niemowlęctwie. Nasi chrzestni ślubują za nas. Rozważając zatem, jak wielkie są z jednej strony przywileje Chrztu, a z drugiej jak wielkie niebezpieczeństwo opierania się im i ich nadużywania, jest to nader poważna myśl. Słowa św. Pawła o niebezpieczeństwie gaszenia daru łaski są rozstrzygające: „Niemożliwe bowiem jest — mówi — tych, którzy raz zostali oświeceni i skosztowali daru niebieskiego, i stali się uczestnikami Ducha Świętego, i zakosztowali dobrego słowa Bożego i mocy przyszłego wieku, gdy odpadną — powtórnie odnowić ku pokucie."
Potrafię wyobrazić sobie kogoś, kto wpadł w grzech, mówiącego: „O, gdybym nigdy nie był ochrzczony! O, gdybym nie narażał się na to wielkie ryzyko! O, gdyby jeden Chrzest udzielany raz na odpuszczenie grzechów był jeszcze przede mną! O, gdybym jeszcze nie miał za sobą owego jednorazowego obmycia i był wolny od konieczności nieustannego starania się o utrzymanie stanu, do którego zostałem wprowadzony!" Ale tak być nie może; jesteśmy chrześcijanami od najwcześniejszych lat, nie możemy zrezygnować ani z wielkiego przywileju, ani z odpowiedzialności zeń płynącej; i zamiast cofać się przed odpowiedzialnością, musimy raczej pocieszyć się przywilejem, rozważaniem pełności udzielonej nam pomocy ku wsparciu nas we wszystkich próbach naszych; i tak zachęceni, musimy iść naprzód, mężnie współpracując z Bogiem.
Podobnie rzecz się ma z naszym wychowaniem. Wychowujemy się jako chrześcijanie. Nie wolno nam, nie możemy stać z boku i powiedzieć, że zachowamy nieuprzedzony sąd i sami rozstrzygniemy. Stwierdzamy, że jesteśmy chrześcijanami; a naszym obowiązkiem jest nie rozważać, co byśmy czynili, gdybyśmy chrześcijanami nie byli — nie zajmować się dysputami, przesiewaniem dowodów na rzecz chrześcijaństwa, ważeniem tej lub tamtej strony — lecz działać wedle danych nam reguł, dopóki nie będziemy mieli powodów sądzić, że są błędne, i upewniać się na własnym doświadczeniu o ich prawdziwości, idąc naprzód przez działanie zgodne z nimi — przez ich owoce w nas samych. Poganie być może zobowiązani są zgłębiać kwestię dowodów, lecz naszym obowiązkiem jest posługiwać się talentami, które stwierdzamy w sobie, i sprawdzać ich autentyczność przez czyny, nie przez argumenty.
Są to przykłady (takie, jak zamierzałem przytoczyć) naszego wtrącenia w posiadanie pewnych zalet lub niedogodności i naszego zobowiązania do działania stosownie do naszego stanu, do współpracy z nim, zgodnie z daną nam siłą wewnętrzną, zamiast cofania się przed nim. Widzicie, jak równoległa jest metoda chrześcijańska do metody natury. Bóg wyznacza nas z natury na synów grzesznego Adama, istoty odpowiedzialne z nigdy nie umierającymi duszami — jakby siłą; i za pośrednictwem Kościoła w podobny sposób daje nam Sakrament nowych narodzin i wychowuje nas w prawych zasadach, czy chcemy, czy nie.
**3.** Lecz ów przymus ze strony Kościoła jest jeszcze pilniejszy i rozleglejszy, niż dotychczas wspomniałem, i może stosownie będzie przytoczyć kilka dodatkowych jego przykładów, aby utrwalić w waszych umysłach zasadę, na której się opiera.
Po pierwsze, przytoczę zadziwiający fakt, że — jak się zdaje — całe domy były chrzczone przez Apostołów, co musiało obejmować zarówno niewolników, jak i dzieci. Zdaje się, że dorośli, jeśli zależni od pana domu, za jego nawróceniem stawali się uczestnikami jego przywilejów i jego obowiązków. Tak było to zarządzone w Starym Testamencie w przypadku Abrahama, którego obrzezanie pociągnęło za sobą, z Bożego rozkazu, obrzezanie jego sług razem z nim: „wszystkich mężów domu jego, rodzonych w domu i kupionych za pieniądze od obcego." Podobnie czytamy w Dziejach Apostolskich, że gdy Lidia nawróciła się, nie tylko ona sama została ochrzczona, lecz niemal jako rzecz oczywista (takie bowiem jest wrażenie, jakie sprawia święty przekaz), „dom jej" również. Znowu, gdy strażnik więzienia w Filippi zostaje ochrzczony, nie tylko on, lecz „on i wszyscy jego natychmiast." Znowu w Pierwszym Liście do Koryntian św. Paweł mówi o ochrzczeniu „domu Stefanasa." Okoliczności i warunki niezbędne do tego postępowania, jak i ograniczenia, którymi było ono obwarowane, nie wymagają tu rozważenia; pragnę jedynie wskazać na zasadę zawartą w samym tym postępowaniu.
Inny zadziwiający przykład przemocy stosowanej przez pierwotny Kościół wobec ludzi znajdziemy w ówczesnym zwyczaju przywodzenia tych, którzy posiadali niezbędne ku temu dary, do święceń bez pytania ich o zgodę. Pierwsi chrześcijanie zapatrywali się na święcenia kapłańskie zgoła inaczej — niestety, jakże inaczej niż my! — niż wiek obecny. Dziś urząd duchowny jest nierzadko uważany za zawód tego świata — za środek utrzymania, za zapewnienie bytu; kojarzy się w ludzkich umysłach z życiem stosunkowo wygodnym, a przynajmniej nie utrudzonym — z poszanowaniem i komfortem, ze skromną zasobnością, ze stanowiskiem w społeczeństwie. Niestety! nie odczuwamy żadnej z tych trwóg w związku z nim, które sprawiały, że pierwsi chrześcijanie uciekali od niego! W ich oczach jednak (pomijając ryzyko podejmowania go w czasach prześladowania) był to urząd tak uroczysty, że im świętszym był człowiek, tym mniej skłonny był go przyjąć. Czuli, że jest to w pewnym sensie wzięcie na siebie odpowiedzialności za innych ludzi i powierzenie sobie ich zbawienia; czuli, że prawie niemożliwe jest podjąć go bez narażenia się na pokropienie krwią zgubionych dusz. Rozumieli coś niecoś z języka św. Pawła, gdy mówił, że nałożona jest na niego konieczność, i biada mu, jeśliby nie głosił Ewangelii. W konsekwencji wzbraniało ich od tego dzieła, jak gdyby (posługując się słabym porównaniem) kazano im nurkować po perły na dno morza albo wspinać się po stromym i zawrotnym urwisku. Prawda, wiedzieli, że obfita pomoc niebieska udzielona im zostanie stosownie do ich potrzeby; ale wiedzieli też, że choćby jakakolwiek część dzieła miała być ich własna — choć mieli tylko współpracować z Bogiem — to i tak w takim przypadku było to dostatecznie przerażające zadanie. Dosłownie więc uciekali w wielu wypadkach, gdy wzywani byli do świętego urzędu; a Kościół dosłownie chwytał ich siłą i (wzorem samego nawrócenia św. Pawła) nakładał na nich konieczność.
I jeszcze raz: rozważcie postępowanie Kościoła od pierwszej chwili, gdy jakiekolwiek przychylenie cywilne zostało mu okazane, a ujrzycie nowy przykład owej zasady przymuszania, o której mówię. Czym są nawrócenia narodów, do jakich dochodziło w wiekach średnich, gdy królowie poddawali się Ewangelii, a ich ludy szły za nimi, jeśli nie wychodzeniem na drogi i między opłotki i zmuszaniem ludzi do wejścia? I choć można wyobrazić sobie wypadki, w których ów nacisk stosowany był niemądrze, zbyt gwałtownie, nie w porę lub zbyt rozlegle, zasada jego nie jest inna niż zasada Chrztu domowników wspomnianych w Dziejach Apostolskich. Znowu: cóż innego było ową religijną i dobroczynną siłą (tak ją nazwijmy), która niegdyś chroniła prawą naukę za pomocą kar państwowych i zmuszała człowieka do namysłu dwa razy i trzy razy, zanim lekkomyślnie wypowiedział jakieś nierozważne słowo lub szerzył jakiś heterodoksyjny pogląd? Obowiązek publiczny, dziś zupełnie zaniedbany wskutek jego nadużycia w pewnych czasach i miejscach, oraz skłonności ludzi do przechodzenia w reakcji z jednej skrajności w drugą.
**4.** Niechaj mi teraz będzie wolno zauważyć, na zakończenie, jakie światło rzuca prawo Opatrzności, które właśnie wyjaśniałem, na okoliczności i sposób sprawowania jeszcze jednego ustanowienia Kościoła — mam na myśli Bierzmowanie. Choć pod pewnym względem poszczególni chrześcijanie zawsze podlegają władzy przymuszającej Kościoła, to jednak w miarę jak życie się toczy, są coraz bardziej od niej odłączani; i w porównaniu z tym, czym byli w dzieciństwie, w pewnej chwili można ich nazwać ludźmi wolnymi. Nie cieszą się już — przynajmniej nie w tym samym znaczeniu co przedtem — przywilejem i łaską bycia zależnymi. Bierzmowanie jest ostatnim aktem Kościoła, zanim ich od siebie odprawi. Błogosławi ich i wysyła w świat z domu ich młodości, by szukali swej drogi w życiu. Kończy swój nad nimi przymus błogosławieństwem; błogosławi ich siłą i wypuszcza. Zostają posłani przez swych bliskich, by je przyjąć; poddają się i odtąd są wolni. O bracia moi, młodzi i starzy, jest to myśl napawająca trwogą — myśl nader wzruszająca dla tych, którzy są świadkami Bierzmowania, lecz myśl nader straszna dla tych, którzy w nim uczestniczą. Wy, którzy macie pieczę nad młodymi, dbajcie o to, by ich przyprowadzać do Bierzmowania; niechaj czas nie przemija; niechaj nie starzeją się zanadto. Dlaczego? Bo wtedy nie będziecie mogli ich przyprowadzić; czas przymusu minął; są sami sobie panami. Lecz powiecie, że może wciąż jeszcze macie wpływ na swe dzieci i podopiecznych i możecie skłonić ich do przyjścia, choćby przekroczyli wiek. O, lecz co, gdybyśmy nie chcieli ich przyjąć? Tak się bowiem może zdarzyć. Chodzi mi o to, że gdy mężczyzna lub kobieta dorośli, wymaga się od nich o wiele więcej niż przedtem, a oni mniej zdolni są temu sprostać. Gdy ludzie są młodzi, zanim ukształtują się ich umysły, zanim splamią szatę chrzcielną i nabędą złych nawyków — oto czas na Bierzmowanie, które udziela im łaski, dzięki której mogą dokonać owego „dobrego dzieła", które Chrzest w nich rozpoczął. Lecz gdy weszli już w świat — jakikolwiek by był ich wiek, bo różni się u różnych osób — gdy podjęli już wojnę ze światem, ciałem i diabłem, gdy ich umysły uformowały się już w jakiś określony kształt, a tym bardziej gdy dobrowolnie zgrzeszyli w jakiś rażący sposób — czy są skłonni być należycie przygotowani do Bierzmowania, nawet jeśli dadzą się nakłonić do zgłoszenia się?
Gdy dorosły człowiek przychodzi chłodno i obojętnie, i jedynie dlatego, że posyłają go do nas bliscy, czy my, słudzy Chrystusa, możemy go przyjąć? Czy możemy przyjąć jako będącego w stanie czysto biernym kogoś, kto jako osoba dojrzała lat powinien być dojrzały i w swych zasadach religijnych? Strzeżcie się więc wszyscy, którzy macie pieczę nad młodymi, abyście nie opuścili czasu przyprowadzenia ich po łaskę Bożą, kiedy możecie ich przyprowadzić, bo nie wróci. Przyprowadźcie ich, gdy serca ich są jeszcze miękkie; mogą uciec spod waszej ręki i nie zdołacie ich odzyskać.
Z drugiej strony, te same rozważania stosują się z większą siłą do samej młodzieży: to ich własna sprawa. Ci, którzy są w wieku, by być bierzmowanymi, powinni przystąpić do Bierzmowania niezwłocznie, zanim zestarzeje się zbytnio, by być bierzmowanym — mam na myśli: zanim nie zostanie ubierzmowany w inny sposób, który powstrzyma ich od tego świętego bierzmowania; zanim nie otrzyma owego nędznego bierzmowania, które mają ci, co się w grzechy pogrążają — dotknięcia tego zaraźliwego świata i nałożenia dłoni diabelskiej. Nie znacie siebie, bracia moi; nie możecie ręczyć za siebie; nie możecie ufać własnym obietnicom co do siebie; nie wiecie, co się z wami stanie, jeśli nie przyjmiecie darów łaski, gdy są ofiarowane. Są one niejako narzucone wam teraz. Jeśli je od siebie odepchnięcie — a w tym wypadku, bez wątpienia, możecie przełamać ów przymus, możecie być mocniejsi niż Boże miłosierdzie — możecie odłożyć to święte ustanowienie, bo nie smakuje wam w tej chwili ścisłe życie religijne, bo nie interesujecie się swymi wiecznymi perspektywami. Niestety! bo wiedzcie, że możecie tym samym uczynić krok, którego nigdy nie będzie można odrobić. Te błogosławione środki łaski być może odmienią wasze serce i wolę, i sprawią, że pokochacie służbę Bożą. Lecz pora raz utracona nie powróci nigdy. Rok po roku może mijać, a wy będziecie coraz dalej od Boga. Może rzucicie się w otwarte i dobrowolne grzechy — a może nie; lecz i tak nie kochając Boga ani trochę bardziej. Serce wasze może być przy świecie; możecie przejść przez życie w duchu zimnym, niewierzącym, ciasnym, bez wysokich dążeń, bez miłości rzeczy niewidzialnych, bez miłości Chrystusa, Zbawiciela waszego. Taki będzie koniec odrzucenia łaskawego przymusu Boga Wszechmogącego: niewola tego świata i boga tego świata. Niechaj Bóg nas wszystkich, młodych i starych, od tego wybawi przez Jezusa Chrystusa.