HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie VIII. Pokój i radość wśród karania

Gdy zawiniłem i nie umiem sobie wybaczyćGdy nie mam oparcia Cierpliwość i męstwoMiłosierdzie Boże
„Choćby mię zabił, jednak w Nim ufać będę."
W skrócie. Kazanie pokazuje, że doświadczenie kary Bożej może współistnieć z pokojem i radością duchową, jeśli serce ufnie przyjmuje Boże miłosierdzie. Pokój nie jest brakiem cierpienia, lecz wewnętrzną harmonią z wolą Bożą. Newman zachęca do szukania radości w samym Bogu, nie w okolicznościach życia.

„Zgrzeszyliśmy wbrew łasce wtedy udzielonej — wielu z nas ciężko; i pytanie teraz brzmi: gdzie stoimy i jak mamy uzyskać drugie przebaczenie?”

*„Choćby mię zabił, jednak w Nim ufać będę."* — Hi 13,15

Uczucie to pojawia się często w Piśmie Świętym — bądź wyrażone wprost słowami, bądź zawarte w postępowaniu dobrych ludzi. Wynika ono z przekonania, że Bóg jest naszą jedyną mocą, naszą jedyną ucieczką; że jeśli czeka nas jakiekolwiek dobro, leży ono u Boga; jeśli można je osiągnąć, osiąga się je przez przystępowanie do Boga. Choćbyśmy znaleźli się w złym położeniu nawet po przyjściu do Niego, z pewnością będzie ono jeszcze gorsze, jeśli od Niego stronimy. Jeśli On zechce dopuścić do siebie takich grzeszników jak my — bo to jest jedyna kwestia — tedy naszą mądrością jest zbliżać się do Niego niezwłocznie w taki sposób, jaki On wyznacza lub który zdaje się pochwałę zyskiwać. Tak czy owak nie ma nikogo innego, do kogo moglibyśmy pójść; jeśli więc On odmówi nas przyjąć, jesteśmy zgubieni. Z drugiej strony, jeśli nas przyjmuje, musimy być gotowi poddać się Jego woli, jakakolwiek ona jest wobec nas — przyjemna czy bolesna. To, czy nas karze, czy nie, i jak dalece przebacza, jak dalece odnawia, jakie dary udziela — wszystko to należy do Niego; a naszą częścią jest przyjmować dobro i zło, stosownie do tego, jak On daje.

To ogólne uczucie wyraża zdaje się na swój sposób święty Piotr, gdy woła: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego". W innym tonie i w innych okolicznościach okazuje się ono w Synu Marnotrawnym, gdy rzekł: „Wstanę i pójdę do ojca mego, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i przed tobą, i nie jestem już godny, abym był nazywany synem twoim; uczyń mię jako jednego z najemników twoich". Przejawia się jako pokój i radość w słowach Dawidowych: „A choćbym chodził w dolinie cienia śmierci, nie będę się bał złego, bo Ty jesteś ze mną"; a przemawia w tekście ustami ciężko udręczonego i boleśnie zakłopotanego Hioba: „Choćby mię zabił, jednak w Nim ufać będę". Szukający prawdy, marnotrawni, którzy żałują, święci radujący się w świetle, święci kroczący w ciemności — wszyscy mają jedno słowo na ustach, jedno wyznanie w sercu: „ufać Panu na wieki, albowiem w Panu Jehowie jest moc wieczna".

Jest jeszcze inny przypadek, różny od wszystkich tych, w którym równie jest naszym obowiązkiem i mądrością opierać się na Bogu: mianowicie gdy jesteśmy rzeczywiście karani za nasze grzechy. Hiob utrzymywał swoją niewinność, której zaprzeczali jego przyjaciele, sądząc, iż jego nieszczęścia są karą za jakąś tajemną niegodziwość wychodzącą teraz na jaw. On zaś, świadom swej prawości i szczerości w przeszłości, mógł tylko trwać w ciemności, dopóki Bóg nie objawi, dlaczego karze jak grzesznika tego, kto był „doskonały i prawy, bogobojny i stroniący od złego". Lecz ludzie mogą często

być świadomi tego, że narazili się na niezadowolenie Boże, i świadomi tego, że je cierpią; a wtedy ich obowiązkiem jest nadal ufać Bogu, godzić się, a raczej współdziałać z Jego karą, jakby to była pokuta nałożona przez siebie samych, a nie uderzenia Jego rózgi. Albowiem Bóg jest naszym miłosiernym Ojcem, i gdy karze swoje dzieci, czyni to przecież niechętnie; i choć w pewnym sensie jest to w sądzie, to w innym i wyższym — w miłosierdziu. On sprawia, by to, co samo w sobie jest złem, stało się dobrem; i nie uchylając pierwotnego prawa swego sprawiedliwego rządu, że cierpienie winno następować po grzechu, kieruje nim ku temu, by było zarazem leczniczym lekarstwem i karą. Tak oto „w gniewie" „wspomina na miłosierdzie". Tak rozstrzyga święty Paweł, przytaczając słowa Salomona: „Synu mój, nie lekceważ karania Pańskiego ani nie upadaj na duchu, gdy On cię strofuje; albowiem kogo Pan miłuje, tego karze, i chłoszcze każdego syna, którego przyjmuje". Widzisz, że nazywa to „karaniem" i „strofowaniem", a jednak pochodzi to z „miłości"; i naszym obowiązkiem jest przyjmować to jako takie, i błogosławić Go, i wielbić Go w tym.

A Pismo Święte dostarcza nam kilku godnych uwagi przykładów osób wychwalających Boga lub wezwanych do chwalenia Go, gdy są pod Jego ręką; warto tu przytoczyć niektóre z nich.

Na szczególną uwagę zasługuje napomnienie, jakie Jozue skierował do Akana, który miał być skazany na śmierć za zatrzymanie części łupów z Jerycha, i który w ten sposób umierał widocznie pod samą rózgą, nie mając — jeśli ktokolwiek kiedykolwiek tak miał — żadnej pociechy, by ufać Bogu, ani nadziei na pożytek ze służby Mu. „Synu mój" — mówi do niego Jozue — „oddaj, proszę, chwałę Panu Bogu Izraelowemu i złóż Mu wyznanie". Tak zaczął; zauważ jednak, że jego następne słowa były tak surowe, jakby żaden obowiązek, żadna pociecha nie pozostawała grzesznikowi — tylko rozpacz. Mówi dalej bez litości: „Czemuś nas zasmucił? Pan zasmucać cię będzie dnia dzisiejszego". „I ukamienowało go całe Izraelstwo kamieniami, i spalili je ogniem" — jego „i jego synów, i jego córki" — „po ukamienowaniu ich kamieniami".

Inny godny uwagi przykład dany nam jest w dziejach Jonasza — mam na myśli jego modlitwę do Boga Wszechmogącego z wnętrzności ryby. Najtrafniej ilustruje on przypadek prawdziwego, choć błądzącego sługi Bożego, karanego, lecz błogosławiącego Boga pod karą i poddającego się jej nawet bez żadnej wyraźnej nadziei na wyjście z niej: „Wołałem — mówi — w utrapieniu moim do Pana, i wysłuchał mię; z brzucha piekielnego krzyczałem, a Tyś wysłuchał głos mój. Boś mię wrzucił w głębokość, w serce morza, i rzeka ogarnęła mię; wszystkie bałwany Twoje i fale Twoje przeszły nade mną. Tedy rzekłem: Wygnany jestem od obliczności Twojej, wszakże spojrzę jeszcze ku świętemu przybytkowi Twojemu… Gdy mi zemdlała dusza moja, wspomniałem na Pana, i przyszła modlitwa moja do Ciebie, do przybytku świętości Twojej. Ci, którzy chowają marności próżne, opuszczają miłosierdzie swoje. Ale ja z głosem chwały ofiarować Ci będę; co ślubowałem, to oddam. Zbawienie jest Pańskie".

Mogłoby się zdawać, że nic nie powinno być prostsze do pojęcia niż stan ducha tu opisany, jakkolwiek trudno go urzeczywistnić; mam na myśli połączone odczucie, że Bóg nas miłuje, a jednak karze, że jesteśmy w Jego łasce, a jednak jesteśmy pod Jego rózgą lub możemy pod nią popaść; odczucie nadziei i trwogi zarazem, zawieszenia, braku widocznej drogi, przy ogólnym jednak przekonaniu, że Bóg poprowadzi nas nią, jeśli Mu zaufamy. I tym bardziej tak jest, że bardzo niewielu — a raczej nikt w ogóle — nie musiałoby przyznać, gdy się nad tym zastanowi, że wielokrotnie ciężko obrażało Boga, mimo wszystkiego, co On dla nich uczynił; i że, o ile wiedzą, zasługi Chrystusowe mogą im nie być tak przypisane, by zwolnić ich od jakiejś kary, która będzie wymagać od nich uczuć przeze mnie opisanych. A jednak tak jest — przynajmniej w dzisiejszych czasach — że ludzie mają trudność z pojęciem, jak chrześcijanie mogą mieć nadzieję bez pewności, smutek i ból bez przygnębienia, zawieszenie z pogodą i ufnością; jak mogą wierzyć, że w pewnym sensie są w blasku oblicza Bożego, a w innym sensie go utracili. Przystępuję więc do opisania stanu ducha, który, jak mi się zdaje, nikt nie powinien błędnie rozumieć — jest to bowiem kwestia zwykłego rozsądku.

Weźmy człowieka poważnie wierzącego — o takich bowiem mówię. Żyje w nawyknieniu modlitwy; stara się służyć Bogu i dzięki miłosierdziu Bożemu ma nagrodę za takie pobożne życie. Ma świadomość, że Bóg go nie porzucił; ma dobrą nadzieję nieba. Nie mówię o jej sile, lecz o tym, że jest to mniej lub bardziej dobra nadzieja. Nie rozmyśla on wprawdzie często nad okolicznościami przyszłości, nie zatrzymuje się myślą nad tym, co go czeka; lecz mam na myśli to, że nie patrzy naprzód z niepokojem, czując wokół siebie dowody — których nie może odeprzeć — obecnej miłości Bożej ku sobie: możność uczestniczenia w ustanowieniach Bożych, zdolność do wypełniania w pewnej mierze swego obowiązku, pojmowanie prawdy ewangelicznej, możność przyjęcia, podziwu i umiłowania wzniosłych i świętych poglądów na rzeczy — wszystko to razem świadczy, że w tej chwili, nie wchodząc w spekulacje ani rachunki co do tego, jak stanie przed trybunałem Chrystusowym, jest on w pewnym prawdziwym sensie w łasce Bożej. To uczucie może wahać się od ledwie drżącego przeczucia, zaledwie wschodzącą i niepewną nadzieją, aż po spokojną, choć stłumioną ufność; a jednak coś w tym rodzaju jest stanem ducha wszystkich ludzi poważnych. Nie żyją w stanie bezpośredniego przerażenia, bo dzień sądu jest w przyszłości; i na chwilę obecną mają jakoś świadomość, że są jeszcze w rękach Bożych, i przez to są podtrzymani.

Wyobraźmy sobie jednak człowieka (a taki jest los większości chrześcijan), który ma świadomość jakiegoś świadomego grzechu lub grzechów w przeszłości, jakiegoś ciągu grzechów, albo też w późniejszym życiu odkrył w sobie jakiś tajny i subtelny grzech. Przyjmijmy, że człowiek ten uświadamia sobie, że był nadmiernie pobłażliwym ojcem i że dzieci wskutek tego ucierpiały; albo że był surowy i przez to od niego odwrócił tych, którzy powinni mu byli ufać; albo że nadmiernie umiłował dobra doczesne i że teraz dosięga go nagle jakiś dotkliwy upadek w następstwie tego; albo że przy pewnych sposobnościach dopuszczał grzech w innych, gdy mógł był ich ostrzec, a oni już odeszli i czas naprawienia jest miniony; albo że w życiu podjął jakiś fałszywy krok, zawarł związki bez pobożnego namysłu lub tym podobne — jakiż będzie jego stan, gdy dotrze do niego przekonanie o grzechu, jakikolwiek on jest? Czy uzna się za całkowicie poza łaską Bożą? Sądzę, że nie; ma świadomość swych obecnych przeważających nawyków posłuszeństwa, mimo że nie jest tak staranny, jak być powinien; wie, że służył Bogu na ogół; wie, że naprawdę pragnął pełnić wolę Bożą, choć nie starał się tak, jak powinien był, lub był niedbały w pewnych szczegółach co do rozpoznania tej woli. Jakkolwiek bardzo może być wstrząśnięty i jakkolwiek sam siebie potępia i nienawidzi, jakkolwiek będzie się uniżać — nie sądzę, by zwykle popadał w rozpacz. Z drugiej jednak strony, czy skłoni się do mniemania, że Bóg mu przebaczył? Sądzę, że też nie; nie uwierzę, by miał tak mało pokory i tyle zuchwałości. Nie mówię o zwykłych ludziach, którzy nie mają stałych zasad, którzy przyjmują i odrzucają religię, jak to się zdarza, lecz o ludziach poważnych; i nie będę lekkomyślnie przypisywać żadnemu z takich, że łatwo przyjął mniemanie, iż uzyskał bezwzględne przebaczenie za grzechy swojego dotychczasowego życia. Kto miałby mu przebaczyć? Skąd miałby o tym wiedzieć? Nie, nie widzę dla niego pewności; będzie wprawdzie przekonany, że Bóg nie odrzucił go od swojego oblicza, cokolwiek były jego grzechy; będzie bowiem rozumował: „Gdybym był zupełnie odrzucony, nie mógłbym mieć żadnego świętego pragnienia ani choćby spróbować jakiegoś dobrego czynu". Jego zewnętrzne przywileje, ogólne usposobienie i nawyknienie ducha zapewniają go o tyle; lecz z równą pewnością pamięć mówi mu

że miał na sumieniu grzechy; nie ma żadnego zapewnienia, że ich tam jeszcze nie ma; a co stało się, co stanie się z nimi, jakie mają przyszłe następstwa — to jest dla niego nieznane. Żyje więc pod dwoma uczuciami jednocześnie, w żadnej mierze ze sobą niezgodnymi: jednym — obecnego zadowolenia, drugim — nieokreślonej trwogi; a patrząc na Dzień Sądu, nadzieja i obawa powstają w nim jednocześnie.

Wyobraźmy sobie dalej, że taki człowiek rzeczywiście popadł w kłopoty, i to oczywiście wynikające z danego grzechu. Na przykład: przyjmijmy, że był porywczy i gwałtowny, lub niesprawiedliwy, i że w następstwie spotyka go poważna dolegliwość ze strony skrzywdzonej osoby; albo że zaniedbał jakiś oczywisty obowiązek i teraz spadają na niego skutki tego zaniedbania; albo że w minionych latach był nieroztropny w sprawach pieniężnych i trwa w kłopotach, które z nich wynikły. Oto człowiek ten doświadcza z pewnością, z całą jasnością, której nie może odeprzeć, podwójnego oblicza Bożej Opatrzności wobec siebie; widzi bowiem wyraźnie Jego miłość i ojcowską troskę w możności uczestniczenia nadal w ustanowieniach Bożych oraz w wewnętrznych dowodach owej wiary, posłuszeństwa i pokoju, które tylko od Boga mogą pochodzić; z drugiej zaś strony widzi Jego niezadowolenie równie wyraźnie w nawiedzeniu, które przychodzi na niego z zewnątrz. Wiem, że nieraz się mówi, iż takie próby dla prawdziwego chrześcijanina nie są wyrokami, lecz poprawą; a jednak są zarazem wyrokami i poprawą: są z pewnością miłosiernymi poprawami, ale są też wyrokami. Nie sposób, by człowiek nie uważał

(na przykład) nieposłusznych dzieci za karę za dawne ich zaniedbywanie, lub nędzy za wyrok za dawne rozrzutność — bez względu na to, jak wielkie jest jego obecne posłuszeństwo, większe lub mniejsze; bez względu na nadzieję, że Bóg jest dlań łaskawy mimo dawnych grzechów; bez względu na jego obowiązek i zdolność do przemiany tego w błogosławieństwo. Twierdzić inaczej — to wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wbrew więc doktrynie dziś popularnej, że „jeśli chodzi o grzech miniony — minął, Bóg mu przebaczył" — naprawdę nie sądzę, by jakiś istotnie poważny i pokorny chrześcijanin sam z siebie tak myślał lub sam z siebie tak powiadał, choć wielu daje się nakłonić do takiego sposobu mówienia przez brak powagi, a wielu dlatego, że inni w to się wciągają. Bóg nie przebaczył bezwzględnie przeszłego grzechu — oto dowód, że nie: karze go. Powie się: przebaczył mu pod względem jego wiecznych skutków. Gdzie dowód? — wszystko, co widzimy, to że go karze. Jeśli wnioskujemy z tego, co widzimy, nie przebaczył go wcale. Tu człowiek powie: „Jak może być dla mnie łaskawy w inny sposób, jeśli nie był łaskawy, by przebaczyć? Czyż przebaczenie nie jest pierwszym stopniem łaski?" Było takim, gdy przyjmowaliśmy Chrzest; czy jest takim od tej chwili, musi być rozstrzygnięte z Pisma Świętego. Na pewno, jeśli kierujemy się tym, co mówi nam rozum (a nalegam na to, co powiedziałby rozum, nie dlatego, jakoby Pismo mówiło inaczej, lecz ponieważ ludzie zdają się często mieć wielką trudność w pojęciu tego, co się ma na myśli, mówiąc, że Bóg mógłby być dla nas łaskawy, a mimo to nie przebaczyć nam bezwzględnie) — powiadam, że nic nie jest bardziej zgodne z rozumem, sądząc z naszego doświadczenia życiowego, niż to, byśmy mieli obecną łaskę i pomoc Bożą bez pełnego

przebaczenia za przeszłość. Przypuśćmy na przykład, że dziecko nas nie posłuchało, a nieposłuszne doznało wypadku. Czy natychmiast stawiamy je do odpowiedzi? Czy nie czekamy raczej pewien czas, aż będzie w stanie odpowiednim, by z nim porozmawiać, i gdy będziemy mogli lepiej ocenić, czy to, co je spotkało, jest dostateczną karą? Pomijamy na razie winę i zachowujemy się wobec niego, jakbyśmy nie mieli powodu do niezadowolenia. Jest to jeden z tysięcy przypadków, jakie zdarzają się w codziennym życiu, gdy odnosimy się życzliwie — ba, miłujemy osoby, z którymi jesteśmy niezadowoleni i z którymi zamierzamy kiedyś porozmawiać. Z pewnością więc te dwa pojęcia są zupełnie różne: odłożenie tego, co minęło, i okazanie życzliwości w chwili obecnej. Oczywiście, przytoczony przykład nie jest dokładną analogią do naszego stanu przed Bogiem; żadna dokładna analogia nie jest możliwa. Nie wiemy nawet, co znaczy twierdzić, że Bóg, który widzi koniec od początku, przebacza w jednym czasie bardziej niż w innym. Możemy jedynie przyjmować prawdę Bożą taką, jaka jest nam dana. Wiemy, że jest przynajmniej jeden czas, gdy przebacza tym, co do których przewiduje, że odpadną i zginą; mam na myśli czas Chrztu. Pragnie On zbawienia tych, którzy ostatecznie go nie osiągają. Nie wynika więc stąd, że ponieważ jest dla nas nadal łaskawy, uzdalnia nas do służby Mu i sprawia, że Go miłujemy, przeto nie mamy żadnych zaległości posłuszeństwa, żadnego długu kary, który mógłby być wzięty pod uwagę przeciwko nam, gdy nas nawiedza. I tak dalekie jest od dziwności to, że jesteśmy w tym podwójnym stanie przed Jego obliczem i powinniśmy mieć te mieszane uczucia ku Niemu, że jest to raczej nazbyt rozumne, byśmy nie zgadzali się z tym, chyba że Pismo mówi inaczej.

Lecz może się powiedzieć, że Pismo mówi inaczej; że głosi, iż wszyscy, którzy żałują, będą przebaczeni. Bez wątpienia; ale czym jest nawrócenie? Czy nawrócenie jest dziełem jednego dnia? Czy to tylko słowo? Czy wystarczy powiedzieć: „Żałuję"? Rozważmy różne usposobienia ducha, w jakich jesteśmy z godziny na godzinę; jak wiele czujemy w jednym czasie, czego nie czujemy w innym. Jaki stopień lub jaki rodzaj uczucia jest wystarczający? Biorąc pod uwagę, jak nasze serca nas zwodzą, czy nawet najgorętszemu uczuciu można ufać? Czy syn z Przypowieści nie rzekł: „Idę, panie" — i nie poszedł? Czy sądzisz, że zamierzał iść, czy nie zamierzał, gdy tak obiecywał? Czy nie myślał, że mówi poważnie, gdy tak nie było? Jeśli odczuwamy boleść z powodu grzechu, oddajmy chwałę Bogu; świadczy to, że On przemawia do naszych serc, że chce, byśmy się nawrócili, że prowadzi nas ku nawróceniu; nie świadczy jednak, że należycie się nawróciliśmy i że On rzeczywiście nam przebaczył.

Może się powiedzieć, że Pismo głosi, iż wiara przyswoi nam zasługi Chrystusa i stanie się w ten sposób narzędziem obmycia grzechów. Nie wiem, by Pismo to mówiło; ale nawet gdyby tak było, nie mówiłoby chyba o każdym rodzaju wiary, lecz o wierze żywej. Ale skąd poznać wiarę żywą? Z uczynków. Otóż kto zdoła utrzymać, że jego uczynki mogą być takie, by przynieść mu niezachwianą pewność, że ma wiarę zdolną do tak wielkiego dzieła?

Ktoś może znowu powiedzieć: „Mam przekonanie, że mam tę wiarę; czuję, że ją mam; czuję, że mogę przyswoić sobie zasługi Chrystusa". Albo: „Mam pewność, że jestem przebaczony". Prawda; ale gdzie Pismo mówi, że taka pewność, niemająca innej podstawy niż to, że ją odczuwamy, pochodzi od Boga? Gdzie jest obiecana? Póki tego miejsca nie znajdziemy, musimy zadowolić się niepewnością i żywić jednocześnie obawę i nadzieję co do siebie samych.

Powiedzieć można znowu, że powiedziano nam: „Proście, a otrzymacie"; jeśli więc prosimy o przebaczenie, jesteśmy przebaczeni. Prawda; ale gdzie powiedziano, że otrzymamy je przez jednorazową prośbę? Przeciwnie — czyż nie nakazano nam wyraźnie, byśmy wracali raz po raz, byśmy „czekali na Pana", byśmy „trwali w modlitwie", byśmy „modlili się i nie ustawali", byśmy byli natarczywi w błaganiach, choć Bóg zdaje się nas nie słyszeć? Jest jak najbardziej prawdą, że jeśli całe życie będziemy wytrwale modlić się o przebaczenie — to pomimo tego, że Bóg nie zdaje się odpowiadać w sposób odczuwalny — w końcu je otrzymamy; lecz właśnie to jest ów stan mieszanej nadziei i trwogi, pokoju i niepokoju, łaski i niepewności, który opisuję. Z pewnością żadne słowa nie mogą lepiej wyrazić takiej wytrwałej i oczekującej postawy niż słowa tekstu: „choćby mię zabił, jednak w Nim ufać będę".

Jeszcze raz — można powiedzieć, i jest to o wiele lepsza odpowiedź niż jakakolwiek z dotąd przeze mnie rozważanych, że Sakrament Wieczerzy Pańskiej udziela nam przebaczenia i zapewnia nas o nim. Dobrodziejstwa, jakich ten Najświętszy Sakrament udziela naszym duszom, są zaprawdę najwyższe i wielorakie; lecz to, że bezwzględne przebaczenie naszych przeszłych grzechów nie jest jednym z nich, wynika jasno z sądu naszego Kościoła ze Spowiedzi w Nabożeństwie, a właściwie z wszystkich naszych Spowiedzi. Wyznajemy tam, że „pamięć naszych grzechów jest ciężka, a brzemię nieznośne" — czy owo „wspomnienie" odnosi nas jedynie do tych grzechów, które popełniliśmy od ostatniego przystąpienia do tego błogosławionego ustanowienia, czy raczej do tych, w które popadliśmy od najmłodszych lat? A jeśli tak, czy nie jest to wyznaniem, że nie jesteśmy pewni ich przebaczenia? Bo inaczej — dlaczego są „brzemieniem"? Znowu: „dla Syna Twego Pana naszego Jezusa Chrystusa przebacz nam wszystko, co minęło" — nasze przeszłe grzechy nie są więc przebaczone, gdy tak się modlimy: czy owa „przeszłość" nie sięga wstecz przez całe nasze życie aż do dzieciństwa? Jeśli tak, to aż do dnia naszej śmierci, aż do ostatniego uroczystego sprawowania tego Najświętszego Sakramentu na łożu boleści, wyznajemy, że nasze grzechy przez całe życie są nieprzebaczone — jakikolwiek byłby skutek, który jak wiemy nie może być mały, łaski tego Ustanowienia i Rozgrzeszenia tam nad nami wyrzeczonego.

Do tych rozważań dodam jeszcze jedno. Będziemy sądzeni w Dniu Ostatecznym i „odbierzemy zapłatę za to, co uczyniliśmy w ciele, czy dobre, czy złe". Nasze grzechy będą wtedy przypomniane; nie są więc przebaczone tutaj.

Wydaje się zatem jasne, że grzechy, które popełniamy tutaj, nie są tu zgładzone — nie są zgładzone bezwzględnie i raz na zawsze, lecz w pewnym sensie ciążą nad nami aż do Sądu. Jest wprawdzie jedno wyraźne zgładzenie grzechów opisane w Piśmie Świętym, które wszyscy otrzymaliśmy z miłosierdzia Bożego, gdy choć „urodzeni w grzechu i dzieci gniewu", zostaliśmy „uczynieni dziećmi łaski". Stało się to w Chrzcie, który dlatego w Składzie Apostolskim nazywany jest „jednym Chrztem na odpuszczenie grzechów". A o tym wielkim rozgrzeszeniu Pismo Święte mówi na wiele

sposobów: wzywając tych, którzy go nie otrzymali, by „powstali, przyjęli Chrzest i obmyli grzechy swoje"; głosząc, że „otwarte jest źródło dla domu Dawidowego i dla mieszkańców Jerozolimy, na grzech i na nieczystość"; i obiecując, że „choć grzechy wasze były jak szkarłat, jako śnieg wybieleją; choć były czerwone jak karmazyn, jako wełna będą". Wszystko to otrzymaliśmy dawno; i nikt nie wie prócz Boga i Jego Aniołów — ba, powiem więcej, nikt nie wie prócz samego Boga, Jego Jednorodzonego Syna i Jego Ducha, który jest wtedy obecny — ile Chrzest Święty czyni potajemnie dla naszych dusz, jakie ukryte rany leczy i jaką wrodzoną zepsutość uśmierza; lecz to już minęło dawno. Zgrzeszyliśmy wbrew łasce wtedy udzielonej — wielu z nas ciężko; i pytanie teraz brzmi: gdzie stoimy i jak mamy uzyskać drugie przebaczenie?

Odpowiadam: stoimy przed obliczem Bożym, jesteśmy w Jego Kościele, w Jego łasce, na drodze Jego łaski, na drodze ku przebaczeniu; i to jest nasz wielki pociech już na pierwszym spojrzeniu na sprawę. Nie jesteśmy w stanie beznadziejnym, nie zostaliśmy wyrzuceni z domu naszego Ojca; mamy jeszcze przywileje, pomoce, moce od Niego; nasze osoby są Mu nadal miłe. A skoro tak jest przez wielkie miłosierdzie Boże, jest zupełnie jasne, jaki jest nasz obowiązek, nawet gdyby Pismo nie dawało nam wglądu w niego. Nawet gdyby Pismo nic nie mówiło o obowiązku natarczywej modlitwy i cierpliwego oczekiwania, by osiągnąć to, czego tak bardzo potrzebujemy, nasz naturalny zmysł sam musiałby nam to podpowiedzieć. Oto jaki jest nasz stan: na chwilę obecną najszczęśliwiej usytuowani, na łonie najcenniejszych

darów Bożych; lecz ze złem za nami, które przez naszą kruchość wciąż narasta, i z sądem przed nami. Czyż nie jest jasno naszym obowiązkiem uczynić jak najlepszy użytek z naszego czasu łaski; być gorliwymi i wytrwałymi w błaganiu Boga o odwrócenie gniewu; czynić wszystko, co możemy, by Mu się spodobać; przynosić Mu to, co najlepsze w nas, nie dlatego, jakoby miało to jakąś własną zasługę, lecz dlatego, że jest to nasze najlepsze; usiłować tak pielęgnować i doprowadzić do owocu dary Jego łaski w nas, by „gdy zginiemy, przyjęli nas do wiecznych przybytków"; i skoro On raczy teraz działać w nas, byśmy „chcieli i działali", dążyć, jak radzi święty Paweł, do „wypracowania zbawienia naszego w bojaźni i drżeniu", pracując, dopóki dzień trwa, „zanim przyjdzie noc", bo „teraz jest czas przyjemny, teraz jest dzień zbawienia"? Choćbyśmy byli teraz karani za nasze grzechy, choćbyśmy byli pod sądem, lub gdyby był to widok na przyszłość, choćbyśmy byli mniej lub więcej niepewni co do tego, jak się nam wiedzie, choćby przeciwnik naszych dusz oskarżał nas przed Bogiem, choćby jego grożący głos rozbrzmiewał w naszych uszach rok po roku, choćbyśmy czuli ciężar naszych grzechów i nie mogli ich wymazać z pamięci, ba, choćby była wola Boża, by nawet aż do Dnia Sądu nie udzielono nam żadnej pewności — wszędzie, gdziekolwiek jesteśmy, i jakimikolwiek jesteśmy, jak Jonasz „w brzuchu piekielnym", z Hiobem wśród popiołów, z Jeremiaszem w lochu, albo jak Święte Dzieci w płomieniach, wychwalajmy Pana Boga naszego, ufajmy Mu i chwalmy Go, i wielbimy Go na wieki. Przyjmujmy dobrowolnie wszelki smutek, jaki On zsyła w swej Opatrzności — jakikolwiek on jest i jakkolwiek długo trwa. „Uwielbiajmy Pana wśród ogni"; mogą nas otaczać, lecz nie mogą nas naprawdę dosięgnąć; mogą grozić, lecz są na razie powściągnięte. „Aż dotąd wspierał nas Pan". Będziemy śpiewać i chwalić Imię Jego. Gdy dwoje lub troje jest zebranych razem, tworzy się dla nich wewnętrzna świątynia, święty przybytek, którego nic z zewnątrz zniszczyć nie zdoła. Nie przestaniemy radować się z tego, co Bóg dał, dlatego że nie obiecał nam jeszcze wszystkiego. Ani też z drugiej strony nie będziemy zapominać o naszych przeszłych grzechach dlatego, że On pozwala nam mimo nich zaznawać pokoju i radości. Będziemy o nich pamiętać, by On nie pamiętał o nich; będziemy za nie pokutować raz po raz, by On im przebaczył; będziemy się radować z ich karania, jeśli kara, myśląc, że lepiej być karanym w tym życiu niż w następnym; a jeśli nie jesteśmy jeszcze karani, będziemy przygotowani na możliwość tego. On udzieli nam łaski stosownie do naszego dnia, wedle łaskawej obietnicy: „Nie bój się, bo cię wykupiłem; wezwałem cię po imieniu twoim; tyś mój. Gdy będziesz przechodził przez wody, będę z tobą; i przez rzeki, nie zaleją cię; gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, a płomień nie zapali się na tobie".

← wróć do odkrywania