HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie IX. Stan łaski

Gdy zawiniłem i nie umiem sobie wybaczyćGdy nie czuję Jego obecności Życie nadprzyrodzoneEucharystia
„Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa; przez którego też mamy przystęp przez wiarę do tej łaski, w której stoimy, i chlubimy się nadzieją chwały Bożej."
W skrócie. Newman wyjaśnia naukę o łasce uświęcającej jako rzeczywistej obecności Bożej w duszy. Stan łaski jest stanem życia nadprzyrodzonego, realnie odróżniającym duszę w łasce od duszy w grzechu. Kazanie wzywa do świadomości tej rzeczywistości i do ochrony tej łaski przez sakramenty i czujność.

„Ci są w stanie bardziej obiecującym niż tamci, którzy tylko się radują i wcale się nie lękają; mimo to nie są w stanie całkowicie właściwym.”

*„Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa; przez którego też mamy przystęp przez wiarę do tej łaski, w której stoimy, i chlubimy się nadzieją chwały Bożej."* — Rz 5,1–2.

Jest wielu ludzi, co więcej — większość mieszkańców kraju chrześcijańskiego, którzy nie żywią ani nadziei, ani obawy co do przyszłości lub świata niewidzialnego; w ogóle o nim nie myślą ani nie przyswajają sobie tej myśli w żadnej postaci. Nie rozumieją naprawdę ani nie starają się zrozumieć, że są w obecności Bożej i że pewnego dnia będą sądzeni za to, co teraz czynią — podobnie jak nie widzą, co się dzieje w innym zakątku świata, ani nie zastanawiają się nad tym, co ma im się przydarzyć za lat dziesięć. Świat przyszły jest dla nich znacznie odleglejszy niż jakakolwiek przyszła pora obecnego życia czy jakikolwiek inny kraj; toteż nie żywią o nim ani nadziei, ani obawy, bo w ogóle go nie biorą pod uwagę.

Są inni, którzy nie odczuwają żadnej obawy, choć wyznają, że doznają wielkiej radości i zachwytu. Nie potrafię im współczuć ani nie sądzę, by potrafił to czynić święty Paweł, który nakazuje nam „z bojaźnią i drżeniem zbawienie nasze sprawować"; ani święty Piotr, który nakazuje nam „czas pielgrzymowania naszego w bojaźni przepędzać".

Lecz są jeszcze inni, którzy zdają się tylko trwać w obawie albo mieć bardzo mało radości z religii. Ci są w stanie bardziej obiecującym niż tamci, którzy tylko się radują i wcale się nie lękają; mimo to nie są w stanie całkowicie właściwym. Są jednak w stanie interesującym. Pragnę go teraz opisać i poczynić kilka uwag na jego temat.

Jest z pewnością obowiązkiem, jak jest też przywilejem każdego chrześcijanina, mieć serce tak utkwione w Chrystusie, by pragnąć Jego przyjścia; a jednak, niestety, zbyt często zdarza się, że kiedy mówimy: „Przyjdź królestwo Twoje", przed naszym umysłem stają nasze grzechy i sprawiają, że słowa te słabną nam na ustach. Otóż osoby, o których mówię, trwają w tak smutnym i niespokojnym stanie ducha, że doznają udręki ilekroć pomyślą o świecie przyszłym. Mogą to być ludzie prowadzący życie uczciwe i poważne, tacy od swojej młodości; a jednak ciąży na ich duszach nieokreślone poczucie winy, świadomość własnych nędznych uchybień i nieustannych wykroczeń, które dręczy ich i niepokoi jak rana lub bolące miejsce, ilekroć pomyślą o przyjściu Chrystusa na sąd. Poczucie winy — owszem, mieć je musi każdy, nawet najlepszy z nas. Nie ganię tego; mówię jednak o takim poczuciu, które przeszkadza tym, którzy go doznają, radować się w Panu. Mają przed umysłem jedną myśl: wielki nieład własnego życia; przychodzą do kościoła i starają się skupić, lecz myśli im się rozpraszają; dzień mija i wydaje im się bezużyteczny. Nie oddali Bogu żadnej służby. Albo znowu mają jakieś wrodzone ułomności, które co pewien czas wybuchają i sprawiają im wielką udrękę, gdy sobie o nich przypomną. Może są popędliwi i ciągle mówią rzeczy, za które potem żałują; albo są złego usposobienia i od czasu do czasu wprawiają wszystko wokół siebie w zamęt, sprawiając wszystkim cierpienie swoim ponurym wyglądem i milczącymi, surowymi słowami; albo są leniwi i z trudem dają się nakłonić do czegokolwiek, i wciąż opłakują zmarnowane godziny i stracone okazje. Skutek jest taki, że ich religijność to pasmo smutnych prób i niepowodzeń, wyrzutów sumienia i oschłości duchowej. Czują głęboko, jak dobry jest Bóg i jak przedziwna jest Jego Opatrzność; naprawdę odczuwają wielką wdzięczność i naprawdę pokładają ufność tam, gdzie powinna być pokładana. Lecz ich wiara prowadzi ich tylko do poznania, że sąd jest rzeczą budzącą grozę, a ich poczucie miłosierdzia Bożego wyraża się słowami: „Jakże mało jestem wdzięczny!" Słyszą o błogosławieństwach obiecanych po śmierci prawdziwym sługom Bożym i mówią: „O, jakże jestem nieprzygotowany, by je przyjąć!"

Nikt, ufam, nie będzie sądził, że mówię cokolwiek na niekorzyść takich uczuć; są one jak najbardziej słuszne i prawdziwe. Mówię tylko, że nie powinny stanowić całości religijności człowieka. Powinien on mieć i inne, radośniejsze uczucia. Nikt na ziemi nie jest wolny od ułomności i grzechu, nikt też nie ma ciągłe wiele, z czego musi pokutować; a jednak święty Paweł nakazuje nam „radować się w Panu zawsze"; a w tekście kazania opisuje chrześcijan jako mających pokój z Bogiem i radujących się nadzieją Jego chwały. Grzechy ze słabości więc, takie jak wynikają z zakażenia naszej pierwotnej natury, a nie z rozmysłu i złej woli, nie mają Bożego uzasadnienia, by odmawiać nam radości i pokoju w wierze.

Pytanie zatem brzmi: w jaki sposób wspomniane osoby dochodzą do tak wadliwej religijności?

**1.** Przede wszystkim należy oczywiście wziąć pod uwagę niedomaganie cielesne, które nierzadko bywa przyczyną opisanego przeze mnie zamętu duchowego. Wiele osób ma skłonność do dręczącego się niepokoju, do przygnębienia ducha lub do oziębłości uczuć wskutek przewlekłej lub szczególnej choroby; i choć jest ich zadaniem, jak jest też obowiązkiem, walczyć z tym złem tak bardzo, jak tylko mogą, często nie jest możliwe wyzwolenie się od niego. W takich przypadkach oczywiście żadnej winy im przypisać nie możemy. Jest to wola Boża; On w swoim niezbadanym zamiarze zechciał, by nie byli w stanie radować się w Ewangelii, bez wątpienia dla ich ostatecznego dobra, by ich doświadczyć i wypróbować; jak wszystko inne może być próbą, jak i sama choroba taką jest. Niechaj nie szemrają. Jest to niezasłużone miłosierdzie, że Ewangelia jest im w ogóle przybliżona, że mają przed sobą perspektywę nieba, choćby słabą lub wyraźną; i muszą z cierpliwością dźwigać swoje obawy i starać się służyć Bogu gorliwiej.

**2.** Ale znowu ów nieszczęsny stan ducha, który opisałem, pochodzi niekiedy — jak można się obawiać — nie powiem z grzechu dobrowolnego, lecz z jakiegoś nawykowego niedomagania, które mogłoby być poprawione, a jednak nie jest. Rzeczywiście trudno jest oczywiście wytknąć granicę między grzechami będącymi (niejako) bezpośrednimi następstwami naszej starej natury a tymi, które są ściślej i w pełni nasze własne; jest jednak pewna klasa, która wznosi się ponad te pierwsze, choć nazwanie ich dobrowolnymi byłoby zbyt surowe. Grzechy, o których mówię, wynikają po części z ułomności, po części z braku miłości; i zdają się mieć właśnie ten skutek, że przyćmiewają lub gaszą nasz pokój i radość. Takimi są na przykład grzechy powtarzające się w określonych okolicznościach, które można było przewidzieć i przeciwko którym można się było zabezpieczyć. Gniew, przeciwnie, może zaskoczyć człowieka, kiedy się go najmniej spodziewa. Lenistwo może objawiać się w trudności lub niezdolności skupienia myśli na przedmiocie, którym powinno się zajmować, tak że czas upływa i nic nie zostaje zrobione. Zły humor może spaść nań jak jakiś czar i sparaliżować jego władze, tak że nawet jego próby przełamania go sprawiają, że wydaje się on bardziej ponury, nieznośny i nieprzyjemny, z powodu pozoru wysiłku i walki wewnętrznej. Tego rodzaju mogą być nic ponadto, jak tylko grzechy z ułomności. Lecz są grzechy, które zdarzają się w pewnych porach lub miejscach i na które człowiek powinien się przygotować i je przezwyciężyć. Nie mówię, że musi je przezwyciężyć tym razem czy owym, lecz musi być w stanie walki przeciw nim i musi dążyć do ich przezwyciężenia. Takim jest na przykład lenistwo w wstawaniu z łoża. Takim znowu jest niedbały, nieregularny lub pospieszny sposób odmawiania modlitwy prywatnej. Takim jest wszelki nawykowy nadmiar w jedzeniu lub piciu. Takim jest wchodzenie w pokusę — ciągłe chodzenie na miejsca lub między ludzi, którzy skłonią go do tego, czego nie powinien czynić: do próżnowania, żartowania lub zbyt wiele mówienia. Takim jest rozrzutność w wydawaniu pieniędzy. Wszystkie te swobody postępowania odciskają na sumieniu niejasne poczucie nieporządku i winy. Brak czujnego postępowania, dokładnej sumienności we wszystkim, gorliwej i energicznej walki przeciw nieprzyjaciołom duchowym — jednym słowem brak surowości — to właśnie przesłania nasz pokój i radość. Surowość jest warunkiem radowania się. Chrześcijanin jest żołnierzem; może doznawać wielu upadków; nie muszą one przeszkadzać jego radości z Ewangelii; ma być naprawdę pokorny, lecz nie przygnębiony; upadki nie dowodzą, że nie walczy; ma wrogów wewnętrznych i zewnętrznych; ma w sobie pozostałości upadłej natury. Lecz grzech dobrowolny w jakiejkolwiek postaci dowodzi, że nie jest on uczciwym żołnierzem Chrystusa. Jeśli jest nawykowy i rozmyślny, niszczy oczywiście jego nadzieję; lecz jeśli jest mniej niż rozmyślny, a jednak ma charakter grzechu dobrowolnego, jest on wystarczający, by — nie, ufamy, oddzielić go od razu od Chrystusa, lecz oddzielić go od wewnętrznego widzenia Jego. Ten sam skutek nastąpi, być może nie do naprawienia, tam gdzie ludzie w przeszłości żyli jawnie lub nawykowe grzesząc, choć mogli się teraz nawrócić. Pokutnicy nie mogą mieć nadziei na taką pogodę i radość wiary jak ci, którzy nigdy nie odpadli od Boga; może zresztą nie jest pożądane, by ją mieli, i jest złym znakiem, gdy ją mają. Nie chcę przez to powiedzieć, że w ciągu lat i po głębokim upokorzeniu niemożliwe jest dla pokutującego grzesznika odczuwanie ugruntowanego pokoju i pociechy; lecz nie powinien on tego oczekiwać. Musi oczekiwać, że będą go nawiedzały widma przeszłych grzechów, wyłaniające się z grobowca, wabią go znowu do grzechu, a zarazem napełniające go wyrzutami sumienia; musi oczekiwać „drżącego serca i zanikającego wzroku, i boleści ducha", wątpliwości co do swego bezpieczeństwa, wątpliwości co do prawdziwości religii i poszczególnych dogmatów, bolesnych zwątpień i trudności, tak że zmuszony jest błądzić w ciemności lub w chłodnym i ponurym o zmroku. Nie mówię, że nie ma sposobów uniknięcia całej tej niedoli w jednej chwili, lecz są to sposoby fałszywe; i jeśli wytrwa na drodze prawdziwej i wąskiej, znajdzie ją twardą i bolesną; i to jest jego stosowna pokuta.

**3.** I znowu: tam gdzie nie ma powodów do przypuszczeń o istnieniu grzechów dobrowolnych, przeszłych lub teraźniejszych, ów pełen lęku i niepokoju stan ducha bardzo często wynika z innej przyczyny, w tej lub innej postaci — z braku żywego poczucia obecnych przywilejów; i to właśnie jest tematem, na który pragnę zwrócić waszą uwagę. Wielu bowiem, znajdując, że Pismo Święte mówi wielkie rzeczy o radości, jaką prawdziwi chrześcijanie mają w Ewangelii, sądzi, że polega ona na tym, iż mają osobiście i indywidualnie pewność swego bezwzględnego predestynowania do życia wiecznego; lub przynajmniej, że są teraz w stanie zbawienia takim, że gdyby nagle umierali, mieliby pewność nieba. Takie poznanie rzeczywiście napełniłoby ich wielką radością, gdyby je posiadali; i wyobrażają sobie, że radość chrześcijańska właśnie z niego pochodzi. Lecz ponieważ go nie posiadają, a tylko sądzą, że je posiadają, oczywiste jest, jakie wybryki wynikną z tego mniemania zamiast prawdziwego pożytku; jakie wypaczenie Ewangelii, jaka zuchwałość, pycha, samouwielbienie i niepohamowane postępowanie. Osoby takie oczywiście przyswajają sobie pocieszające ustępy Pisma Świętego, jak tekst kazania, i zawłaszczają je dla siebie. Gwałtem odbierają je chrześcijanom bardziej trzeźwym, jakby były ich własne, a inni nie mieli do nich prawa, ba, jakby inni nie mieli prawa ich tłumaczyć, komentować ani mieć o nich zdania; jakby oni jedyni mogli je rozumieć, odczuwać, doceniać i używać. Jaki jest skutek? Lepsi ludzie zostają ograbieni z należnej im cząstki; ich teksty pocieszające znikają, a oni za łatwo godzą się z mniemaniem, że te teksty do nich nie należą; nie że przyznają, iż należą do entuzjastów, którzy je sobie przywłaszczają, lecz sądzą, że nie należą do nikogo, że należały co prawda do świętego Pawła i do ludzi natchnionych lub obdarzonych szczególnymi darami, lecz do nikogo dziś.

I wniosek ten umacnia okoliczność, że ludzie umysłów tępszych i mniej wrażliwych gotowi są je oddać. Są osoby jak najbardziej szanowne i poważne, lecz których religijność jest oschłego i zimnego charakteru, z małym sercem lub wglądem w świat przyszły. Mają silny rozum i regularne nawyki; ich namiętności nie są gwałtowne, uczucia nie są żywe, i nie mają wyobraźni ani niespokojnego rozumu, który by ich myśli unosił lub wprawiał w zakłopotanie. Nie smucą się wiele ani nie radują wiele. Radują się i smucą, ale w pewnym sensie, w pewnych granicach, i nie na najwyższym poziomie. Są doskonałymi ludźmi na swoim poziomie, lecz nie kroczy się wzniosłą ścieżką. Nie ma w nich nic nadprzyrodzonego; nie można o nich powiedzieć, że są światowi, a jednak nie kroczy się tu rzeczami niewidzialnymi; nie rozpoznają i nie rozważają świata przyszłego. Nie są czujni w wykrywaniu, cierpliwi w oczekiwaniu, bystrzy w śledzeniu poruszeń tajemnej Opatrzności Bożej. Nie odczuwają, że trwają w ogromnym, nieograniczonym układzie, z wyżyną ponad nimi i głębią pod nimi. Sądzą, że wszystko jest proste i łatwe; nie mają trudności w religii, nie dostrzegają tego, co głębsze, i nie wierzą w ukryte znaczenia Pisma Świętego, i nie wyczuwają w nim wskazówek współbrzmiących z przeczuciami w nich samych. Takim ludziom właściwe jest wyjaśnianie na sposób racjonalny takich ustępów jak tekst kazania; „być w pokoju z Bogiem", „mieć przystęp do łaski, w której stoimy", „chlubić się nadzieją chwały Bożej" — mają dla nich niewielkie lub żadne znaczenie. Ich radość nie wznosi się wyżej ponad to, co sami nazywają „rozumną wiarą i nadzieją, zadowoleniem z religii, pogodą, uładzonym umysłem i tym podobnymi" — słowa to jak najbardziej dobre, jeśli używane właściwie, lecz zbyt płytkie, by wyrazić pełnię przywilejów Ewangelii.

Tak więc, z entuzjastami z jednej strony, którzy wypaczają wspomniane teksty, i z ludźmi umysłu jałowego z drugiej, którzy je racjonalizują, chrześcijanie zostają zazwyczaj bez tych tekstów w ogóle i nie mają nic do rozważania prócz własnych uchybień; te zaś są z pewnością liczne i zdolne do tego, by ich przygnębiać.

Zauważmy więc, czym staje się dla nich religia — systemem obowiązków pozbawionym przywilejów i pociechy. Nie że ktokolwiek miałby powód do skargi (Boże uchowaj!), nawet gdyby nie miała żadnego przywileju; bo czegóż mogą żądać grzesznicy, dla których wielkim zyskiem jest odwleczenie kary piekielnej? Nie że religia może być naprawdę pozbawiona przywileju; bo samo pozwolenie służenia Bogu jest przywilejem, sama myśl o Bogu jest przywilejem, sama wiedza, że Chrystus tak umiłował świat, że za niego umarł, jest przywilejem bezcennym. Religia jest pełna przywilejów, zawartych w samej jej istocie, i rozciągniętych na prawo i na lewo po obu stronach drogi, którą człowiek kroczy. Nie może się ani w tę, ani w tamtą stronę zwrócić, by nie przebudzić jakiejś błogiej i pokrzepiającej myśli, która go niezauważalnie osila i pokrzepia, nawet jeśli nie ukazuje mu się tak, by mógł ją kontemplować i nią się karmić. Jednakże w systemie religijnym, o którym mówię, przywilej posłuszeństwa jest zasłonięty, a na plan pierwszy wysuwa się czysty obowiązek; przywileje są uczynione ogólnymi i nieokreślonymi, a nie osobistymi; i tak człowiek jest niemal sprowadzany do stanu religii naturalnej, w której Prawo Boże jest znane bez Jego Ewangelii. W takich okolicznościach religia staje się niewiele więcej niż kodeksem moralnym, słowem i wolą nieobecnego Boga, który pewnego dnia przyjdzie sądzić i nagradzać, nie głosem obecnego i hojnego Zbawiciela.

I to można w pewnym sensie nazwać niewolą — niewolą jednak bez uszczerbku dla doskonałości i wzniosłości Prawa Bożego. Ludzie w naszych czasach tak zuchwale mówią o niewoli prawa, że słysząc ich, można by sądzić, że podleganie temu prawu jest samo w sobie nędzą lub stanem niższym, jakby posłuszeństwo przykazaniom Bożym było czymś niskim i drugorzędnym. Lecz czy rzeczywiście tak jest? Wówczas Aniołowie znajdowaliby się w stanie bardzo niskim. Najwyższą szczęśliwością jakiegokolwiek stworzenia jest podleganie prawu, najwyższą chwałą jest posłuszeństwo. Jest naszą hańbą, a nie przywilejem, że nie jesteśmy posłuszni tak jak Aniołowie. Ludzie mówią, jakby Ewangelia była chwalebna dlatego, że zniszczyła prawo posłuszeństwa. Nie; zniszczyła prawo żydowskie, lecz nie święte prawo Boże w nim zawarte i objawione. A jeśli owo Święte Słowo, które „trwa na wieki na niebiesiech", które jest współwieczne z Bogiem, jest dla nas z natury naszej niewolą — tym większa to dla nas hańba. Jest to nasza wielka grzeszność, a nie żadna wewnętrzna wada prawa, która czyni je niewolą; a orędzie Ewangelii jest chwalebne nie dlatego, że wyzwala nas od prawa, lecz dlatego, że uzdalnia nas do jego wypełnienia — wypełnienia (nie mówię: całkowitego i doskonałego), lecz z nieustannym zbliżaniem się do doskonałego posłuszeństwa, z posłuszeństwem ciągłym, dążącym do doskonałości, które w świecie przyszłym wzejdzie w doskonałość i w niej się spełni. Oto jak wykłada to święty Paweł: „Nie będąc bez prawa Bożego, ale będąc pod prawem Chrystusowym". I znowu: „Nie mając własnej sprawiedliwości, która jest z prawa" — to znaczy tego rodzaju posłuszeństwa prawu, do którego sam z siebie dochodził — „lecz tę, która jest przez wiarę Chrystusową" — owo wzniosłe i duchowe posłuszeństwo, do którego wiara w Chrystusa, wsparta łaską Chrystusa, uzdolniła go osiągnąć. A w innym miejscu: „Przykazanie, które było ku żywotowi, to znalazłem ku śmierci… Zakon jest święty, i przykazanie święte, i sprawiedliwe, i dobre. Czyż więc to, co dobre, stało się dla mnie śmiercią? Żadną miarą. Lecz grzech, aby się okazał grzechem, sprawił mi śmierć przez to, co jest dobre, ażeby grzech przez przykazanie stał się niezmiernie grzeszny… Zakon jest duchowy, ale ja jestem cielesny, sprzedany pod grzech." I znowu: „Co bowiem nie było możliwe zakonowi, gdyż był osłabiony przez ciało, tego dokonał Bóg, posławszy Syna swego w podobieństwie ciała grzesznego i dla grzechu, potępił grzech w ciele, aby sprawiedliwość zakonu wypełniła się w nas, którzy nie według ciała postępujemy, lecz według Ducha."

Kiedy więc mówię, że religia — rozważana jako prawo czy kodeks moralny — jest niewolą, niechaj nikt nie myśli, że pochlebiam temu zuchwałemu i niechrześcijańskiemu duchowi, który zdaje się szczycić z tego, że jest przez Chrystusa wolny (jak mu się zdaje) od prawa, zamiast być przez Chrystusa związanym i zdolnym do bardziej doskonałego posłuszeństwa mu. Chwałą Ewangelii jest nie to, że niszczy prawo, lecz że sprawia, iż przestaje być ono niewolą; nie że daje nam wolność od prawa, lecz w prawie; a pojęcie Ewangelii, które opisałem jako zimne i ciasne, polega nie na tym, by uważać chrześcijaństwo za prawo, lecz na tym, by uważać je za ledwie coś więcej niż prawo, i tak zostawiać nas tam, gdzie nas zastało. Kto sądzi, że jest tylko prawem, będzie oczywiście pełen trwogi i nędzy. Przykazanie Boże będzie mu się wydawać prawdziwe, lecz dla niego, bezsilnego grzesznika, twarde i niepociągające; i choć jest wciąż jego obowiązkiem starać się być mu posłusznym, i będzie tak czynił, jeśli sercem należy do Chrystusa, czyni to będzie smutno i boleśnie, z pamięcią wciąż gorycią naznaczoną i sumieniem obciążonym świeżymi i coraz nowymi grzechami. Dwie myśli jedynie będą przed nim stały: doskonałość Boga i własna grzeszność; i będzie odczuwał miłość i wdzięczność ku Swemu Wszechmogącemu Panu i Zbawicielowi, lecz nie radość. Będzie spoglądał na orędzie Ewangelii jako na szereg warunków. Będzie uważał Ewangelię za przymierze, w którym on musi wypełnić swoją część, a Bóg z pewnością wypełni swoją. Zbawienie jest zaiste warunkowe, a Ewangelia jest przymierzem. Słowa te są równie dobre i prawdziwe jak słowo „prawo"; lecz zbawienie nie jest jedynie warunkowe, a Ewangelia nie jest jedynie przymierzem; i ci, którzy tak sądzą, o ile nie mają dusz szczęśliwie usposobionych, będą okazywali posłuszeństwo w pewien suchy, bezbarwny, ciężki sposób, bez sprężystości, ożywienia, życia, wigoru i szlachetności. A jeśli są obdarzeni duszami wrażliwymi, łagodnymi, tkliwymi, bardzo łatwo popadną w przygnębienie i trwogę. I są ofiarą lub pośmiewiskiem każdego dumnego, zarozumiałego chwałcy, który przechodzi obok po drugiej stronie, głośno ogłaszając się wybranym i bezpiecznym, i posiadającym radosną pewność zbawienia, i że każdy, kto nie składa wyznania równie zuchwałego jak on, jest cielesny i jest sługą szatana, lub przynajmniej w stanie o wiele, wiele od niego niższym.

Czego więc brak owym małym dzieciom Chrystusa, które bez dobrowolnych grzechów, przeszłych lub teraźniejszych, na sumieniu, trwają w mroku i smutku? Jakiej nauki im potrzeba, która by je ożywiła i uczyniła ich pobożność zdrową? Co ich wzmocni i natchnie, sprawi, że podniosą głowy, i co rozleje światło i radość na ich obliczach, aż zajaśnieją jak oblicze Mojżesza, gdy schodził z góry? Cóż, jeśli nie wielkie i wzniosłe nauki związane z Kościołem? Nie tylko zostali wzięci w przymierze z Bogiem; zostali wzięci do Jego Kościoła. Nie mają jedynie obietnicy łaski; mają jej obecność. Nie mają jedynie warunkowej perspektywy nagrody; bo błogosławieństwo, ba, niewysłowione, bezdenne, nieograniczone, nieskończone, wieczne błogosławieństwa są wlewane w same ich serca, jako pierwszy krok i zadatek ze strony Boga, Zbawiciela naszego, tego, co uczyni dla tych, którzy Go miłują. „Przeszli ze śmierci do żywota" i są dziećmi Bożymi i dziedzicami nieba. Rozważajmy wytrwale ten pocieszający obraz, a nabierzemy sił i będziemy weseli i radośni wbrew naszym grzechom. O, trwożliwy naśladowco Chrystusa, jakże to możliwe, że nigdy nie myślałeś o tym, czym jesteś i co jest w tobie? Czy nie jesteś nabytą własnością Chrystusa? Czy On nie wyrwał cię z mocy diabła i nie złożył w tobie nowej natury? Czy nie wygnał On w Chrzcie ducha złego i czy nie wszedł sam w ciebie, i nie zamieszkał w tobie, jakbyś był Archaniołem albo jednym z Serafinów, którzy wiecznie oddają Mu cześć? Wiele i słusznie myślisz o swoich grzechach — a jednak czy nie masz żadnej myśli, nie mówię: wdzięczności, lecz zdumienia, podziwu, zachwycenia, pełnego czci i przytłaczającego uniesienia wobec tego, czym jesteś przez łaskę? Kiedy Jakub obudził się rankiem, pierwszą jego myślą nie były jego grzechy ani niebezpieczeństwo, choć słusznie jedno i drugie odczuwał, lecz myśl o Bogu — rzekł: „Jakże to miejsce jest straszne! To jest dom Boży, a ta jest brama niebios." Rozważaj więc siebie, nie w sobie samym, lecz takim, jakim jesteś w Bogu Wiecznym. Padnij z zachwytem przed chwałami, które cię otaczają i są w tobie, przelewającymi się tam i z powrotem w tak cudowny sposób, że jesteś (niejako) wcielony w królestwo Boże, jakbyś nie miał nic innego do czynienia, jak tylko kontemplować ów wielki widok i nim się karmić. To jest z pewnością ów stan ducha, o którym mówi Apostoł w tekście, gdy przypomina nam, którzy jesteśmy usprawiedliwieni i mamy pokój z Bogiem, że mamy przystęp do Jego królewskich przedsiębiorstw i stoimy w Jego łasce, i chlubim się nadzieją Jego chwały. Wszystkie utrapienia, które sprawia nam świat i które ciało siłą rzeczy odczuwa — smutek, ból, troska, żałoba — nie są w stanie zakłócić spokoju i skupienia, z jakim wiara wpatruje się w Majestat Boski. Cała niezbędna dokładność naszego posłuszeństwa, niepokój o upadki, ból zaparcia się siebie, czujność, gorliwość, samoumartwienia, których się od nas wymaga, tak mało zakłócają ów wgląd wiary, jak gdyby praktykowane były przez kogoś innego, a nie przez nas samych. Jesteśmy zarazem dwoma lub trzema „ja" w cudownej strukturze naszych umysłów i możemy płakać, a zarazem się uśmiechać, i pracować, a zarazem rozważać.

A jeśli tak wiele daje nam pierwsze sakrament Kościoła, jakichże darów — sądzimy — udziela nam drugi? O, bracia moi, wznieśmy i poszerzmy nasze pojęcia o Obecności Chrystusa w owym tajemniczym Ustanowieniu, a zrozumiemy, jak to jest możliwe, że chrześcijanin, mimo swoich ułomności i ich nie zapominając, może jednak radować się „radością niewysłowioną i chwalebną". Cóż bowiem zostaje nam udzielone przy Świętej Stole, gdy wspominamy śmierć Pańską? Jest to „Jezus Chrystus przed oczami naszymi wyraźnie wystawiony, ukrzyżowany wśród nas". Nie przed oczami cielesnymi; pod tym względem wszystko pozostaje na końcu owej Niebieskiej Komunii tak, jak było na początku. Co było chlebem, zostaje chlebem, a co było winem, zostaje winem. Nie potrzebujemy cielesnego, ziemskiego, widzialnego cudu, by przekonać nas o Obecności wcielonego Pana. Mamy, ufamy, więcej wiary, niż by nam było potrzeba widzieć otwarte niebiosa lub Ducha Świętego zstępującego w postaci cielesnej — więcej wiary, niż by nam kazała, w braku oglądania, pobłażać naszemu rozumowi i ograniczać nasze pojęcie Sakramentu do jakiegoś jasnego zestawu słów własnego naszego układu. Mamy dosyć wiary i miłości, by słowami świętego Pawła „rozpoznawać Ciało Pańskie". Ten, który jest po prawicy Bożej, objawia się w owym Świętym Sakramencie tak realnie i w pełni, jakby był tam widzialnie obecny. Wolno nam się zbliżać, by „przyjmować" Jego święte Ciało i Krew tak prawdziwie, jakbyśmy mogli podobnie jak Tomasz dotknąć Jego rąk i włożyć rękę w Jego bok. Gdy wstępował na górę, „Oblicze Jego jaśniało jak słońce, a szaty Jego stały się białe jak światłość". Oto chwalebna Obecność, którą wiara widzi w Świętej Komunii, choć dla człowieka cielesnego wszystko wygląda tak jak zwykle. Nie złoto ani kamienie drogie, perły wielocentowej wartości ani złoto z Ofiru, nie świecą tak w oczach wiary jak owe pokorne elementy, przez które On, Najwyższy, raczy nam przekazywać do serc i ciał naszych swego łaskawego Siebie. Nie światło słoneczne siedmiokrotne jest tak przytłaczająco jasne i olśniewające — gdybyśmy mogli widzieć jak Aniołowie — jak owo ziarno żywota wiecznego, które przez jedzenie i picie składamy w sercach naszych na dzień Jego przyjścia. Wbrew wszelkim wspomnieniom przeszłości lub obawom przed przyszłością mamy więc obecne źródło radości; cokolwiek nastąpi, dobre czy złe, jakkolwiek przedstawia się nasze rachunki dotąd w księgach wobec dnia ostatecznego, to mamy i z tego możemy się chlubić: obecna moc i łaska Boga w nas i nad nami, i dane nam przez nią środki ostatecznego zwycięstwa.

Oto myśli, które wypełniają serce radością, nie skłaniając jednak przez to do rozluźnienia posłuszeństwa — z powodu już wspomnianego, mianowicie że surowość życia, dokładna sumienność, jest warunkiem zachowania naszych przywilejów. Są nasze, by je posiadać — oto nasza chwała; są nasze, by je utracić — oto nasza troska. Możemy je zachować, nie musimy ich zdobywać — lecz nie zachowamy ich bez bojaźni i drżenia; a jednak je mamy i nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy się nimi radowali, póki je mamy. Bojaźń bowiem odnosi się do przyszłości; i to, że możemy je stracić jutro (czego Bóg uchowaj), lecz zakładając to, nie jest żadnym powodem, byśmy nie radowali się nimi dzisiaj.

---

← wróć do odkrywania