HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie X. Kościół widzialny ze względu na wybranych

Gdy szukam swojej drogi albo decyzjiGdy moja wiara stała się letnia Natura i jedność KościołaPowszechne powołanie do świętości
„Znoszę wszystko dla wybranych, aby i oni dostąpili zbawienia, które jest w Chrystusie Jezusie, wraz z chwałą wieczną."
W skrócie. Kazanie uzasadnia konieczność przynależności do widzialnego Kościoła jako środka zbawienia i wspólnoty świętych. Newman odpiera tendencję do religii czysto prywatnej i indywidualistycznej. Kościół widzialny nie jest tylko instytucją ludzką, lecz mistycznym ciałem Chrystusa kontynuującym Jego dzieło.

„A marnotrawić się i wyczerpywać dla wielu powołanych ze względu na wybranych niewielu — oto powołanie chrześcijańskich nauczycieli i świadków.”

*„Znoszę wszystko dla wybranych, aby i oni dostąpili zbawienia, które jest w Chrystusie Jezusie, wraz z chwałą wieczną."* — 2 Tm 2,10

Gdyby nas zapytano, jaki jest cel chrześcijańskiego przepowiadania, nauczania i pouczania, jaka jest rola Kościoła pojętego jako szafarza słowa Bożego, nie wszyscy chyba odpowiedzielibyśmy jednakowo. Może powiedzielibyśmy, że celem Objawienia jest oświecenie i rozszerzenie umysłu, skłonienie nas do działania według rozumu oraz rozwinięcie i wzmocnienie naszych władz — albo też przekazanie wiedzy o prawdach religijnych, skoro wiedza sama przez się jest mocą i umożliwia nam bezzwłoczne myślenie, osądzanie i działanie na własną rękę — albo uczynienie nas dobrymi członkami społeczności, lojalnymi poddanymi, porządnymi i pożytecznymi w naszym stanie, jakikolwiek by on był — albo też zapewnienie czegoś, co inaczej byłoby beznadziejne, mianowicie prowadzenia życia religijnego; przyczyną bowiem, dla której ludzie schodzą na złe drogi, marnują siebie, chwytają się złych obyczajów i tracą dobre imię, jest to, że nie mieli żadnego wychowania i że są nieświadomi. Te i inne odpowiedzi mogłyby być udzielone — jedne obok właściwej, inne poniżej niej. Warto więc rozważyć, w jakim celu i z jakim oczekiwaniem głosimy, nauczamy, pouczamy, prowadzimy dysputy, dajemy świadectwo, chwalimy i ganimy; jakiego owocu Kościół ma prawo się spodziewać jako wyniku swych pasterskich trudów.

Święty Paweł daje nam w tekście rację odmienną od wszystkich, które właśnie wymieniłem. Pracował więcej niż wszyscy Apostołowie — i po co? Nie by ucywilizować świat, nie by wygładzić oblicze społeczeństwa, nie by ułatwiać bieg rządów cywilnych, nie by szerzyć wiedzę, nie by kształcić rozum, nie dla żadnego wielkiego celu doczesnego, lecz „dla wybranych". „Znosił wszystko" — wszelki ból, wszelki smutek, wszelką samotność; niejedną łzę, niejedno cierpienie, niejedną obawę, niejeden zawód, niejedną boleść serca, niejedną walkę, niejede ranę; był „pięć razy biczowany, trzy razy bity rózgami, raz kamieniowany, trzy razy rozbity na morzu, często w podróżach, w niebezpieczeństwach na rzekach, od zbójców, od własnych rodaków, od pogan, w mieście, na pustyni, na morzu, od fałszywych braci, w trudzie i znoju, często na czuwaniu, w głodzie i pragnieniu, często w postach, w zimnie i nagości" — i niejeden człowiek mógłby z zadowoleniem tak cierpieć, gdyby przez te dobrowolne cierpienia kupował, jakby za cenę, kolejne triumfy Ewangelii. Gdyby każda chłosta była odkupieniem grzesznika, a każda łza przywracała odszczepieńca, a każdy zawód był wyrównany radością, a każde wyrzeczenie było zbudowaniem brata — mógłby z radością znosić wszystko, wiedząc, że im więcej cierpi, tym więcej czyni. I w pewnej mierze ten skutek z pewnością nastąpił: stróż więzienia po biczowaniu w Filippi nawrócił się i obmył jego rany; a „więzy jego w Chrystusie" stały się „jawne" w Rzymie, „w całym pałacu cesarskim i u wszystkich innych". Mimo to jednak, choć Apostołowi udzielane były niekiedy takie łaskawe wynagrodzenia, wielkie widzialne skutki, współmierne do rozległości jego cierpień, nie były ani ich owocem, ani pobudką. Siewał obficie, by zbierać w miarę; przemawiał do wielu, by pozyskać niewielu; obcował ze światem, by budować Kościół; „znosił wszystko" nie dla wszystkich ludzi, lecz „dla wybranych", by być narzędziem prowadzącym ich do chwały. Jako dowód służą jemu i pozostałym Apostołom przypadki opisane w Dziejach Apostolskich. Gdy święty Piotr po raz pierwszy głosił Ewangelię w dniu Pięćdziesiątnicy, „wszyscy zdumiewali się", jedni „naśmiewali się", lecz „ci, którzy chętnie przyjęli jego słowo, zostali ochrzczeni". A gdy święty Paweł i święty Barnaba głosili w Antiochii poganom, „uwierzyli wszyscy, którzy byli przeznaczeni do życia wiecznego". Gdy święty Paweł głosił w Atenach, „jedni naśmiewali się", drudzy mówili: „Posłuchamy cię innym razem", ale „niektórzy przylgnęli do niego". A gdy przemawiał do Żydów w Rzymie, „jedni uwierzyli słowom, które były mówione, a drudzy nie uwierzyli". Takie to spojrzenie ożywiało wpierw samego Chrystusa, a potem wszystkich Jego Apostołów, a świętego Pawła w szczególności — głosić wszystkim, by zyskać niektórych. Pan nasz „ujrzał owoc trudu swojej duszy i nasycił się". Święty Paweł, jako Jego sługa i narzędzie, podobnie z zadowoleniem znosił wszystko dla wybranych; albo — jak powiada w innym miejscu — „stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby wszelkimi sposobami ocalić choć niektórych". I takie jest powołanie Kościoła w każdym narodzie, wśród którego przebywa: wiele usiłuje, mało oczekuje i obiecuje.

Jest to wielka prawda biblijna, którą w tym zabieganym i pełnym ufności w siebie wieku należy głosić i podkreślać. W każdym pokoleniu żyje na świecie pewna liczba dusz, znanych Bogu, nieznanych nam, które będą posłuszne Prawdzie, gdy im zostanie podana, bez względu na tajemniczy powód, dla którego one to czynią, a inne nie. Na te dusze musimy patrzeć, dla nich musimy pracować — one są szczególną troską Boga, dla nich są wszystkie rzeczy; wśród nich i do ich grona módlmy się, byśmy należeli — my i nasi bliscy — w dzień ostateczny. One są prawdziwym Kościołem, wciąż rosnącym w liczbę, wciąż gromadzącym się, w miarę jak czas upływa; w nich tkwi Obcowanie Świętych; mają moc u Boga; są Jego wojskami, które idą za Barankiem, zwyciężają władców ziemi i będą niegdyś sądzić aniołów. To jest ów tłum, który wziął swój początek w czasach świętego Pawła, dla którego on pracował, mając w nim sam swój udział — i dla którego my w naszych czasach musimy pracować, abyśmy, jeśli tak być może, i my mieli w nim miejsce. Zgodnie ze słowami tekstu: „Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma; a kto przyjmuje człowieka sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę człowieka sprawiedliwego otrzyma. A kto poda jednemu z tych małych choćby kubek zimnej wody jako uczniowi, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody".

Bóg nie jest ani „bez świadka", ani bez owocu nawet w kraju pogańskim. „W każdym narodzie", mówi święty Piotr, „ten, kto się Boga boi i postępuje sprawiedliwie, jest Mu miły". W każdym narodzie, wśród wielu złych, są niektórzy dobrzy; i jakimi narody są, zanim zostanie im ofiarowana Ewangelia, takimi zdają się na ogół pozostawać po tej ofercie — „wielu jest powołanych, niewielu wybranych". A marnotrawić się i wyczerpywać dla wielu powołanych ze względu na wybranych niewielu — oto powołanie chrześcijańskich nauczycieli i świadków.

To, że takie jest ich powołanie, zdaje się być oczywiste z istniejącego stanu krajów chrześcijańskich od samego początku. O ile nie utrzymuje się, że Kościół nigdy nie wypełnił swego obowiązku wobec narodów, wśród których przebywał, należy przyznać, że powodzenie w sercach wielu nie jest jej obiecane. Chrześcijaństwo podniosło poziom moralności, powściągnęło namiętności i wymusiło zewnętrzną przyzwoitość i dobre obyczaje w świecie w ogólności; zaawansowało pewne osoby w cnotliwych lub religijnych nawykach, które inaczej mogłyby pozostać tylko przy zalążkach prawdy i świętości; nadało trwałość i konsekwencję wyznaniu wiary w licznych [ludziach] i może rozszerzyło zakres naprawdę religijnej praktyki. Jednakże na ogół ogromna większość ludzi zdaje się pozostawać, z duchowego punktu widzenia, nie lepsza niż przedtem. Stan wielkich miast dzisiaj nie jest tak bardzo odmienny od dawnego — a przynajmniej nie na tyle odmienny, by można było twierdzić, że główne dzieło chrześcijaństwa rozegrało się na obliczu społeczeństwa, czyli w tym, co się nazywa światem. Dalej, najwyższa warstwa społeczeństwa i najniższa nie są tak różne od tego, czym byłyby bez znajomości Ewangelii, by można było powiedzieć, że chrześcijaństwo odniosło sukces w świecie jako takim, w jego różnych stanach i klasach. Podobnie z jego zajęciami i zawodami — z natury swej pozostają takie, jak były, złagodzone lub powściągnięte w najgorszych skutkach, lecz wciąż przynoszące te same zasadnicze owoce. Handel jest nadal chciwy — nie tylko w skłonności, ale w czynie, choć słyszał Ewangelię; wiedza przyrodnicza jest nadal sceptyczna, jak była za czasów pogańskich. Prawnicy, żołnierze, rolnicy, politycy, dworzanie, a — wstyd mówić — i duchowieństwo, wciąż mają smak starego Adama. Państwa chrześcijańskie poruszają się według tych samych co dawniej praw i rosną i upadają w miarę czasu wedle tych samych wewnętrznych zasad. Natura ludzka pozostaje tym, czym była, choć została ochrzczona; przysłowia, satyry, obrazy, których była przedmiotem w czasach pogańskich, wciąż nie tracą swej ostrości. Jednym słowem: biorąc religię — bo tak można ją słusznie rozumieć — za poddanie się prawu Bożemu, działanie zgodnie z wolą Bożą zamiast własnej, jakże mało jest w kraju zwanym chrześcijańskim tych, którzy wyznają w tym sensie religię! Jakże mało jest takich, którzy żyją wedle jakiejś innej reguły niż reguła własnej wygody, przyzwyczajenia, upodobania, stosownie do okoliczności, z jednej strony, i zewnętrznych uwarunkowań z drugiej! U jakże niewielu wola Boża jest zwykłym przedmiotem myśli, poszukiwania, miłości lub posłuszeństwa! Wszystko to jest tak powszechnie znane, że niedowiarkowie robią nam z tego zarzut. Widzą i drwią z tego, co widzą — że chrześcijanie, zarówno ci liczni, jak wykształceni, jak starzy, a nawet samo duchowieństwo, są podatni na pobudki i nie mogą oprzeć się pokusom, które ogólnie biorą górę nad naturą ludzką.

Znajomość Ewangelii nie zmieniła więc materialnie niczego ponad powierzchnię rzeczy; oczyściła to, co zewnętrzne; ale o ile mamy środki do osądzenia, nie działała na wielką skalę na wnętrze ducha, na owo „serce", z którego wychodzą złe rzeczy „kala[jące] człowieka". Zresztą nigdy nie obiecywała, że tak uczyni. Słowa naszego Zbawiciela, wypowiedziane w pierwszej kolejności o Apostołach, odnoszą się do Kościoła w ogólności: „Nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, bo są Twoi." Podobnie święty Paweł powiada, że Chrystus przyszedł nie po to, by nawrócić świat, lecz „aby oczyścić sobie lud wybrany, gorliwy w spełnianiu dobrych uczynków" — nie po to, by uświęcić ten zły świat, lecz by „wyrwać nas z obecnego złego wieku według woli Boga i Ojca naszego" — nie po to, by przemienić całą ziemię w niebo, lecz by zstąpić niebu na ziemię. Oto był prawdziwy triumf Ewangelii: wynieść ponad nich samych i ponad naturę ludzką tych, w jakimkolwiek stanie i kondycji życia, których wole w sposób tajemniczy współdziałają z łaską Bożą; tych, którzy, gdy Bóg ich nawiedza, prawdziwie boją się Boga i są Mu prawdziwie posłuszni, bez względu na nieznany powód, dla którego jeden człowiek jest Mu posłuszny, a drugi nie. Uczyniła z ludzi świętych i powołała do istnienia wzory wiary i świętości, które bez niej są nieznane i niemożliwe. Pracowała dla wybranych i osiągnęła z nimi sukces. To jest niejako jej znamię. Zwykły rodzaj religijności, chwalebny i szacowny na swój sposób, może istnieć w wielu systemach; lecz święci są stworzeniami Ewangelii i Kościoła. Nie znaczy to, że ów człowiek święty musi za życia wydawać się czymś więcej niż inni ludzie dobrze żyjący, bo jego łaski leżą głęboko i nie są znane ani rozumiane aż po jego śmierci, jeśli nawet wtedy. Lecz wtedy może on „jaśnieje jak słońce w królestwie swego Ojca", uobecniając w pamięci na ziemi to, co wypełni się w duszy i ciele w niebie. I dlatego nie zwykliśmy dawać żyjącym ludziom tytułu świętych, ponieważ nie możemy łatwo wiedzieć, dopóki są wśród nas, którzy żyli zgodnie ze swoim powołaniem, a którzy nie. Z biegiem czasu jednak, po śmierci, ich doskonałość może staje się znana; stają się wtedy świadkiem, przykładem tego, czego Ewangelia może dokonać, i próbką oraz rękojmią wszystkich innych wzniosłych stworzeń Bożych — Jego świętych w pełnej liczbie, którzy umierają i nigdy nie zostają poznani.

Jest wiele powodów, dla których świętych Bożych nie można poznać od razu. Po pierwsze, jak już powiedziałem, dobre ich uczynki są spełniane w skrytości. Następnie dobrzy ludzie są za życia często szkalowani, wyszydzani, źle traktowani; są źle rozumiani przez tych, których razi ich świętość i surowość, i być może są zmuszeni przeciwstawiać się grzechowi w swoich czasach, co otacza ich chmurą uprzedzeń i niechęci, która z czasem, choć nie od razu, rozchodzi się. Potem znowu ich zamiary i dążenia są niezrozumiane; i o jednych ich znakomitych czynach lub szlachetnych rysach charakteru wiedzą jedni, o innych — inni, i nikt nie wie wszystkiego. Tak jest za ich życia; lecz po śmierci, gdy zawiść i gniew przeminęły, a ludzie rozmawiają o nich i porównują, co kto wie, ich dobre i święte czyny sumują się; a świadcząc o ich owocności, jednocześnie wyjaśniają lub usprawiedliwiają ich pobudki i trafiają do umysłów ocalałych z podziwem i bojaźnią; i Kościół czci ich, dziękuje za nich Bogu i „uwielbia w nich Boga". Dlatego to święci Boży są zazwyczaj czczeni nie za życia, lecz w śmierci. I jeśli prosto zostanę zapytany, czym taki człowiek różni się od zwykłego człowieka religijnego, powiem tak: tym, że stawia sobie jako jedyny cel życia zadowolenie Boga i posłuszeństwo Mu; że stale dąży do poddania swojej woli woli Bożej; że gorliwie zabiega o świętość; i że nawykle stara się upodabniać do Chrystusa we wszystkim. Ćwiczy się nie tylko w obowiązkach społecznych, lecz w łaskach chrześcijańskich; jest nie tylko życzliwy, ale łagodny; nie tylko szczodry, ale pokorny; nie tylko wytrwały, ale cierpliwy; nie tylko prawy, ale gotowy przebaczać; nie tylko hojny, ale wstrzemięźliwy; nie tylko spokojny, ale rozmodlony i nastawiony kontemplacyjnie. Zwykły człowiek sądzi, że dosyć jest postępować z innymi tak, jak oni postępują z nim; uważa, że godzi się mścić za zniewagi, odpłacać za krzywdy, okazywać stosowną dumę, domagać się swych praw, zazdrośnie strzec swego honoru, odmawiać przyznania się do winy, gdy jest w błędzie, szukać bogactwa, pragnąć przychylności świata, bać się, co powiedzą sąsiedzi. Rzadko myśli o dniu sądu, rzadko myśli o grzechach przeszłych, mało się modli, mało dba o Kościół, nie ma gorliwości o prawdę Bożą, wydaje pieniądze na siebie. Taki jest przeciętny chrześcijanin — i nie jest on jednym z wybranych Bożych. Albowiem ten ostatni jest więcej niż sprawiedliwy, wstrzemięźliwy i łaskawy; ma oddaną miłość Boga, wysoką wiarę, świętą nadzieję, tryskającą miłość bliźniego, szlachetne panowanie nad sobą, ścisłą sumienność, nigdy nieobecną pokorę, łagodność w mowie, prostotę, skromność i nieafektację, nieświadomość swoich darów i tego, czym czynią go w oczach Bożych. Oto, co chrześcijaństwo uczyniło na świecie; taki jest owoc chrześcijańskiego nauczania — a mianowicie: wydobywać, pielęgnować i dojrzewać nasiona niebios, ukryte w ziemi, mnożyć — jeśli wolno tak powiedzieć — obrazy Chrystusa, które choć nieliczne, są warte wszystkiego, co istnieje wśród ludzi, i są sowitem wynagrodzeniem oraz „koroną radości" dla Apostołów i Ewangelistów „w obliczu Pana naszego Jezusa Chrystusa w godzinie Jego przyjścia".

Nie ma więc żadnego triumfu dla niedowiarków w tym, że Ewangelia nie uczyniła tego, czego nigdy nie próbowała uczynić. Od początku ogłaszała, jaki będzie stan tych wielu, którzy ją słyszeli i wyznawali. „Wielu jest powołanych, niewielu wybranych." „Szeroka jest brama i przestronna droga, która prowadzi do zagłady, i wielu nią wchodzi. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują." Chociażbyśmy pracowali nad sił, z nadzieją zadowolenia oponenta, nie moglibyśmy odwrócić świadectwa naszego Zbawiciela i uczynić wielu ludźmi religijnymi, a niewielu złymi. Możemy jedynie czynić to, co czynić należy. Z największym naszym trudem dosięgamy tylko tych, dla których przygotowane są korony w niebie: „Których przeznaczył, tych też powołał." „Kto czyni niesprawiedliwość, niech nadal ją czyni; kto jest brudny, niech nadal pozostanie brudny; kto jest sprawiedliwy, niech nadal pozostanie sprawiedliwym; kto jest święty, niech się nadal uświęca." Nie możemy zniszczyć osobistych różnic, które dzielą człowieka od człowieka; zarzucać zaś chrztu, nauczania i innych posług, że nie mogą przekroczyć granic przepowiedzianych w słowie Bożym, jest tak samo mało rozumne jak próba uczynienia jednego umysłu identycznym z drugim.

A jeśli tak jest, jak błędne jest mniemanie naszych czasów, że głównym zadaniem chrześcijańskiego Kościoła jest czynienie ludzi dobrymi członkami społeczeństwa, uczciwymi, prawymi, pracowitymi i dobrze prowadzącymi się; i że zaniedbuje swój obowiązek i ma powód do wstydu, jeśli w tym nie zdoła osiągnąć powodzenia; i że z dwóch wspólnot religijnych ta musi być bliższa nauce Pisma, której członkowie są bardziej przyzwoici i poukładani — podczas gdy łatwo może się zdarzyć, że skażenie Ewangelii, poświęcające lepszy owoc, może rodzić owoc obfitszy, skoro ludzie niezbyt niechętnie godzą się na zaniedbanie surowej reguły, oddając się łatwej. Jakże powszechne jest dziś spieranie się, czy plany wychowawcze realizowane przez ostatnich pięćdziesiąt lat zmniejszyły przestępczość, czy też nie; czy ci, którzy zostali skazani za wykroczenia przeciw prawu, w większości chodzili do szkoły, czy też nie! Takie pytania są z pewnością nie na miejscu, gdy chodzi o chrześcijańskie wychowanie. Gdyby Kościół wziął się do uczynienia ludzi dobrymi członkami państwa, byłyby one bardzo na miejscu; lecz jeśli wielkim celem jego Sakramentów, przepowiadania, Pism Świętych i pouczeń jest zbawienie wybranych Bożych, pielęgnowanie ku życiu i doprowadzanie do doskonałości tego, co jest naprawdę dobre — nie tylko w oczach ludzkich, lecz w oczach Bożych; nie tego, co jest jedynie użyteczne, lecz tego, co jest prawdziwe i święte; i jeśli wywieranie wpływu na tych, którzy działają z drugorzędnych pobudek, wymaga obniżenia standardu chrześcijańskiego, i jeśli ukazanie prawdy czyni człowieka gorszym, jeśli nie czyni go lepszym — to Kościół wypełnił swoje powołanie, jeśli zbawił niewielu; i uczynił więcej niż jego powołanie, o ile z łaski Bożej, nie sprzeniewierzając się wyższemu celowi, zdołał powściągnąć, złagodzić lub otrzeźwić wielu. Wiele z pewnością w tym względzie uczyni, lecz to, co uczyni, nie może się dokonać przez kompromis ani przez niewierność. Kościół i świat nie mogą się spotkać bez tego, by albo świat się podniósł, albo Kościół nie upadł; a świat żałośnie powołuje się na konieczność i powiada, że nie może się wznieść do Kościoła, i uważa Kościół za nierozumny, gdy ten nie chce zstąpić ku niemu.

Ewangelia przyszła więc do nas nie po to jedynie, by uczynić z nas dobrych poddanych, dobrych obywateli, dobrych członków społeczeństwa, lecz by uczynić z nas obywateli Nowego Jeruzalem i „współobywateli świętych i domowników Boga". Z pewnością nikt nie jest prawdziwym chrześcijaninem, kto nie jest dobrym poddanym i członkiem społeczeństwa; lecz i nie jest prawdziwym chrześcijaninem, jeśli jest niczym więcej. Jeśli nie dąży do czegoś przekraczającego możliwości człowieka naturalnego, nie jest naprawdę chrześcijaninem ani jednym z wybranych. Ewangelia ofiaruje nam rzeczy nadprzyrodzone. „Wołaj do Mnie" — mówi Bóg Wszechmogący przez swego proroka — „a Ja ci odpowiem i objawię ci rzeczy wielkie i niedostępne, których nie znasz." Lecz, niestety! ogół ludzi nie wnika w moc takiego zaproszenia ani nie czuje jego łaskawości ani pożądalności. Zadowala ich pozostanie tam, gdzie w naturze się znaleźli; bycie takimi, jakich czyni ich świat; ograniczanie swych wyobrażeń do tego, co można zobaczyć i dotknąć; i pojmowanie Ewangelii wedle myśli, pobudek i uczuć, które rodzą się w nich spontanicznie. Tworzą sobie religię na miarę tego, czym są, i żyją i umierają w zwykłym, pospolitym kółku nadziei i obaw, radości i boleści. Do zwykłego, pospolitego kółka obowiązków powinni wprawdzie się przykładać i powinni w nim znajdować zadowolenie. Być niezadowolonym ze swego losu w życiu to żadne wzniosłe uczucie — to niezadowolenie lub ambicja; lecz być niezadowolonym ze zwykłego sposobu przeżywania swego losu, ze zwykłych myśli i uczuć właściwych ludzkości, to nic innego jak bycie chrześcijaninem. Na tym polega różnica między ziemską a niebiańską ambicją. To niebiańska ambicja pobudza nas do wzlotu ponad pospolite i zwykłe pobudki i upodobania świata, gdy tymczasem trwamy w naszym powołaniu — jak nasz Zbawiciel, który, choć Syn Boży i uczestnik pełni swego Ojca, przez całą swoją młodość był posłuszny ziemskim rodzicom i uczył się pokornego rzemiosła. Lecz sordida, małostkowa i nędzna jest ambicja usiłowania porzucenia naszego ziemskiego losu, znudzenia się lub wstydzenia tego, czym jesteśmy, wzdychania za wielkością stanu lub nowością życia. Ogół ludzi nie idzie jednak ani w jednym, ani w drugim kierunku; nie mają ani wysokiej, ani niskiej ambicji. Dobrze, że nie mają tej niskiej — dobrze, że nie dążą do tego, by być wielcy lub bohaterowie; lecz i nie mają żadnej ku temu pokusy. Do czego są kuszeni, to ów zasiadający z zadowoleniem w świecie takim, jakim go zastają; siadanie w „błocie i kale" swego naturalnego stanu; zanurzanie się i pochłanianie przez niezdrowe bagnisko pod nimi. Skłaniają się ku temu, by stać się częścią świata i zostać przez niego wchłoniętymi, i — by tak rzec — przeistoczonymi w niego; i tak tracić wszelkie dążenia i myśli, czy to dobre, czy złe, ku czemukolwiek wyższemu niż to, czym są. Nie wiem, czy ludzie bogaci, czy biedni bardziej ku temu skłaniają. Ludzie biedni, mając codzienne potrzeby, musząc zarabiać na chleb, dbać o odzienie i schronienie, będąc wciąż żywo i gorliwie, dzień w dzień, obciążeni rzeczywistością bólu i troski, zdają się odcięci od wszelkich wzniosłych myśli. Wzywać biednego człowieka do życia życiem Serafina, do życia ponad światem, do ambicji doskonałości, zdaje się na pierwszy rzut oka, przy obecnym biegu rzeczy, tym samym co nakaz bycia człowiekiem o wyrobionym i literackim smaku, człowiekiem nauki lub filozofem. A jednak czy tak jest? Czy Apostołowie nie znajdowali się w wielkich niedostatkach? Czy święty Paweł nie musiał pracować dla utrzymania? Czy jedli i pili do woli? Czy wiedzieli jednego dnia, skąd nazajutrz wezmą posiłek lub gdzie złożą głowę? Z pewnością nie; a jednak wyraźnie powiedziano im, tak samo jak innym: „Szukajcie naprzód królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego." I zostało to obiecane z wyraźnym odniesieniem do tych trosk o żywność i odzienie: „A to wszystko będzie wam dodane." Ów fragment z Kazania naszego Zbawiciela na Górze pokazuje nam w sposób najoczywistszy, że ubóstwu nie wolno nam na to pozwolić — że ubóstwo nie jest żadnym usprawiedliwieniem bycia takimi, jakimi biedni ludzie tak często bywają: niespokojnymi, drażliwymi, skąpymi, fałszywymi, tępymi, podejrzliwymi, zazdrosnymi lub niewdzięcznymi. Nie; jakkolwiek wielkie powinno być nasze współczucie dla biednych, to jednak — jeśli słowa naszego Zbawiciela są prawdą — nic nie stoi na przeszkodzie nawet najbiedniejszemu człowiekowi, by żyć życiem Anioła, żyjąc w całej pozaziemskiej, kontemplacyjnej szczęśliwości świętego w chwale — z wyjątkiem o tyle, o ile przeszkadza mu w tym grzech. To znaczy: przeszkodą jest grzech, nie ubóstwo.

Taki jest przypadek biednych; przejdźmy teraz do przypadku tych, którym powodzi się w miarę dobrze. Oni również są pochłonięci przez troski lub zainteresowania życia tak samo jak biedni. O ile bieda oddala jednych od Boga przez rozkojarzenie umysłu, dostatek oddala drugich przez ponęty wygody i obfitości. Biedny człowiek mówi: „Nie mogę chodzić do kościoła ani do Sakramentu Wieczerzy Pańskiej, dopóki nie poczuję się spokojniejszy na duszy; jestem nękany i nie mogę zebrać myśli." Bogaty człowiek nie daje żadnych wymówek — przychodzi; lecz „serce jego idzie za swoją chciwością". Nie jest poszerzone przez wyzwolenie od trosk; jest tak samo mało uwolnione od tego, co widzialne, tak samo mało wylatuje w wolnym i rozjaśnionym świetle dnia ewangelicznego, jak gdyby ten dzień nie zajaśniał nad nim. Nie; taki człowiek może być dalece różny od zwykłego człowieka światowego — może być człowiekiem religijnym w potocznym sensie tego słowa; może być przykładny w swoim postępowaniu, o ile idzie o społeczne obowiązki życia; może być prawdziwie, nie pozornie — życzliwy, dobroczynny, szczery i niejako poważny — lecz tak to już jest, że jego umysł nigdy nie był uwolniony, by wzlecieć w górę; nie patrzy z tęsknotą w niezmierzone przestrzenie, w których jako chrześcijanin ma wolny zasięg. Pan nasz chwali tych, którzy „łakną i pragną sprawiedliwości". Właśnie tego brakuje ludziom w ogólności. Są mniej lub bardziej „sytymi, którym niczego nie brakuje" w sprawach religijnych; nie czują, jak wielką rzeczą jest być chrześcijaninem i jak dalece do tego nie dorastają. Są na ogół zadowoleni z siebie; zdają sobie wprawdzie sprawę, że nie dorównują własnym standardom, lecz właśnie ich standard jest niski. Pewien rodzaj zwykłego posłuszeństwa wystarczy im tak samo jak biednym. Człowiek w trudnych okolicznościach powie: „Mam dosyć troski o żonę i dzieci"; inny powie: „Straciłem męża i przyjaciół i mam dosyć troski o samego siebie"; postronni mówią: „Cóż za kpiny wzywać głodującą ludność do czuwania, postu i modlitwy, i do dążenia ku doskonałości." Dobrze, odwróćmy się teraz — powiadam — do bogatych i przemówmy do nich: cóż mówią bogaci? Odrzucają oni wszelkie owe łaknienie i pragnienie sprawiedliwości jako mrzonkę, natarczywość i to, co nazywają romantyzmem. Mają pewne wyraźne i jasne pojęcie o swoich obowiązkach; sądzą, że szczytem doskonałości jest bycie przyzwoitym i szanowanym w swoim powołaniu, umiarkowane korzystanie z uciech życia, jedzenie i picie, żenienie się i zamążpójście, kupowanie i sprzedawanie, sadzenie i budowanie oraz czuwanie nad tym, by religia nadmiernie ich nie pochłonęła. Biada! I tak to jest? Czy nakazane nam w Ewangelii życie nadludzkie jest jedynie snem? Czy w naszym własnym przypadku nie mają żadnego znaczenia teksty o ciasnej bramie i wąskiej drodze, o dobrej cząstce Marii, o regule doskonałości i o słowie, którego „nie mogą pojąć wszyscy, lecz tylko ci, którym jest dane"? Święci ludzie z pewnością nie wyskakują ze swojego stanu. Nie są ponurymi, markotni, apodyktyni ani niespokojni; lecz mimo to idą w swoim codziennym postępowaniu, przez swoje ukryte myśli i czyny, drogą ponad światem. Czy bogaci, czy biedni, wysoko czy nisko urodzeni, żonaci czy samotni, nigdy nie poślubili świata; nigdy nie pozwolili uczynić z siebie jego jeńców; nigdy nie patrzyli na stanowisko, modę, wygodę, uznanie jako na cel życia. Zachowali uczucie, które często mają młodzi ludzie, gdy z początku kpią ze sztucznych form i zwyczajów towarzyskich i trudno im dostosować się do ich pompy i pozoru. Oczywiście nie jest mądrze kpić i sprzeciwiać się czemuś, co z natury jest obojętne; i z wiekiem się tego nauczyli; lecz pozostaje uczucie braku sympatii z tym, co ich otacza — podczas gdy właśnie te rzeczy są tym, czym ludzie światowi najbardziej się szczycą: swymi urządzeniami i strojem, i postawą, i dżentelmenstwem, i znajomością wielkich ludzi, i koneksjami, i zdolnością kierowania i osobistą ważnością.

Daj nam Bóg prosty, pełen czci i miłości usposobienie, abyśmy mogli być prawdziwie dziećmi Kościoła i godnymi odbiorcami jego pouczeń! Osiągnąwszy to, reszta — przez Jego łaskę — sama przyjdzie. Takie jest usposobienie owych „maluczkich", których Aniołowie „zawsze patrzą na oblicze" naszego Ojca niebieskiego; tych, dla których Apostołowie znosili wszystko, którym służą Ustanowienia łaski i których Chrystus „żywi i piastuje jako własne ciało swe".

← wróć do odkrywania