*„Wysławiać Cię będę, bo w przedziwny i straszliwy sposób zostałem uczyniony; cudowne są dzieła Twoje — dusza moja poznaje to dobrze."* — Ps 139,14
W tym nader przejmującym Psalmie, z którego zaczerpnięto powyższe słowa, warto między innymi zwrócić uwagę na to, że natchniony autor dostrzega w tajemnicach otaczającego go świata i w sobie samym źródło podziwu i uwielbienia. „Wysławiać Cię będę, bo w przedziwny i straszliwy sposób zostałem uczyniony; cudowne są dzieła Twoje." Kiedy Nikodem usłyszał o przedziwnym działaniu Bożym, zapytał: „Jakże to się może stać?" Lecz pobożny Dawid chlubiło się tym właśnie, o co potrąca się człowiek cielesny. Napełnia jego serce i wyobraźnię trwogą myśl, że Bóg widzi go wszędzie — a nie budzi w nim sprzeciwu ani rozdrażnienia rozumu. Żadne wyniosłe myśli nie powstają w nim przeciwko temu, czego nie pojmuje, domagając się jego czujnej kontroli. Nie poddaje rozumu wysiłkiem woli, lecz wybucha radosnym okrzykiem na myśl, że Bóg jest aż tak nieogarniony. „Taka wiedza" — mówi — „jest zbyt dziwna dla mnie; wzniosła tak, że nie mogę jej dosięgnąć." I znowu: „Jakże drogie są dla mnie myśli Twoje, Boże!"
Ta refleksja stosowna jest podczas Uroczystości, którą właśnie obchodzimy i w czasie której myśli nasze zwracają się szczególnie ku wielkiej nauce o Trójcy w Jedności. Zamierzam teraz poczynić kilka uwag na jej temat — nie tyle wyjaśniając samą tę naukę, którą wyznaliśmy dziś w Symbolu Atanazjańskim tak pełnie i wyraźnie, jak tylko może ją wyrazić ludzkie słowo; lecz postaram się na podstawie tekstu wykazać, że trudność, jaką napotykają ludzkie słowa, gdy chcą ją wyrazić, nie jest większa niż ta, którą napotykamy, gdy usiłujemy wyrazić ludzkim słowem nawet rzeczy ziemskie — te, których sami doświadczamy i których istnienia zaprzeczyć nie możemy, bo sami je stwierdzamy. Wynika stąd jasno, że naszą rolą jest posługiwać się tajemnicami religii tak, jak czynił to Dawid — jako środkiem wdrażającym w nasze umysły przekonanie o niepojętości Boga Wszechmogącego. Tajemnice religii pycha mierzy miarą własnego pojmowania, pokora zaś — miarą Bożej wszechmocy; pokorni wielbią za nie Boga, pyszni wywyższają się przeciwko nim.
Słowa tekstu mówią o rzeczach ziemskich: „w przedziwny i straszliwy sposób zostałem uczyniony." Przypatrzmy się teraz niektórym tajemnicom, jakie kryje sama nasza natura.
**1.** Po pierwsze: jesteśmy złożeni z duszy i ciała. Gdybyśmy tego nie wiedzieli — a nie możemy temu zaprzeczyć — jakiegoż pojęcia byłby w stanie wyrobić sobie nasz umysł o takim splocie natur i jak mielibyśmy sprawić, by ci, którzy kierują się jedynie rozumem abstrakcyjnym, pojęli, co mamy na myśli? Ciało jest zbudowane z materii — to widzimy; posiada pewną rozciągłość, budowę, kształt i spoistość. Przez duszę rozumiemy ową niewidzialną zasadę, która myśli. Świadomi jesteśmy tego, że żyjemy i że jesteśmy rozumni; każdy człowiek ma własne myśli, uczucia i pragnienia; każdy jest dla siebie jedną całością i wie, że jest jeden i niepodzielny — jedną w takim sensie, że dopóki istnieje, przyjęcie, że może być kimś innym niż on sam, byłoby absurdem; jeden w sensie, w jakim żadne ciało materialne złożone z części nie może być jedno. Jest pewien, że jest odrębny od ciała, choć z nim złączony — bo jest jeden, ciało zaś nie jest jedno, lecz zbiorem wielu rzeczy. Czuje też, że jest od niego odrębny, bo się nim posługuje; a to, czym człowiek może się posługiwać, temu jest nadrzędny. Nikt w żaden sposób nie może pomylić swojego ciała z samym sobą. Ciało jest jego — nie jest nim. Ta zasada zatem, która myśli i działa w ciele i którą każdy człowiek odczuwa jako siebie samego, nazywamy duszą. Nie wiemy, czym ona jest; nie dosięgają jej żadne zmysły; nie możemy jej zobaczyć ani dotknąć. Nie ma nic wspólnego z rozciągłością ani kształtem; pytać o kształt duszy byłoby równie absurdalnym, jak pytać o kształt myśli, życzenia, żalu czy nadziei. Przeto nazywamy duszę duchową i niematerialną i twierdzimy, że nie ma żadnych części i że nie ma żadnej wielkości. Wszystko to wydaje się niezaprzeczalne. Lecz zauważmy: jeśli to wszystko prawda, co znaczy powiedzieć, że jest ona w ciele — bardziej niż to, że myśl albo nadzieja jest w kamieniu czy drzewie? Jak jest złączona z ciałem? Co utrzymuje ją razem z ciałem? Co zatrzymuje ją w ciele? Co powstrzymuje ją od odłączenia się od ciała w każdej chwili? Kiedy dwie rzeczy, które widzimy, łączą się ze sobą, łączy je jakaś więź, którą możemy pojąć. Łańcuch albo lina kotwiczna utrzymuje okręt na miejscu; kładziemy fundament budowli w ziemi i budowla trwa. Lecz cóż jest tym, co jednoczy duszę i ciało? Jak się one stykają? Jak trwają razem? Dlaczego nie błądzimy ku gwiazdom lub głębinom morskim, lub tam i z powrotem, dokąd niesie nas przypadek, podczas gdy nasze ciało pozostaje tam, gdzie było na ziemi? Zamiast dziwić się, że ciało pewnego dnia umiera — jak to możliwe, że w ogóle żyje i porusza się? Jak to możliwe, że nie umiera przez choćby jedną godzinę? Z pewnością jest równie niezrozumiałe, jak tylko coś być może, w jaki sposób dusza i ciało mogą stanowić jednego człowieka; a gdyby nie mieć tego przykładu przed oczami, zdawałoby się, że mówimy słowami bez znaczenia. Na przykład: czy nie byłoby dziwactwem i próżnością mówić o czasie jako głębokim lub wysokim albo o przestrzeni jako szybkiej lub wolnej? Nie mniej próżne wydaje się zapewne niektórym rodzajom duchów mówienie, że myśl i umysł mają ciało — a w wypadku człowieka mają je, zgodnie z przedziwną wolą Bożą. Pewne jest zatem, że doświadczenie przerasta rozum w możności poznania; czemu zatem rozum miałby ograniczać wiarę, skoro nie może ogarnąć nawet tego, co jest widziane?
**2.** Ponownie: dusza jest nie tylko jedna i bez części, ale nadto — jakby przez wielką sprzeczność nawet w samych słowach — jest w każdej cząstce ciała. Nie ma jej nigdzie, a jednak jest wszędzie. Można by rzec, że przebywa zwłaszcza w mózgu; lecz nawet gdybyśmy to przyznali dla potrzeb wywodu, to jednak jest rzeczą zupełnie pewną, że skoro każda część ciała należy do człowieka, on sam — jako jaźń — jest w każdej cząstce swego ciała. Żadna część ciała człowieka nie jest jak zwykłe narzędzie, jak nóż albo kula, którą się bierze i którą można odłożyć. Każda jego część jest częścią jego samego; jest scalona w jedność przez jego duszę, która jest jedna. Przypuśćmy, że bierzemy kamienie i budujemy dom — budowla nie jest naprawdę jedna; składa się z wielu oddzielnych części, które wzięte razem nazywamy jedną, lecz nie są jedną inaczej niż w naszym wyobrażeniu o nich. Natomiast dłonie i stopy, głowa i tułów tworzą jedno ciało pod obecnością duszy, która jest w nich. Gdyby duszy nie było w każdej części, nie tworzyłyby one jednego ciała; a tak dusza jest w każdej cząstce, łącząc ją z każdą inną, choć sama nie składa się z żadnych części. Nie mówię oczywiście, że w tych przeciwstawnych prawdach zachodzi jakaś rzeczywista sprzeczność; wiemy przecież, że jej nie ma i być nie może, ponieważ są prawdziwe — ludzka natura jest faktem, który stoi przed nami. Lecz stan rzeczy, ujęty w słowa, jest sprzecznością; nie możemy go wyrazić tak, by nie pociągało to za sobą pozornej sprzeczności; a gdy zaczniemy różnicować terminy, czynić rozróżnienia, wyważać sformułowania i tym podobne, będziemy wydawali się techniczni, sztuczni i spekulatywni — że posługujemy się słowami bez znaczenia.
Oto właśnie nasza trudność w odniesieniu do nauki o Trójcy Przenajświętszej. Nie byliśmy nigdy w niebie; Bóg taki, jakim jest w sobie samym, jest przed nami zakryty. Jesteśmy o Nim pouczani przez tych, którzy byli przez Niego natchnieni w tym celu — owszem, przez Tego, który „zna Ojca", przez Jego Współwiecznego Syna samego, gdy przyszedł na ziemię. A w przesłaniu, które przekazali nam z wysoka, zawarte są twierdzenia dotyczące Jego natury, które zdają się sobie nawzajem przeczyć. Objawiony nam jest jako jeden Bóg, Ojciec, jeden niepodzielny Duch; a jednak powiada się, że od wieków istnieje w Nim Jego Jednorodzony Syn, taki sam jak On, a przecież odrębny; i od Nich Obydwu i w Nich Obydwu, od wieków i niepodzielnie, istnieje Duch Równy w Bóstwie. To wszystko, ujęte w słowa, wydaje się sprzecznością; ludzie tak to właśnie przedstawiali. Wtedy chrześcijanie, by nie uchodzić za nazbyt twardo i szorstko nalegających na słowa, które sobie przeczą, a przez to nie zhańbić prawdy Bożej i nie zgorszyć słuchaczy, dobierali ostrożnie swe słowa i je objaśniali — i za to właśnie oskarżano ich o spekulacje i tworzenie teorii. Podobny wynik nastąpiłby bez wątpienia w analogicznym, wspomnianym już przypadku. Gdybyśmy nie mieli ciał, a zostałoby nam objawione, że istnieje ród posiadający ciała tak jak i dusze, jakże wiele przekonujących zarzutów zdawałoby się nam przemawiać przeciwko temu objawieniu! Moglibyśmy z pozorem racji twierdzić, że słowa użyte do jego przekazania są dowolne i bez treści. Pytalibyśmy: co znaczy powiedzieć, że dusza nie ma części, a jednak jest w każdej cząstce ciała? Co znaczy powiedzieć, że jest wszędzie i nigdzie? Jak może być jedna, a jednak powtarzana jakby dziesięć tysięcy razy w każdym atomie i porze ciała, w którym, jak się twierdzi, przebywa? Jak może w ogóle być ograniczona do ciała? Jak działa na ciało? Jak to się dzieje, jak utrzymywano, że gdy dusza tylko zapragnie, ramię się porusza lub nogi idą? Jak duch, który niczego nie może dotknąć, może jednak poruszyć tak wielką masę materii, i to tak łatwo, jak ludzkie ciało? Oto niektóre z pytań, które można by stawiać — po części na tej podstawie, że rzekomy fakt jest niemożliwy, po części zaś że sama idea jest sprzeczna z samą sobą. A takie właśnie są pytania, którymi wyniosłe i bezbożne umysły napadają na objawioną naukę o Trójcy Świętej.
**3.** Zważmy dalej, w jak dziwnym stanie jesteśmy, gdy śnimy, i jak trudno byłoby wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie śnił, co znaczy śnić. Jego słownik nie zawierałby żadnych słów na wyrażenie żadnego stanu pośredniego między pełnym posiadaniem a całkowitym zawieszeniem władz umysłu. Rozumiałby, czym jest bycie przytomnym, czym bycie nieprzytomnym; lecz dla stanu między jednym a drugim nie miałby ani słów, by go opisać, ani — gdyby był zarozumiały i arogancki — skłonności, by w niego uwierzyć, choćby najlepiej poświadczały go ci, którzy powinni wiedzieć. Nie mówię, że nie ma do pomyślenia takiego nagromadzenia dowodów, które by rozum takiego człowieka zwyciężyło — widzimy bowiem niekiedy, że rozum ludzki ulega dowodom Ewangelii, choć serca są nimi dotknięte jedynie w niedoskonałym stopniu; lecz chcę powiedzieć, że owa ziemska tajemnica mogłaby być przedstawiona człowiekowi z mniej więcej takim stopniem świadectwa, jakie Ewangelia faktycznie posiada — nie przemożnym zazwyczaj, lecz stanowiącym próbę jego serca; próbę mianowicie tego, czy tajemnice w niej zawarte pobudzają jego pychę, czy też nie. Śnienie nie jest fikcją, lecz rzeczywistym stanem umysłu — choćby nawet tylko jedna lub dwie osoby na całym świecie kiedykolwiek śniły; a gdyby ci jeden lub dwa, albo tuzin ludzi, mówili do reszty świata i jednomyślnie świadczyli o istnieniu owego tajemniczego stanu, wielu z pewnością by odrzucało ich świadectwo — tak jak odrzuca się tajemnice Ewangelii — pod pozorem, że jest niepojęte. A przecież w takim razie sprzeciwialiby się prawdzie i mylili się (nie tak, oczywiście, nagannie jak ci, którzy z podobnych powodów odrzucają Ewangelię, przychodzącą do nas jako rzecz praktyczna, a nie czysto abstrakcyjna), lecz bez wątpienia uznawaliby za fałszywe coś, co jest prawdziwe.
Nie jest wielką szkodą mylić się w kwestii opinii; lecz w sprawach wpływających na postępowanie, dotykających naszych wiecznych interesów — jak Religia Objawiona — jest rzeczą ze wszech miar niebezpieczną i lekkomyślną, choć tak powszechną, potykać się o jej tajemnice zamiast wierzyć i kierować się jej groźbami i obietnicami. Zamiast przyjmować to, co rozumieją, razem z tym, czego nie rozumieją, ludzie krytykują sposób wyrażenia prawd, które przyszły z nieba. Natchnieni Apostołowie przekazywali je pierwszym nawróconym chrześcijanom, a ci — w miarę możliwości ludzkiego języka, czy to własnego, czy Apostołów, po części jednego, po części drugiego — zachowali je; a my, zamiast być im wdzięczni za tę korzyść, zamiast radować się, że przekazali nam owe tajemnice dotyczące Boga, zamiast dziękować Mu za Jego łaskawe zniżenie się pozwalające nam o nich słyszeć, mamy serca dość oziębłe, by skarżyć się na ich tajemniczość. Bezbożne umysły pytają: „Czy Bóg jest jeden, czy troisty?" Odpowiada im się: jest Jeden i jest zarazem Troisty. Ripostują: „Nie może być Jeden w tym samym sensie, w jakim jest Troisty." Ustępuje im się w odpowiedzi: „Jest Troisty w jednym sensie, Jeden w innym." Pytają: „W jakim sensie? Cóż to za sens, w którym jest Trzema Osobami? Cóż to za sens słowa 'Osoba', który ani nie oznacza trzech oddzielnych Istot, jak to jest u ludzi, ani też nie sprowadza się poniżej tego rzeczywistego i pełnego znaczenia, którego słowo wymaga?" Odpowiadamy, że nie znamy owego pośredniego sensu; wyznajemy, że nie możemy pogodzić poszczególnych części tej nauki; możemy jedynie przyjąć to, co nam jest dane, i być z tego zadowoleni. Odpierają, że jeśli tak jest, posługujemy się słowami bez znaczenia. Odpowiadamy: nie, nie bez znaczenia w nich samych, lecz bez znaczenia, które my w pełni pojmujemy. Bóg rozumie własne słowa, choć są one ludzkie. Bóg, dając tę naukę, ujął ją w słowa; i nauka, jak ją wyrażamy, jest nauką tak, jak wyrażali ją Apostołowie; jest przekazywana nam z tym samym stopniem zrozumiałości, z jakim ją Apostołowie przyjęli; nie ma więc powodu, by z niej rezygnować dlatego, że po części jest niezrozumiała. Tak twierdzimy; a oni nalegają w odpowiedzi — jakby to była dostateczna replika — że nauka jako całość jest dla nas niezrozumiała (co przyznajemy); że słowa, którymi się posługujemy, mają bardzo małe znaczenie (co nie jest prawdą, choćbyśmy nie widzieli pełnego znaczenia); i w ten sposób mniemają, że znaleźli usprawiedliwienie dla jej odrzucenia.
Lecz to wszystko — mówię — jest niemal dokładnie tym, co mogłoby się zdarzyć w każdej dyskusji o śnieniu w gronie, gdzie jedna lub dwie osoby go doświadczyły, a większość nie. Można by powiedzieć tym, którzy nam o nim opowiadają: „Czy macie na myśli, że to stan czuwania czy nieprzytomności? Jedno czy drugie? Cóż to za sens, w którym w trakcie śnienia nie jesteśmy nieprzytomni, a jednak nie jesteśmy przytomni i sobą?" Skoro więc mamy tajemnice nawet w odniesieniu do siebie samych, których nie możemy nawet dokładnie ująć w słowa, tym bardziej możemy przypuszczać — nawet gdybyśmy nie byli o tym pouczeni — że istnieją tajemnice w naturze Boga Wszechmogącego. I zamiast byłoby nieprawdopodobne, że tajemnice istnieją — sam fakt stwierdzenia, że istnieją, dodaje pewnego prawdopodobieństwa objawieniu, które je głosi. Z drugiej strony tym bardziej nierozumna jest niewiara, jeśli gruntuje się na tajemniczości objawienia; albowiem jeśli nie możemy ująć w spójny ludzki język spraw ludzkich, jeśli stan śnienia, który powszechnie przeżywamy, musi być opisywany słowami bądź mglistymi, bądź sprzecznymi — tym mniej jest powód do zdziwienia, jeśli ludzkie słowa okazują się niewystarczające do opisania spraw niebieskich.
To jedynie kilka z wielu uwag, które można by poczynić dotyczących naszego własnego tajemniczego stanu — to znaczy: rzeczy w nas, o których wiemy, że są naprawdę i rzeczywiście, a których jednak nie możemy dokładnie rozważyć i kontemplować, opisać, ująć w słowa i przekazać rozumieniu drugiego, kto tego nie przeżywa. Jest to jednak temat bardzo rozległy. Niechaj człowiek rozważy, jak z trudem i jakże okrężną drogą musi opisywać najpospolitsze przedmioty przyrody, gdy zamiast zmysłów usiłuje posługiwać się rozumem; jak trudno jest definiować rzeczy; jak niepodobna przekazać drugiemu jakiekolwiek skomplikowane, głębokie lub subtelne uczucie; jak sprzeczne i niezgodne z sobą wydają się własne uczucia ujęte w słowa; jak przez to narażamy się na niezrozumienie, pośmiewisko lub triumfalne obalenie; a wówczas nie zdziwi go niemożność należytego oddania słowami ziemskimi pierwszej Przyczyny wszelkiej myśli, Ojca duchów, Jedynego Wiecznego Umysłu, Króla królów i Pana panów, który sam ma nieśmiertelność, mieszkając w światłości niedostępnej, którego żaden człowiek nie widział ani widzieć nie może — niepojętego, nieskończonego Boga.
Na koniec. Jedna tylko — jak mi się zdaje — sprzeciw może być wysunięty przeciwko tym rozważaniom, i ten jest szybko odparty. Można powiedzieć, że choć istnieje — i to z dobrym powodem — dziesięć tysięcy tajemnic dotyczących Boskiej Natury, to po cóż miałyby one być ujawniane w Ewangelii? Albowiem sam fakt, że nie da się ich ująć w słowa, jest powodem, dla którego nie należy się tego podejmować. Jest to jednak, łagodnie mówiąc, sposób mówienia nader śmiały i zuchwały — jakbyśmy mieli jakiś sposób wiedzieć, jakiś sposób pytać, dlaczego Bóg czyni, co czyni, i to w taki właśnie sposób; jakby grzesznicy, otrzymując wielki i niezasłużony dar, nie byli wielce niewdzięczni i niemal szaleni, mówiąc: „Dlaczego dane nam to w ten, a nie inny sposób?" Czyż Bóg zobowiązany jest brać nas za doradców i tłumaczyć nam powód każdego ze swych działań? Czy też raczej naszym oczywistym obowiązkiem jest przyjąć, co nam jest dane, i żywić się tym w wierze? A tym, którzy tak właśnie przyjmują błogosławioną naukę, o której mowa, okaże się ona pod względem praktycznym nader osobliwie i szczególnie owocna — właśnie ze względu na swą tajemniczość. Nie ma chyba nic, co — o ile nam dane jest widzieć i sądzić — bardziej decyduje o temperamencie, charakterze i nawykach człowieka niż to, czy uważa Ewangelię za tajemniczą, czy nie. Nawet zatem oceniając ją wedle jej wpływu na nasze umysły, moglibyśmy śmiało orzec, że nauka o Trójcy Świętej i inne podobne tajemnice nie mogą być nieważne. Jeśli jest prawdziwa (jak tego się trzymamy), musi być doniosła; gdyż skłania umysł w określonym kierunku i kształtuje go według innego wzoru niż tych, którzy w nią nie wierzą. I tak to, co faktycznie nam dane jest widzieć, do pewnego stopnia potwierdza to, co głosi nam Pismo Święte i Kościół: że wiara w tę naukę jest rzeczywiście konieczna do zbawienia — pokazując nam, że wiara ta wywiera na nas skutek moralny. Usposobienie prawdziwej wiary opisane jest w tekście: „Cudowne są dzieła Twoje — dusza moja poznaje to dobrze." Człowiek religijny nieustannie się zdumiewa, a ludzie bezbożni śmieją się i drwią z niego za to zdumienie. Człowiek religijny nieustannie wychodzi poza siebie, nieustannie rozważa słowa Boże, nieustannie „wgląda" w nie wraz z Aniołami, nieustannie uobecnia sobie Tego, od którego zależy i który jest centrum wszelkiej prawdy i dobra. Umysły cielesne i pyszne zadowalają się sobą samym; lubią pozostawać we własnym domu; gdy słyszą o tajemnicach, nie mają pobożnej ciekawości, by iść i ujrzeć wielki widok, choćby zaledwie nieco odbiegał od utartych dróg; a gdy stanie im on na samej drodze — potykają się o niego. Jak wielka jest zatem różnica między trwaniem myślą przy Bogu a spoczywaniem w sobie samym, wznoszeniem serca ku Bogu a sprowadzaniem wszystkich rzeczy nieba i ziemi do siebie, wywyższaniem Boga a wywyższaniem rozumu, mierzeniem rzeczy mocą Bożą a mierzeniem ich własną ignorancją — tak wielka jest różnica między tym, kto wierzy w tajemnice chrześcijańskie, a tym, kto w nie nie wierzy. A gdyby nie było innego powodu do ich objawienia oprócz tego łaskawego — by nas podnosić, uszlachetniać, czynić czcigodnymi, budzić w nas oczekiwanie i pobożność — byłby to z pewnością powód więcej niż wystarczający.
Pozyskajmy zatem wszyscy, uczeni i nieučzeni, tę wielką korzyść z tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Zdolna jest ukorzyć mądrych tego świata myślą o tym, co jest ponad nimi, oraz dodać otuchy i wywyższyć pokornych myślą o Bogu Wszechmogącym i chwałach, i cudach, które zostaną im kiedyś objawione. W Uszczęśliwiającym Widzeniu Boga, gdybyśmy przez Jego łaskę okazali się go godni, pojmiemy jasno to, co teraz posłusznie powtarzamy i pragnęlibyśmy poznać: jak Ojciec Wszechmogący jest prawdziwie i sam przez się Bogiem, Syn Wieczny prawdziwie i sam przez się Bogiem, i Duch Święty prawdziwie i sam przez się Bogiem, a jednak nie trzej bogowie, lecz jeden Bóg.