HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom IV

Kazanie XX. Śmiałości wiary

Gdy szukam swojej drogi albo decyzjiGdy moja wiara stała się letnia PosłuszeństwoPowszechne powołanie do świętości
„Rzekli Mu: możemy."
W skrócie. Kazanie stawia tezę, że wiara chrześcijańska wymaga odważnego zaangażowania — postawienia czegoś realnego na słowo Chrystusa, bez pewności powodzenia. Newman pyta, co konkretnie poświęciliśmy dla Ewangelii, i odpowiada, że większość chrześcijan nie ryzykuje nic. Przykłady Jakuba, Jana i Barnaby ilustrują, czym jest prawdziwy akt wiary.

„Rzekli Mu: możemy.”

*„Rzekli Mu: możemy."* — Mt 20,22

Słowa te, wypowiedziane przez świętych Apostołów Jakuba i Jana, były odpowiedzią na bardzo uroczyste pytanie ich Boskiego Mistrza. Pożądali oni — szlachetną, choć jeszcze nie zaprawioną w najwyższej mądrości ani nauczoną najświętszej prawdy ambicją — pożądali, by zasiąść przy Nim na Jego Tronie Chwały. Nie chcieli poprzestać na niczym mniejszym niż ów szczególny dar, który On przyszedł udzielić swoim wybranym, za którego niebawem oddał życie i który nam ofiaruje. Proszą o dar życia wiecznego; a On w odpowiedzi powiedział im nie, że go otrzymają (choć był on dla nich naprawdę przeznaczony), lecz przypomniał im, czego muszą się dla niego podjąć: „Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, i przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony? Rzekli Mu: możemy." Oto wielka nauka, która nam tu zostaje wbita w pamięć: że nasz obowiązek jako chrześcijan polega na tym, by podejmować się śmiałych czynów dla żywota wiecznego — bez absolutnej pewności powodzenia.

Powodzenie i nagroda wieczysta stanie się udziałem tych, którzy wytrwają aż do końca. Nie możemy wątpić, że podjęte prace wszystkich sług Chrystusa zostaną im w Dniu Ostatecznym zwrócone z obfitym plonem. To prawdziwe słowo: On zwraca znacznie więcej, niźli Mu pożyczamy, i bez zawodu. Lecz mówię tu o poszczególnych ludziach, o każdym z nas z osobna. Nikt spośród nas nie wie napewno, czy sam wytrwa; a przecież każdy z nas, by w ogóle mieć jakąś szansę powodzenia, musi się na coś poważyć. Jeśli więc chodzi o poszczególne osoby, jest jak najbardziej prawdą, że każdy z nas musi bezwarunkowo podejmować się śmiałych czynów ku niebu — mimo braku pewności, że przez nie osiągnie cel. To właśnie jest bowiem prawdziwe znaczenie słowa „śmiałość": osobliważ to śmiałość, w której nie ma nic z obawy, ryzyka, niebezpieczeństwa, niepokoju, niepewności. Tak, zaprawdę jest i tak jest zawsze; i na tym właśnie polega doskonałość i szlachetność wiary; właśnie dlatego wiara wyróżniana jest spośród innych cnót i doznaje czci jako szczególne narzędzie naszego usprawiedliwienia — gdyż jej obecność świadczy, że mamy serce zdolne do śmiałego czynu.

Święty Paweł ukazuje to nam dostatecznie jasno w jedenastym rozdziale swojego Listu do Hebrajczyków, który otwiera się definicją wiary, a następnie podaje nam jej przykłady — jakby dla uchronienia przed wszelką możliwością błędu. Po przytoczeniu słów: „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie" — i tym samym wykazując wyraźnie, że mówi o tej samej wierze usprawiedliwiającej, o której traktuje w swoim Liście do Rzymian — ciągnie dalej: „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy," to znaczy: uobecnianiem ich, „dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy," to jest: podstawą dowodu ich istnienia. Jest ona w swej istocie uobecnianiem tego, co niewidzialne; działaniem tak, jakby to było już w posiadaniu, w oparciu o sam jego widok; podjęciem się tego, postawieniem obecnego spokoju, szczęścia czy innego dobra na szalę przyszłości. Przeto też w innym liście mówi dosadnie: „Jeśliśmy tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładali, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania." Jeśli umarli nie wstają z martwych, to obraliśmy najgorszą drogę w wyborze życia i całkowicie zbłądziliśmy. A co jest prawdą o samej głównej nauce, jest prawdą i o naszym osobistym udziale w niej. Wykazuje nam to Apostoł w Liście do Hebrajczyków na przykładzie Starożytnych Świętych, którzy narażali swoje doczesne szczęście na szalę przyszłości. Abraham „wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie." On i pozostali umarli, „nie osiągnąwszy tego, co im było obiecane, lecz ujrzawszy to z daleka i pozdrowiwszy, i wyznawszy, że są gośćmi i pielgrzymami na tej ziemi." Taka była wiara Patriarchów; a w rozważanym tekście młodzi Apostołowie z nieuczonym, lecz szczodrobliwym prostodusznością do niej się roszczą. Jakkolwiek mało rozumieli w pełni to, co mówili, ich słowa wyrażały jakoś ukryte dno ich serc i przepowiadały ich przyszłe postępowanie. „Rzekli Mu: możemy." Związują się jakby mimowolnie i są chwyceni przez Kogoś Potężniejszego niż oni sami i niejako podstępnie wzięci w niewolę. Lecz w istocie ich bezpodejrzliwe przyrzeczenie złożone było, mimo wszystko, szczerze — choć nie wiedzieli, czego przyrzekają —

i dlatego zostało przyjęte. „Czy możecie pić kielich Mój i przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony? Rzekli Mu: możemy." On zaś w odpowiedzi, nie obiecując im nieba, rzekł łaskawie: „Kielich mój pić będziecie i chrztem, którym Ja mam być ochrzczony, będziecie ochrzczeni."

Zdaje się, że Pan nasz postąpił podobnie wobec świętego Piotra: przyjął jego gotowość służby, ostrzegając go zarazem, jak mało sam ją pojmował. Gorliwy Apostoł zapragnął natychmiast pójść za swoim Panem; lecz Ten odpowiedział: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale potem pójdziesz." Innym razem Pan przywołał dane Mu już przyrzeczenie; rzekł: „Chodź za Mną," a zarazem objaśnił jego znaczenie: „Zaprawdę, zaprawdę mówię ci: gdy byłeś młodszy, sam się przepasywałeś i chodziłeś, dokąd chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię przepasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz."

Takie były czyny podejmowane przez Apostołów w wierze i w niepewności. Nasz Zbawiciel w pewnym miejscu Ewangelii świętego Łukasza nakłada na nas wszystkich obowiązek świadomego czynienia podobnie: „Kto z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie obliczy wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdy założy fundament, a nie będzie mógł wykończyć, wszyscy, którzy to będą widzieć, zaczną drwić z niego, mówiąc: Ten człowiek zaczął budować, a nie mógł wykończyć." I zaraz potem dodaje: „Tak więc, nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem," ostrzegając nas tym samym o pełnej ofierze, jaką musimy złożyć. Oddajemy Mu wszystko, co mamy; a On według swego upodobania może to lub owo zabrać albo nam tego lub owego na czas jakiś użyczyć. Z drugiej strony, przypadek bogatego młodzieńca, który odszedł zasmucony, gdy Pan kazał mu rozdać wszystko i iść za Nim, jest przykładem człowieka, który nie miał wiary, by na słowo Jego wymienić ten świat na przyszły.

Jeśli zatem wiara jest istotą życia chrześcijańskiego i jest tym, czym ją opisałem, wynika z tego, że nasz obowiązek polega na tym, by na słowo Chrystusa stawiać to, co mamy, dla osiągnięcia tego, czego nie mamy; i czynić to w sposób szlachetny i szczodrobliwy, nie lekkomyślnie wprawdzie ani pochopnie, lecz nie wiedząc dokładnie, co się robi — nie wiedząc ani co się oddaje, ani co się zyska; niepewnym swojej nagrody, niepewnym rozmiaru swojej ofiary — zdając się we wszystkim na Niego, czekając na Niego, ufając Mu, że wypełni swoje obietnice, ufając Mu, że uzolni nas do wypełnienia naszych własnych ślubowań — i tak postępując we wszystkich sprawach bez troski ani lęku o przyszłość.

Przypuszczam, że to, co powiedziałem dotąd, wydaje się większości moich słuchaczy jasne i niepodważalne; lecz z pewnością, kiedy przejdę do wyciągnięcia praktycznego wniosku, który stąd bezpośrednio wynika, znajdą się tacy, którzy — w głębi serca, jeśli nie w otwartym przyznaniu — cofną się. Ludzie pozwalają nam, sługom Chrystusa, głosić, dopóki trzymamy się prawd ogólnych; lecz gdy tylko dostrzegą, że sami są nimi objęci i że mają według nich działać — nagle stają w miejscu; skupiają się i cofają, mówiąc: „Nie widzą tego" — albo „nie przyznają tamtego" — i choć nie są w stanie podać żadnego powodu, dla którego to, co ukazujemy jako konieczny wniosek, nie miałoby wynikać z tego, co sami przyznają, trwają przy swoim, że tego nie widzą; szukają wykrętów, twierdzą, że posuwamy się za daleko, że jesteśmy przesadni, że powinniśmy ograniczać i modyfikować to, co mówimy, że nie bierzemy pod uwagę czasu, okoliczności i tym podobnych rzeczy. Tak mówią; i słusznie powiada stare przysłowie: „Gdzie chęć, tam sposób" — bo nie ma prawdy, jakkolwiek przemożnie oczywistej, przed którą człowiek nie zdołałby uciec, zamknąwszy oczy; nie ma obowiązku, jakkolwiek pilnego, przeciw któremu w swoim własnym przypadku nie znalazłby dziesięciu tysięcy dobrych powodów. I na pewno będą twierdzić, że posuwamy się za daleko, skoro sięgamy nimi do nich samych.

Ta smutna ułomność ludzi, którzy się nazywają chrześcijanami, doskonale uwidacznia się w naszym obecnym przedmiocie. Któż nie przyzna od razu, że wiara polega na podjęciu się czynu na słowo Chrystusa bez patrzenia? A jednak, mimo to, czy nie można poważnie zapytać, czy ludzie w ogóle — nawet ci lepsi spośród nich — ryzykują cokolwiek dla Jego prawdy?

Zastanówcie się przez chwilę. Niechaj każdy, kto mnie słucha, zapyta siebie: jaką ma stawkę w prawdziwości obietnicy Chrystusa? Jak byłby choćby o włos gorszy w swym położeniu, gdyby — co jest niemożliwe, lecz gdyby — okazała się fałszem? Wiemy, co to znaczy mieć stawkę w jakimkolwiek przedsięwzięciu tego świata. Angażujemy swój majątek w plany, które rokują zysk; w plany, którym ufamy, w które wierzymy. Cóż poświęciliśmy dla Chrystusa? Co daliśmy Mu w oparciu o wiarę w Jego obietnicę? Apostoł powiedział, że on i jego bracia byliby nieszczęśliwsi od wszystkich ludzi, gdyby umarli nie wstawali z martwych. Czy możemy to w jakiejkolwiek mierze odnieść do siebie? Myślimy może, że mamy pewną nadzieję nieba; otóż tę utracilibyśmy bez wątpienia; lecz jakże inaczej bylibyśmy w swoim obecnym położeniu? Kupiec, który w spekulacji zaryzykował część majątku, a ta się nie powiedzie, traci nie tylko widoki na zysk, ale i coś swego, co w nadziei zysku postawił. O to właśnie chodzi. Co postawiliśmy? Naprawdę obawiam się, że gdy przyjdzie do zbadania, okaże się, iż nie ma niczego, co postanawiamy, niczego, co czynimy, niczego, czego nie czynimy, niczego, czego unikamy, niczego, co wybieramy, niczego, czego się wyrzekamy, niczego, do czego dążymy — a co nie postanawialibyśmy, nie czynili, nie czynili, nie unikali, nie wybierali, nie wyrzekali się i do czego nie dążyli — gdyby Chrystus nie umarł i gdyby niebo nie było nam obiecane. Naprawdę obawiam się, że większość ludzi zwących się chrześcijanami — cokolwiek wyznają, cokolwiek sądzą, że czują, jakiegokolwiek ciepła, oświecenia i miłości by się nie domagali jako swojej własności — szłaby niemal tak jak idzie, ani wiele lepiej, ani wiele gorzej, gdyby byli przekonani, że chrześcijaństwo jest bajką. W młodości dogadzają swoim pożądliwościom, albo przynajmniej gonią za marnościami tego świata; z biegiem czasu wchodzą w dobre tory w interesach lub inny sposób robienia pieniędzy; potem żenią się i osiadają; a gdy ich interes zbiega się z ich obowiązkiem, zdają się być i sami siebie uważają za ludzi szanownych i bogobojnych; przywiązują się do rzeczy takimi, jakimi są; zaczynają czuć odrazę do występku i błędu; i szukają pokoju ze wszystkimi ludźmi. Takie postępowanie, o ile sięga, jest wprawdzie słuszne i chwalebne. Tylko że — twierdzę — nie ma ono z konieczności nic wspólnego z religią; nie ma w nim niczego, co by stanowiło dowód obecności zasady religijnej u tych, którzy je prowadzą; nie ma niczego, czego by nie czynili nadal, nawet gdyby nie mieli z tego nic zyskać poza tym, co zyskują teraz. Zyskują wprawdzie coś teraz: zaspokajają swoje bieżące życzenia, są spokojni i porządni, bo tak jest zgodne z ich interesem i upodobaniem; lecz nie ryzykują niczego, nie poświęcają niczego, nie porzucają niczego w oparciu o wiarę w słowo Chrystusa.

Na przykład: święty Barnaba miał majątek na Cyprze; wyrzekł się go dla ubogich Chrystusowych. To jest zrozumiała ofiara. Uczynił coś, czego by nie uczynił, gdyby Ewangelia nie była prawdziwa. Jest oczywiste, że gdyby Ewangelia okazała się bajką — czego Boże broń — postąpiłby bardzo nieumiejętnie; znalazłby się w wielkim błędzie i poniósłby stratę. Byłby jak kupiec, którego okręty rozbito lub którego kontrahenci zbankrutowali. Człowiek wierzy człowiekowi, ufa wiarygodności swego bliźniego; lecz chrześcijanie nie ryzykują wiele na słowo swego Zbawiciela — a właśnie tego jednego są zobowiązani. Chrystus sam nam mówi: „Zjednajcie sobie przyjaciół mamoną niesprawiedliwości, aby gdy ustaniecie, przyjęli was do wiecznych mieszkań," to znaczy: kupujcie sobie udział w przyszłym świecie za bogactwo, którym ten świat posługuje się niegodziwie; karmcie głodnych, przyoblekajcie nagich, ratujcie chorych — a zamieni się to w „trzos, który nie starcieje, skarb niezawodny w niebie." Tak więc jałmużna jest, powiadam, zrozumiałym śmiałym czynem i dowodem wiary.

Podobnie człowiek, który gdy jego widoki w tym świecie są dobre, rezygnuje z obietnicy bogactwa lub dostojności, by być bliżej Chrystusa, mieć miejsce w Jego świątyni, mieć więcej sposobności do modlitwy i uwielbienia — ten składa ofiarę.

Albo ten, kto szlachetnym dążeniem do doskonałości odsuwa pragnienie światowych wygód i będąc, jak Daniel lub święty Paweł, w wielkim trudzie i pracy — zachowuje jednak serce samotne: ten też ryzykuje coś dla pewności świata, który ma nadejść.

Albo ten, kto po popadnięciu w grzech pokutuje czynem, nie tylko słowem; kładzie na swe ramiona jakieś jarzmo; poddaje się karze; surowo obchodzi się ze swym ciałem; odmawia sobie niewinnych przyjemności; albo wystawia się na publiczną hańbę — ten też okazuje, że wiara jego jest poręką dóbr, których się spodziewa, i dowodem rzeczywistości, których nie widzi.

Albo jeszcze: ten, kto ledwo nakłania siebie do modlitwy przeciw temu, za czym wielu goni, i do przyjęcia tego, od czego serce z natury się wzdryga; kto gdy wola Boża zdaje się zwracać ku ziemskiemu złu — choć go wzywając, jednak przemaga siebie, by powiedzieć szczerze: „Bądź wola Twoja" — nawet ten nie jest bez ofiary. Albo kto stojąc w obliczu bogactwa, szczerze prosi Boga, by nigdy bogaty nie był; albo kto stoi w obliczu dostojeństwa i gorąco prosi, by go nigdy nie miał; albo kto ma przyjaciół lub krewnych i całym sercem godzi się z myślą o ich odejściu, gdy jest ono jeszcze niepewne, kto może powiedzieć: „Weź ich, jeśli taka wola Twoja — Tobie ich oddaję, Tobie ich powierzam" — kto gotów jest być wzięty za słowo: ten też coś ryzykuje i jest przyjęty.

Taki człowiek jest brany za słowo, nie rozumiejąc może tego, co mówi; lecz jest przyjęty jako ktoś, kto coś znaczy i wiele ryzykuje. Serca szczodrobliwe — jak Jakuba i Jana, czy Piotra — często mówią z rozmachem i śmiałością z góry o tym, co uczynią dla Chrystusa: bez fałszu, lecz w nieświadomości; i dla tej szczerości zostają — jakby w nagrodę — wzięte za słowo, choć mają dopiero nauczyć się, jak poważne jest to słowo. „Rzekli Mu: możemy" — a ślub ten jest zapisany w niebie. Tak bywa z każdym z nas w wielu chwilach. Przede wszystkim przy Bierzmowaniu, gdy przyrzekamy to, co zostało za nas przyrzeczone przy Chrzcie — nie rozumiejąc jednak w pełni, ile przyrzekamy, lecz ufając, że Bóg będzie nam to stopniowo objawiał i udzielał sił stosownie do naszej doli. Tak znowu ci, którzy wstępują do stanu duchownego, przyrzekają, nie wiedząc czego; angażują się, nie wiedząc jak głęboko; zamykają sobie drogi tego świata, nie wiedząc jak ściśle; muszą może stwierdzić, że trzeba odciąć prawą rękę, poświęcić pożądanie oczu swoich i poruszenia serc swoich u stóp Krzyża — a myśleli w swojej prostocie, że wybierają po prostu spokojne i łatwe życie „prostych ludzi mieszkających w namiotach." I podobnie, na różne sposoby, okoliczności epoki sprawiają, że ludzie w pewnych chwilach obierają tę lub ową drogę dla religii. Nie wiedzą, dokąd są wleczeni; nie widzą kresu swej drogi; wiedzą tylko tyle, że słuszne jest czynić to, co czynią; i słyszą szept w duszy, który zapewnia ich — jak owych dwóch świętych braci — że cokolwiek ich obecne postępowanie pociągnie za sobą w przyszłości, przez łaskę Bożą będą mu sprostać. Ci błogosławieni Apostołowie powiedzieli: „Możemy" — i zaprawdę zdołali uczynić i wycierpieć tyle, ile powiedzieli. Święty Jakub otrzymał siłę, by wytrwać aż do śmierci — śmierci męczeńskiej — zginąwszy od miecza w Jerozolimie. Święty Jan, jego brat, miał jeszcze więcej do zniesienia, umarłszy jako ostatni spośród Apostołów, tak jak Jakub jako pierwszy. Miał znosić żałobę: najpierw po bracie, potem po pozostałych Apostołach. Miał znosić długość lat w samotności, wygnaniu i słabości. Miał doświadczyć posępności bycia w odosobnieniu, gdy ci, których kochał, zostali powołani. Miał żyć we własnych myślach, bez bliskiego przyjaciela, z takimi tylko wokół siebie, którzy należeli do młodszego pokolenia. Od niego żądał jego łaskawy Pan — jako zastawy wiary — wszystkiego, co oko jego miłowało i z czym serce jego obcowało. Był jak człowiek, który przeprowadza swoje dobra do odległego kraju i z przerwami, po trochu wysyła je naprzód, aż obecne mieszkanie staje się niemal ogołocone. Wyprawiał swych przyjaciół w ich podróż, sam zaś zostawał z tyłu — by byli tacy w niebie, którzy by o nim pamiętali, wyglądali go i przyjęli, gdy Pan go zawezwie. Wysyłał też przed sobą inne, jeszcze dobrowolniejsze zastawy i dowody śmiałości swej wiary: życie w zaparciu siebie, gorliwe strzeżenie prawdy, posty i modlitwy, trudy miłości, żywot dziewiczy, ciosy ze strony pogan, prześladowanie i wygnanie. I nic dziwnego, że tak wielki Święty mógł powiedzieć u kresu swych dni: „Przyjdź, Panie Jezu!" — jak ci, którzy znużeni nocą oczekują poranka. Wszystkie jego myśli, wszystkie rozmyślania, pragnienia i nadzieje były złożone w niewidzialnym świecie; a śmierć, gdy przyszła, przyniosła mu z powrotem widok tego, co czcił, co kochał, z czym obcował w dawno minionych latach. Wówczas, gdy znów znalazł się w obliczu tego, co stracił — jakże by się ożywiła pamięć i jakże dawno pogrzebane myśli wróciłyby do życia! Kto ośmieli się opisać szczęśliwość tych, którzy odnajdują wszystkie swoje zastawy bezpiecznie do nich powrócone i wszystkie śmiałe czyny sowicie i ponad miarę wynagrodzone?

Biada nam, bracia moi, że mamy tak mało tego wzniosłego i nieziemskiego ducha! Jakże to się dzieje, że tak godzimy się z rzeczami takimi, jakimi są — że tak chętnie chcemy być zostawieni w spokoju i cieszyć się tym życiem — że tak umiemy się wykręcać, gdy ktoś przypomina nam konieczność czegoś wyższego, obowiązek dźwigania Krzyża, jeśli mamy zdobyć Koronę Pana Jezusa Chrystusa?

Powtarzam: jakie są nasze śmiałe czyny i ryzyka dla prawdy Jego słowa? On sam bowiem wyraźnie mówi: „Każdy, kto opuścił dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, żonę lub dzieci, albo pole z powodu mego imienia, stokroć tyle otrzyma i odziedziczy życie wieczne. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi."

← wróć do odkrywania