*Na Boże Narodzenie.*
*„Bóg stworzył człowieka prawym, lecz oni szukali wielu wynalazków."* — Koh 7,29
Stan naszych rodziców, takimi, jakimi uczynił ich Bóg — „prawymi" i „bardzo dobrymi" w dniu, gdy zostali stworzeni — wiele ma w sobie, by wzbudzić nasze zainteresowanie i współczucie, choć my, ich potomkowie, odeszliśmy daleko w inny stan. Od owego czasu natura nasza przeszła przez wiele kolei — przez wiele zła ku dobru większemu. Ów pierwotny stan nie jest już nasz. Nie jest już nasz, choć nie jest już też utracony bezpowrotnie. Kary zostały zdjęte; ognisty miecz nie broni już wstępu do Edenu — a przecież nie powróciliśmy doń. Bo tak to już jest z wszystkim, co nas spotyka: przeszłość nigdy nie wraca — ani w tym, co zawierała, ani sama w sobie. Każdy czas ma swoje właściwe znamiona; naznaczony jest swoistymi rysami. Rozpoznajemy je w pamięci. Gdy raz po raz powraca w naszym umyśle ta czy inna chwila z naszego życia, dociera do nas z własnym swoim smakiem. Znamy ją jak gdyby przez smak i woń, i wiemy, że ów szczególny, nieopisany rys — dobry czy zły — nigdy nie może przylgnąć do czegokolwiek innego. A co prawdziwe jest o rzeczach obojętnych, jest prawdziwe także wtedy, gdy wchodzi w grę dobro i zło, i w wielkich losach człowieka. Jeśli grzeszymy i tracimy to, co Bóg nam dał, nie sam Bóg — tak zdaje się być Jego wolą — nie sam Bóg w całej pełni swych miłosierdzii nie przywraca nam tego, czym byliśmy. Może zmyć nasz grzech, może darzyć błogosławieństwami, nawet większymi błogosławieństwami niż te, które mieliśmy — lecz nie daje nam tych samych. Gdy człowiek wygnany był z Raju, było to na zawsze — nigdy nie wrócił, nigdy nie wróci; odrodzony został, lecz nie w posiadanie ogrodu niewinności: czeka go spoczynek, i szczęśliwszy spoczynek — raj piękniejszy, lecz zawsze inny.
Skoro tak się rzeczy mają, zdawałoby się, że stan pierwszy Adama niewiele ma nam dziś do zaoferowania. Jako utracony, budziłby jedynie żal i troskę; jako odzyskany, jest czymś nowym. A jednak, choć Bóg Wszechmogący nie przywraca przeszłości, Jego zrządzenia postępują naprzód w równomierny i jednolity sposób, niczym kręgi rozszerzające się od jednego środka — dobro przyszłe nie jest wprawdzie tym samym co dobro przeszłe, lecz niemniej jest doń podobne, jak substancja podobna jest do swego pierwowzoru. W przeszłości widzimy przyszłość jakby w zarysie i miniaturze. Istotnie, jakże mogłoby być inaczej, skoro wszystkie dobra są jedynie wzorami i cieniami samego Boga — Dawcy, i są do siebie podobne dlatego, że są podobne do Niego. Toteż ogród Edenu, choć od dawna już znikł, powraca raz po raz w toku Bożych spraw z nami — nie tylko po to, by pouczać nas przez przeszłość, ale nieuchronnie, jeśli wolno mi tak powiedzieć, z racji podobieństwa, jakie jedna łaska Boża nosi do drugiej: stan pierwszy Adama do Prawa, Prawo do Ewangelii, Ewangelia do stanu spoczynku po śmierci, a ten do nieba. Na przykład ziemia opływająca mlekiem i miodem była niejako widzialnym powrotem utraconego ogrodu i w pewien sposób odwracała wyrok wygnania, który Bóg wydał na pierwszych rodziców. I znowu: panowanie Chrystusa przedstawiane jest jako stan, w którym zwierzęta wracają pod władzę człowieka i są łagodne — gdy wąż nie będzie już jadowity, gdy „pustynia rozraduje się i zakwitnie jak róża," gdy „zamiast cierni wyrośnie jodła, a zamiast pokrzyw wyrośnie mirt;" gdy „góry i pagórki wydadzą okrzyk radości, i wszystkie drzewa polne klaszcze będą w dłonie." I podobnie z stanem pośrednim; albowiem Pan mówi do skruszonego łotra: „Dziś będziesz ze Mną w raju." A wreszcie, aby opisać i niebo — w ostatnich słowach, które Bóg raczył nam przekazać, kończąc swe Objawienie tak, jak je zaczął — stawia przed nami wizję szczęśliwego ogrodu. „I pokazał mi rzekę wody żywota, jasną jak kryształ, wychodzącą z tronu Boga i Baranka. Pośrodku ulicy jego i po obu stronach rzeki było drzewo żywota, wydające dwanaście owoców, dające swój owoc każdego miesiąca, a liście drzewa służyły do uzdrawiania narodów." Tak oto Bóg odbiera mniej, aby dać więcej — nie odwracając przeszłości, lecz ją naprawiając i wywyższając; zachowując jej wzór i nie dając nam jej zapomnieć.
Możemy więc ze spokojem patrzeć wstecz na ogród Edenu, jak patrzelibyśmy na własne dzieciństwo. Owo dzieciństwo jest typem doskonałego stanu chrześcijańskiego; nasz Zbawiciel uczynił je takim, gdy rzekł, że musimy stać się jak dzieci małe, aby wejść do Jego królestwa. Lecz i ono jest czymś minionym i skończonym. Nie jesteśmy dziećmi, nie możemy nimi być; dorośli mają władze, namiętności, cele, zasady, poglądy, obowiązki, których dzieci nie mają; a jednak musimy stać się jak dzieci małe; w nich winniśmy dostrzegać chrześcijańską doskonałość i zabiegać o nią, mając je przed oczyma. Istnieje też naprawdę o wiele ściślejszy związek między stanem Adama w Raju a naszym stanem w dzieciństwie, niż można by na pierwszy rzut oka sądzić; tak że przypatrując się Edenowi, niejako spoglądamy wstecz na własne dzieciństwo; a dążąc do tego, by stać się znowu dziećmi, dążymy do tego, by być jak Adam po swoim stworzeniu. Porównajmy zatem teraz te dwa równoległe stany i czyniąc to, miejmy na oku ów trzeci stan, wyższy od obydwu — mam na myśli nasz stan odrodzenia w Chrystusie, którego tamte dwa są wzorami.
Istnieje, o ile wiemy, bardzo tajemnicza i rzeczywista więź między ogrodem Edenu a naszym dzieciństwem, nad którą jednak nie zamierzam się tu rozwodzić. Mam na myśli to, że nauka o grzechu pierworodnym łączy ze sobą w sposób nieznany i straszliwy Adama i każdego z nas. Jeśli, jak wierzymy, grzech Adama przypisywany jest każdemu z nas, jeśli przychodzimy na świat z nim samym na sobie, ze wszystkimi jego następstwami, jakby był naszym własnym, to z pewnością nie jesteśmy w stanie Adama, gdy był w Edenie (raczej w stanie, w jakim był, gdy go opuszczał), lecz tyle można powiedzieć, że nasze dzieciństwo jest poniekąd przedłużeniem stanu Adama w Edenie, prowadzeniem go przez upadek i po upadku — nie zaś nowym początkiem; choć mówiąc tak, używamy słów przekraczających nasze własne rozumienie.
Lecz odchodząc od tego tematu, chciałbym, byście zauważyli, że o ile nam dane jest to poznać, stan Adama w Edenie wydaje się być bardzo zbliżony do stanu dzieci — w tym, że był prosty, pozbawiony sztuczności, nieświadomy zła, nierozmyślający, niekalkulujący, nieznający przyszłości, ani (jak się dziś mówi) nieintellektualny. Drzewo poznania dobra i zła było od niego odsunięte. Zauważmy też, że skoro my, którzy znamy dobro i zło, powołani jesteśmy do tego, by stać się jak proste dzieci, tak znowu obiecany nam jest raj, w którym nie będzie Drzewa Poznania. Święty Jan opisuje nam raj przyszły i mówi nam o Drzewie Żywota, lecz nie ma tam Drzewa Poznania; zamiast niego „chwała Boża oświetla go, a Baranek jest jego światłem." Wydaje się więc, że biorąc naturę ludzką taką, jaka była w chwili stworzenia, taką, jaka jest w dzieciństwie (będącym wzorem jej doskonałości) i taką, jaka wynika z zapowiedzi o jej stanie przyszłym — we wszystkich tych stanach „poznanie dobra i zła" jest nieobecne, cokolwiek ów zwrot miałby znaczyć, i że zamiast niego Pan jest naszą Światłością, „i w Jego światłości widzimy światłość." Odpowiada to znakomicie słowom tekstu: „Bóg stworzył człowieka prawym, lecz oni szukali wielu wynalazków." Ale powróćmy do naszych pierwszych rodziców.
Stan w Edenie zdaje się być, powiadam, bardzo podobny do tego, co się nazywa życiem niewinnych — tych, którymi wzgardzają i których lekceważą ludzie tacy, jakimi są teraz, jako ich zdegenerowani potomkowie.
**1.** Po pierwsze, Adam i Ewa umieszczeni zostali w ogrodzie, by go uprawiać; ile treści kryje się w samym nawet tym fakcie! „Pan Bóg wziął człowieka i osadził go w ogrodzie Eden, by go uprawiał i strzegł." Jeśli istniał jakiś sposób życia wolny od zamętu, trwogi, podniecenia i gorączki umysłu, była nim opieka nad ogrodem. Powiecie, że nie mogło być inaczej, dopóki człowiek był jedyną istotą na całym świecie — nagromadzenie ludzi, wzajemne oddziaływanie umysłu na umysł, to właśnie stwarza cały ten pośpiech i różnorodność życia. Adam był pustelnikiem, chciał czy nie chciał. Prawda; lecz czy sam ten fakt, że Bóg uczynił go takim, nie wskazuje nam, na czym polega nasze prawdziwe szczęście — gdybyśmy je mieli, czego nie mamy? Widzimy przynajmniej w zarysie, czym jest nasza doskonałość, w tych pierwszych okazach naszej natury, które — gdyby Bóg tak był zechciał — nie musiały być stworzone w owym samotnym stanie, lecz mogły zostać stworzone od razu w niezliczonej mnogości, jak aniołowie. I zauważmy, że gdy przyszedł Drugi Adam, powrócił — owszem, więcej niż powrócił — do owego życia, które Pierwszemu pierwotnie wyznaczono. I On też był sam i żył w samotności — niepokalany Syn Dziewicy Matki; a za swój dom obrał szczyt górski lub ogród. Wyjąwszy zawsze to, że w Jego przypadku smutek i ból szły w parze z Jego samotnością; nie jadł swobodnie z wszystkich drzew prócz jednego, lecz pościł na pustyni przez czterdzieści dni — nie kuszony, by jeść z owego jednego drzewa przez zbytek, lecz nękany w zupełnym braku pożywienia, by dostarczył sobie niezbędnego chleba; nie jako król nadający imiona ulizanym zwierzętom, lecz jako jeden spośród dzikich bestii; nie obdarzony pomocą odpowiednią dla Jego wsparcia, lecz modlący się samotnie w ciemności porannej; nie pielęgnujący ziół i kwiatów, lecz skrapiający ziemię krwią w agonii; nie pogrążony w głębokim śnie w swym ogrodzie, lecz pogrzebany tam po swej Męce — a przecież podobny do Adama pierwszego, samotny; podobny do Adama pierwszego, żyjący ze swoim Bogiem i świętymi Aniołami. Jest to tym bardziej godne uwagi, gdyż przyszedł, by dokonać wielkiego dzieła w krótkim czasie swego posłannictwa, i gdyż ta sama cecha znajdzie się i u Jego sług — owszem, u tych Jego sług, którzy pracowali najtrudniej i działali najowocniej, zarówno przed Nim, jak i po Nim. Abraham, Izaak i Jakub byli „ludźmi prostymi, mieszkającymi w namiotach;" Mojżesz przez czterdzieści lat wiódł życie pasterza; a gdy wreszcie postawiony został nad ludem wybranym, to i wtedy, w jednym z najbardziej krytycznych momentów swego rządzenia, długo przebywał w odosobnieniu na Górze z Bogiem. Samuel wychowany był w świątyni; Eliasz żył na pustkowiach; podobnie Jan Chrzciciel, jego typ. Nawet Apostołowie miewali swoje okresy samotności. Słyszymy o świętym Piotrze w Joppie; a święty Paweł miał swoje trudy ponownie i ponownie przerywane przez więzienie — jakby owo okazjonalne wytchnienie od wysiłku było równie niezbędne dla ducha, jak sen niezbędny jest dla ciała. Jeśli tedy życie Chrystusa i Jego sług jest dla nas jakimkolwiek drogowskazem, z pewnością zdaje się ono wskazywać, że prostota i spokój życia, od których zaczęła się natura ludzka, są znamieniem jej doskonałości. A czy nie uczy nas tego samego i nasze niemowlęctwo? — które jest przede wszystkim porą, gdy dusza pozostawiona jest sobie samej, odsunięta od swoich bliźnich tak skutecznie, jakby była jedyną istotą ludzką na ziemi — jak Adam w swoim zamkniętym ogrodzie, odgrodzona od świata i nawiedzana przez Aniołów.
**2.** Odgrodzona od świata, owszem, odgrodzona nawet od siebie samej; bo tak to jest, i rzecz to zdumiewająca, że nasz niemowlęcy i dziecięcy stan jest zakryty przed nami samymi. Nie możemy go sobie przypomnieć. Nie wiemy, czym był, jakie były nasze myśli w tym czasie i jaka nasza próba — nie bardziej niż wiemy, jakim był Adam. Jest to zdumiewająca analogia dla tych, którzy kwestionują i oponują przeciwko opisowi naszych pierwszych rodziców w Edenie. Do czego sprowadza się ich zarzut w gruncie rzeczy, jeśli nie do tego, że nie wiedzą, jaki był ów stan? że w Słowie Bożym kryje się głębia i tajemnica, której przeniknąć nie potrafią? Czy jest ona większa niż ta, która spowija ich samych osobiście, w ich własnym, jakże tajemniczym niemowlęctwie? — którego dzieje, gdyby można je było ująć w słowa i przedstawić nam, byłyby dla nas równie dziwne i obce, równie mało rozpoznawane przez nas jako nasze własne, co rozdziały drugi i trzeci Księgi Rodzaju. I tu znów pojawia się analogia z naszym stanem doskonałości: „nie wiemy jeszcze, czym będziemy." Nie wiemy, ku czemu zmierzamy — nie bardziej niż wiemy, od czego wyruszyliśmy. Święty Paweł porwany był kiedyś do Raju i zaświadcza o niepojętej naturze owego życia, które zaczęło się i urwało w Edenie. „Znam takiego człowieka... który uniesiony był do raju i słyszał słowa niewypowiedziane, których człowiekowi nie godzi się mówić." I wszystko to ma swój dalszy odpowiednik w stanie odrodzenia w obecnym świecie, o tyle przynajmniej, że ci, którzy głęboko postąpili w życiu Bożym, zarówno sami są zakryci, jak i widzą rzeczy ukryte przed zwykłymi ludźmi. „Światłość świeci w ciemnościach, ale ciemności jej nie ogarnęły." „Świat przez Niego się stał, lecz świat Go nie poznał." „Świat nas nie poznaje, bo jego nie poznał." A z drugiej strony: „Tajemnica Pana jest z tymi, którzy się Go boją." „Kto wierzy w Syna Bożego, ma świadectwo w sobie samym." „Zwycięzcy dam biały kamień, a na kamieniu wypisane nowe imię, którego nie zna nikt prócz tego, kto je otrzymuje."
**3.** Inne podobieństwo między stanem Adama w Raju a stanem dzieci polega na tym, że dzieci zbawiane są nie przez ich własne postanowienie i nawyki posłuszeństwa, nie przez wiarę i uczynki, lecz przez działanie łaski chrzcielnej; i podobnie Bóg „tchnął w człowieka tchnienie życia, i stał się człowiek istotą żyjącą." Jakże odmienny jest nasz stan po upadku! Obecnie nasza prawość moralna, taka jaką jest, nabywa się przez próbę, przez dyscyplinę — lecz co to w istocie oznacza? — przez grzeszenie, przez cierpienie, przez poprawianie się, przez doskonalenie. Zmierzamy ku prawdzie przez doświadczenie błędu; odnosimy sukcesy poprzez porażki. Nie wiemy, jak postępować słusznie, inaczej niż przez to, że czyniliśmy niesłusznie. Cnotę nazywamy środkiem — to znaczy, że pojmujemy ją jako leżącą pomiędzy tym, co jest złe. Wiemy, co jest słuszne, nie pozytywnie, lecz negatywnie — nie widzimy prawdy od razu i ku niej dążymy, lecz natykamy się na błąd i próbujemy go, i stwierdzamy, że to nie jest prawda. Szukamy po omacku przez dotyk, nie przez wzrok, i tak przez nędzne doświadczenie wyczerpujemy możliwe sposoby działania, aż nie pozostaje nic prócz prawdy. Taki jest proces, przez który odnosimy sukces; kroczymy do nieba tyłem; strzelamy strzałami do tarczy i za najzręczniejszego uważamy tego, kogo niedobory są najmniejsze.
Nie tak jest z dziećmi ochrzczonymi i z tego świata wziętymi. Nie tak było, póki Adam pozostawał prawym, jakim go Bóg stworzył. Adam mógł zapewne dojrzewać w świętości, pozostając w swoim pierwotnym stanie, bez doświadczenia zła — czy to bólu, czy błędu; albowiem miał w sobie to, co zastępowało mu wszystkie nawyki, które próba i dyscyplinę z bólem w nas wyrabiają. Jeśli wolno mi tak powiedzieć, łaska była dla niego zamiast nawyku; łaska była jego odzieniem wewnątrz i na zewnątrz. Łaska zwalniała go z wysiłków ku świętości, bo świętość żyła w nim. Nawyk znamy jedynie jako pewien stan czy przymiot umysłu, dzięki któremu postępujemy w ten lub ów określony sposób — jest on trwałą potęgą w umyśle; a czymże jest łaska, jeśli nie tym? To zatem, co upadły człowiek zdobywa przez ćwiczenie, pracując w górę ku temu przez czyny religijne, Adam już z tego działał. Miał w sobie owo światło, które mógł czynić jaśniejszym przez posłuszeństwo, lecz którego nie musiał tworzyć. Dopiero gdy upadł, utracił ów nadprzyrodzony dar, który wynosił go w stan ponad jego własną naturę i czynił go w pewnym sensie kimś więcej niż człowiekiem — czym są Aniołowie lub Święci w przyszłości. Tę szatę niewinności i świętości utracił, gdy upadł; wiedział to i wyznawał, że ją utracił; lecz dopóki ją posiadał, był bezgrzeszny i doskonały, i miły Bogu — choć nie przeszedł przez nic bolesnego, by ją osiągnąć. Znużył się nią; znużyło go być prawym jedynie z serca, a nie drogą rozumu. Pragnął być posłusznym nie na sposób dzieci, lecz tych, którzy sami wybierają. Spożył zakazanego owocu, by móc z otwartymi oczyma wybierać między dobrem a złem, i oczy jego otworzyły się, i „poznał, że jest nagi" — bo blask Bożej wewnętrznej chwały odszedł od niego i pozostał mu odtąd zmagać się ku posłuszeństwu, jak najlepiej mógł, w swoim upadłym stanie, przez doświadczenie grzechu i nędzy. I tutaj znów zauważmy — jak w poprzednich punktach porównania — że ten dar, który uświęcał Adama i zbawia dzieci, staje się też zasadą kierującą chrześcijan w ogólności, gdy postępują ku doskonałości. W miarę jak nawyki świętości dojrzewają, zasada, rozum i samodyscyplina stają się zbędne; instynkt moralny zajmuje ich miejsce w duszy — a ściślej mówiąc, z większą pobożnością: Duch jest tam władcą. Nie ma kalkulacji, nie ma walki, nie ma troski o siebie, nie ma badania pobudek. Działamy z miłości. Stąd Apostołowie mówią: „Macie namaszczenie od Świętego i wszystko wiecie;" „Jesteście świątynią Boga żywego; jak Bóg rzekł: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał wśród nich."
Jeśli zaś nauka, na której opiera się to porównanie, jest prawdziwa — a nie można w to wątpić — jak nędzny jest ów stan, który tak często jest wychwalany i wywyższany jako doskonałość naszej natury, podczas gdy jest właśnie przekleństwem, które na nas przyszło: poznanie zła. A czy może być coś bardziej pewnego niż to, że ludzie chełpią się nim; chlubią się swoją hańbą i uważają, że postępują w doskonałości moralnej, gdy jedynie nabywają znajomości zła moralnego?
Na przykład sądzę, że wielka liczba ludzi myśli, że jest czymś niewolniczym i godnym pogardy iść dalej ową wąską drogą, na którą wychowano ich jako dzieci, bez doświadczenia świata. Jest to droga wąska, i nazywają ją wąską z pogardą. Niecierpliwią się ograniczeniami ojcowskiego domu i pragną samodzielnie sądzić i działać. Uważają za mężne kosztowanie rozkoszy grzechu; uważają za mężne to, by poznać grzech, zanim się go potępi. Myślą, że są wtedy lepszymi sędziami, gdy nie są ślepo prowadzeni przez innych, lecz gdy sami na siebie wzięli jarzmo zła. Myślą, że rzeczą piękną jest przeklinać i kląć, i hulać, i szyderstwem odpowiadać świętej prawdzie Bożej, i ogłaszać się uczniami diabła. Patrzą z góry na niewinnych — na kobiety i dzieci, i pustelników, i na świętych i pokornych sercem, którzy, jak Cherubini, widzą Boga i kłaniają się Mu — jako nienadających się do wielkich spraw życia i bezwartościowych w prawdziwej ocenie rzeczy. Myślą, że nie ma wielkiej szkody w tym, by na pewien czas porzucić prawe życie, byle wrócić do niego ostatecznie. Sądzą nawet, że milszą Bogu służbą, bardziej „rozumną służbą" jest zwalczanie zła niż podążanie za dobrem. Sądzą, że powściągnięcie „poruszeń grzechu" i wykazanie nad nim swojej władzy jest rzeczą wyższą niż nieposiadanie ich do walczenia. Wydaje im się szlachetniejszym mieć wroga do pokonania i buntowników do ujęcia w karby niż trwać w pokoju. Niestety! zazwyczaj nie przyznają nawet, że istnieje w nich zbuntowana potęga; grzech nazywają złem lekkim, i nie ma co dziwić, że tak myśląc, mogą spokojnie mówić o próbowaniu go i nie mogą pojąć, że lepiej jest być zawsze czystym niż być kiedyś splamionym.
To jest jeden rodzaj poznania — i z pewnością najbardziej nędzny — który zdobyliśmy przez upadek: znać grzech z doświadczenia; nie patrzeć na niego z trwogą jak Aniołowie, ani jak dzieci, które dziwią się, jakim sposobem mogą istnieć na świecie niegodziwi ludzie, lecz wpuszczać go do serc własnych. Niestety! od czasu upadku stan człowieka cielesnego jest mniej lub bardziej właśnie taki — żyć w grzechu; i choć tu i ówdzie, pod ukrytym działaniem łaski Bożej, szukał Boga i był Mu posłuszny, działo się to w sposób pełzający, jak robaki torujące sobie drogę w górę przez proch ziemi, obracając zło przeciw sobie samemu i odwykazując się od niego przez to, że je poznały. I taki też zdaje się być jeden z głównych sposobów, w jaki Opatrzność prowadzi swoją prawdę nawet pod Ewangelią — nie przez bezpośrednią powódź światła na Kościół, lecz przez puszczanie jednej klęski na drugą, każąc jednemu wężowi niszczyć drugiego, mniejszemu — większego; tak stopniowo przerzedzając pokolenie grzechu i gubią w ich własnej wzajemnej sprzeczności. I w ten sposób z pewnością należy patrzeć na sekty i herezje — jako na świadków i wyznawców poszczególnych prawd, jako na Boże narzędzie niszczenia zła; śmiertelne same, a jednak zachłanne wobec siebie nawzajem.
**4.** Wzmianka o herezji i błędzie otwiera przed nami rozległy temat, do którego jedynie napomknę. Czymże jest sam intelekt, ćwiczony w świecie, jeśli nie owocem upadku — nie znajdowanym w raju ani w niebie, bardziej niż u małych dzieci; i w najlepszym razie jedynie tolerowanym w Kościele, jedynie niedającym się pogodzić z odrodzoną duszą? Dzieci nie kierują się rozumem; Adam w swoim stanie niewinności nie miał sposobności do niczego prócz tego, co nazwalibyśmy spokojnym i prostym życiem. Bogu Najwyższemu przypisujemy doskonałości moralne: prawdę, wierność, miłość, sprawiedliwość, świętość; przypisujemy Mu też potęgę, wiedzę i mądrość; lecz bluźnierstwem byłoby nawet wymawiać Jego wielkie Imię w związku z tymi zdolnościami umysłu, które zwykliśmy nazywać zdolnościami i tak wysoko cenimy. Chrystus znów nie okazuje żadnej wymowy ani siły słowa, żadnego subtelnego ani wybiegającego rozumowania, żadnej błyskotliwości, pomysłowości ani płodności myśli, którymi świat się zachwyca. I to samo jest prawdą co do naszego własnego stanu odrodzenia; bo choć z pewnością każda władza intelektu ma swoje miejsce w Kościele, to jednak z pewnością wiara jest w nim najwyższa, a rozum dopiero wtedy uznawany za na miejscu, gdy jest podległy. „Błogosławieni" — mówi Pan nasz — „którzy nie widzieli, a uwierzyli;" a Paweł znowu: „Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości; my zaś głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest dla Żydów zgorszeniem, a dla Greków głupstwem; lecz dla tych, którzy są powołani, zarówno Żydów jak i Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą." Jakiż kontrast do takich miejsc przedstawia samo zestawienie zdolności umysłowych, dzięki którym ludzie osiągają sukces w życiu i dzięki którym utrzymuje się struktura społeczeństwa! Weźcie świat takim, jakim jest — z jego inteligencją, jego krzątaniną, gorączkowymi wysiłkami, jego dziełami, jego wynikami, nieustannym przypływem i odpływem wielkiego morza umysłu; patrzcie na społeczeństwo — mówię, nie w jego przygodnym złu, lecz w jego istotnych rysach — i czymże jest cała ta intelektualna energia, jeśli nie owocem drzewa poznania dobra i zła? I choć sama w sobie nie jest grzechem, to jednak jest w istocie następstwem grzechu. Rozważcie jego zawody, rzemiosła, zajęcia, czyli — słowami tekstu — „wynalazki;" sprowadźcie je do ich najprostszych form i pierwszych przyczyn — a czymże jest ich rodziciel, jeśli nie utratą pierwotnej prawości? Jakie miejsce mają jego blaski, triumfy, spekulacje i teorie w owym czystym i szczęśliwym miejscu, które było naszą kolebką, lub w owym niebie, które ma być naszym spoczynkiem? Zręczność, biegłość, przytomność umysłu, bystrość, spryt, zdolność przekonywania, talent do interesów — czymże są, jeśli nie wytworami intelektu, które spowodował nasz upadły stan, i prawdopodobnie daleko nie najwyższymi, do jakich zdolny jest nasz umysł? I czy one, i inne im podobne, nie służą w najlepszym razie tylko do naprawiania skutków upadku — i jako takie wymagają od nas z pewnością głębokiej wdzięczności wobec Dawcy, lecz nie mają uprawnionego zastosowania inaczej niż w świecie choroby i słabości?
Mówiąc to wszystko, zauważmy — nie używam lekkich słów o tym, co jest wielkim darem Bożym i wyróżniającą cechą człowieka ponad zwierzętami: o naszym rozumie. Mówiłem jedynie o konkretnych jego ćwiczeniach i wytworach, w których żyje on w świecie, takimi, jakimi je widzimy; i choć są one same w sobie doskonałe, a często godne podziwu, to jednak nie byłoby ich gdyby nie grzech, i teraz, gdy już są, służą celom grzechu. Rozum jest, powiadam, darem Bożym; ale takie są też namiętności. Adam miał dar rozumu, i miał też namiętności; lecz nie chodził rozumem, ani nie dawał się prowadzić namiętnościom; on, lub przynajmniej Ewa, kuszony był, by iść za namiętnością i rozumem zamiast za swoim Stwórcą — i upadł. Od tego czasu namiętność i rozum opuściły swoje należne miejsce w naturze człowieka, którym jest podleganie, i sprzysięgły się wspólnie przeciw Bożemu światłu w nim, które jest jego właściwym przewodnikiem. Rozum jest tu tak winny jak namiętność. Bóg stworzył człowieka prawym, a łaska była jego mocą; lecz szukał on wielu wynalazków, i jego mocą stał się rozum.
Na zakończenie: uczmy się z tego, co zostało powiedziane — cokolwiek mamy darów umysłowych, odtąd trzymać je w ryzach i poddawać je niewinności, prostocie i prawdzie. Kształtujmy nasze charaktery na fundamencie wiary, miłości, kontemplacji, skromności, łagodności, pokory. Wiem dobrze, że ludzie różnią się tu między sobą do tego stopnia, że szaleństwem byłoby oczekiwać, by ich zewnętrzny charakter wyglądał jednako. Jeden człowiek nosi swoją łagodność na wierzchu, albo swoją pokorę, albo prostotę; a jego dary intelektualne ukryte są w nim. Patrzymy na niego i nie możemy pojąć, w jaki sposób mógłby posiadać owe zdolności umysłowe, o których wiemy, że ma. Łaski innego zaś są pochowane, lub prawie pochowane; przepełnia go myśl, albo jest potężny w mowie, albo przenikliwie widzi świat i jest wszędzie, gdziekolwiek się znajdzie, przytomny i gotowy; podczas gdy swoją pokorę i powagę zachowuje dla siebie. Są to rzeczy zewnętrzne: „Pan nie patrzy tak jak patrzy człowiek; człowiek bowiem patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce." Starajmy się stawać przed Chrystusem w sposób godny Jego uznania. Jeśli jesteśmy w tłumie, bądźmy jak pustelnicy na pustyni; jeśli bogaci — jak ubodzy; żonaci — jak niezwiązani; obdarzeni w duchu — ciągle jak dzieci małe. Niech zamęt błędu uczy nas prostoty prawdy; nędze winy — pokoju niewinności; a „liczne wynalazki" rozumu — trwałości wiary. Bądźmy ze świętym Pawłem „wszystkim dla wszystkich," gdy „żyjemy dla Boga;" „roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie;" „w złości dziećmi, rozumem zaś ludźmi dojrzałymi."