HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom V

Kazanie IX. Współczucie chrześcijańskie

(Boże Narodzenie)

Gdy jestem samotnyGdy ktoś mnie skrzywdził Naśladowanie ChrystusaŻycie nadprzyrodzone
„Albowiem zaiste nie wziął na się natury Aniołów, ale wziął na się nasienie Abrahamowe."
W skrócie. Kazanie o chrześcijańskim współczuciu opartym na wspólnej naturze przez Wcielenie: Chrystus wziął na siebie ludzką słabość, byśmy mogli czuć się rozumiani w cierpieniu. Newman ukazuje, że prawdziwe współczucie bliźniemu zakłada najpierw świadomość własnej grzeszności i wspólnego losu. Kościół jest wspólnotą zranionych, którzy mogą się wzajemnie dźwigać.

„Mają wspólny grunt; i jak mają jedną wiarę, nadzieję i jednego Ducha, tak też mają jeden i ten sam krąg pokus oraz jedno i to samo wyznanie.”

*(Boże Narodzenie)*

*„Albowiem zaiste nie wziął na się natury Aniołów, ale wziął na się nasienie Abrahamowe."* — Hbr 2,16

Wszyscy jesteśmy jednej natury, bo jesteśmy synami Adama; wszyscy jesteśmy jednej natury, bo jesteśmy braćmi Chrystusa. Nasza stara natura jest nam wszystkim wspólna, i tak samo jest z naszą naturą nową. A ponieważ stara natura jest jedna i ta sama, dlatego też nowa natura jest jedna i ta sama. Chrystus nie mógłby był przyjąć natury każdego z nas, gdyby każdy z nas nie posiadał już tej samej natury. Nie mógłby był stać się naszym bratem, gdybyśmy wszyscy nie byli już braćmi; nie mógłby był uczynić nas swoimi braćmi, nie stawszy się naszym Bratem — tak więc nasze braterstwo w pierwszym człowieku jest środkiem ku naszemu braterstwu w człowieku drugim.

Nie zamierzam ograniczać dobrodziejstw odkupieńczej śmierci Chrystusa ani ośmielać się twierdzić, że nie może ona osiągać celów nieskończenie licznych i rozległych ponad to, co jest wprost zapisane. Niemniej jednak jasne jest to, że przez przyjęcie naszej natury uczynił On dla nas to, czego nie uczynił dla nikogo innego; że gdyby przyjął naturę Aniołów, nie uczyniłby dla nas tego, co uczynił; że nie samo poniżenie Syna Bożego, lecz Jego poniżenie w naszej naturze jest naszym życiem. Mógł On uniżyć się w innych naturach oprócz ludzkiej, lecz zostało postanowione, że „Słowo" ma „stać się ciałem". „Ponieważ tedy dzieci uczestniczą we krwi i w ciele, i On również stał się ich uczestnikiem." I jak powiada tekst: „Nie wziął bowiem na siebie natury Aniołów, ale wziął na siebie nasienie Abrahamowe."

A ponieważ przyjęcie przez Niego naszej natury jest koniecznym warunkiem udzielenia nam tych wielkich dobrodziejstw, które wynikły dla nas z Jego śmierci, dlatego — jak powiedziałem — było konieczne, abyśmy wszyscy, co do jednego, posiadali tę samą pierwotną naturę, żeby On mógł nas odkupić; albowiem, by być odkupionymi, wszyscy musimy posiadać tę naturę, którą przyjął Odkupiciel. Gdyby nasze natury były różne, odkupiłby jednego, a nie drugiego. Taką wspólną naturę posiadamy jako dzieci jednego człowieka, Adama, i w ten sposób dzieje naszego upadku łączą się z dziejami naszego odkupienia.

Chrystus przyjął więc naszą naturę, gdy chciał ją odkupić; odkupił ją, każąc jej cierpieć we własnej Osobie; oczyścił ją, czyniąc ją czystą we własnej Osobie. On najpierw uświęcił ją w Sobie, uczynił ją sprawiedliwą, uczynił ją miłą Bogu, poddał ją odkupieńczej męce, a następnie nam ją przekazał. Wziął ją, poświęcił, złamał i rzekł: „Bierzcie i podzielcie między siebie."

Co więcej, wyniósł On kondycję natury ludzkiej przez poddanie jej próbie i pokusie, ażeby to, czego natura ludzka nie zdołała dokonać w Adamie, zdołała dokonać w Nim. Albo, innymi słowy — a takich raczej nam przystoi używać — raczył On z niewyobrażalnego miłosierdzia być w niej doświadczanym i kuszonym; tak że będąc Bogiem od wieków jako Jednorodzony Ojca, przybrał myśli, uczucia i słabości człowieka, aby przez pełnię swej Boskiej Natury podnieść owe myśli i uczucia, i zniszczyć owe słabości — tak aby przez to, że Bóg stał się człowiekiem, ludzie przez braterstwo z Nim stali się w końcu jako bogowie.

Nie ma uczucia, namiętności, pragnienia ani słabości, które byśmy posiadali, a które nie należałoby do owego człowieczeństwa, które przyjął — z wyjątkiem tego, co jest z natury swej grzechem. Nie było próby ani pokusy, która nas dotyka, a która by — przynajmniej co do rodzaju — nie stanęła przed Nim, z tą różnicą, że nie było w Nim nic, co by wewnętrznie przyzywało tego, co przychodziło do Niego z zewnątrz. Rzekł w czasie swego ostatniego i najcięższego doświadczenia: „Nadchodzi bowiem władca tego świata, a we Mnie nie ma nic z niego" — a jednocześnie miłosiernie zostało nam zapewnione, że „nie mamy Arcykapłana, który by nie mógł współczuć z naszymi słabościami, lecz" takiego, który „był kuszony we wszystkim podobnie jak my — jednak bez grzechu". I znowu: „W tym bowiem, w czym sam cierpiał będąc kuszony, może dopomóc tym, którzy są kuszeni."

Lecz to, na co chciałbym dziś zwrócić uwagę, to myśl, od której zacząłem, mianowicie pociecha, jakiej nam udziela możność kontemplowania Tego, którego Apostoł nazywa „człowiekiem Chrystusem Jezusem" — Syna Bożego w naszym ciele. Mam na myśli to, że myśl o Nim, „Początku stworzenia Bożego", „Pierworodnym wszelkiego stworzenia", jednoczy nas ze sobą nawzajem przez współczucie o wiele głębsze od tego, które daje sama natura, o ile Chrystus przewyższa Adama. Byliśmy braćmi jako posiadający tę samą naturę co ten, który był „z ziemi, ziemski"; jesteśmy teraz braćmi jako posiadający tę samą naturę co „Pan z nieba". Wszystkie owe uczucia wspólne, które mamy z urodzenia, są nam teraz jeszcze ściślej wspólne, odkąd dostąpiliśmy drugiego narodzenia. Nasze nadzieje i obawy, upodobania i niechęci, radości i bóle zostały ukształtowane wedle jednego wzoru, wyryte w jeden obraz, zlane i złączone ku „mierze wieku pełności Chrystusowej". Czym stają się ci, którzy przyjęli udział w „Chlebie żywym, który z nieba zstąpił", okazali pierwsi wierni, o których powiedziano, że „mieli wszystko wspólne"; że „mnóstwo wierzących miało jedno serce i jedną duszę"; jako mający „jedno ciało i jednego Ducha, jedną nadzieję, jednego Pana, jedną wiarę, jeden Chrzest, jednego Boga i Ojca wszystkich". Tak, i jedną rzecz potrzebną; jedną wąską drogę; jeden cel na ziemi; jednego i tego samego nieprzyjaciela; te same niebezpieczeństwa; te same pokusy; te same utrapienia; ten sam bieg życia; tę samą śmierć; to samo zmartwychwstanie; ten sam sąd. Skoro to wszystko jest jednakie, a nowa natura jest jedna i ta sama, i pochodzi z jednego źródła, nie dziwota, że chrześcijanie mogą sobie nawzajem współczuć — jakby mocą Chrystusa współczującego w każdym z nich i z każdym z nich.

Co więcej, współczują oni ze sobą również w tych sprawach, w których Chrystus nie poszedł przed nimi ani nie mógł pójść — mam na myśli ich wspólne grzechy. Na tym polega różnica między pokusą Chrystusa a naszą: Jego pokusy były bez grzechu, nasze zaś z grzechem. Pokusa u nas prawie z pewnością pociąga za sobą grzech. Grzeszymy niemal bezwiednie, mimo Jego łaski. Nie chcę przez to mówić — nie daj Boże — że Jego łaska nie wystarczy, by wszelki grzech w nas uśmierzyć; ani że w miarę jak coraz bardziej poddajemy się jej wpływowi, nie jesteśmy coraz mniej narażeni na mimowolne oddziaływanie pokusy i o wiele mniej na dobrowolny grzech. Lecz tak się rzeczy mają: nasza zła natura pozostaje w nas mimo tej nowej natury, którą dotknięcie Chrystusa nam udziela; mamy wciąż w duszy pierwiastki ziemskie, choć mamy i niebiańskie — i owe pierwiastki tak przyzywają pokusie, że jak zwierciadło niezwłocznie i z konieczności odbija to, co się przed nim ukaże, tak ciało śmierci, które nas zaraża, gdy napadają je pokusy tego świata — gdy ofiarowuje mu się zaszczyt, przepych, sławę, pochwałę ludzką, władzę, wygodę, dogodzenie sobie, zmysłową przyjemność, zemstę — bezwiednie im odpowiada i grzeszy; grzeszy, ponieważ jest grzechem; grzeszy, nim lepsza część ducha zdoła je powstrzymać, bo ono istnieje, bo jego życiem jest grzech; grzeszy, dopóki nie zostanie doszczętnie pokonane i wyparte z duszy przez stopniowy wzrost świętości i moc Ducha. Niczego z tego Chrystus nie doznał. Był „zrodzony z czystej Dziewicy", niepokalanym Barankiem Bożym; i choć był kuszony, to jednak przez to, co w propozycjach świata było dobre, choć nieodpowiednie i nie na miejscu, a nie przez to, co w nich było złe. Przezwyciężył to, czemu uleganie byłoby niegodne, choć czuł pokusę. Przezwyciężył też to, co grzeszne — ale pokusy do tego nie czuł.

A jednak rozum sam podpowiada, że choć Jego pokusy różniły się od naszych w tym zasadniczym względzie, to jednak Jego obecność w nas sprawia, że współczujemy sobie nawzajem nawet w naszych grzechach i winach w sposób, który bez niej byłby niemożliwy — bo skoro łaska w nas jest nam wszystkim wspólna, to i grzechy przeciw tej łasce są nam wszystkim wspólne. Mamy te same dary, przeciw którym możemy zgrzeszyć, a przeto te same zdolności, tę samą odpowiedzialność, te same obawy, te same zmagania, tę samą winę, to samo nawrócenie — i to takie, jakie nam tylko samym może być udziałem. Chrześcijanin jest jeden i ten sam, gdziekolwiek go znajdziemy: tak jak w Chrystusie, który jest doskonały, jak i w sobie samym, który dąży ku doskonałości; tak jak w tej sprawiedliwości, która jest mu przypisana w pełni, jak i w tej sprawiedliwości, która jest mu udzielana jedynie w mierze i jeszcze nie w pełni.

Jest to rozważanie pełne pociechy, z której wszakże zazwyczaj nie korzystamy tak, jak moglibyśmy. Jedną myślą pocieszającą — i najwznioślejszą ze wszystkich — jest ta, że Chrystus, który jest wywyższony po prawicy Bożej, doznał wszystkiego, co my doznajemy, z wyjątkiem grzechu; lecz bardzo pocieszające jest też i to, że nowy człowiek duchowy, którego On w nas tworzy lub w którego nas przemienia — to jest chrześcijanin taki, jakim z natury wszędzie bywa — ma wszędzie te same pokusy i te same uczucia w obliczu tych pokus, zarówno niewinne, jak i grzeszne; tak że jak wszyscy jesteśmy złączeni w naszej Głowie, tak też jesteśmy złączeni jako członkowie jednego ciała w tym ciele, i wierzymy, jesteśmy posłuszni, grzeszymy i pokutujemy — wszyscy razem.

Nie chcę tego zbyt mocno podkreślać. Zapewne istnieje bardzo wiele różnic między chrześcijaninem a chrześcijaninem. Choć natura ich jest jedna i te same są ich ogólne obowiązki, przeszkody, pomoce, przywileje i nagrody, to jednak z pewnością istnieją wielkie różnice charakteru oraz osobliwości przynależące bądź do poszczególnych jednostek, bądź do grup. Wysoki i niski, bogaty i ubogi, Żyd i poganin, mężczyzna i kobieta, wolny i sługa, uczony i nieuk — choć równi w Ewangelii, różnią się w wielu wzglądach, tak że opisy tego, co dzieje się w duszy jednego, drugiemu nieraz wydadzą się obce i nowe. Różnią się ich pokusy i choroby ducha. A różnica ta o wiele się powiększa przez trudność, jaką napotykają ludzie przy dokładnym wyrażaniu myśli, przez co przekazują sobie nawzajem błędne wyobrażenia i obrażają oraz odpychają tych, którzy naprawdę czują to, co i oni czują, choć wyrażaliby to inaczej.

Następnie, oczywiście zachodzi ta wielka różnica między chrześcijanami, że jedni są pokutnikami, a drudzy nigdy nie odpadli od Boga od czasu, gdy zostali Mu przybliżeni; jedni upadli na jakiś czas i to sromotnie, inni przez długie lata, lecz może tylko w sprawach mniejszej wagi. Okoliczności te tworzą rzeczywiste różnice między chrześcijaninem a chrześcijaninem, niekiedy niemal całkowicie wykluczając możność współczucia. Grzech z pewnością potrafi odnieść to zwycięstwo w niektórych wypadkach: rozdzielać nas, gdy równocześnie uwiodł; i będąc szeroką drogą, ma wyznaczone na niej różne mniejsze ścieżki.

Mimo jednak wszystkich takich wyjątków uważam, że chrześcijanie — z pewnością ci, którzy żyją w tych samych warunkach zewnętrznych — są do siebie nawzajem o wiele bardziej podobni w swych pokusach, wewnętrznych chorobach i sposobach uzdrowienia, niż im się wydaje. Ludzie czują się odizolowani na świecie; myślą, że nikt nigdy nie czuł tego, co oni czują. Nie ośmielają się odsłonić swych uczuć, lękając się, że nikt ich nie zrozumie. I w ten sposób pozwalają uschnąć i zmarnować to, co w zamiarach Bożych miało zdobić raj Kościoła pięknem i wonią. Ich „usta nie są otwarte" — jak mówi Apostoł — ani „serce nie jest rozszerzone"; są „ściśnieni" w sobie samych i odmawiają sobie środków, jakie posiadają, żeby naraz i innych pouczać, i sami szukać pociechy.

Co więcej, zamiast wypowiadać własne myśli, pozwalają, by ciążyła na nich opinia świata jak brzemię albo wpływ jakiegoś obiegowego systemu religijnego. Bardzo często bywa tak, że dziesięć tysięcy ludzi głosi to, czego żaden z nich nie czuje: każdy jednak głosi, bo wszyscy inni głoszą, i każdy boi się nie głosić, lęka się bowiem narazić na naganę wszystkich pozostałych. Takie to zwykle są owe tak zwane opinie epoki. Są to złe zasady lub nauki, fałszywe pojęcia lub poglądy, które żyją na ustach ludzi i czerpią swą moc ze swego powszechnego uznania. Oczywiście przez ludzi pysznych, ślepych, cielesnych lub światowych owe opinie, o których mówię, są naprawdę wyznawane i przejmowane — są bowiem naturalnym owocem ich własnych złych serc. Lecz bardzo często te same opinie głoszone są, obwieszczane i rozszerzane, stając się powszechnie przyjętymi, wśród ogromnych rzesz ludzi, którzy ich nie czują. Owe rzesze są jednak zmuszone do ich przyjęcia przez to, co nazywa się siłą opinii publicznej; niedbali oczywiście niedbale, lecz lepsi — przesądnie. W ten sposób wchodzą w użycie sposoby mówienia i tryby myślenia zupełnie obce umysłom tych, którzy im ulegają, a którzy sami czują ich nierealność, nienaturalność i obcość dla siebie, lecz uważają się za zobowiązanych — często z pobudek najgłębiej religijnych — do nie wyznawania swoich prawdziwych uczuć na ich temat. Nie ośmielają się mówić, nie ośmielają się nawet uświadomić sobie własnych sądów. W ten sposób świat przecina wymianę między duszą a duszą i na miejsce jedynego prawdziwego Obrazu Chrystusa — przez który jedynie i w którym jedynie dusze mogą ze sobą współczuć — podstawia własne bałwany. Ich najlepsze myśli są duszone, a gdy przypadkowo słyszą, jak są one gdzie indziej wypowiadane — co niekiedy może się zdarzyć — czują się jak winni złapani na gorącym uczynku, jak gdyby ktoś obwieszczał coś przeciwko nim, i wzdrygają się na ten głos jak przed pokusą, jako przed czymś wprawdzie miłym, lecz zakazanym. Taka jest moc fałszywych wierzeń, by zakuć umysł w kajdany i wziąć go do niewoli; fałszywe poglądy na rzeczy, fakty i nauki są narzucane mu przemocą, a ludzie żyją i umierają w niewoli, którzy byli przeznaczeni do wzrostu ku mierze wieku pełności Chrystusowej. Przykładem — jednym z wielu — jest, jak sądzę, ta wykładnia doktrynalnej części Listów świętego Pawła, która jest dziś u nas powszechnie przyjęta: wykładnia, która nęka wielkie połacie Kościoła przez długie trzysta lat.

Lecz powtarzam: jesteśmy do siebie nawzajem o wiele podobniejsi nawet w naszych grzechach, niż nam się zdaje. Nie chcę oczywiście twierdzić, że wszyscy jesteśmy w tym samym miejscu naszej drogi chrześcijańskiej ani że wszyscy mamy tę samą historię religijną z minionych czasów — lecz że nawet biorąc człowieka, który nigdy nie odpadł od łaski, i człowieka, który upadł najsromotniej i potem pokutował, znajdziemy, że w swym poglądzie na samych siebie, w swych pokusach i w uczuciach wobec tych pokus są do siebie nawzajem o wiele podobniejsi, niż by się z góry spodziewali. Widzimy to najwymowniej, gdy ludzie święci biorą się do opisywania swego prawdziwego stanu. Nawet źli ludzie natychmiast wykrzykują: „To właśnie nasz przypadek!" — i argumentują stąd, że nie ma różnicy między złymi a dobrymi. Przypisują wszystkie własne grzechy najświętszym ludziom, jakby swe własne życie uczynili rodzajem komentarza do tekstu, który tamci słowami dostarczyli, i powołując się na trafność swej wykładni jako dowód jej słuszności. I sądzę, że nie można zaprzeczyć w odniesieniu do nas wszystkich, że zazwyczaj zdumiewa nas mocny język, jakiego dobrzy ludzie używają o sobie samych, jak gdyby owe wyznania wskazywały, że są oni do nas bardziej podobni i o wiele mniej święci, niż sądziliśmy. Z drugiej zaś strony, sądzę, że każdy człowiek prowadzący dość poprawne życie, niezależnie od swego pozytywnego postępu w łasce, rzadko kiedy czyta opisy notorycznych złoczyńców, w których opisuje się ich sposoby bycia i uczucia, bez szoku na to, że opisy te mniej lub bardziej rzucają pewne światło na jego własne serce i wydobywają na jaw i wyrazistość linie i kształty myśli w nim samym, które dotąd były niemal niewidoczne. To zaś nie wskazuje, że źli i dobrzy są na jednym poziomie, lecz wskazuje na to, że są tej samej natury. Wskazuje, że jeden posiada w sobie w zarodku to, co drugi rozwinął w czyn rzeczywisty; tak że dobry nie ma się czym szczycić przed złym, a choć to, co w nim jest dobrego, pochodzi z łaski Bożej, pozostaje w nim jeszcze obfitość, która niezbicie znaczy go jako jednej krwi z owymi synami Adama, którzy są wciąż z dala od Chrystusa, swego Odkupiciela. Jeżeli zaś jest to prawdą o złych i dobrych, tym bardziej jest to prawdą w przypadku, o którym mówię — to jest ludzi dobrych jednych wobec drugich; pokutników i prawych. Rozumieją się nawzajem o wiele lepiej, niż by się z początku zdawało. A ponieważ świadomość ohydy grzechu wzrasta wraz z ich własną czystością, ci najświętsi będą mówić o sobie samych tymi samymi słowami, jakich używają o sobie ludzie nieczyści; tak że chrześcijanie, choć naprawdę bardzo się różnią, to jednak pod względem zdolności do wzajemnego współczucia okazują się być na jednym poziomie. Jeden nie jest zbyt wysoki, a drugi zbyt niski. Mają wspólny grunt; i jak mają jedną wiarę, nadzieję i jednego Ducha, tak też mają jeden i ten sam krąg pokus oraz jedno i to samo wyznanie.

Dobrze by było, gdybyśmy to wszystko rozumieli. Być może powodem, dla którego poziom świętości wśród nas jest tak niski, nasze osiągnięcia tak skromne, nasze widzenie prawdy tak mgliste, nasza wiara tak nierzeczywista, nasze ogólne wyobrażenia tak sztuczne i zewnętrzne, jest właśnie to, że nie ośmielamy się powierzać sobie nawzajem tajemnicy naszych serc. Każdy z nas nosi tę samą tajemnicę i zachowuje ją dla siebie, i lęka się tego, co naprawdę byłoby więzią jedności, jako czegoś mogącego nas odrazić. Nie zgłębiamy ran naszej natury do końca; nie kładziemy fundamentu naszego wyznania wiary na gruncie naszego wnętrza; oczyszczamy zewnętrzną stronę rzeczy; jesteśmy uprzejmi i życzliwi dla siebie w słowach i czynach, lecz miłość nasza nie jest rozszerzona, wnętrzności uczucia naszego są ściśnione, i lękamy się, by wymiana nie zaczęła się od korzenia; wskutek czego nasza religia, pojmowana jako system społeczny, jest pusta w środku. Nie ma w niej obecności Chrystusa.

Na zakończenie. Jeśli straszną jest rzeczą powiedzieć drugiemu człowiekowi po swojemu, czym jesteśmy, cóż dopiero mówić o straszności owego Dnia, gdy tajemnice wszystkich serc będą ujawnione! Pamiętajmy o tym zawsze, gdy lękamy się, by inni poznali, czym naprawdę jesteśmy: czy słusznie, czy niesłusznie ukrywamy teraz nasze grzechy, próżna to myśl, jeśli sądzimy, że zostaną one ukryte na zawsze. Dzień to objawi; Pan przyjdzie w sądzie; „wyniesie na jaw to, co ukryte w ciemnościach, i ujawni zamiary serc." Mając tę myśl przed sobą, zaprawdę drobiazgiem jest, czy człowiek zna nas tu, na ziemi, czy też nie. Wtedy będzie wiedza bez współczucia; wtedy będzie wstyd z wiecznym pohańbieniem. Teraz, choć jest wstyd, jest i pociecha, i łagodząca ulga; choć jest bojaźń, to jest ona większa po stronie tego, kto słucha, niż po stronie tego, kto czyni wyznanie.

← wróć do odkrywania