HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom V

Kazanie XVIII. Wielu wezwanych, mało wybranych

Siedemdziesiątnica

Gdy moja wiara stała się letniaGdy boję się o przyszłość SądWiara
„Czyż nie wiecie, że wszyscy biegną w zawodach, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Tak biegnijcie, abyście ją zdobyli."
W skrócie. Kazanie o małej liczbie wybranych: Newman obala predestynacjonizm i samowystarczalną pewność zbawienia, wskazując, że tajemnica wyboru jest zakryta. Właściwą postawą jest wytrwałość w biegu, a nie analiza własnej selekcji. Fakt, że wybranych jest mało, powinien wzbudzać pobożny lęk i gorliwość, nie presję ani pychę.

„Nie wiemy ani wiedzieć nie możemy, kogo Bóg wybrał do zbawienia; i dopóki to rozumiemy i mamy to przed oczyma, nie będziemy się wynosić ponad siebie ani nie będziemy surowi i krytyczni wobec innych,”

*Siedemdziesiątnica*

*„Czyż nie wiecie, że wszyscy biegną w zawodach, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Tak biegnijcie, abyście ją zdobyli."* — 1 Kor 9,24

Nic nie zostało wyraźniej ukazane w Piśmie Świętym, ani nic nie jest bardziej zadziwiające samo w sobie, niż to, że w każdej epoce spośród całej liczby osób obdarzonych środkami łaski tylko nieliczni należycie korzystali z tego wielkiego dobrodziejstwa. Fakt ten jest tak pewny i tak stały, że niemal stawia się go w rzędzie doktryn. „Wielu jest wezwanych, ale mało wybranych." I znowu: „Usiłujcie wejść przez ciasną bramę; albowiem wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będzie mogło." I jeszcze: „Szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu przez nią wchodzi… Ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują." Święty Paweł zaś zdaje się wprost przekształcać ten fakt historyczny w doktrynę, gdy — czyniąc uwagę o własnych czasach w porównaniu z dawnymi epokami Kościoła — mówi: „Tak i teraz jest pozostałość według wyboru łaski."

Słowo „pozostałość" często pojawia się u proroków, od których przejął je święty Paweł. Izajasz powiada na przykład: „Choćby liczba synów Izraela była jak piasek morski, tylko pozostałość będzie zbawiona." Jeremiasz mówi o „pozostałości Judy" i o „małej liczbie", której obiecany był powrót. Ezechiel zaś oznajmia, że Bóg „zostawi pozostałość" — „abyście mieli" — głosi dalej wyrocznia Boża — „niektórych, którzy ujdą mieczowi wśród narodów, gdy będziecie rozproszeni po krajach. I ci z was, którzy ocaleli, będą pamiętać o Mnie wśród narodów, do których dostaną się w niewolę." Tak dobrze to rozumiano, że nadzieja ludzi dobrej woli nigdy nie sięgała dalej. Ani obietnica z jednej strony, ani nadzieja z drugiej nigdy nie wybiega poza widoki ocalenia pozostałości. Toteż pociechą udzieloną Kościołowi w Księdze Jeremiasza jest to, że Bóg „nie uczyni końca do szczętu"; Ezdrasz zaś, wyznając grzechy swojego ludu, drżał, by nie zostało „żadnej pozostałości". Tak więc Chrystus, Jego Apostołowie i Jego Prorocy — wszyscy głoszą tę samą naukę: że wybranych jest mało, choć wielu jest wezwanych; że jeden zdobywa nagrodę, choć wielu biegnie w zawodach.

Ta zasada Bożych zarządzeń znajduje najobfitsze i najbardziej porażające potwierdzenie w historii. W czasie potopu spośród całego świata — mimo kary Adama, mimo przepowiadania Enocha, mimo tego, że Noe budował arkę — zaledwie ośmioro znalazło u Boga upodobanie, a i jeden z nich ściągnął na siebie przekleństwo. Gdy Izraelici zostali cudownie wyprowadzeni z Egiptu, jedynie dwoje spośród całego pokolenia weszło do Ziemi Obiecanej. Tylko dwa spośród dwunastu pokoleń pozostały wierne w chwili wielkiej schizmy i trwały w posiadaniu przymiernych miłosierdzi Bożych. A gdy przyszedł Chrystus, większa część Jego własnego ludu Go odrzuciła, a Jego Kościół wyrósł zaledwie z ubogiej pozostałości, „jak korzeń z wyschniętej ziemi."

Co więcej, znamienne jest, że Bóg Wszechmogący zdaje się jakby radować i raczyć znajdować w tej garstce przywiązanych do Niego upodobanie, jak gdyby ich nieliczność miała w sobie coś z doskonałości i drogocenności. „Nie bój się, mała trzódko" — mówi — „gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo." „Oto posyłam was jako owce między wilki." „Nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś." W podobnym duchu święty Paweł mówi: „Tych, których przed wiekami poznał, tych też przeznaczył." A za dni Eliasza: „Zachowałem sobie siedem tysięcy mężów, którzy nie zginali kolana przed Baalem." I za dni Mojżesza: „Nie spodobałeś się Panu, ani nie wybrał cię dlatego, że liczebniejszy jesteś od innych ludów, gdyż jesteś najmniejszy ze wszystkich ludów."

I zaledwie potrzeba dodawać, że ta sama hojność ze strony Boga, ta sama niewdzięczność ze strony człowieka, ta sama rzadkość wiary, świętości, prawdomówności i sumienności znamionowały bieg Chrześcijańskiego Porządku tak samo jak owe dawniejsze, których zapis stanowi natchniona księga.

Jest to tak oczywiste, że ci, którzy — czy to z niechęci do podążania wąską drogą, czy też z innych podobnych powodów — podważali tę prawdę, nie mają właściwie nic do przedstawienia, jak tylko pewne fałszywe poglądy lub konsekwencje, które były bądź mogą być wiązane z tą nauką. Ponieważ zaś owe nieporozumienia skłaniają zarazem do uprzedzenia wobec niej i do wypaczenia jej odbioru, pragnę teraz rozważyć jeden lub dwa z zarzutów, na jakie jest narażona.

1. Przede wszystkim zdarza się często, że ponieważ wybranych jest mało, ludzie poważni dopatrywali się w tym skutku jakiegoś niezmiennego dekretu Bożego. Sądzili mianowicie, że jest ich mało, bo wolą Bożą było, by nie było ich wielu. Jest oczywiście wielką tajemnicą, dlaczego ten człowiek przyjmuje prawdę i ją wypełnia, a tamten nie. Nie wiemy, jak to się dzieje; ale z pewnością nie przybliżamy się do rozwiązania tej kwestii, mówiąc, że Bóg tak postanowił. Jeśli powiecie, że Bóg bezwarunkowo wybiera jednego, a odrzuca drugiego, to właśnie staje się ową tajemnicą. Cofa się ją tylko o jeden krok. Równie trudno wytłumaczyć to bezwarunkowe chcenie lub niechcenie ze strony Boga Wszechmogącego, co uzasadnić istnienie wolnej woli w człowieku. Równie niewyjaśnialne jest to, dlaczego Bóg miałby postępować inaczej wobec tego niż wobec tamtego człowieka, jak i to, dlaczego ten lub tamten człowiek miałby postępować inaczej wobec Boga. Z drugiej strony, zapewniono nas uroczyście w Piśmie Świętym, że Bóg „nie ma upodobania w śmierci bezbożnego" oraz że jest „nie pragnącym, aby ktokolwiek zginął, lecz żeby wszyscy przyszli do nawrócenia."

Nauka zatem zawarta w owym tekście nie prowadzi nas do żadnych surowych wyobrażeń o Bogu. Jest On nadal najmiłościwszym Ojcem, choć wybranych jest mało. Miłosierdzie Jego rozciąga się nad wszystkimi Jego dziełami, i do nikogo nie przychodzi słowo życia inaczej, jak z zamiarem, by żył. Jeśli wielu trwa w niewierze, to nie są oni „uciśnieni" w miłości Bożej, lecz „uciśnieni są we własnych sercach swoich." Człowiek nie jest tym, czym mógłby być mocą odnawiającej i współdziałającej łaski Bożej. To wola człowieka sprawia — nie zaś wola Boża — że choć Kościół widzialny jest wielki, Kościół niewidzialny jest mały.

2. Można jednak powiedzieć, że ta nauka narażona jest na inny zarzut: że wiara, iż tylko nieliczni znajdują bramę życia, nieuchronnie czyni człowieka zarozumiałym i nieżyczliwym wobec innych, niezależnie od tego, czy uważa się on za przeznaczonego do życia, czy nie. Każdy — jak się mówi — postawi siebie po bezpiecznej stronie granicy i oczywiście postawi tam razem ze sobą swoich przyjaciół; wszystkich zaś pozostałych odda w ręce losu, zaliczając ich do liczby wielu. Otóż tekst i następujące po nim wiersze dają najsnadniejszą odpowiedź na ten zarzut. Święty Paweł mówi jakby bieg chrześcijański był wyścigiem, w którym tylko jeden spośród wielu może odnieść zwycięstwo. I do jakiego wniosku dochodzi? „Zmagam się z moim ciałem i biorę je w niewolę, abym sam, głosząc innym, nie został odrzucony." Widzicie, jak daleki był święty Apostoł od pewności siebie i zadowolenia z siebie, choć on — jeśli ktokolwiek — miałby prawo czuć się spokojny o swój stan. A napomnienie, jakie daje braciom, brzmi: „Tak biegnijcie, abyście zdobyli nagrodę." Czy kandydaci do nagrody są spokojni, dlatego że tylko jeden może ją zdobyć? Cóż by zatem znaczyło twierdzenie, że „ci, którzy biegną w zawodach," biorą za pewnik, że są po stronie zwycięzców?

A jednak jest zupełną prawdą, że są ludzie, którzy — wyznając naukę, że wybranych jest mało — zamiast się trudzić, stają się pyszni i niedbali. Zauważmy jednak, że ludzie ci wyznają jeszcze jedną odrębną naukę, która jest właściwą przyczyną ich cielesnego bezpieczeństwa. Nie tylko uważają, że trzódka Chrystusowa jest mała, lecz i że każdy człowiek może wiedzieć, czy do niej należy, oraz że oni sami wiedzą, iż należą do niej. Otóż jeśli ktoś jest przekonany, że na pewno będzie zbawiony, oczywiście będzie bardzo skłonny do pogrążenia się w cielesnym bezpieczeństwie i spoglądania z góry na innych — bez względu na to, czy prawdziwa trzódka Chrystusowa jest wielka, czy mała. To nie wiedza, że wybranych jest mało, rodzi owe złe odczucia, lecz prywatne przeświadczenie człowieka, że on właśnie jest wybrany.

Święty Paweł powiada nam, że tych, „których przed wiekami poznał, tych też przeznaczył," i „których przeznaczył, tych też powołał; a których powołał, tych też usprawiedliwił; a których usprawiedliwił, tych też uwielbił" — lecz nie mówi, że Bóg objawia to osobom, których to dotyczy. Ma głębokie i odwieczne zamierzenia, ale są one tajemne; ma dekret oparty na sprawiedliwości i prawdzie, lecz nie jest on objawiony. Nie wiemy ani wiedzieć nie możemy, kogo Bóg wybrał do zbawienia; i dopóki to rozumiemy i mamy to przed oczyma, nie będziemy się wynosić ponad siebie ani nie będziemy surowi i krytyczni wobec innych, choćbyśmy w jak najwyższym stopniu mieli w pamięci, że brama niebieska jest ciasna i mało jest tych, którzy ją znajdują.

Jest to, zdaje mi się, oczywiste; może jednak pożytecznie będzie nieco szerzej to rozwinąć. Posłużmy się pewnym porównaniem — niedoskonałym, lecz wystarczającym dla naszego celu. Przypuśćmy, że mielibyśmy losować jakieś doczesne dobro — sumę pieniędzy, upragnioną posadę lub coś podobnego — i tylko trzy lub cztery osoby spośród wielkiej liczby mogłyby wygrać: jak czulibyśmy się z góry? Czy bylibyśmy w ogóle skłonni do spekulowania lub sądzenia, kto wygrał, a kto nie? Dlaczego nie? Bo próżnym byłoby zajmowanie myśli zdarzeniem, do którego odkrycia nic, co widzieliśmy przed sobą, nic, co mogliśmy widzieć, nie prowadziło; próżnym byłoby usiłowanie rozstrzygnięcia sprawy tam, gdzie nie było żadnych środków rozstrzygnięcia. Bo kto z nas co wiedzieć mógł — jeden człowiek miał równie dobre widoki, co i drugi. Czulibyśmy tyle tylko, że pewna nagroda przeznaczona jest dla kogoś spośród nas wszystkich; czulibyśmy trwogę i napięcie oczekiwania, i na tym koniec. Co zaś do naszych widoków niebieskich — rozstrzygnięcie nie jest oczywiście sprawą przypadku; nie daj Boże! — a jednak jest tak samo przed nami ukryte, jak gdyby nim było. Nic, co widzimy lub co zdaje nam się, że widzimy, nie zdoła nam pozwolić na rozstrzygnięcie co do przyszłości. Nie wiemy, czy ci, którzy teraz są największymi grzesznikami, nie nawrócą się, nie odrodzą i w surowości i umartwieniu życia nie przewyższą nas samych; ostatni nieraz stają się pierwszymi. Nie wiemy też o sobie samych — jakkolwiek godni wydajemy się na zewnątrz — czy nie odpadniemy. Nie możemy się wcale porównywać z innymi. Wiemy jedno — i jest to myśl nad wyraz przerażająca — że spośród całej liczby tych, którzy otrzymali chrześcijańskie powołanie, spośród nas i naszych przyjaciół, i wszystkich, których widzimy i o których słyszymy w codziennym obcowaniu, tylko nieliczni są wybrani; tylko nieliczni żyją stosownie do swoich przywilejów. Zważywszy na nieprzeniknioną ciemność, w jakiej leży to zdarzenie — ukryte niemal jak czas sądu w przebaczeniu Boga Wszechmogącego — czy jest to myśl, która napełniałaby nas pewnością siebie i pychą, czy też nie jest raczej myślą nader uroczystą i przejmującą trwogą? Gdyby jakiś prorok ogłosił, że z danej liczby ludzi tylko garstka żyłaby jeszcze za rok, że większość umrze — czy w jakichkolwiek okolicznościach czulibyśmy się zupełnie spokojni, choćby zdrowie nasze wyglądało jak najlepiej, czy choćby w owej grupie było jak najwięcej osób starszych od nas? Czy nie trwożyłoby nas każde drobne niedomaganie, każdy objaw choroby, każda groźba wypadku z zewnątrz? Czy mielibyśmy serce do spekulowania o innych?

I to jest w istocie prawdziwy stan rzeczy. Nasze środki sądzenia siebie i innych są tak bardzo niedostateczne, że praktycznie równają się niczemu; mądrością naszą jest zaniechać tych prób. Możemy wiedzieć o sobie, że w tej chwili jesteśmy szczerzy i gorliwi i że o tyle trwamy w łasce Bożej; możemy być w stanie powiedzieć, że takie a takie słowa lub czyny są słuszne lub niesłuszne u kogoś innego; ale jakże różne to jest od posiadania zdolności do rozstrzygania w sposób bezwzględny o naszym lub jego wiecznym losie! Jakże różne od tego, by ogarnąć cały zasięg naszego życia, cały zakres i splatanie naszych myśli, słów, czynów, nawyków, zasad i pobudek! Jakże różne od tego, by wnioskować z tego, co widzimy, do tego, co wie Bóg, lub rozpoznawać, czy Boże ziarno zapuściło korzeń w poszczególnych duszach! Święty Paweł sam, choć niczego sobie nie jest świadom, mówi do Koryntian: „Lecz nie dlatego jestem usprawiedliwiony, bo ten, który mnie sądzi, jest Pan; dlatego nie sądźcie przed czasem, aż Pan przyjdzie, który oświetli to, co kryje ciemność, i ujawni zamysły serc." Nie możemy ocenić rzeczywistej wartości niczego, co my lub inni czynimy, ani tego, jak ważą na ostatecznym rachunku w obliczu Boga. To, co jest znakiem wiary u jednego, nie jest nim u drugiego; to, co jest czynem wielkim u jednego, nie jest nim u drugiego. Różnice usposobienia, wychowania i prowadzenia są tak znaczne i czynią zagadnienie tak zawiłym, że usiłowanie jego rozwiązania wydaje się szczytowym szaleństwem (gdyby nie to, że niekiedy podejmują je osoby przy zdrowych zmysłach). Święty Paweł mówi w pewnym miejscu, że „nie osiągnął jeszcze." Natomiast pod koniec życia, po stoczeniu dobrego boju, mówi, że „odtąd jest dla niego zachowana korona sprawiedliwości." Był więc pewien punkt, w którym — i nie wcześniej — jego zbawienie było, praktycznie rzecz biorąc, zabezpieczone. To, co wydarzyło się w jego przypadku, może — o ile wiemy co do przeciwnego — wydarzyć się i w naszym; a punkt, w którym zwycięstwo jest pewne, może być różny w przypadku każdego z nas.

Lub też powróćmy do słów Apostoła w tekście: „Czyż nie wiecie" — powiada — „że wszyscy biegną w zawodach, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Tak biegnijcie, abyście ją zdobyli." Gdy wielu ludzi współzawodniczy o nagrodę, a tylko jeden może ją zdobyć, jest jasne, że nikt — na podstawie tego, co o sobie wie — nie może wyciągnąć żadnego wniosku co do własnego zwycięstwa; bo choćby był w sobie najprawdopodobniejszym kandydatem, inny może być prawdopodobniejszym. Wynik jest dla niego zupełnie i całkowicie ukryty, chyba że jest bardzo dobrze zaznajomiony ze swymi rywalami. I tutaj znowu zastosowane porównanie nie jest całkowicie adekwatne. W zawodach, w których my biegniemy, chwała Bogu, nie ma takiego współzawodnictwa jednego z drugim; nie ma żadnego ograniczenia; i gdyby wszyscy wypełniali swój obowiązek, wszyscy by zwyciężyli. A jednak skutek jest ten sam z punktu widzenia naszej wiedzy, jak gdyby tylko jeden mógł zwyciężyć; to znaczy — nie znamy miary, według której Bóg nas osądzi. Nic, czym jesteśmy, nie może nas upewnić, że odpowiemy temu, czego On od nas oczekuje, bo nie wiemy, czego oczekuje; to, czym jesteśmy, może jedynie napełniać nas otucha i dawać nadzieje i dobre usposobienie. W zawodach o nagrodę nie wystarczy być druhim. Kto przychodzi drugi, równie mało ją zyskuje, co kto przychodzi ostatni. I tak samo w dążeniu do wejścia przez ciasną bramę — jeśli nie wzniesiemy się do tego, czego Bóg od nas wymaga, jeśli nie osiągniemy, bez względu na to, jak bliscy byliśmy osiągnięcia — koniec końców sprowadza się to do tego, że nie osiągnęliśmy. Ta myśl z pewnością na zawsze będzie nas powstrzymywać od rozpamiętywania naszego własnego postępu, jakikolwiek on jest; raczej skłoni nas — za przykładem wielkiego Apostoła — do „dążenia, czy zdołam pochwycić to, dla czego zostałem pochwycony przez Chrystusa Jezusa." Nie przed końcem życia, gdy żyliśmy w bojaźni Bożej wytrwale, gdy śmierć przyłożyła do nas swoją pieczęć i odcięła nas od możliwości upadku — dopiero wtedy inni, patrząc na nas i widząc naszą wytrwałość i stałość w czynieniu dobra, będą ufać pokornie, że jesteśmy w sytuacji świętego Pawła, któremu — po „ukończeniu biegu" — zostało objawione, że „zachowana jest dlań korona sprawiedliwości."

Nauka o tym, że niewielu jest wybranych, choć wielu jest wezwanych — właściwie rozumiana — nie ma żadnej skłonności do tego, by skłaniać nas do wyobrażenia, że sami jesteśmy bezpieczni, a inni odrzuceni. Nie możemy widzieć serca, możemy jedynie sądzić z zewnętrznych przejawów — ze słów i czynów, wyznań i nawyków. Lecz te nie zbawią nas, jeśli nie wytrwamy w nich do końca; i nie stanowią żadnego dowodu, że będziemy zbawieni, chyba o tyle, o ile dają nadzieję, że wytrwamy. Są jedynie początkiem; nic nie znaczą, dopóki nie zostaną doprowadzone do końca. Dopóki nie uczyniliśmy wszystkiego, nie uczyniliśmy nic; mamy tylko widoki, nie posiadanie. Jeśli ostatecznie osiągniemy cel, każda dobra rzecz, jaką uczynimy, przyczyniła się do tego osiągnięcia, jak bieg zmierza do mety; lecz jeśli nie osiągniemy, nie przyczyniła się; i dlatego z żadnej dobrej rzeczy, którą czynimy, nie możemy wnioskować, że na pewno osiągniemy.

3. Należy jeszcze wspomnieć o jednym innym nieporozumieniu dotyczącym tej nauki i wtedy zakończę. Można więc powiedzieć, że wiara, iż prawdziwych chrześcijan jest niewielu, skłania ludzi do izolowania się w swoich własnych poglądach, do oddalania się od tłumu, do przyjmowania nowych i ekscentrycznych zapatrywań oraz do osobliwego postępowania, jak gdyby to, czego wielu trzyma się i co czyni, nie mogło być słuszne. Może się tak niekiedy zdarzyć; ale chciałbym zwrócić uwagę, że jeśli prawdziwych chrześcijan jest niewielu, to muszą oni w pewnym sensie być osobliwi. Osobliwość sama w sobie nie jest dowodem, że nasze poglądy są słuszne lub że należymy do wybranych przez Chrystusa, gdyż jest wiele sposobów bycia osobliwym, a nie wszystkie mogą być słuszne. Ludzie bywają często osobliwi — co się zarzuca — z umiłowania osobliwości, z zarozumiałości lub z chęci wzbudzania uwagi; nie wynika więc z tego, że nawet ci, którzy wyznają poglądy prawdziwych sług Chrystusowych, sami do ich grona należą. Lecz z drugiej strony nie wynika też z tego, że ludzie mają poglądy osobliwe, iż się mylą; ani z tego, że inne poglądy są powszechnie przyjmowane w ich czasach, że są one słuszne. Jeśli rzesza ludzi idzie zawsze szeroką drogą „prowadzącą na zatracenie", nie ma podstaw do utrzymywania, że aby w swoich zapatrywaniach religijnych być w słuszności, musimy zgadzać się z wieloma; raczej, jeśli tacy są ludzie, takie są i ich poglądy — zdaje się pewne, że te poglądy, które są modne, będą zawsze błędne i niebezpieczne właśnie dlatego, że są poglądami modnych. Ci, którzy wiernie służą Bogu, muszą zawsze liczyć się z tym, że będą uchodzić w swoim pokoleniu za osobliwych, zapalczywych i przesadnych. Nie są tacy; muszą strzec się przed staniem się takimi; jeśli są tacy, są na równi błędni co wielu, choćby w innych względach różnili się od nich; lecz wciąż nie jest dowodem tego, że są tacy, bo wielu ich takimi nazywa. Nie jest dowodem tego, że są tacy, bo inni biorą to za pewnik, przemilczają ich nauki, odpychają ich argumenty bez słowa — traktują ich poważnie, lub niepokoją się o nich, lub tracą z nimi cierpliwość, lub wyśmiewają ich, lub gwałtownie im się sprzeciwiają. Nie; niezliczone są obłoki, które przemykają po niebie, niezliczone są podmuchy, które miotają powietrzem tam i z powrotem: tak samo liczne, tak samo gwałtowne, tak samo szeroko rozległe, tak samo ulotne, tak samo niepewne, tak samo zmienne są obłoki i wichry ludzkiej opinii; tak samo nagle, tak samo gwałtownie, tak samo bezowocnie uderzają na tych, których umysł oparł się na Bogu. Przychodzą i odchodzą; nie ma w nich życia ani trwałości. Zgadzają się ze sobą tylko w jednym: w tym, że grożą jak obłoki i zmiatają jak podmuchy wiatru. Są głosem wielu; mają moc świata i są skierowane przeciw nielicznym. Ich argument — jedyny argument za nimi przemawiający — to ich chwilowa dominacja: nie to, że istniały wczoraj, nie to, że będą istnieć jutro; nie to, że opierają się na rozumie lub na odwiecznym przekonaniu, lecz to, że są zwykłym tym, co każdy teraz bierze za pewnik, lub co być może przypuszcza, że jest w Piśmie Świętym, i dlatego nie do podważenia; nie to, że przez długie okresy czas mają za sobą największą liczbę głosów, lecz to, że akurat są najliczniej wyznawane w tej przelotnej godzinie. Natomiast prawda Boża jest zawsze jedna i ta sama; nie zmienia się, tak samo jak jej Twórca: stąd oczywiste jest, że ci, którzy jej bronią, muszą zawsze być narażeni na zarzut osobliwości — czy to z powodu tej, czy innej jej cząstki — w świecie, który nieustannie się zmienia.

Jakiż to przerażający widok przedstawia społeczeństwo ludzkie dla tych, którzy chcieliby je oceniać religijnie! Dokądkolwiek pójdziesz, znajdziesz ludzi mających własne miary dobra i zła, a jednak każdy różniący się od każdego. Wszędzie więc znajdziesz zarazem świadectwo, że istnieje jakaś miara, i dowód, że miara ta zarazem jest zagubiona. Dokądkolwiek pójdziesz, znajdziesz w każdym kółku pewne osoby, które cieszą się szacunkiem jako wzory tego, czym powinni być ludzie; każda sekta i partia ma swoich Doktorów, swoich Wyznawców i Świętych. I we wszystkich obozach znajdziesz tak wielu ludzi posiadających dobre rysy charakteru, jeśli nie wzorowe w swoim życiu, że sądząc po pozorach, nie wiadomo, dlaczego wybranych nie miałoby być wielu zamiast mało. Właśnie twoje zakłopotanie przy godzeniu powierzchni rzeczy z ogłoszeniami naszego Pana, właśnie ta pokusa, pod jaką się znalazłeś, by tłumaczyć wyraźne słowa Pisma Świętego, wskazuje ci, że twoja miara dobra i zła, i miara tych wszystkich wokół ciebie, musi być bardzo różna od miary Bożej. Wskazuje ci, że jeśli wybranych jest mało, to musi istnieć jakaś szczególna wiara, czy też jakaś szczególna linia postępowania, lub coś innego różniącego się od tego, co świat przypuszcza, co tłumaczyłoby tę uroczystą deklarację. Nasuwa ci myśl, że być może niezbędna jest pewna doskonałość, zupełność, spójność, całkowitość posłuszeństwa, by człowiek był wybrany — której większość ludzi brakuje w tym lub owym punkcie. Nasuwa ci myśl, że jest wielka różnica między słuchaczem słowa a jego wykonawcą; między tym, który życzy dobrze prawdzie, lub aprobuje dobrych ludzi i dobre czyny, a wiernym sługą prawdy. Nasuwa ci myśl, że czym innym jest być gorliwym, a czym innym i wyższym jest być „zakorzenionym i ugruntowanym w miłości." Nasuwa ci myśl o wielkim niebezpieczeństwie poszczególnych grzechów lub szczególnych złych nawyków. Nasuwa ci myśl o grożącym niebezpieczeństwie bogactw, trosk tego życia, pozycji i dobrej sławy.

Oczywiście nie należy przeciągać słów Pisma Świętego; nie wiemy dokładnego znaczenia słowa „wybrany"; nie wiemy, co oznacza bycie zbawionym „jakby przez ogień"; nie wiemy, co oznacza „mało." Lecz przecież „mało" nie może nigdy oznaczać „wielu"; a być wezwanym, a nie być wybranym, musi być nieszczęściem. Wiemy, że ów człowiek w przypowieści, który przyszedł na ucztę bez szaty weselnej, został „wyrzucony w ciemności zewnętrzne." Odrzućmy zatem sąd wielu — czy to w sprawie prawdy i fałszu, czy też o nas samych — a kierujmy się sądem owego szeregu Świętych, od czasów Apostolskich aż po dzień dzisiejszy, którzy zawsze byli ganieni w swoim pokoleniu, zawsze czczeni po śmierci — osobliwi w każdym momencie, ale ciągłe i niezmienni w linii swojej historii — zawsze sprzeciwiając się wielu, zawsze zgadzając się ze sobą nawzajem. I w miarę, jak dochodzić będziemy do ich osądu rzeczy, módlmy się do Boga, by uczynił go żywym w nas; tak aby w Dniu Ostatecznym, gdy opadną wszelkie zasłony, znaleźli nas się wśród tych, którzy są wewnątrz tym, czym zdają się być zewnętrznie — którzy razem z Enochem, Noem, Abrahamem, Mojżeszem, Jozuem, Kalebem, Fineesem, Samuelem, Eliaszem, Jeremiaszem, Ezechielem, Chrzcicielem i świętym Pawłem „znosili trudy i trwali cierpliwie, i dla Imienia Jego pracowali, i nie ustali," czuwali we wszelkich rzeczach, pełnili pracę głosiciela Ewangelii, stoczyli dobry bój, ukończyli bieg, zachowali wiarę.

← wróć do odkrywania