HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom V

Kazanie XXII. Myśl o Bogu, ostoja duszy

Quinquagesima

Gdy nie czuję Jego obecnościGdy życie wydaje się bez sensu Doskonałości BożeSumienie i prawo
„Nie otrzymaliście ducha niewoli, by znowu żyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym wołamy: Abba, Ojcze!"
W skrócie. Kazanie o Bogu jako jedynej ostoi duszy: dusza stworzona jest do kontemplacji swojego Stwórcy i tylko w Nim może znaleźć pełne zaspokojenie uczuć. Newman wykazuje, że wyrzuty sumienia bez Boga prowadzą do zamknięcia i rozpaczy, natomiast pokuta zanurzona w Bożej obecności przynosi pokój. Szczęście nie leży w wiedzy, działaniu ani rzeczach, lecz w miłości i czci skierowanej ku Niemu.

„Powiadam zatem, że szczęście duszy polega na ćwiczeniu uczuć; nie w zmysłowych rozkoszach, nie w działaniu, nie w pobudzeniu, nie w samozadowoleniu, nie w świadomości własnej mocy, nie w wiedzy — w żadnej z tych rzeczy nie tkwi nasze szczęście, lecz w tym, że uczucia nasze są wzbudzone, zajęte i zaspokojone.”

*Quinquagesima*

*„Nie otrzymaliście ducha niewoli, by znowu żyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym wołamy: Abba, Ojcze!"* — Rz 8,15

Gdy Adam upadł, dusza jego utraciła swą prawdziwą moc; wyrzekł się wewnętrznego światła Bożej obecności i stał się tym samowolnym, drażliwym, chwiejnym i nieszczęśliwym jestestwem, jakim okazała się jego historia aż po dzień dzisiejszy — przeplatany siłą i słabością, szlachetnością i podłością, zapałem na początku i upadkiem na końcu. Taki był stan jego duszy sam w sobie, pomijając już Boży gniew, który nastąpił lub był zawarty w Bożym wycofaniu się. Dusza utraciła życie i zdrowie duchowe, niezbędne do dopełnienia jej natury i do spełnienia celów, dla których została stworzona — niezbędne zarówno dla moralnej jej całości, jak i dla jej szczęścia; i oto, jakby zemdlona, głodna czy chora, nie mogła już stać prosto, lecz padła na ziemię. W takim to stanie rodzi się każdy z nas na świat; a Chrystus przyszedł, by ten stan odwrócić i przywrócić nam wielki dar, który Adam utracił na początku. Adam wypadł z łaski swego Stwórcy i stał się sługą — niewolnikiem; Chrystus zaś przyszedł, by nas na nowo wyzwolić, by udzielić nam Ducha przybrania za synów, dzięki któremu stajemy się dziećmi Bożymi i znowu zbliżamy się do Niego jako do Ojca naszego.

Powiadam więc, że z natury urodzenia jesteśmy w stanie braku i niedostatku; nie posiadamy wszystkiego, co jest potrzebne do doskonałości naszej natury. Jak ciało nie jest samowystarczalne i potrzebuje duszy, by nabrać sensu, tak samo dusza — dopóki Bóg nie jest w niej obecny i w niej się nie objawia — ma władze i uczucia, lecz brak jej zasady, przedmiotu i celu, które by nimi kierowały. Taką jest z urodzenia, a Pismo Święte daje nam to do zrozumienia przez rozmaite obrazy: nazywa niekiedy naturę ludzką ślepą, niekiedy głodną, niekiedy nagą; dar zaś Ducha nazywa światłem, zdrowiem, pokarmem, ciepłem i odzieżą — wszystko po to, by pouczyć nas, jaki jest nasz stan pierwotny i jaka wdzięczność należy się Temu, który wprowadził nas w stan nowy. Na przykład: „Ponieważ mówisz: jestem bogaty i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, żeś nieszczęsny i godzien politowania, i biedny, i ślepy, i nagi — radzę ci, byś ode Mnie kupił złoto w ogniu wypróbowane, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, [...] i nasyć twoje oczy maścią, abyś widział." Dalej: „Bóg, który nakazał, by z ciemności zajaśniało światło, zajaśniał w sercach naszych, aby dać nam poznanie chwały Bożej na obliczu Jezusa Chrystusa." Dalej: „Obudź się, który śpisz, i powstań z martwych, a zaświeci ci Chrystus." Dalej: „Kto by zaś napił się wody, którą Ja mu dam, nigdy nie będzie pragnął, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu." A w Księdze Psalmów: „Nasycają się obfitością domu Twego, a strumieniem rozkoszy Twoich napoić ich raczysz. Bo u Ciebie jest źródło życia, a w Twojej światłości oglądamy światłość." I w innym psalmie: „Syci będzie dusza moja jakby tłuszczem i sadłem, gdy usta moje wysławiają Cię weselnymi wargami." I znowu u Proroka Jeremiasza: „Napoję tłuszczem dusze kapłanów, a lud mój nasyci się dobrami moimi. [...] Napoiłem duszę strudzonych i każdą duszę strapionych napełniłem."

Doktryna zawarta w tych słowach bywa trafnie ujmowana w następujący sposób: dusza człowieka stworzona jest do kontemplowania swego Stwórcy i tylko ta wzniosła kontemplacja jest jej szczęściem; cokolwiek by poza tym posiadała, jest nienasycona, póki nie zostanie jej udzielona Boża obecność i nie zacznie żyć w jej świetle. Tę samą uroczystą prawdę można rozważać pod wieloma względami i wyrazić na wiele sposobów. Chcę się teraz zatrzymać nad nią tak, jak ją dotąd przedstawiałem.

Powiadam zatem, że szczęście duszy polega na ćwiczeniu uczuć; nie w zmysłowych rozkoszach, nie w działaniu, nie w pobudzeniu, nie w samozadowoleniu, nie w świadomości własnej mocy, nie w wiedzy — w żadnej z tych rzeczy nie tkwi nasze szczęście, lecz w tym, że uczucia nasze są wzbudzone, zajęte i zaspokojone. Jak głód i pragnienie, jak smak, dźwięk i zapach są kanałami, przez które ta cielesna powłoka doznaje przyjemności, tak uczucia są narzędziami, przez które dusza doznaje radości. Gdy są należycie ćwiczone, dusza jest szczęśliwa; gdy są niezdolne do wzrostu, stłumione lub udaremnione, nie jest szczęśliwa. Na tym polega nasze prawdziwe i istotne błogosławieństwo — nie na tym, by wiedzieć, wpływać czy dążyć, lecz na tym, by miłować, mieć nadzieję, radować się, podziwiać, czcić, uwielbiać. Nasze prawdziwe i istotne błogosławieństwo leży w posiadaniu tych przedmiotów, na których serce nasze może spocząć i być zaspokojone.

Skoro tak jest, mamy natychmiast rację, by powiedzieć, że myśl o Bogu — i tylko ona — jest szczęściem człowieka; gdyż choć wiele jest innych rzeczy, które mogą służyć za przedmiot wiedzy, pobudkę do działania lub podnietę, to jednak uczucia wymagają czegoś rozleglejszego i trwalszego niż cokolwiek stworzonego. To, co nowe i nagłe, pobudza, lecz nie wywiera wpływu; to, co przyjemne lub pożyteczne, nie budzi poważania; własne ja nie wzbudza czci, a sama wiedza nie rozpala miłości. Jedynie Ten, który stworzył serce, może je zaspokoić. Nie twierdzę bynajmniej, że nic prócz Wszechmogącego Stwórcy nie może wzbudzić i odwzajemnić naszej miłości, czci i ufności — człowiek może to czynić dla człowieka. Człowiek jest bez wątpienia zdolny rozbudzić miłość bliźniego i w swoim zakresie ją odwzajemniać. Co więcej, jest to wielki obowiązek, jeden z dwu głównych obowiązków religijnych, by tak odnosić się do bliźniego. Lecz tu nie mówię o tym, co możemy czynić lub co powinniśmy czynić, ale o tym, co jest naszym szczęściem czynić; i z pewnością można powiedzieć, że chociaż miłość braci, miłość wszystkich ludzi, stanowi połowę naszego posłuszeństwa, to jednak wykonywana sama przez się — gdyby to było możliwe, czym nie jest — nie stanowiłaby wcale naszej nagrody. I to z tego powodu, że serca nasze wymagają czegoś trwalszego i niezmienniejszego, niż człowiek może być. Wiele zyskujemy na jakiś czas ze wzajemnej bliskości. Jest nam ulgą jak świeże powietrze omdlałemu, jak jadło i napój głodnemu, jak potok łez udręczonemu na duchu. Jest to łagodząca pociecha mieć kogoś, komu można się zwierzyć; pociecha mieć kogoś, komu można wyznać swe winy; pociecha mieć kogoś, od kogo można oczekiwać współczucia. Miłość domu i rodziny w ten i inne sposób wystarczy, by uczynić to życie znośnym dla ogółu ludzi — bez tego nie byłoby ono nim — lecz mimo wszystko uczucia nasze przerastają takie zajęcie i domagają się czegoś trwalszego. Czy wszyscy ludzie nie umierają? czy nie są nam odbierani? czy nie są niepewni jak trawa polna? Nie oddajemy serc rzeczom nierozumnym, bo nie ma w nich trwałości. Nie składamy uczuć w słońcu, księżycu i gwiazdach ani w tej bogatej i pięknej ziemi, bo wszystko, co materialne, obraca się wniwecz i znika jak dzień i noc. I człowiek, choć ma w sobie rozum, to jednak w najlepszym swym stanie jest zgoła marnością. Jeśli szczęście nasze polega na tym, że uczucia są zajęte i wynagrodzone, to „człowiek zrodzony z niewiasty" nie może być naszym szczęściem; bo jakże może podtrzymać innego ten, który sam „nie trwa w jednym miejscu"?

Jest jednak i inny powód, dla którego jedynie Bóg jest szczęściem naszych dusz — i chciałbym zwrócić nań szczególniejszą uwagę: kontemplacja Boga, i tylko ona, zdolna jest w pełni otworzyć i ulżyć duchowi, odblokować, zająć i utrwalić nasze uczucia. Możemy wprawdzie miłować rzeczy stworzone z wielką żarliwością, ale takie przywiązanie, oderwane od miłości Stwórcy, jest jak strumień płynący wąskim korytem — rwący, gwałtowny i mętny. Serce wybiega niejako tylko przez jedne drzwi; nie jest to rozszerzenie całego człowieka. Stworzenia nie mogą nas otworzyć ani wzbudzić w nas owych dziesięciu tysięcy zmysłów duchowych, które do nas należą i przez które naprawdę żyjemy. Nikt prócz obecności naszego Stwórcy nie może do nas wniknąć; bo tylko przed Nim całe serce ze wszystkimi myślami i uczuciami może być otwarte i Mu poddane. „Oto stoję u drzwi i kołaczę — powiada — jeśli ktoś usłyszy mój głos i otworzy drzwi, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną." „Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i zamieszkamy u niego." „Zesłał Bóg Ducha Syna swego do serc waszych." „Bóg jest większy niż serce nasze i zna wszystko." To uczucie prostej i całkowitej ufności oraz jedności z Bogiem koją i napełniają tych, którym zostaje udzielone. Wiemy przecież, że nawet najbliżsi nam przyjaciele wnikają w nas jedynie częściowo i obcują z nami tylko w pewnych chwilach; tymczasem świadomość doskonałej i nieustającej Obecności — i tylko ona — trzyma serce otwarte. Odejmij Przedmiot, na którym ono spoczywa, a dusza znowu popadnie w stan zamknięcia i stłumienia; i w miarę jak jest ograniczona bądź do pewnych pór, bądź do pewnych uczuć, serce jest ścieśnione i udręczone. Choć może być zbyt śmiałe powiedzieć tak, to jednak jedynie Ten, który jest nieskończony, może być jego miarą; jedynie On może odpowiedzieć tajemniczemu zbiorowi uczuć i myśli, który nosi ono w sobie. „Nie ma stworzenia, które by było ukryte przed Jego obliczem, lecz wszystko jest nagie i odkryte przed oczami Tego, wobec którego musimy zdać sprawę."

Na tym polega pokój dobrego sumienia: jest to trwała świadomość, że serca nasze są otwarte przed Bogiem, i pragnienie, by takimi były. Jest to ufność do Boga, wypływająca z poczucia, że nie ma w nas nic, czego byśmy się musieli wstydzić lub czego powinniśmy się lękać. Powiesz może, że żaden człowiek na ziemi nie jest w takim stanie, bo wszyscy jesteśmy grzesznikami — i to na każdy dzień. Prawda; z pewnością jesteśmy zupełnie niezdolni do zniesienia wszystkowidzącego Oka Bożego, do bezpośredniego zetknięcia się (jeśli wolno mi tak powiedzieć) z Jego chwalebną Obecnością bez żadnego pośrednictwa między Nim a nami. Ale po pierwsze, stopień tej ufności może być różny u różnych ludzi, choć jej doskonałość nie osiągnie żaden. A po wtóre, Bóg w wielkim swym miłosierdziu — co wszyscy dobrze wiemy — objawił nam, że jest Pośrednik między grzeszną duszą a Nim samym. I jak zasługi Jego przedziwnie stają między naszymi grzechami a wyrokiem Bożym, tak myśl o tych zasługach, gdy jest obecna w chrześcijaninie, uzdalnia go — mimo jego grzechów — do wzniesienia serca ku Bogu; wierząc zaś, jak wierzy, że jest (używając języka Pisma) w Chrystusie, to znaczy innymi słowy, że zwraca się do Boga Wszechmogącego nie po prostu twarzą w twarz, lecz w Chrystusie i przez Chrystusa, może znieść to, by serce swe poddać i otworzyć przed Bogiem, i pragnąć, by było otwarte. Bo choć jest bardzo świadomy zarówno grzechu pierworodnego, jak i grzechów rzeczywistych, to jednak poczucie własnej szczerości i gorliwości jest możliwe; i w miarę jak osiąga choćby tyle, zdolny będzie kroczyć bez zastrzeżeń z Chrystusem, swym Bogiem i Zbawicielem, i pragnąć Jego nieustającej z sobą obecności, choć jest grzesznikiem, i będzie chciał, by wolno mu było uczynić Go jedynym Przedmiotem swego serca. Być może pod wpływem czegoś z tego uczucia Hagar powiedziała: „Tyś, Boże, widział mnie." Pod tym uczuciem święty Dawid mógł powiedzieć: „Doświadcz mnie, o Panie, i wypróbuj mnie; przeniknij nerki moje i serce moje." „Zbadaj mnie, Boże, i poznaj serce moje; doświadcz mnie i przeniknij myśli moje. Obacz, czy nie ma we mnie drogi nieprawości, i prowadź mnie drogą wiekuistą." W szczególności zaś widać to u świętego Pawła, który zdaje się znajdować radość w nieustannym otwieraniu serca swego przed Bogiem, poddawaniu go Jego badaniu i oczekiwaniu na Jego Obecność; innymi słowy — w radości dobrego sumienia. Na przykład: „Żyłem w całkowicie dobrem sumieniu przed Bogiem aż do dnia dzisiejszego." „I o to sam się staram, abym miał zawsze czyste sumienie wobec Boga i wobec ludzi." „Mówię prawdę w Chrystusie, nie kłamię — a poświadcza mi to sumienie moje w Duchu Świętym." „A chlubą naszą jest świadectwo naszego sumienia, że w prostocie i szczerości Bożej, nie w mądrości cielesnej, lecz w łasce Bożej postępowaliśmy na świecie, a względem was tym obficiej." Jest to, powiadam, cecha charakterystyczna świętego Pawła, objawiona nam w jego Listach: żyć przed obliczem Tego, który „bada nerki i serce", lubować się w stawaniu przed Nim, i rozważając Boga, zatrzymywać się nad myślą, że Bóg jego rozważa.

I być może jest to coś z tego, co Apostoł ma na myśli, gdy mówi o świadectwie Ducha. Być może mówi o owym ukojeniu i spokoju, których dusza doznaje w miarę jak jest w stanie oddać się całkowicie Bogu, nie mając żadnego innego pragnienia ni celu, jak tylko Mu się podobać. Gdy nie śpimy, jesteśmy świadomi, że nie śpimy — w takim sensie, w jakim nie możemy tego sobie uroić, gdy śpimy. Gdy odkryjemy rozwiązanie jakiegoś trudnego problemu naukowego, mamy przekonanie o nim inne niż to, które towarzyszy urojonym odkryciom lub domysłom. Gdy pojmujemy jakąś prawdę, doznajemy uczucia, którego nie mają ci, co biorą słowa za rzeczy. Tak samo, w podobny sposób, jeśli dane nam będzie znaleźć ów prawdziwy i najświętszy Przedmiot, na którym serce nasze może się utrwalić, nastąpi pełnia pokoju, której tylko on może dać. W miarę jak porzuciliśmy miłość świata i umarliśmy dla stworzenia, a z drugiej strony narodziliśmy się z Ducha ku miłości Stwórcy i Pana naszego, miłość ta niesie w sobie własne świadectwo, skąd pochodzi. Dlatego Apostoł mówi: „Sam Duch współświadczy z duchem naszym, że jesteśmy dziećmi Bożymi." Mówi też o Tym, „który nas naznaczył pieczęcią i dał zadatek Ducha w sercach naszych."

Mówiłem, że szczęście nasze polega na kontemplowaniu Boga — (taka kontemplacja jest jedyną, która zdolna jest towarzyszyć duchowi zawsze i wszędzie, gdyż jedynie Bóg może być zawsze i wszędzie obecny) — i że to, co powszechnie mówi się o szczęściu dobrego sumienia, potwierdza to; bo czymże jest dobre sumienie, gdy rozważymy siłę naszych słów, jak nie tym, że własne serce nieustannie nam Boga przypomina, że serce nasze jest w takim stanie, iż wiedzie nas ku wznoszeniu oczu ku Niemu i pragnieniu, by Jego wzrok spoczywał na nas przez cały dzień? U ludzi świętych jest to uczucie towarzyszące kontemplacji Boga Wszechmogącego.

Ale znowu: poczucie obecności Bożej jest nie tylko podstawą pokoju dobrego sumienia, lecz i pokoju pokuty. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać dziwne, że pokuta może zawierać cokolwiek z pociechy i pokoju. Ewangelia obiecuje wprawdzie, że wszelki smutek przemieni się w radość. Sprawia, że znajdujemy upodobanie w opuszczeniu, słabości i wzgardzie. „Chlubmy się też w utrapieniach" — powiada Apostoł — „bo miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który nam jest dany." Niszczy ona lęk: „Nie troszczcie się o dzień jutrzejszy, gdyż jutrzejszy dzień sam o sobie troszczyć się będzie." Każe nam szukać pociechy w obliczu utraty bliskich: „Nie chcę, bracia, byście byli w nieświadomości co do tych, którzy zasnęli, abyście się nie smucili jak inni, którzy nie mają nadziei." Lecz jeśli jest jakiś smutek, który wydawałby się czystą nędzą, jeśli jest jakaś niedola pozostawiona pod Ewangelią — to można by sądzić, że jest nią dotkliwa świadomość, iż Ewangelię się nadużyło. I znowu: jeśli jest chwila, w której obecność Najwyższego zdawałaby się na pierwszy rzut oka nie do zniesienia, byłaby nią ta chwila, gdy po raz pierwszy uderza nas żywo świadomość, że z wdzięcznością należną zbuntowaliśmy się przeciw Niemu. A jednak tak jest: prawdziwa pokuta nie może być bez myśli o Bogu; ma myśl o Bogu, bo Go szuka; a szuka, bo jest ożywiona miłością; i nawet smutek musi mieć jakąś słodycz, jeśli jest w nim miłość. Bo czymże jest pokuta, jeśli nie oddaniem siebie Bogu celem uzyskania przebaczenia lub znoszenia kary — miłując Jego obecność dla niej samej i uznając, że chłosta od Niego jest lepsza niż spoczynek i pokój od świata? Gdy syn marnotrawny przebywał wśród świń, miał dosyć boleści, lecz nie miał pokuty — tylko wyrzuty sumienia; ale pokuta skłoniła go, by wstał i szedł do swego Ojca i wyznał swoje grzechy. W ten sposób ulżył sercu swemu z jego nędzy, która przedtem była jak twarda i gnębiąca opuchlizna ciążąca nad nim. Albo rozważmy z kolei opis nawrócenia Koryntian, jaki daje święty Paweł: jest tam aż nadto boleści, owszem — udręki, lecz bez przygnębienia, bez duchowej oschłości, bez surowości. Penitenci trapią siebie samych, ale z pełności serca, z miłości, wdzięczności, pobożności, z przerażenia wobec przeszłości, z pragnienia ucieczki od siebie samych ku czemuś świętszemu i bardziej niebiańskiemu. Święty Paweł mówi o ich „żarliwym pragnieniu, smutku ich i gorliwości dla niego." Raduje się „nie z tego, że się zasmucili, lecz że smutek ich wiódł do pokuty." „Bo zasmuciliście się" — ciągnie dalej — „w sposób Boży, tak że żadnej szkody od nas nie ponieśliście." I opisuje ów „smutek ku Bogu" jako składający się z „gorliwości, którą w nich wzbudził" — „obrony swej sprawy" — „oburzenia" — „bojaźni" — „żarliwego pragnienia" — „zapału" — „pomsty" — uczuć, które wszystkie otwierają serce, lecz go nie rozluźniają, bo kończą się czynami lub dziełami.

Natomiast wyrzuty sumienia, czyli to, co Apostoł nazywa „smutkiem tego świata", przynoszą śmierć. Zamiast przychodzić do Źródła Życia, do Boga wszelkiej pociechy, ludzie dręczeni wyrzutami karmią się własnymi myślami, nie mając żadnego powiernika swego bólu. Nikomu się nie zwierzają: Bogu nie chcą, światu nie mogą się wyznać. Świat nie przyjmie ich wyznania; jest dobrym towarzyszem, lecz nie może być powiernikiem. Nie może do nas przystąpić ani stanąć przy nas w utrapieniu; nie jest Pocieszycielem; zostawia wszystkie uczucia nasze pogrzebane w nas — albo wzburzone, albo co najwyżej martwe; zostawia nas przygnębionymi lub zatwardzonymi w sercu. Taki jest nasz stan, póki żyjemy dla świata — czy to w smutku, czy w radości. Zamknięci sami w sobie, jesteśmy przeto nieszczęśliwi. Może nie jesteśmy w stanie zanalizować naszej nędzy ani nawet jej odczuć — tak jak bywa u osób cierpiących na choroby cielesne. Może nie wiemy, czym jest ani gdzie się mieści nasz ból; tak się do niego przyzwyczailiśmy, że nie nazywamy go bólem. A jednak tak jest: potrzebujemy ulgi dla serc naszych, aby nie były dłużej ciemne i posępne ani nie karmiły się nadal sobą samymi; potrzebujemy ucieczki od siebie ku czemuś, co poza nami; i choćbyśmy sobie tego życzyli inaczej i usiłowali tworzyć sobie bożki, nic prócz obecności Bożej nie jest naszym prawdziwym schronieniem — wszystko inne jest albo złudzeniem, albo tylko środkiem pomocnym w swoim czasie lub w swoim zakresie.

Jakże więc nieszczęsny jest ten, kto tej wielkiej prawdy nie zna w praktyce! Rok po roku będzie człowiekiem coraz nieszczęśliwszym, albo przynajmniej wejdzie nagle w dojrzałą nędzę, gdy wyjdzie z tego świata cieni w owe królestwo, gdzie wszystko jest rzeczywiste. Oto próbuje obecnie zaspokoić duszę swoją tym, co nie jest chlebem; albo sądzi, że dusza może żyć bez pożywienia. Wyobraża sobie, że może żyć bez żadnego przedmiotu. Wyobraża sobie, że wystarczy sam dla siebie; albo sądzi, że wiedza wystarczy dla jego szczęścia; albo że wystarczy mu działanie, albo dobra opinia innych, albo (tak zwana) sława, albo wygody i zbytki bogactwa. Jakże prawdziwie nędzny jest ów chłód i oschłość duszy, w których tylu ludzi żyje i umiera — wielkich i małych, uczonych i nieuczonych. Niejeden wielki człowiek, niejeden wieśniak, niejeden człowiek pochłonięty pracą żyje i umiera z zamkniętym sercem, z uczuciami niewykształconymi i nie ćwiczonymi. Widzisz biednego człowieka, który dzień po dniu, niedziela po niedzieli, rok po roku trwa bez żadnej myśli w głowie, i zewnętrznie niemal przypomina kamień. Widzisz człowieka wykształconego, pełnego myśli, pełnego inteligencji, pełnego działania, a jednak z sercem kamiennym — tak zimnym i martwym pod względem uczuć, jak gdyby był owym biednym ciemnym kmieciem. Widzisz innych, może z serdecznym przywiązaniem do rodziny, z życzliwymi uczuciami dla bliźnich, lecz zatrzymujących się na tym; skupiających serca na tym, co z pewnością ich zawiedzie, bo jest przemijające. Życie przemija, bogactwa ulatują, popularność jest zmienna, zmysły słabną, świat się zmienia, przyjaciele umierają. Jeden tylko jest niezmienny; Jeden tylko jest nam wierny; Jeden tylko może być wierny; Jeden tylko może być dla nas wszystkim; Jeden tylko może zaspokoić nasze potrzeby; Jeden tylko może nas wychować do pełnej doskonałości; Jeden tylko może nadać sens naszej złożonej i zawiłej naturze; Jeden tylko może dać nam ład i harmonię; Jeden tylko może nas ukształtować i posiadać. Czy wolno nam oddać się pod Jego przewodnictwo? — oto jedyne pytanie, jakie należy postawić. Czy naprawdę uczynił nas swoimi dziećmi i wziął nas w posiadanie przez swego Ducha Świętego? Czy jesteśmy jeszcze w Jego królestwie łaski mimo naszych grzechów? Pytanie nie brzmi, czy powinniśmy iść, lecz czy On przyjmie. I ufamy, że mimo naszych grzechów przyjmie nas jeszcze, każdego z nas, jeśli szukamy Jego oblicza w miłości nieobłudnej i świętej bojaźni. Czyńmy więc i my to, co do nas należy, jak On uczynił to, co do Niego należało, i o wiele więcej. Mówmy wraz z Psalmistą: „Kogóż mam w niebie prócz Ciebie? A na ziemi nie mam upodobania w niczym oprócz Ciebie. Ciało moje i serce moje ustaje, lecz Bóg jest mocą serca mego i działem moim na wieki."

← wróć do odkrywania