*Wielki Post*
*„A gdy Ezaw usłyszał słowa ojca swego, zawołał głosem wielkim i bardzo gorzkim, i rzekł do ojca swego: Błogosław i mnie, mnie także, ojcze mój."* — Rdz 27,34
Sądzę, że nikt nie może przeczytać tego rozdziału bez pewnej litości dla Ezawa. Oczekiwał on, że ojciec udzieli mu swego błogosławieństwa, lecz brat uprzedził go i błogosławieństwo zamiast niego otrzymał. Ezaw nie wiedział, co się stało, przyszedł więc do ojca, by zostać pobłogosławionym, bez żadnego przeczucia, że błogosławieństwa mu odmówią. Ojciec, pełen zdumienia i boleści, powiedział mu, że nie wiedząc o tym — bo był ślepy i nie widział — udzielił już błogosławieństwa bratu Jakubowi, i nie może go cofnąć. Na te słowa Ezaw wybuchnął „wielkim i bardzo gorzkim krzykiem", jak mówi tekst. Wszystkie jego nadzieje rozwiały się w jednej chwili. Wiele był zbudował na tym błogosławieństwie. Ezaw bowiem, gdy był młody, dopuścił się wobec Boga bardzo wielkiego grzechu. Był pierworodnym swoich rodziców, a w owych czasach — jak i dziś wśród możnych i szlachetnych — wielką rzeczą było być najstarszym w rodzinie. W przypadku Ezawa przywileje te były tym większe, że stanowiły bezpośredni dar Boży. Ezaw, jako pierworodny syna swojego ojca Izaaka — długo oczekiwanego dziedzica Abrahama — odziedziczył pewne prawa i przywileje, które Izaak otrzymał od Abrahama. Grzech zaś Ezawa, gdy był jeszcze młodym mężczyzną, polegał na tym, że wyzbył się swego prawa pierworództwa na rzecz młodszego brata, Jakuba. Zlekceważył wielki dar Boży. Jak mało sobie z niego robił, świadczy cena, jaką wziął w zamian. Ezaw wrócił z polowania zmęczony i wyczerpany. Jakub, który pozostał w domu, miał trochę potrawki; Ezaw poprosił go o porcję. Jakub znał wartość prawa pierworództwa, choć Ezaw nie — miał wiarę, by ją dostrzec. Kiedy więc Ezaw prosił o potrawkę, Jakub powiedział, że da mu ją w zamian za prawo pierworództwa; a Ezaw, nie dbając o nie, sprzedał je Jakubowi za ową miskę strawy. Był to grzech wielki, jako wzgarda wobec szczególnego daru Bożego — daru, który po jego ojcu Izaaku nie miał nikt inny na całym świecie prócz niego.
Czas mijał. Ezaw starzał się i coraz lepiej rozumiał wartość daru, który tak bezbożnie roztrwonił. Bez wątpienia chciałby go odzyskać, gdyby mógł; ale to było niemożliwe. W tych okolicznościach, jak czytamy w rozdziale, który był dzisiaj czytany w czasie służby Bożej, ojciec postanowił udzielić mu uroczystego błogosławieństwa przed swoją śmiercią. Owo błogosławieństwo miało w owych czasach wielką wagę, gdyż miało charakter proroctwa, i od początku było przeznaczone przez Boga dla Jakuba; Ezaw nie miał do niego prawa, lecz sądził, że w ten sposób odzyska niejako swoje pierworództwo albo coś, co je zastąpi. Wyzbył się go bez trudu i bez trudu spodziewał się je odzyskać. Zważmy: nie okazywał żadnej skruchy za to, co uczynił, żadnego wyrzutu sumienia; nie lękał się, że Bóg go ukarze. Jedynie żałował straty, nie uniżając się przed Bogiem; postanowił cofnąć swe kroki tak szybko i spokojnie, jak tylko mógł. Wyszedł polować, upolował zwierzynę i przyrządził ją jako smaczną pieczeń dla ojca, zgodnie z jego poleceniem. A gdy wszystko było gotowe, przyniósł i stanął przed ojcem. I wtedy właśnie dowiedział się, ku swej rozpaczy, że darami Bożymi nie wolno tak lekceważąco rozporządzać; sprzedał — nie może odzyskać. Miał nadzieję mieć błogosławieństwo ojcowskie, lecz Jakub je już otrzymał. Myślał, że odzyska łaskę Bożą — nie przez post i modlitwę, lecz przez smaczną pieczeń, przez ucztowanie i wesele.
Tak w ogólnych zarysach przedstawia tę sprawę św. Paweł w Liście do Hebrajczyków. Po przywoływaniu przykładów wiary wzywa swych chrześcijańskich braci, by strzegli się, by nie było wśród nich nikogo podobnego do Ezawa, którego nazywa „człowiekiem nieskromnym"; który tak mało miał prawdziwego pojęcia o rzeczach niewidzialnych. „Baczcie pilnie" — mówi — „aby nikt nie pozbawił się łaski Bożej; aby jakiś rozpustnik albo człowiek nieskromny, jak Ezaw, który za jedną potrawę wyrzekł się prawa pierworodztwa, nie znalazł się wśród was. Wiecie bowiem, że potem, gdy chciał otrzymać błogosławieństwo, został odrzucony; i nie znalazł miejsca dla skruchy, choć jej ze łzami szukał".
A zatem takie jest znaczenie wielkiego i gorzkiego krzyku Ezawa, który z pozoru skłonni jesteśmy objąć litością. Jest to krzyk kogoś, kto odrzucił Boga, i kogo Bóg z kolei odrzucił. Jest to krzyk kogoś, kto igrał z miłosierdziem Bożym, a potem szukał, by je odzyskać, gdy było już na to za późno. Jest to krzyk kogoś, kto nie zważał na przestrogę: „Pilnujcie się, abyście nie przyjęli łaski Bożej nadaremnie", i kto „nie dosięgnął łaski Bożej". Jest to krzyk przepowiedziany przez Mądrego: „Wtedy będą wołać na Mnie, ale nie wysłucham; będą Mnie szukać rano, ale nie znajdą Mnie". Owa chytrość i przenikliwość brata Jakuba, dzięki której uprzedził Ezawa i zdobył królestwo niebieskie przemocą, była dziełem Bożym; była Bożą Opatrznością karzącą Ezawa za dawny grzech. Ezaw zgrzeszył; utracił prawo pierworództwa i nie mógł go odzyskać. Do czego był podobny ów jego krzyk? Był podobny do błagania pięciu nierozsądnych Panien, gdy drzwi były już zamknięte: „Panie, Panie, otwórz nam; lecz On odpowiedział i rzekł: Zaprawdę powiadam wam, nie znam was". Był podobny do „płaczu i zgrzytania zębów" dusz potępionych. Tak, zaiste — wielkim i gorzkim krzykiem mógł być z całą słusznością. Słusznie płakać i zawodzić będą — i to jak bardzo — ci, którzy przyjęli łaskę Bożą i pohańbili ją.
Smutna historia, którą właśnie rozważyłem, jest opisem kogoś, kto najpierw był bezbożny, a potem zuchwały. Ezaw był bezbożny sprzedając pierworództwo, zuchwały domagając się błogosławieństwa. Potem wprawdzie żałował, ale gdy było już za późno. I obawiam się, że jacy kiedyś był Ezaw, tacy jest dziś zbyt wielu chrześcijan. Gardzą darami Bożymi, gdy są młodzi, silni i zdrowi; a gdy starość ich dopadnie albo słabość, albo choroba, nie myślą o pokucie, lecz sądzą, że mogą sobie brać i korzystać z przywilejów Ewangelii jako rzeczy oczywistej, jakby grzechy minionych lat nic nie znaczyły. A potem nadchodzi może śmierć; i po śmierci, gdy jest już za późno, chcieliby pokutować. Wtedy wysyłają do Boga wielki, gorzki i przeszywający krzyk; i widząc dusze błogosławione wstępujące ku niebu w pełni łask ewangelicznych, mówią do Boga, który się na nich obraził: „Błogosław i mnie, mnie także, ojcze mój."
Czy to nie jest — pytam — zupełnie powszechne zjawisko, że mężczyźni i kobiety zaniedbują religię w latach najlepszych? Zostali ochrzczeni, uczono ich obowiązku, uczono ich modlitwy, znają swoje Credo, ich sumienie zostało oświecone, mają możność uczęszczania do kościoła. To jest ich pierworództwo — przywileje z urodzenia z wody i z Ducha; lecz oni sprzedają je, jak czynił Ezaw. Szatan kusi ich jakąś przynętą z tego świata, a oni wyzbywają się swego pierworództwa w zamian za coś, co na pewno przeminie i ich razem ze sobą w przepaść pociągnie. Ezawa skusiła miska potrawki, którą widział w rękach Jakuba. Szatan przykuł oczy jego pożądliwości i Ezaw wpatrywał się w potrawkę, jak Ewa wpatrywała się w owoc drzewa poznania dobra i zła. Adam i Ewa sprzedali swoje pierworództwo za owoc drzewa — taki był ich interes. Ezaw sprzedał swoje za miskę soczewicy — taki był jego. A ludzie dzisiejsi często swoje sprzedają — nie za coś tak prostego jak owoce czy jarzyny, lecz za jakiś inny zysk z grzechu, który w danej chwili wydaje im się wart każdej ceny; może za rozkosz jakiegoś szczególnego grzechu, lub częściej za dogodzenie ogólnej niedbałości i duchowemu lenistwu, bo nie lubią życia surowego i nie mają serca do służby Bożej. I tak stają się ludźmi bezbożnymi, bo gardzą wielkim darem Bożym.
A potem, gdy wszystko już dokonane i przeszłe, gdy dusze ich sprzedane szatanowi, nigdy zdają się nie rozumieć, że wyzbyli się swojego pierworództwa. Myślą, że stoją dokładnie tam, gdzie stali przed tym, jak poszli za światem, ciałem i diabłem; zakładają jako rzecz oczywistą, że gdy tylko zechcą stać się bardziej przyzwoitymi czy bardziej pobożnymi, mają wszystkie swoje przywileje tak jak dawniej. Jak Samson, zamierzają wyjść jak inne razy i strząsnąć z siebie wszystko. I jak Ezaw, zamiast pokutować za utratę pierworództwa, przychodzą po błogosławieństwo, jakby to było coś im należnego. Ezaw wyszedł polować na zwierzynę radośnie i prędko przyniósł ją ojcu. Duch miał wysoki, głos wesoły. Nie przychodziło mu do głowy, że Bóg jest na niego gniewny za to, co się wydarzyło lata temu. Sądził, że jest tak samo pewny błogosławieństwa, jak gdyby nie sprzedał pierworództwa.
A potem, niestety! prawda błysnęła mu przed oczyma; wydał wielki i gorzki krzyk — gdy było już za późno. Dobrze by było, gdyby wydał go przed tym, jak przyszedł po błogosławieństwo, nie po nim. Żałował gdy było za późno — dobrze by było, gdyby żałował w porę. Tak samo mówię o tych, którzy w jakikolwiek sposób zgrzeszyli. Dobrze im nie zapominać, że zgrzeszyli. Dobrze, by lamentowali i opłakiwali swoje dawne grzechy. Bądźcie pewni: będą nad nimi lamentować w życiu przyszłym, jeśli tu lamentować nie będą. Co lepsze: wydać gorzki krzyk teraz czy wtedy? — wtedy, gdy błogosławieństwo życia wiecznego odmówi im sprawiedliwy Sędzia w dzień ostateczny, czy teraz, by je zdobyć? Bądźmy na tyle mądrzy, by przeżyć naszą agonię w tym świecie, nie w przyszłym. Jeśli uniżymy się teraz, Bóg przebaczy nam wtedy. Nie możemy uciec od kary, tu albo w wieczności; musimy wybrać, czy cierpieć i boleć trochę teraz, czy wiele wtedy. Chcesz zobaczyć, jak powinien przychodzić do Boga pokutnik? Zajrzyj do przypowieści o Synu Marnotrawnym. On też roztrwonił swoje pierworództwo, jak Ezaw. On też przyszedł po błogosławieństwo, jak Ezaw. Tak — ale jak różnie przyszedł! Przyszedł z głębokim wyznaniem i uniżeniem siebie. Rzekł: „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przed tobą, i nie jestem już godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z twoich najemników." Lecz Ezaw powiedział: „Niechaj wstanie ojciec mój i niech je z dziczyzny swego syna, aby mię błogosławiła dusza twoja." Jeden przyszedł po prawa syna, drugi po dolę sługi. Jeden upolował i własnoręcznie przyrządził zwierzynę, a nie zaznał jej; dla drugiego przygotowano tuczone cielę, i pierścień na palec, i sandały na nogi, i najpiękniejszą szatę, i były muzyka i tańce.
Są to myśli — nie muszę chyba mówić — szczególnie odpowiednie na ten sezon. Od najdawniejszych czasów aż do dnia dzisiejszego owe tygodnie przed Wielkanocą były co roku wydzielane dla szczególnego przypomnienia i wyznania naszych grzechów. Od pierwszego wieku bez przerwy, rok po roku, chrześcijanie byli wzywani do rozważenia, w jak dalekiej mierze utracili swoje pierworództwo — jako przygotowanie do ubiegania się o błogosławieństwo. W Boże Narodzenie rodzimy się na nowo wraz z Chrystusem; w Wielkanoc sprawujemy Ucztę Eucharystyczną. W Wielkim Poście, przez pokutę, łączymy te dwa wielkie sakramenty. Czy gotowi jesteście, bracia moi, powiedzieć — czy znajdzie się choć jeden żyjący chrześcijanin, który ośmieli się wyznać — że nie zgrzeszył w większym lub mniejszym stopniu przeciw Bożemu wolnemu miłosierdziu, darowanemu mu na Chrzcie bez jego zasług, a nawet wbrew nim? Któż powie, że tak dobrze spożytkował swoje pierworództwo, iż błogosławieństwo jest mu słuszną nagrodą, bez żadnego grzechu do wyznania ani gniewu do błagania o przebaczenie? Oto więc Kościół ofiaruje wam ten sezon właśnie w tym celu. „Teraz jest czas przyjęty, teraz dzień zbawienia." Teraz, z Bożą pomocą, macie podjąć wysiłek, by zrzucić z siebie ciężkie brzemię dawnych przewinień, by pojednać się z Tym, który już raz udzielił wam swoich zasług odkupieńczych, a wy je pohańbiliście.
I bądźcie tego pewni: jeśli ma On ku wam jakąkolwiek miłość, jeśli widzi w waszej duszy choć iskrę dobra, utrapi was, jeśli wy sami nie będziecie siebie trapiać. Nie pozwoli wam ujść. Ma dziesięć tysięcy sposobów, by oczyszczać tych, których wybrał, z żużlu i domieszek, którymi szlachetne złoto jest zeszpecone. Może sprowadzić na was choroby albo nawiedzić was nieszczęściami, albo zabrać przyjaciół, albo przytłoczyć wasze umysły ciemnością, albo odmówić wam siły do znoszenia bólu, gdy on nadejdzie. Może zadać wam śmierć powolną i bolesną. Może sprawiać, by „gorycz śmierci" nigdy nie mijała. My wprawdzie nie możemy rozstrzygać w cudzej sprawie, kiedy utrapienie jest karą, a kiedy nie; wiemy jednak, że wszelki grzech przynosi dolegliwość. Nie mamy środków do sądzenia innych, lecz możemy sądzić siebie samych. Sądźmy siebie, byśmy nie byli sądzeni. Trapimy sami siebie, aby Bóg nas nie trapił. Przystępujmy do Niego z najlepszymi naszymi ofiarami, aby nam przebaczył.
Taka rada jest szczególnie odpowiednia dla epoki takiej jak ta, gdy ze wszystkich stron dąży się do mnożenia wygód i usuwania codziennych niedogodności i utrapień życia. Biada wam, bracia moi! Skąd wiecie, korzystając z rozkoszy tego świata bez umiaru, czy nie odwlechacie jedynie nieuchronnej kary i nie powiększacie jej przez to odwlekanie? Skąd wiecie, że jeśli nie zaspokoicie teraz długu codziennych grzechów, nie napadnie on na was później z procentem? Zastanówcie się, czy to nie jest myśl, która by zepsuła ową przyjemność, jaką nawet osoby pobożne skłonne są czerpać z dóbr tego świata — gdyby tylko chciały ją dopuścić do siebie. Mówi się, że powinniśmy radować się tym życiem jako darem Bożym. Pomyślne okoliczności uchodzą powszechnie za szczególne szczęście; wielką rzeczą uważa się pozbycie się kłopotów i dolegliwości ducha i ciała; za dozwolone i stosowne uchodzi korzystanie ze wszelkich dostępnych środków, by życie uczynić przyjemnym. Pragniemy — i przyznajemy, że pragniemy — spędzać czas miło i żyć w słońcu. Wszystko, co szorstkie i surowe, jest starannie odsuwane na bok. Wzdrygamy się przed twardym łonem ziemi i objęciem żywiołów, i budujemy sobie domy, w których ciało może folgować swoim pożądaniom, a oko — swojej pysze. Dążymy do posiadania wszystkiego po swojej myśli. Zimno, głód, twarde posłanie, złe traktowanie, pokorne zajęcia i marny wygląd — wszystko to uchodzi za poważne zło. I tak rok idzie za rokiem, jutro jak dziś, aż wydaje się nam, że ów sztuczny tryb życia jest naszym stanem naturalnym i musi nim być i pozostanie na zawsze. Lecz, o synowie i córki ludzkie, co, jeśli ta pogoda jedynie przygotowuje burzę na potem? Co, jeśli jest tak, że im bliżej wy sami dochodzicie do tego, by uczynić z siebie bogów na ziemi teraz, tym większy ból czeka was w czasie, który przyjdzie, albo nawet — jeśli trzeba to powiedzieć — tym pewniejsza staje się wasza zagłada, gdy czas się skończy? Zstąpcie tedy z waszych wysokich komnat w tym sezonie, aby odwrócić to, co inaczej nieuchronne. Grzesznicy, jakimi jesteście, zachowajcie się przynajmniej jak ów zamożny poganin, który rzucał do wody swój najdroższy klejnot, by ubłagać fortunę. Niech rok nie krąży i nie krąży bez przerwy i przeszkody w kole swoich przyjemności. Zwróćcie Bogu niektóre z Jego darów, abyście mogli bezpiecznie cieszyć się resztą. Poszczcie, albo czuwajcie, albo bądźcie hojni w jałmużnie, albo trwajcie w modlitwie, albo odmawiajcie sobie towarzystwa, albo przyjemnych książek, albo wygodnego odzienia, albo weźcie na siebie jakieś uciążliwe zadanie lub zajęcie; jedno lub drugie, lub kilka, lub wszystko — chyba że powiecie, iż nigdy nie zgrzeszyliście i możecie iść jak Ezaw z lekkim sercem, by wziąć swą koronę. Zawsze pamiętajcie o owym Dniu, który wszystko objawi i wszystko wypróbuje „jakby przez ogień", i który wprowadzi nas przed sąd, zanim nas do nieba dowoła.
A tym, którzy w jakiś poważny sposób zgrzeszyli lub zaniedbali Boga, zalecam, by nigdy nie zapominali, że zgrzeszyli; jeśli oni o tym nie zapomną, Bóg w miłosierdziu swoim zapomni. Zalecam im, by każdego dnia, rano i wieczorem, padali na kolana i mówili: „Panie, przebacz mi grzechy moje przeszłe." Zalecam im modlitwę, by Bóg nawiedzał ich grzechy w tym świecie raczej niż w przyszłym. Zalecam im, by rozpamiętywali w duchu swoje straszne grzechy (chyba że, niestety, sprawia to, iż na nowo grzeszą) i wyznawali je Bogu raz po raz z wielkim wstydem, i błagali Go o przebaczenie. Zalecam im, by patrzyli na wszelki ból i smutek, który ich spotyka, jak na karę za to, czym niegdyś byli; i by przyjmowali go cierpliwie z tej racji, a nawet radośnie — jako dającego nadzieję, że Bóg karze ich tutaj zamiast w wieczności. Jeśli dopuścili się grzechów nieczystości, a teraz są w trudnym położeniu lub mają nieposłuszne dzieci, niech przyjmą swoje obecne utrapienie jako miłosierną karę Bożą. Jeśli żyli dla świata, a teraz mają troski doczesne, owe troski są karą Bożą. Jeśli prowadzili życie niepohamowane, a teraz są dotknięci jakąś chorobą, jest to kara Boża. Niech nie przestają modlić się, w każdych okolicznościach, by Bóg im przebaczył i przywrócił to, co utracili. A wtedy, z łaski Bożej, zostanie im to przywrócone, i wielki i gorzki krzyk Ezawa nigdy nie będzie ich udziałem.