*Wielkanoc*
*„Wtedy niektórzy z uczonych w Piśmie i faryzeuszy zabrali głos: Nauczycielu, chcielibyśmy zobaczyć od Ciebie jakiś znak."* — Mt 12,38
Owi uczeni w Piśmie i faryzeusze, choć Chrystus działał wśród nich „dzieła, jakich nikt inny nie czynił", i choć jeden z ich własnego grona wyznał, że nikt nie mógłby czynić cudów takich jak On, „gdyby Bóg nie był z nim", trwali nieugięcie w żądaniu jakiegoś rozstrzygającego Znaku, który ponad wszelką wątpliwość dowiódłby Jego Boskości. Odpowiadając im, Pan nasz jednocześnie odmówił i przyrzekł taki znak. Mówi: „Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza". W słowach tych zawarte jest zarówno to, że ich życzenia nie miały zostać spełnione, jak i to, że wielki cud miał się dokonać.
Przy innej sposobności zapytali ponownie — faryzeusze razem z saduceuszami: „przyszli i, wystawiając Go na próbę, prosili, żeby im ukazał znak z nieba". Jozue zatrzymał słońce i księżyc „na oczach Izraela"; Samuel sprowadził grzmoty podczas żniw; oni prosili o podobny cud. Żądali znaku z nieba; On odpowiedział znowu przyrzekając znak z ziemi — znak podobny do znaku tego, który „był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wieloryba". Znak miał się dokonać i miał ich zawieść: miał być znakiem, lecz nie dla nich. Dlatego Pan nasz mówi w równoległym miejscu u świętego Marka: „Zaprawdę, powiadam wam: żaden znak nie będzie dany temu pokoleniu".
We wcześniejszym okresie swej działalności zadano to samo pytanie i dana była ta sama odpowiedź — w innym obrazie. Żydzi „rzekli do Niego: Jaki znak nam dajesz, że to czynisz?". On odpowiedział w podobny sposób: „Zburzcie tę świątynię, a Ja ją wzniosę w trzech dniach". Nie zrozumieli Go, a On ich nie wyprowadził z błędu. Albowiem mieli widzieć i nie widzieć; nie było im dane być świadkami Znaku wówczas, ani nie wolno im było pojąć Jego słów w danej chwili. Mówił o zmartwychwstaniu swego ciała, a oni nie mieli w tym czasie oglądać Tego, którego przebodli.
Co zaś jest szczególnie godne uwagi w tym miejscu, to to, że Pan nasz przyrzekł wielki znak porównywalny z tymi, jakich dokonywali dawni prorocy; a jednak zamiast być jawnym jak tamte, stał się w rzeczywistości — na wzór znaku Jonasza — znakiem ukrytym. Niewielu go ujrzało; miał być przyjęty przez wszystkich, lecz na mocy wiary; był skierowany do pokornych i cichych. Gdy to nastąpiło, a święty Tomasz odmówił uwierzenia bez ujrzenia, Pan nasz rzekł do niego: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś, Tomaszu. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli". Apostoł mógł bodaj rozumować: „Jeśli to jest wielki Znak Pański, powinien przecież być widzialny. Cóż innego oznacza zmartwychwstanie, jeśli nie dowód skierowany do moich zmysłów? Mam uwierzyć, a to ma utwierdzić moją wiarę". A jednak święty Tomasz byłby szczęśliwszy, gdyby uwierzył w cudowną Obecność Chrystusa bez ujrzenia Go; i Pan nasz dał do zrozumienia, że tacy ludzie się znajdą.
To zaś, co sprawia, że sprawa ta jest dla nas ważna, polega na tym, że Pan nasz wyraźnie przyrzeka wszystkim chrześcijanom pewne łaskawe objawienie siebie samego, które na pierwszy rzut oka naturalnie skłonni jesteśmy uważać za zmysłowe — i wielu ludzi tak je pojmuje, jakby nie było błogosławieństwa w wierzeniu ponad widzenie. Pan nasz mówi: „Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, i Ja będę go miłował, i objawię mu siebie samego". Gdy Juda zapytał Go: „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?", Pan nasz odpowiedział: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać". Zgodnie z tym przyrzeczeniem święty Paweł mówi: „Ten właśnie Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi"; a święty Jan: „Kto wierzy w Syna Bożego, ten ma w sobie świadectwo".
Nie zamierzam bynajmniej zaprzeczać — owszem, gorąco to utrzymuję — że ów wielki dar, cokolwiek jest z swej natury, jest zdolny udzielać duszy, do której przychodzi, oświecenia, świętości i pokoju. I w ten pośredni sposób bez wątpienia jest on w pewnym sensie postrzegany i odczuwany: postrzegany w swoich skutkach, ze świadomością, że skutki te nie mogą powstawać same z siebie, lecz zakładają dar, z którego pochodzą, i obecność, której są niejako cieniem, głos, którego są echem. Są jednak ludzie, którzy pragną, by wewnętrzne objawienie Chrystusa było o wiele bardziej zmysłowe. Nie zadowolą się oni bez jakiegoś postrzegalnego zmysłowo znaku i bezpośredniego dowodu, że Bóg ich miłuje; bez zapewnienia, w którym wiara nie miałaby żadnego udziału, że Bóg ich wybrał — zapewnienia, które odpowiadałoby ich wyobrażeniom o tym, co Pismo Święte nazywa „tajemnicą Pańską" i „ukrytą manną", do spożywania której Chrystus nas zaprasza. Jedni, na przykład, twierdzą, że ich sumienie nie zaznałoby spokoju, gdyby nie pamiętali chwili, kiedy zostali nawróceni z ciemności do światłości, ze stanu gniewu do królestwa Bożego. Inni sądzą, że aby posiadać pieczęć wybrania, muszą móc dostrzec w sobie pewne uczucia lub stany duchowe, wyrzeczenie się własnych zasług i uchwycenie ewangelicznego zbawienia — jak gdyby nie wystarczyło zaprzeć się siebie i iść za Chrystusem bez żywej świadomości, że się to czyni, i jak gdyby właśnie w tym kryła się „tajemnica Pańska". Jeszcze inni idą dalej i sądzą, że bez wyraźnego wewnętrznego zapewnienia o własnym zbawieniu człowiek nie jest w stanie zbawienia. Tak to ludzie nierzadko myślą, nie biorąc pod uwagę, że cokolwiek jest objawienie przyrzeczone chrześcijanom przez Pana naszego, nie jest prawdopodobne, by było bardziej zmysłowe i bardziej oczywiste niż wielki znak Jego własnego Zmartwychwstania. A przecież nawet ono — podobnie jak cud dokonany na Jonaszu — było w ukryciu, a ci, którzy uwierzyli, nie widząc, byli szczęśliwsi od tych, którzy widzieli.
Wszystko to jest zgodne z tym, co Pismo Święte mówi o szczególnych objawieniach Bożych w innych miejscach. Święci rozważali je potem i przyswajali sobie, lecz trudno uznać, by wyraźnie sobie z nich zdawali sprawę w samej chwili ich zajścia. Tak więc Jakub po widzeniu mówi: „Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem". Manoach rzekł do swej żony po odejściu Anioła: „Z pewnością pomrzemy, bo widzieliśmy Boga". Gedeon w podobnych okolicznościach powiedział: „Biada mi, Panie, Boże! Widziałem Anioła Pańskiego twarzą w twarz". Święty Piotr zaś, gdy Anioł uwalniał go z więzienia, choć szedł za nim, „nie wiedział, że to, co się działo przez Anioła, było rzeczywistością; zdawało mu się, że widzi widzenie". Lecz „gdy przyszedł do siebie, rzekł: Teraz wiem na pewno, że Pan posłał swojego Anioła".
Niechaj nikogo nie dziwi stwierdzenie, że Bóg może obcować z nami bez naszej wiedzy. Czy wszystkie dobre myśli nie przychodzą od Niego? A czy zdajemy sobie sprawę, że tak właśnie przychodzą? Czy możemy powiedzieć, jak przychodzą? Mówimy zwykle o tym, że podlegamy wpływowi łaski Bożej i że jej się opieramy; zakłada to pewien wzniosły kontakt między duszą a Bogiem — a jednak kto powie, że sam może w poszczególnych wypadkach określić, kiedy Bóg go porusza, a kiedy on odpowiada w ten lub inny sposób? Jedno to jest bowiem przyjmować wrażenia, a drugie — rozważać je i być ich świadomym. Bóg może się nam objawiać — i to ku powiększeniu naszej pociechy — a my nie zdawać sobie sprawy, że tak się dzieje.
Przejdźmy jednak dalej, bo powiedziano nam na ten temat więcej. Był jeszcze inny wypadek, gdy Żydzi prosili o znak, na który Pan nasz odpowiedział, przyrzekając znak nie tylko Apostołom, lecz w sposób ciągły — podobny do objawienia, o którym mówi — wszystkim swoim wiernym wyznawcom. I był to znak nie bardziej zmysłowy ani uchwytny, nie mniej będący przedmiotem wiary dla ogółu niż ów znak Jego zmartwychwstania, który dał raz na zawsze. Właśnie był nakarmił pięć tysięcy mężczyzn pięcioma chlebami jęczmiennymi i dwiema rybkami; gdy Żydzi, nie zadowoliwszy się tym, rzekli: „Cóż za znak czynisz, abyśmy widzieli i Tobie uwierzyli? Co działasz?" — i wspomnieli o „znaku z nieba", jakiego udzielił im Mojżesz: „Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: Dał im chleb z nieba do jedzenia". Zdawali się mówić: to błahostka — mnożyć chleb; wielką zaś rzeczą jest zesłać chleb z nieba — wielką rzeczą, gdy natura stworzenia się przemienia i ludzie mają żyć słowem Pańskim. Czy Syn Człowieczy mógł dać im chleb taki właśnie? Tak, zaprawdę. Miał On Znak — Znak z nieba, bardziej przedziwny, znak trwogi budzący, przerastający myśl ludzką i przerastający zarazem wzrok, skierowany jedynie do wiary, lecz nie mniej prawdziwy dlatego, że był ukryty. Mojżesz dał ich ojcom chleb z nieba; widzieli go, jedli go i pomarli; Jego znak był większy. On sam był Chlebem z nieba w porządku Ewangelii i Chlebem życia. Nie brał ze stworzenia, by zaspokoić ich potrzebę, lecz siebie samego dał za życie świata. „Mojżesz nie dał wam chleba z nieba, ale Ojciec mój daje wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i daje życie światu. Ja jestem chlebem życia. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze". Nie zamierzam tu mówić o tym szczególnym ustanowieniu, w którym spełnia się to Boże obwieszczenie — odbiegałoby to od mego obecnego celu. Chcę jedynie rozważyć sam dar i sam znak w świetle tych słów. Jest to znak większy niż manna — a jednak, jak wyraźnie wynika z omawianego miejsca, znak skierowany nie do wzroku, lecz do wiary. Pan nasz bowiem mówi o „przychodzeniu do Niego" i „wierzeniu w Niego", i mówi, że „to Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda", i ostrzega: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał". Jego wyjście z łona ziemi było znakiem dla wiary, nie dla wzroku — i takim też jest Jego zstąpienie z nieba jako Chleba.
Mówiłem dotąd o znakach, które On sam przyrzekł; ale inne zapowiadali o Nim Jego słudzy — i te, należy zauważyć, są równie tajemnicze i równie skierowane do wiary. Prorok Izajasz miał zlecone przyrzec Achazowi znak: „Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego" — mówi — „czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze". Gdy Achaz nie chciał odpowiedzieć, Prorok ciągnął dalej: „Sam Pan da wam znak. Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel". A czy mógłby być znak bardziej ukryty, mniej dostępny zmysłom, mniej przemawia jący do rozumu niż Poczęcie Chrystusa? Był to cud, a nie dowód.
I podobnie, gdy Pan nasz się narodził, Anioł dał pasterzom znak; lecz co było mocniejszym dowodem — sam Anioł i rzesza wojska niebieskiego, czy też sam Znak, do ujrzenia którego ich posłał? „A to będzie dla was znak" — rzekł — „znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie". Czy był to dowód wielkości czy maluczności? Czy dowodził, że jest Bogiem, czy też był próbą wiary?
I podobnie, choć wprost nie jest to nazwane znakiem, a jednak było ogłoszone na sposób znaku, że Pan nagle przyjedzie do swojej Świątyni, nawet „Anioł Przymierza", że „chwała tego późniejszego domu będzie większa niż poprzedniego" i że Bóg „otoczy chwałą dom swojej chwały". Lecz jakże przyszedł, by wypełnić te proroctwa? Jako Niemowlę na rękach, poznany przez jedną lub dwie święte osoby — i to mocą wiary, bez przepychu ani okazywania wielkości. Symeon trzymał w ramionach nieskalaną postać Zbawiciela ludzi, Światłość i Życie świata, wszechświętą i nieskalaną Obecność, którą adorują Aniołowie Boży — w jakimże jednak zewnętrznym pozorze! A przecież rzekł bez wahania: „Moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela".
To, co jest prawdą w tych wypadkach, jest prawdą we wszystkich częściach łaskawego planu zbawienia Pańskiego. On „ukazał się w ciele, usprawiedliwiony w Duchu, widziany przez Aniołów, głoszony między narodami, przyjęty z wiarą w świecie, wzięty w chwale" — lecz czym była z natury owa manifestacja? Zwiastowanie było tajemnicze; Narodzenie było tajemnicze; cudowny Post na pustyni był tajemniczy; Zmartwychwstanie tajemnicze; Wniebowstąpienie bliskie tajemnicy; trwająca Obecność tajemnicza. Jedno tylko było jawne, na oczach świata — Jego Śmierć; jedyne zdarzenie, które nie mówiło o Jego Bóstwie, jedyne zdarzenie, w którym jawiło się jako znak nie mocy, lecz słabości. Ukrzyżowany był w słabości, lecz nie ukrzyżowany w ukryciu. Jego poniżenie zostało ogłoszone i ukazane całemu światu. Gdy wywyższony ponad ziemię, okazał swą moc; przyciągnął do siebie wszystkich ludzi — lecz nie mocą tego, co widziane, lecz mocą tego, co ukryte, co nieznane, co jest przedmiotem wiary, mocą swojej odkupieńczej skuteczności. O ile był widzialny, był — słowami świętego Symeona — „Znakiem, któremu sprzeciwiać się będą". To nie przez rozum ani przez wzrok przyjmujemy i chlubimy się znakiem Krzyża; lecz przez „odrzucenie wszelkiej złości i wszelkiego podstępu, i obłudy, i zazdrości, i wszelkich obmów" i „jak niedawno narodzone niemowlęta pragnijcie niesfałszowanego mleka duchowego, abyście dzięki niemu wzrastali". „Jeżeli zaś" — jak dalej mówi święty Piotr — „zakosztowaliście, że Pan jest dobry; przystępując do Niego, do kamienia żywego, odrzuconego wprawdzie przez ludzi, ale przez Boga wybranego i drogocennego, sami również, niby żywe kamienie, jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa. Dla was zatem, którzy wierzycie, jest On cenny; dla tych zaś, którzy nie wierzą, właśnie ten kamień, który odrzucili budowniczowie, stał się głowicą węgła".
Nie szukajmy więc znaków i cudów ani nie domagajmy się zmysłowych wewnętrznych potwierdzeń łaski Bożej; nie oddawajmy się entuzjazmowi ani nie stawajmy się niewolnikami zabobonu, my, którzy jesteśmy dziećmi Bożymi przez wiarę. Tylko wiara może wprowadzić nas do niewidzialnej Obecności Boga; zdobądźmy się na wiarę, poddajmy się próbie, zanim ujrzymy — a dowód, którego inni żądają przed uwierzeniem, my posiądziemy obficiej przez wiarę. Bóg Wszechmogący jest przed nami ukryty; świat Go nam nie odsłania; możemy iść na prawo i lewo, a nie znajdziemy Go. Wszystko, co możemy uczynić siłami natury, to szukać Go po omacku — Jego, który choć Go nie widzimy, nie jest daleko od nikogo z nas. „Oto przechodzi koło mnie" — mówi Hiob — „i nie widzę Go; przemija, a nie dostrzegam Go". „Obyż wiedzieć, gdzie Go spotkam, gdybym mógł przyjść przed Jego tron! Lecz oto idę na wschód — nie ma Go; na zachód — nie spostrzegam Go. Na północy szuka, lecz nie widzę; skryje się na południu — nie dostrzegam Go". To jest zasłona rozciągnięta nad wszystkimi narodami; brak obcowania i łączności między duszą a Tym, który ją stworzył. Możemy mówić do Jego stworzeń; nie możemy mówić do Niego. Niegdyś nie było tak: człowiek stworzony był sprawiedliwy i widział Boga; upadł i utracił Boży obraz i Bożą obecność. Jak ma odzyskać ten przywilej, jeśli nie stając się tym, czym był? Utracił go przez grzech; musi odzyskać go przez czystość. Aż do owego odbudowania musi przyjmować go na wiarę; wolno mu pojmować go i nim się cieszyć przez wiarę. Zaczyna od wiary, by skończyć na świętości; wolno mu zaczynać od wiary, bo wiara sama jest z natury świętą, jest pierwociną i zadatkiem świętości, która ma nadejść. Wiara jest religią grzeszników, którzy zaczynają oczyszczać się dla Boga, i w każdym czasie, i pod każdym porządkiem zbawczym sprawiedliwi żyli z wiary. „Przez wiarę" Mojżesz „wytrzymał, jakby widział Niewidzialnego"; z braku wiary Balaam spotkał na drodze Anioła i go nie poznał. Tak więc „w wierze pielgrzymujemy, a nie w widzeniu"; „nie patrzymy na to, co widzialne, lecz na to, co niewidzialne". Stawiamy Go po swojej prawicy — „którego, nie widząc, miłujemy; w którym, choć teraz nie widzimy, przecież wierzymy i weselimy się radością niewymowną i pełną chwały, osiągając cel naszej wiary — zbawienie dusz".
Przeciwna owej szlachetnej i żywotnej wierze jest cielesna ślepota i grubość serca, o której Pismo Święte mówi tak często. Cokolwiek jest w nas światła duchowego, gaśnie przez uleganie naturalnym gustom i żądzom. Pan nasz mówi: „Nie możecie służyć Bogu i mamonie"; nakazuje nam czuwać i modlić się, i strzec się jedzenia i picia, kupowania i sprzedawania, pojmowania za żony i wychodzenia za mąż. Nie możemy mieć oczu zwróconych jednocześnie na ten świat i na drugi. Ci, którzy żyją w blasku słońca, nic nie widzą o zmierzchu; lecz ci, których oczy przywykły do cienia, dostrzegają wiele rzeczy, w które tamci nie uwierzą. Tak jest i z naszymi duszami: dbanie o ciało, gonienie za dobrami tego świata, szukanie drogi w górę lub powodzenia w życiu, wpatrywanie się w wielkość, godność, zaszczyty, obfitość, przepych i blask, pożądanie bogactw, mierzenie wszystkiego pieniędzmi, jedzenie i picie bez umiaru, brak wędzidła na namiętności, brak panowania nad sobą, życie bez reguły, leniwe i słabe uleganie pierwszej myśli, która się nasuwa, pierwszemu impulsowi, pierwszej pokusie — wszystko to czyni serce bezbożnym. Wtedy właśnie ludzie żądają wyraźniejszych dowodów i odrzucają prawdę; wtedy mówią: „Jakże to może być?" albo „Twarda to mowa", albo „Jaki znak czynisz?" — bo „serce tego ludu" — słowami proroka — „stało się tępe i uszami ciężko słyszą, i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli, i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił". Gdy uzdrawiał ludzi w dniach swego ciała, czynił to istotnie za pośrednictwem swojej świętej Osoby, przez dotknięcie, tchnienie lub głos; lecz wiara ze strony proszących była zawsze warunkiem — i teraz również, choćby był z nami tak realnie i w pełni, jak przyrzekł, wymaga wiary jak dawniej, by nas przywrócić do swojej łaski i do swojego obrazu.
Jakim kontrastem dla podobnych myśli jest postępowanie ogółu ludzi! Zaiste, są oni „bez Boga na świecie" — to znaczy: nie mają przed sobą w żadnym sensie tej prawdy, że jest On obecny, choć niewidzialny; nie uznają nawet, że powinni tak czynić, ani nie starają się tego czynić, ani nawet nie zbliżają się do pojęcia, że są ludzie, którzy żyją jakby w obliczu Niewidzialnego. Wejdź między zgiełk ludzi: jakie wyobrażenie panuje tam o takiej zależności od rzeczy niewidzialnych, o takim obcowaniu z nimi, jakie przepisuje Pismo Święte? Zajęci są swoimi różnymi zawodami i profesjami; są czynni, towarzyscy i uprzejmi; są bez zarzutu, jeśli chodzi o grzeczności i uprzejmości wzajemnego obcowania — ale czymże więcej są? Czy mają powagę? Czy podlegają trwałemu wpływowi religii? Czy poświęcają to życie dla następnego? Czy jest coś, co robią lub czego nie robią — co by robili inaczej lub czego by nie zaniedbywali, gdyby religia była jałową bajką? Czy Bóg jest w jakiejkolwiek z ich myśli? Czy Go się boją? Czy pamiętają, że będą sądzeni? Jakie noszą „znamię Pana Jezusa"? Jak okazują, że oczekują Tego, który odszedł tylko po to, by wrócić? Jakiż przerażający widok przedstawia ochrzczony świat każdemu, kto odstąpi zeń o kilka kroków! O, myśl bolesna: przyjdzie Dzień, gdy każde oko ujrzy Go cieleśnie — Jego, którego teraz poznawać duchowo nie chcą! O, myśl zaiste straszliwa: gdy wszyscy ci leniwi i niedbali ludzie — nie wspominając o jawnych drwiących i rozpustnikach — zgromadzeni zostaną przed Jego tronem sędziowskim, by raz na zawsze odebrać swój wyrok! Teraz patrzą na religię jak na urojenie, a na ludzi religijnych jak na marzycieli; widząc w nich jedynie umysły ciasne, lub przesadnie skrupulatnych, słabych lub oderwanych od rzeczywistości, lub obłudników, lub fanatyków, lub ludzi partyjnych; ludzi, którzy wiele wyznają, lecz są w końcu tacy sami jak inni, powodowani tymi samymi słabościami, namiętnościami i pobudkami.
O, nędzny i najstraszliwszy Dzień Jego przyjścia — i któż go zniesie? Gdy ci, którzy nie zechcą uznać ukrytej chwały, poczują wreszcie objawioną moc Baranka; gdy ci, którzy teraz nie rozpoznają Jego znaków, lecz mają Jego ustanowienia, Jego Kościół, Jego sługi za rzeczy tego świata, ujrzą wówczas „Znak Syna Człowieczego na niebie" i wbrew swej woli będą musieli uwierzyć i zadrżeć. „Wtedy będą lamentować wszystkie narody ziemi i ujrzą Syna Człowieczego przychodzącego na obłokach nieba z wielką mocą i chwałą". Bądźmy mądrzy w porę; szukajmy Go „dopóki trwa to, co się dziś nazywa"; „szukajcie Pana i Jego mocy, szukajcie Jego oblicza nieustannie". Szukajmy Go w Jego Świątyni i w jej ustanowieniach; zwłaszcza w owym najświętszym Ustanowieniu, w którym niemal objawia nam swoje niebieskie oblicze, niemal pozwala dotknąć swoich rąk i nóg i włożyć rękę w swój bok, abyśmy widzieli, że to On sam, i że nie idziemy za zwodniczym widzeniem. Do Marii rzekł: „Nie dotykaj Mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca". Teraz już wstąpił — możemy Go więc dotykać. Przybliżajmy się zatem, na ile jest nam to dozwolone, do Niego, który chodził po morzu i uciszył wicher, i rozmnożył chleby, i przemienił wodę w wino, i przywrócił wzrok glinowemu ślepcowi, i wszedł przez zamknięte drzwi, i przychodził i znikał według swojej woli. Ujrzyjmy Go wiarą, choć oczy nasze są przywiązane, tak iż o tym nie wiemy. Niechaj On zawsze tak jest z nami — Pan łaskawy, którego „szaty tchną mirrą, aloesem i cynamonem", „nardem i szafranem, trzciną wonnościodajną i cynamonem, i wszelkimi drzewami kadzidlanymi, mirrą i aloesem ze wszystkimi najlepszymi wonności ami". Niech tak będzie z nami zawsze, poruszając serca nasze, „aż zaświta dzień i pierzchną cienie".