*Wniebowstąpienie*
*„Oni oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jerozolimy, i byli nieustannie w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga."* — Łk 24,52-53
Przez czterdzieści dni po swoim zmartwychwstaniu nasz Zbawiciel, Chrystus, raczył pozostawać tu na dole, z dala od chwały, którą sobie wysłużył. Chwała była już Jego, mógł w nią wstąpić. Czyż nie miał dość ziemi? Cóż Go tu zatrzymywało, zamiast powrotu do Ojca i objęcia tronu? Zwlekał, aby pocieszyć i pouczyć tych, którzy Go opuścili w godzinie próby. Minął właśnie czas, gdy ich wiara omal nie upadła — choć mieli przed oczyma Jego przykład; a w perspektywie był czas, a raczej długi okres, gdy miały ich spotkać o wiele cięższe doświadczenia, tymczasem On miał odejść. Dotychczas nie rozumieli, że cierpienie jest drogą do chwały i że nikt nie zasiada na tronie Chrystusa, kto wpierw nie zwyciężył, jak On zwyciężył. Pozostał, aby tę naukę wryć im w serca, by nie zrozumieli Ewangelii opacznie i nie zawiedli po raz drugi. „Czyż Chrystus nie miał tego cierpieć" — rzekł — „i tak wejść do swojej chwały?" A gdy już w pełni ich pouczył, po czterdziestu dniach wzniósł się wreszcie ponad niedolę tego świata. Wzniósł się ponad atmosferę grzechu, smutku i wyrzutu sumienia, która nad nim unosi się jak ciężka chmura. Wszedł w krainę pokoju i radości, w czyste światło — mieszkanie Aniołów i dwory Najwyższego, rozbrzmiewające nieustannie śpiewem błogosławionych duchów i chwałą Serafinów. Tam wszedł, zostawiając swych braci, by w stosownym czasie poszli za Nim — w blasku Jego przykładu i mocy Jego Ducha.
A przecież choć czterdzieści dni było dla Niego długim pobytem, dla Apostołów był to jedynie krótki czas, przez który mieli Go przy sobie. Jakie uczucia musiały w nich wrzeć, gdy się z nimi rozstawał? Tak późno odnaleziony, tak rychło znowu utracony. Ledwo rozpoznany — i już zabrany. Dzieje dwóch uczniów idących do Emaus były obrazem i figurą losu wszystkich jedenastu. Oczy ich były zasłonięte, by Go nie poznali, gdy przez trzy lata z nimi rozmawiał; nagle zaś zostały otwarte — i On natychmiast zniknął. Tak samo, powiadam, było z nimi wszystkimi. „Tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś, Filipie?" — takie było już wcześniej Jego wyrzekanie na jednego z nich. Przez cały czas Jego służby nie znali Go naprawdę. Piotr wprawdzie wyznał, że jest Chrystusem, Synem Boga żywego; lecz i on okazywał niekonsekwencję i wahania w pojmowaniu tej wielkiej prawdy. Nie rozumieli wówczas, kim i czym On jest. Lecz po Jego zmartwychwstaniu stało się inaczej: Tomasz dotknął Jego rąk i boku i rzekł: „Pan mój i Bóg mój!"; podobnie wszyscy zaczęli Go poznawać; nareszcie rozpoznali Go jako Chleb żywy, który zstąpił z nieba i jest życiem świata. Lecz ledwo Go poznali, gdy usunął się raz na zawsze sprzed ich oczu — by już nigdy ich nie ujrzeć ani być przez nich widzianym na ziemi; by już nigdy nie nawiedzić ziemi, aż przyjdzie w dniu ostatecznym, aby przyjąć wszystkich Świętych do siebie i wprowadzić ich do odpocznienia. „A tak Pan, gdy do nich przemówił, wzięty jest do nieba i siedzi po prawicy Bożej." Odnaleziony późno — utracony wcześnie. To, być może, było pierwszym odczuciem Apostołów po Jego odejściu. I podobnie dzieje się tu na ziemi. Rozumiemy nasze dary dopiero wtedy, gdy mamy je utracić; nadzieje są najjaśniejsze właśnie wtedy, gdy mają się beznadziejnie zaćmić. Przez długie lata mieliśmy wielkie przywileje: światło prawdy, obecność świętych ludzi, sposobności do postępu w wierze, kochających i czułych rodziców — a przecież nie wiedzieliśmy o swym szczęściu, nie myśleliśmy o nim, nie ceniliśmy naszego daru; i oto zostaje nam zabrany właśnie wtedy, gdy zaczynamy go sobie cenić.
Cóż to musiał być za czas — owe czterdzieści dni, gdy On ich nauczał, a całe Jego dawniejsze nauczanie musiało stawać im przed oczyma, a myśli ich — porównując je z myślami teraźniejszymi — musiały napierać z przytłaczającą siłą. Jego sposób życia, Jego posługiwanie, Jego mowy, przypowieści, cuda, Jego łagodność, dostojeństwo, niepojęty majestat, tajemnica Jego smutku i radości; konanie, biczowanie, krzyż, korona cierniowa, włócznia, grób; ich rozpacz, ich niedowiarstwo, ich zakłopotanie, zdumienie, nagły zachwyt, triumf — to wszystko tkwiło w ich umysłach; i z pewnością nie najmniej w tej straszliwej godzinie, gdy prowadził swych bezdechu słuchaczy ku Betanii, dnia czterdziestego. „Wyprowadził ich aż ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i był niesiony w górę do nieba." Zaiste — cała Jego historia, wszystkie Jego dzieje z nimi stanęły im przed oczyma, skupione w tej jednej chwili. Gdy wpatrywali się w owo groźne Boskie oblicze i w ów niebiański kształt, każda myśl i każde uczucie, jakie kiedykolwiek mieli względem Niego, uderzyły ich naraz. On dokonał swojego dzieła; ich dopiero miało nadejść — ich dzieło i ich cierpienia. Opuszczał ich właśnie w chwili najbardziej krytycznej. Gdy Eliasz wstępował, Elizeusz zawołał: „Ojcze mój, ojcze mój! Rydwanie Izraela i jego jeźdźcze!" Z podobnym uczuciem mogli Apostołowie wpatrywać się w niebo, jak gdyby pragnęli powstrzymać Jego wstępowanie. Pan ich i Bóg ich, światłość ich oczu, podpora ich serc, przewodnik ich stóp — był brany od nich. „Mój miły odwrócił się i odszedł. Dusza moja omdlała, gdy mówił; szukałam go, ale nie znalazłam; wołałam go, ale mi nie odpowiedział." Słusznie mogli używać teraz słów, których Kościół używa: „Błagamy Cię, nie zostawiaj nas bez pocieszyciela." O Ty, który byłeś tak łagodny i bliski nam — który rozmawiałeś z nami w drodze i siadałeś z nami przy stole, i wchodziłeś z nami na łódź, i nauczałeś nas na Górze, i znosiłeś złość faryzeuszów, i ucztowałeś u Marty, i wskrzesiłeś Łazarza — czy odszedłeś i już Cię nie ujrzymy? A jednak tak było postanowione: przywileje mieli mieć, lecz inne; i myśli ich odtąd miały być innego rodzaju niż dotychczas. Daremne było wzdychanie do tego, co minęło i przeszło. Powiedziano im tylko tyle, gdy tak patrzyli: „Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba."
Takie są niektóre uczucia, jakich Apostołowie mogli doznawać przy Wniebowstąpieniu naszego Pana; są to jednak uczucia ludzkie i powszechne, takie, w które wszyscy możemy się wczuć. Lecz inne, wznioślejsze uczucia zapanowały w nich w owej uroczystej chwili, bo po chwalebnym Wniebowstąpieniu swego Pana „oddali Mu pokłon" — mówi tekst — „i z wielką radością wrócili do Jerozolimy, i byli nieustannie w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga." Jak to możliwe, że gdy natura chciałaby płakać, Apostołowie się radowali? Gdy Maria przyszła do grobu i nie znalazła ciała naszego Pana, stała przed grobem płacząc, a Aniołowie powiedzieli jej — tak jak Chrystus po nich — „Niewiasto, czemu płaczesz?" A przecież przy odejściu naszego Zbawiciela czterdzieści dni później, gdy Aniołowie mieli wymówkę Apostołom, powiedzieli tylko: „Mężowie galilejscy, czemu stoicie wpatrując się w niebo?" W Apostołach nie było smutku — wbrew stracie, wbrew perspektywie, jaka przed nimi stała — lecz „wielka radość" i „nieustanna chwała i błogosławieństwo."
Czy możemy domyślać się, że ta radość była duchem dzielnych i szlachetnych, którzy myślami zmierzyli się z niebezpieczeństwem i są na nie gotowi? Mojżesz wyprowadził z Egiptu naród bojaźliwy i w ciągu czterdziestu lat ukształtował go tak, by był pełen odwagi do zadania zdobycia Ziemi Obiecanej; Chrystus w ciągu czterdziestu dni kształtuje Apostołów, by zamiast tchórzami stali się ludźmi mężnymi i cierpliwymi. „Opłakiwali i płakali" na początku tego okresu, lecz na jego końcu są przepełnieni odwagą do dobrej walki; duch ich wznosi się ku górze razem z ich Panem, a gdy zostaje przyjęty sprzed ich oczu i zaczyna się ich własna próba, „wracają do Jerozolimy z wielką radością i są nieustannie w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga."
Chrystus nauczył ich bowiem, czym jest posiadanie skarbu w niebie; radowali się zaś nie z tego, że Pan odszedł, lecz że ich serca poszły wraz z Nim. Ich serca nie były już na ziemi — wzniosły się na wysokość. Gdy umarł na krzyżu, nie wiedzieli, dokąd odszedł. Przed pojmaniem mówili do Niego: „Panie, dokąd idziesz? Panie, nie wiemy, dokąd idziesz." Mogli Go tylko odprowadzić do grobu i tam żałować, bo nic lepszego nie wiedzieli; teraz zaś widzieli Go wstępującego na wysokość i w duchu wstępowali wraz z Nim. Maria płakała przy grobie, bo myślała, że wrogowie Go zabrali i nie wiedziała, gdzie Go złożono. „Gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje." Maria nie miała już serca, bo jej skarb był utracony; natomiast Apostołowie byli nieustannie w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga, bo ich serca były w niebie — albo, słowami św. Pawła, „umarli, a ich życie było ukryte z Chrystusem w Bogu."
Umocnieni tą wiedzą, byli zdolni stawić czoła tym doświadczeniom, które Chrystus sam wpierw przeżył i przepowiedział im jako ich udział. „Dokąd Ja idę" — rzekł był do św. Piotra — „teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz." I powiedział im: „Wyłączą was z synagog; owszem, nadchodzi godzina, że każdy, kto was zabija, będzie sądził, że oddaje cześć Bogu." Owa godzina właśnie nadchodziła, a oni mogli się radować z tego, co czterdzieści dni wcześniej tak ich trwożyło. Bo rozumieli już obietnicę: „Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z moim Ojcem na Jego tronie."
Dobrze by nam się stało, gdybyśmy wzięli sobie tę naukę do serca i przyswoili ową wielką prawdę, od której Apostołowie z początku się wzdrygali, a na końcu w niej się radowali. Chrystus cierpiał i wszedł w radość; tak i oni — na swoją miarę — uczynili po Nim. I na naszą miarę, my też. Napisano: „Przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego." Bóg ma wszystko w swoim ręku. Może oszczędzać, może doświadczać; często oszczędza — oby i nas oszczędzał dalej! — lecz często też nas doświadcza. W ten czy inny sposób doświadcza każdego. W pewnym momencie życia każdego człowieka są ból, smutek i udręka. Tak jest — i im wcześniej, być może, zdołamy traktować to jako prawo naszego chrześcijańskiego stanu, tym lepiej. Przychodzi jedno pokolenie, a po nim następne. Pojawiają się i następują po sobie jak liście na wiosnę — i we wszystkich to prawo jest widoczne. Są doświadczani, a potem triumfują; są poniżani, a potem wywyższani; zwyciężają świat, a potem zasiadają na tronie Chrystusa.
Stąd to św. Piotr, który z początku był tak zdumiony i zatrwożony cierpieniami swego Pana, napomina nas, byśmy nie patrzyli na cierpienie jak na rzecz dziwną — „jak gdyby przytrafiało się wam coś niezwykłego, ale cieszcie się, o ile jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, abyście się też radowali i weselili przy objawieniu się Jego chwały." Z kolei św. Paweł mówi: „Chlubimy się z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość." I znowu: „Jeżeli razem z Nim cierpimy, to po to, byśmy razem z Nim byli też uwielbieni." I jeszcze: „Jeśli znosimy, będziemy też z Nim królować." A św. Jan: „Świat nas nie zna, bo Jego nie poznał"; „Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest." To, co tu powiedziano o prześladowaniu, odnosi się oczywiście do wszelkich prób, a tym bardziej do owych mniejszych doświadczeń, które są zwykłą miarą tego, co chrześcijanie muszą teraz znosić. A jednak sądzę, że mija długi czas, zanim ktokolwiek z nas uzna i pojmie, że jego własny stan na ziemi jest w tej czy innej postaci stanem próby i smutku; i że jeśli ma chwile zewnętrznego spokoju, to już wielki zysk — i więcej, niż mu się należy. A jakże inaczej musi wyglądać stan Kościoła dla istot, które mogą go ogarnąć jako całość, które oglądają go od wieków — jak Aniołowie! Wiemy, co doświadczenie robi dla nas w tym świecie. Ludzie zaczynają widzieć i rozumieć bieg rzeczy i reguły, którymi się rządzi; potrafią przewidywać, co się stanie, i nie dziwią się temu, co się dzieje. Biorą dzieje świata jako rzecz oczywistą. Nie zdumiewa ich, że rzeczy dzieją się w ten, a nie inny sposób — taka jest reguła. Po dniu nadchodzi noc, po lecie zima; zimno, mróz i śnieg w swoim czasie. Pewne choroby mają swoje okresy nawrotów albo nawiedzają w pewnym wieku. Wszystko przechodzi przez pewien proces — ma początek i koniec. Dorośli o tym wiedzą; inaczej jest z dziećmi. Dla nich wszystko, co widzą, jest nowe i zadziwiające. Po kolei czują zdziwienie, podziw lub strach na wszystko, co się zdarza; nie wiedzą, czy to się powtórzy; nic nie wiedzą o regularnym działaniu przyczyn ani o powiązaniu skutków, które wynikają z tej samej przyczyny. I podobnie w odniesieniu do stanu naszych dusz w Przymierzu miłosierdzia: zastępy niebieskie, które widzą, co dzieje się na ziemi, dobrze rozumieją — choćby i z samego wielokrotnego oglądu — jak przebiega droga duszy podróżującej z piekła do nieba. Widziały, znowu i znowu, w niezliczonych przypadkach, że cierpienie jest drogą do pokoju; że którzy sieją we łzach, żąć będą w radości; i że to, co było prawdą o Chrystusie, spełnia się w pewnej mierze w Jego wyznawcach.
Starajmy się przywyknąć do tego spojrzenia na rzeczy. Cały Kościół, wszystkie wybrane dusze, każda w swoim czasie, powołane są do tego koniecznego dzieła. Niegdyś był czas innych — teraz jest nasz czas. Niegdyś był czas Apostołów. Był czas św. Pawła. Miał on wszelkie troski naraz; okryty nimi od głowy do stóp jak Hiob wrzodami. A jakby tego wszystkiego było mało, doszedł jeszcze oścień w ciele — jakaś osobista dolegliwość, zawsze przy nim. A jednak spełnił swoje zadanie dzielnie — był jak mocny i śmiały zapaśnik w swoim dniu, a u jego kresu zdołał powiedzieć: „Dobry bój stoczyłem, bieg ukończyłem, wiary dochowałem." A po nim — znakomici na ziemi, biała armia Męczenników i radosne grono Wyznawców, każdy w swoim czasie, każdy w swoim dniu, również mężnie spełnili swoje zadanie. I tak aż do chwili obecnej, gdy wiara prawie zanikała, najpierw ten, a potem tamten byli wzywani, by okazać się przed Wielkim Królem. Jest to jak gdybyśmy wszyscy stali naraz wokół Jego Tronu, a On wzywał najpierw tego człowieka, potem tamtego, by pojedynczo podjął śpiew — każdy w swoim czasie mając powtórzyć melodię, którą przed nim wykonali bracia. Albo jak gdybyśmy odprawiali uroczyste korowody ku Jego czci w sądach nieba, a każdy z osobna miał wykonać jeden i ten sam dostojny i piękny ruch na dany sygnał. Albo jak gdyby to był jakiś pojedynek sił lub zwinności, a gdy krąg widzów patrzy i oklaskuje, my kolejno, jeden po drugim, jesteśmy aktorami w tym widowisku. Oto nasz stan: Aniołowie patrzą — Chrystus poszedł przodem — Chrystus dał nam przykład, abyśmy szli w Jego ślady. On przeszedł przez o wiele więcej — nieskończenie więcej — niż nam może być dane cierpieć. Nasi bracia przeszli przez o wiele więcej; i zdają się nas zachęcać swoim powodzeniem i współczuć w naszej próbie. Teraz jest nasz czas — a wszelkie duchy służebne milkną i patrzą. O niechaj noga wasza się nie potknęła, oko nie zawiodło, ucho nie zatuliło, uwaga nie osłabła! Nie upadajcie na duchu; nie lękajcie się; zachowajcie serce dobrej myśli; bądźcie mężni; nie cofajcie się — będziecie przeprowadzeni. Cokolwiek was spotka — w duszy, ciele czy dobrach doczesnych; od wewnątrz czy od zewnątrz; z przypadku czy z rozmysłu; od przyjaciół czy od wrogów — cokolwiek to jest wasze doświadczenie, choćbyście byli samotni, o dzieci niebieskiego Ojca, nie lękajcie się! Sprawcie się jak mężczyźni w swoim dniu; a gdy dobiegnie końca, Chrystus przyjmie was do siebie, i serce wasze się rozweseli, i radości waszej nikt wam nie odbierze.
Chrystus jest już w owym miejscu pokoju, które jest wszystkim we wszystkim. Jest po prawicy Bożej. Ukryty jest w blasku światłości, która bije z Tronu wiecznego. Jest w samej otchłani pokoju, gdzie nie ma głosu zamętu ani niedoli, lecz głęboka ciszyna — cisza, to największe i najdostojniejsze ze wszystkich dóbr, które możemy sobie wyobrazić — owo najdoskonalsze ze wszystkich szczęść: zupełna, głęboka, niewypowiedziana błogość Boskiej Istoty. Wszedł do swojego odpocznienia.
O jakże wielkim dobrem będzie, jeśli po skończeniu tego niespokojnego życia my z kolei też wejdziemy w owo samo odpocznienie — jeśli nadejdzie kiedyś ten czas, gdy wejdziemy do Jego przybytku w górze i skryjemy się pod cieniem Jego skrzydeł; jeśli będziemy w liczbie owych błogosławionych umarłych, którzy umierają w Panu i odpoczywają po trudach. Tu kołyszemy się na morzu, a wiatr jest przeciwny. Przez cały dzień jesteśmy próbowani i kuszeni na rozmaite sposoby. Nie możemy myśleć, mówić ani działać, by słabość i grzech nie czekały tuż obok. Lecz w owym niewidzialnym świecie, do którego wszedł Chrystus, wszystko jest pokojem. Tam jest wieczny Tron, a wokół niego tęcza podobna do szmaragdu; i pośród tronu Baranek, który był zabity, a który odkupił wiele ludów swoją krwią; i wokół tronu dwadzieścia cztery miejsca dla tyluż starców, wszystkich odzianych w białe szaty, a na ich głowach złote korony. I cztery żywe istoty pełne oczu z przodu i z tyłu. I siedmiu Aniołów stojących przed Bogiem i spełniających Jego wolę aż po krańce ziemi. I Serafini powyżej. A prócz tego wielki tłum, którego nikt nie zdołał zliczyć, ze wszystkich narodów, i pokoleń, i ludów, i języków, obleczonych w białe szaty, z palmami w dłoniach. „Ci są, którzy wyszli z wielkiego ucisku i wybielili szaty swoje, i uczynili je białymi we krwi Baranka." „Nie będą już łaknąć ani pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał." „Nie będzie już śmierci ani żałoby, ni lamentu, ni bólu, bo pierwsze rzeczy przeminęły."
Ani już grzechu; ani winy; już żadnego wyrzutu sumienia; żadnej kary; żadnej pokuty; żadnej próby; żadnej słabości, by nas przygiatała; żadnego uczucia, by nas z drogi sprowadziło; żadnej namiętności, by nami miotała; żadnego uprzedzenia, by zaślepiało; ani lenistwa, ani pychy, ani zazdrości, ani waśni — lecz tylko jasność oblicza Bożego i czysta rzeka wody żywota, przejrzysta jak kryształ, wypływająca z Tronu. To jest nasz dom; tu jesteśmy tylko pielgrzymami, a Chrystus wzywa nas do domu. Wzywa nas do swoich licznych mieszkań, które przygotował. I Duch, i Oblubienica wzywają nas również, a wszystko będzie gotowe na czas naszego przybycia. „Mając więc wielkiego Arcykapłana, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trwajmy mocno w wyznaniu wiary;" skoro mamy „tak wielki obłok świadków, odrzućmy wszelki ciężar;" „spieszmy się, by wejść do owego odpocznienia;" „przystąpmy śmiało do tronu łaski, abyśmy doznali miłosierdzia i znaleźli łaskę dla uzyskania pomocy w stosownej chwili."
---