HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VI

Kazanie XIX. Pałace Ewangelii

Zesłanie Ducha Świętego

Gdy chcę podziękować i uwielbić Natura i jedność KościołaLiturgia i jej dzieje
„Zbudował swoją świątynię na kształt wysokich pałaców, jak ziemię, którą utwierdził na wieki."
W skrócie. Budowle kościelne są trwałymi pomnikami świętych minionych wieków, przez które przeszła Ewangelia do potomnych — są formą dziedzictwa duchowego łączącego pokolenia. Newman argumentuje, że kościoły jako budynki mają głęboki sens teologiczny: upamiętniają Bożą wieczność i wierność wobec kolejnych pokoleń. Paradoks trwałości kamienia w służbie niewidzialnej wiary jest centralnym obrazem kazania.

„Czyż nie wydaje się rzeczą dziwną, że my mamy być żywieni, chronieni i odziani w rzeczy duchowe przez ludzi, których nigdy nie widzieliśmy ani o nich nie słyszeli, i którzy nigdy nas nie widzieli i nie mogli o nas myśleć — setki lat temu?”

*Zesłanie Ducha Świętego*

*„Zbudował swoją świątynię na kształt wysokich pałaców, jak ziemię, którą utwierdził na wieki."* — Ps 78,69

Był taki moment, gdy nasz Zbawiciel powiedział: „Nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcić Ojca. Nadchodzi godzina, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie." Gdybyśmy wzięli te słowa w oderwaniu, moglibyśmy sądzić, że zapowiadają one, iż pod rządami Ewangelii nie będzie żadnych zewnętrznych znamion religii, żadnych obrzędów i ustanowień, żadnych publicznych nabożeństw, żadnych zgromadzeń wiernych, a zwłaszcza żadnych świętych budowli. Taki wniosek byłby jednak wielkim błędem, choćby tylko z tego powodu, że nigdy nie był przyjęty, nigdy nie był stosowany w żadnej epoce Kościoła; przeciwnie — sądzę, że niewielu znalazłoby się takich, którzy nie wzdrygnęliby się już na samo jego wspomnienie, i nikt zgoła nie mógłby zaświadczyć, że w swoim własnym życiu porzucił te formy, a mimo to nie ucierpiał przez to na wewnętrznej pobożności względem służby Bożej. Nie może być prawdziwym sensem Pisma Świętego to, co nigdy nie zostało spełnione, co zawsze było zaprzeczane i deptane; albowiem słowo Boże nie wróci do Niego bez skutku, lecz wypełni Jego upodobanie i pomyślnie osiągnie swój cel. Nasz Zbawiciel nie powiedział Samarytance, że pod rządami Ewangelii nie będzie miejsc i budynków przeznaczonych do kultu — bo też nigdy do tego nie doprowadził; bo takie miejsca istniały zawsze, we wszystkich czasach i we wszystkich krajach, wśród wszelkich różnic wiary. Te same racje, które skłaniają nas do przekonania, że budowle religijne są chrześcijańskim ustanowieniem, choć tak mało mówi się o nich w Piśmie Świętym, wykażą również, że słuszne i pobożne jest budowanie ich trwałymi, dostojnymi, wspaniałymi i ozdobnymi; tak więc słowa naszego Zbawiciela, gdy przepowiadał zniszczenie Świątyni w Jerozolimie, nie oznaczały, że nigdy już nie powstanie żaden inny dom na Jego cześć, lecz raczej, że domów takich będzie wiele; że będą wznoszone nie tylko w Jerozolimie lub na Garizim, lecz wszędzie; to bowiem, co za Prawa było ustanowieniem miejscowym, staje się odtąd katolickim przywilejem, dozwolonym nie tu i tam, lecz wszędzie, gdzie jest Duch i Prawda. Chwałą Ewangelii nie jest zniesienie obrzędów, lecz ich rozkrzewienie; nie ich nieobecność, lecz ich żywa i skuteczna obecność przez łaskę Chrystusa. Przeto takie urywki jak ten z motta kazania, choć wypowiedziane w czasach Prawa, spełniają się aż po nasze dni i, jak ufamy, pośród nas samych. Żydowska Świątynia, o której Psalmista mówił w pierwszym rzędzie, obróciła się wniwecz; lecz jego słowa zachowują jeszcze swój sens, i to sens wzniosły — jako zapowiedź chrześcijańskiej instytucji Kościołów.

„Zbudował swoją świątynię na kształt wysokich pałaców, jak ziemię, którą utwierdził na wieki." Jakże pełniej i dobitniej spełnia się to w naszych czasach niż w czasach Prawa! Bogata i „wielce wspaniała" Świątynia Salomona, wzniesiona na bezpośredni rozkaz Boga, ustępuje bez wątpienia — i nie jest to zuchwałość, gdy tak mówimy — świątyniom chrześcijańskim zarówno pod względem rozmiarów, piękna i kosztowności, jak i pod względem darów i przywilejów Bożych, jak i w Duchu i Prawdzie. „Zbudował swoją świątynię na kształt wysokich pałaców" — spójrzcie na ten kraj: porównajcie jego pałace z jego katedrami i kościołami, nawet w ich dzisiejszym stanie niekorzystnym, i powiedzcie, czy słowa te nie są wypełnione z nadmiarem; tak że to raczej pałace Anglii powinny być dla uhonorowania porównywane do katedr, nie katedry do pałaców. I słusznie; albowiem pierwsza naszą powinnością jest wobec naszego Pana i Jego Kościoła, a druga — wobec naszego ziemskiego władcy. Jeszcze dobitniej spełniła się wśród nas obietnica trwałości. Bo ile trwała Świątynia Salomona? Czterysta lat. A druga Świątynia? Sześćset lat. To długie okresy, zaiste; a jednak rzeczą jasną jest, że Kościół Chrystusowy może je przewyższyć, i to w wielu przypadkach. Co więcej, są świątynie chrześcijańskie w niektórych częściach świata, które przetrwały nawet czternaście stuleci. Przeto gdy Chrystus pomnożył swe święte pałace, dał im zarazem wiek przedłużony, przywracając pod Ewangelią dni patriarchów sprzed potopu. Czasy się odwróciły, silniejsze życie zostało w nas tchnięte niż na początku, panowanie Chrystusa i Jego świętych od dawna się rozpoczęło, a Apostołowie zasiadają na swych tronach w Jego świątyniach. „Zbudował swoją świątynię na kształt wysokich pałaców, jak ziemię, którą utwierdził na wieki."

Trwałość i niezmienność — oto może myśli, które Kościół nasuwa przede wszystkim naszemu umysłowi. Wyraża on wprawdzie piękno, wzniosłość, spokój, tajemnicę i świętość religii, i to na wiele sposobów; a jednak powiem, że ponad to wszystko wyraża nam jej wieczność. Jest świadkiem Tego, który jest początkiem i końcem, Pierwszym i Ostatnim; jest znakiem i wizerunkiem „Jezusa Chrystusa, tego samego wczoraj, dziś i na wieki"; jest rękojmią Tego, który powiedział: „Nie opuszczę cię ani nie porzucę", lecz „aż do starości Ja będę, i aż do siwizny Ja będę nosił was." Wy wszyscy, którzy macie udział w budowaniu kościoła, wiedzcie, że zostaliście dopuszczeni do najprawdziwszego symbolu Bożej wieczności. Wznieśliście coś, czemu kres może położyć tylko Przyjście Chrystusa. Cofnijcie myślą do czasu, gdy nasze stare budowle były po raz pierwszy wznoszone. Rozważcie kościoły wokół nas: ile pokoleń minęło od chwili, gdy kładziono kamień na kamień, aż stanął cały gmach! Pierwsi sprawcy i wykonawcy budowy, umysły, które ją zaplanowały, i ręce, które przy niej pracowały, pobożne dłonie, które na nią złożyły się, i święte usta, które ją poświęciły — wszystko to dawno, dawno temu odeszło; a my korzystamy z ich dobrego czynu. Czyż nie wydaje się rzeczą dziwną, że my mamy być żywieni, chronieni i odziani w rzeczy duchowe przez ludzi, których nigdy nie widzieliśmy ani o nich nie słyszeli, i którzy nigdy nas nie widzieli i nie mogli o nas myśleć — setki lat temu? Czyż nie wydaje się rzeczą dziwną, że ludzie mogą — nie przez oddziaływanie na innych, nie przez wpływ przenoszony przez wiele umysłów w długim łańcuchu, lecz jednym prostym i bezpośrednim czynem — wejść z nami w kontakt i jakby własną ręką dobrze uczynić nam, żyjącym wieki później? Jakiż to naoczny i namacalny dowód obcowania świętych! Jakiż to przywilej — być bezpośrednio związanym z czynami naszych ojców! I jakiż to wezwanie dla nas, abyśmy równie wyciągali nasze ręce ku potomności! Darmo otrzymaliśmy, darmo dawajmy. Niech nam nie braknie gorliwości, by czynić to, co czynili nasi ojcowie; by podjąć dzieło, którego owoców nie możemy zobaczyć, bo są zbyt wielkie, by je ogarnąć. Gdyby nam powiedziano, że słowo z naszych ust nabierze niejako stałości i będzie unosić się i trwać w powietrzu, i udzielać rady lub pociechy ludziom, którzy mają żyć za pięćset lat — byłaby to myśl natchniona; i czymże innym jest nasz szczególny przywilej — zezwolenie na rozmnożenie Jednej Świątyni Bożej po całej ziemi, na wszystkie czasy? To jest czynić żyjącymi nasze uczynki; to jest trwać w łączności z przyszłością.

Oto jak wzniosłą zasadą jest wiara. Wiara jedynie przedłuża ludzkie istnienie i sprawia, że człowiek — w swoim poczuciu — żyje w przyszłości i przeszłości. Ludzie tego świata są pełni zamysłów dnia. Nawet w religii pożądają zawsze natychmiastowych owoców i nie podejmą niczego, jeśli nie mogą uczynić wszystkiego — jeśli nie mogą postawić na swoim, wybrać swoich metod i zobaczyć końca. Chrześcijanin natomiast rzuca się bez lęku w przyszłość, bo wierzy w Tego, który jest i który był, i który przychodzi. Może znosić bycie jednym z wiekuistej wspólnoty tu na ziemi, podobnie jak w niebie. Zadowala go zacząć i urwać, spełnić swoją część i nic więcej; podjąć to, co inni mają dokończyć; siać tam, gdzie inni mają żąć. Nikt nie dokończył swego dzieła i nie skrócił go w sprawiedliwości, prócz Tego, który jest Jeden. My, Jego członkowie, mający jedynie cząstkę Jego pełni, wypełniamy jedynie część Jego zamiaru. Jeden kładzie fundament, a drugi na nim buduje; jeden wyrównuje górę, a drugi „wynosi kamień szczytowy wśród okrzyków radości". Tak właśnie powstawały nasze kościoły. Jeden wiek budował prezbiterium, drugi nawę, trzeci dodawał kaplicę, czwarty — sanktuarium, piąty — wieżę. Powoli, krok za krokiem, dzieło łaski szło naprzód; i mogli sobie pozwolić na poświęcenie mu czasu i na trud jego doskonalenia ci, którzy mieli obietnicę, że bramy piekielne go nie przemogą. Potęgi ziemskie powstają i upadają; rewolucje przychodzą po kolei; wielkie rody pojawiają się i zostają zmiecione; mądrzy ludzie zajmują wysokie stanowiska i kroczą wśród iskier, które sami rozpalili. Czują, że są krótkotrwali, i postanawiają wycisnąć z czasu ile się da. Chwytają i parą naprzód, są gorączkowi i przejęci ruchliwością — nie tylko z powodu słabości i przewrotności swojej natury, lecz z przekonania rozumu, że mają czasu niewiele. „Czas nasz jest krótki" — powiadają — „kupujmy i sprzedawajmy, sadźmy i budujmy, żeńmy się i wydawajmy za mąż, jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy." Biedne robactwo ziemskie — zbyt to prawdziwe o nich! Ich cele i pragnienia, ich narzędzia, ich dobra, ich ciała, ich dusze — wszystko przemija. Jak mówi Mędrzec, „skoro tylko się rodzą, zaczynają zmierzać ku końcowi" — zaczynają umierać. Ich wzrost i postęp, ich sukcesy są jedynie pierwszymi etapami rozkładu i rozpadu. Biedne dzieci czasu, czymże są? Triumfują nad religią za swojego życia; znieważają jej ustanowienia i jej sługi; tyrańsko opanowują jej świątynie, wykazując, że są bogami. Wywożą jej potężne kamienie do swoich domów i strają się jej klejnotami. Budują swoje rody na gwałcie i świętokradztwie; są wyuzdani, gdy nie są chciwi; a gdy nasycą się łupiestwem, okaleczają i plugawią to, czego nie niszczą. Lecz jak po tym wszystkim mówi Psalmista? „Ja rzekłem: Bogami jesteście i wszyscy synami Najwyższego. Ale umrzecie jako ludzie i padniecie jak jeden z książąt." „Pyszni zasnęli snem swoim, a mężowie dzielni nie znaleźli nic w swych rękach." „Nie unoś się z powodu złoczyńców, nie zazdrość nikczemnym; bo prędko jak trawa wyschną i zwiędną jak zielona roślina. Sam widziałem bezbożnego straszliwego, rozrośniętego jak cedr Libanu; — przeszedłem obok, a oto go nie było; szukałem go, lecz nie można go było znaleźć." Rano wstajemy, a oto leżą martwi. Burza przeminęła, świtanie nastało, Egipcjanie są wyrzuceni na brzeg morski, Przybytek Boży stoi nadal. Jakby żadna przemoc nie miała miejsca w nocy, żadne szturmy szatana i Antychrysta, żadne ramię siły, żadne oko zawiści ani chciwości — oto stoją, te święte miejsca, tam gdzie były; albowiem Kościół trwa na wieki, a jego świątynie — w swych głębokich fundamentach i w swych sklepionych wyżynach — są jego obrazem i objawieniem.

Rzekłem, że święte budowle, które widzimy wokół nas i w których się modlimy, przypominają nam ich budowniczych, choć żyli tak dawno; w istocie jednak przywołują one czas jeszcze daleko dawniejszy niż ich czasy. Czy sądzimy, że sami budowlowie tych przybytków byli wszystkich wszystkim w swym dziele? Czy jacykolwiek ludzie, gdyby tylko tego chcieli, w jakimkolwiek czasie, mogliby wznieść to, co oni wznieśli? Czy katedra jest owocem przypadkowej myśli, czymś, co można wedle woli zaplanować i wykonać według własnego upodobania? Czy raczej tamci budowniczy nie byli jedynie następcami i synami innych, żyjących długo przed nimi, którzy uczynili ich tym, czym byli, i zdolnymi — z pomocą Bożą — do dzieł, których nie było dane każdemu, lecz tylko synom takich ojców? Zaiste, kościoły, które dziedziczymy, nie są wytworem bogactwa ani dziełem geniuszu — są owocem męczeństwa. Wyrosły z wielkich czynów i cierpień, o tyle dawniejszych od samej budowy, o ile my jesteśmy po niej. Ich fundamenty sięgają głęboko — aż do głoszenia przez Apostołów, wyznania Świętych i pierwszych zwycięstw Ewangelii w naszym kraju. Wszystko, co jest tak szlachetne w ich architekturze, co urzeka oko i przenika do serca, nie jest ludzką wyobraźnią, lecz Bożym darem, owocem moralnym, dziełem duchowym. Krzyż zawsze bywa wbijany w niebezpieczeństwie i cierpieniu, i jest pojony łzami i krwią. Nigdzie nie zapuszcza korzeni i nie przynosi owocu, jeśli jego głoszenie nie idzie w parze z zapariem się siebie. Łatwo jest wprawdzie rządzącym wydać dekret i wywyższyć religię, i rozszerzyć jej zasięg, i rozsławiać jej imię; lecz posadzić jej nie mogą — mogą ją jedynie narzucić. Tylko Kościół może zasadzić Kościół. Tylko Kościół może zakładać swe stolice i otaczać się murami. Jedynie ludzie świątobliwi, umartwieni, głosiciele sprawiedliwości i wyznawcy prawdy mogą stworzyć prawdzie dom w jakimkolwiek kraju. Przeto świątynie Boże są zarazem pomnikami Jego Świętych, i wzywamy je ich imionami, gdy poświęcamy je Jego chwale. Ich prostota, majestat, trwałość, wyniosłość, wdzięk i obfitość ozdób — wszystko to przywodzi na pamięć cierpliwość i czystość, odwagę, łagodność i wielką miłość, niebiańskie uczucia, gorliwość w czynieniu dobra, wiarę i poddanie — ludzi, którzy sami się modlili tylko w górach, na pustyniach i w grotach i jaskiniach ziemi. Trudzili się, lecz nie na próżno; bo inni weszli w ich trud i — jak gdyby siłą naturalnej kolei rzeczy — słowo ich zakwitło po nich i zbudowało sobie dom — właśnie owe święte pałace, w których tak długo mieszka i które są nam dotąd darowane jako znak, jak ufamy, że i ci, którzy to słowo wypowiedzieli, są jeszcze z nami, a z nimi — Jego Obecność, który dał im łaskę, by je wyrzekli.

O, szczęśliwi, którzy w czasie smutku korzystają z tej więzi obcowania ze Świętymi dawnych wieków i z Kościołem Powszechnym! O, mądrzy i wypełniający swą powinność — którzy, gdy świat tyle im odebrał, tym większą wagę przykładają do tego, co pozostało! Nie straciliśmy wszystkiego, póki mamy mieszkania naszych ojców; póki możemy naprawiać te, które popadają w ruinę, i budować na starych fundamentach, i wznosić nowe na nowych miejscach! Szczęśliwi, którzy wstępując w ich święte progi, wstępują sercem na dziedziniec nieba! A najnieszczęśliwsi — którzy mając oczy do podziwiania, podziwiają je jedynie dla ich piękna i kunsztu, który wykazują; którzy uważają je za dzieła sztuki, nie owoce łaski; kłaniają się ich materialnym formom, zamiast oddawać cześć „w Duchu i prawdzie"; zliczają ich kamienie i mierzą ich przestrzenie, lecz nie dostrzegają w nich żadnych znaków tego, co niewidzialne, żadnych kanonów prawdy, żadnych nauk mądrości, które by prowadziły ich naprzód ku niebu!

W niebie jest substancja, której obraz jest nam tu na ziemi udzielany; i tam, jeśli będziemy godni, dojdziemy wreszcie. Tam jest święta Jerozolima, której blask podobny jest do kamienia najdroższego, jakby kamieniowi jaspisu przezroczystemu; i której mur jest wielki i wysoki, z dwunastoma bramami, a przy każdej — Anioł; — której chwałą jest Pan Bóg Wszechmogący, a Baranek jest jej świecą.

← wróć do odkrywania