HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VI

Kazanie XXIII. Wiara bez dowodu

Trójcy Świętej

Gdy wiara wydaje się nierozumnaGdy tracę wiarę albo wątpię Wiara a rozumTrójca Święta
„Jeżeli nie ujrzycie znaków i cudów, nie uwierzycie."
W skrócie. Żądanie osobistego dowodu biblijnego przed przyjęciem nauki o Trójcy jest niespójne i nierozumne — nikt tak nie postępuje w sprawach prawa czy innej wiedzy specjalistycznej. Newman argumentuje, że powszechna wiara Kościoła przez wieki jest wystarczającą racją do przyjęcia doktryny, zwłaszcza gdy stawką jest zbawienie. Prawdziwa wiara i pokora pozwalają wchłonąć naukę z Pisma jak powietrze — metodyczny dowód jej nie odsłania, lecz ukrywa.

„Wiara i pokora są jedyną magią, która wywołuje obraz rzeczy niebieskich z litery natchnienia; a wiara i pokora polegają nie na dochodzeniu dowodami, lecz na tym, by od samego początku opierać się na świadectwie innych.”

*Trójcy Świętej*

*„Jeżeli nie ujrzycie znaków i cudów, nie uwierzycie."* — J 4,48

Świętujemy dziś ostatnią wielką Uroczystość w ciągu świętych obchodów, które rozpoczęły się w Adwencie — Święto wiecznie błogosławionej Trójcy, Ojca, Syna i Ducha Świętego, których miłosierdzie zaplanowało, dokonało i w nas zdziałało „życie i nieśmiertelność". Uroczystość ta ma w sobie tę szczególną cechę, że jest upamiętnieniem tajemnicy. Inne Uroczystości również świętują tajemnice, lecz nie dlatego, że są tajemnicami. Zwiastowanie, narodziny Chrystusa, Jego śmierć na Krzyżu, Zmartwychwstanie, zesłanie Ducha Świętego — wszystko to są tajemnice; lecz czcimy je nie z tego powodu, ale ze względu na łaski, jakie przez nie otrzymujemy. Dzisiaj jednak świętujemy nie jakiś akt Bożego miłosierdzia wobec nas, lecz — zapominając o sobie i patrząc jedynie na Niego — z czcią i bojaźnią, a zarazem z radością, wysławiamy cuda nie Jego dzieł, lecz Jego własnej Natury. Wznosimy serce i oczy ku Niemu i mówimy o tym, czym jest On w sobie samym. Śmiemy mówić o Jego wieczystej i nieskończonej Istocie; wprost kontemplujemy tajemnicę — głęboką, nieprzeniknioną tajemnicę Trójcy w Jedności.

Bez wątpienia z tej głębokiej tajemnicy pochodzi wszystko, co ma nam przynieść pożytek i błogosławieństwo. Bez Wszechmocnego Syna nie jesteśmy odkupieni — bez zawsze obecnego Ducha nie jesteśmy usprawiedliwieni i uświęceni. Jednak w tym dniu świętujemy tajemnicę dla niej samej, nie dla siebie.

W tym dniu powinniśmy zapomnieć o sobie i utkwić myśli w Bogu. Lecz ludzie nie chcą o sobie zapominać; nie lubią stawać się, niejako, niczym i nie mieć innego zadania prócz wiary. Wolą argumenty i dowody; lubią przekonać się o prawdzie według własnego uznania, zanim ją przyjmą — choć niekiedy takie zadowolenie jest niemożliwe. Tak właśnie rzecz się ma ze świętym przedmiotem, który mamy przed sobą. Uroczysta tajemnica Trójcy w Jedności zawarta jest w Piśmie Świętym. Wszyscy o tym wiemy; nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Lecz choć jest tam zawarta, nie wynika stąd, że każdy z nas powinien być zdolnym sędzią, czy i gdzie ona się w Piśmie Świętym znajduje. Może być w nim zawarta w pełni, a mimo to możemy nie być w stanie dostrzec jej w pełni — z różnych powodów. I właśnie tu tkwi wielki błąd, w który wpadają niektórzy: myślą, że ponieważ ci, którzy głoszą tę naukę jako prawdziwą, utrzymują, iż pochodzi z Pisma Świętego, mają oni prawo powiedzieć, że nie uwierzą w nią, dopóki nie zostanie im z Pisma Świętego dowiedziona. Nic dla nich nie znaczy, że ogromna rzesza ludzi dobrych i świętych przez wszystkie wieki ją wyznawała.

Postępują jak Tomasz, który nie chciał wierzyć braciom Apostołom, że Pan zmartwychwstał, dopóki nie uzyska tylu dowodów co oni — i który rzekł: „Jeżeli nie zobaczę i nie dotknę sam, nie uwierzę". I podobni są do Żydów, których nasz Pan karci w słowach tekstu, mówiąc: „Jeżeli nie ujrzycie znaków i cudów, nie uwierzycie". Nazywają to oświeconym, rozumnym wyznaniem wiary — domagać się dla siebie dowodu z Pisma Świętego, zanim uwierzą; i sądzą, że jakiekolwiek inne przyjęcie tej nauki jest ślepe, przesądne i niemile widziane przez Boga Wszechmocnego.

A kiedy posuwamy się o tyle, że wychodzimy im naprzeciw i oświadczamy, iż jesteśmy gotowi dowieść tej nauki z Pisma Świętego ku ich zadowoleniu — i że dopiero wtedy będą mogli uwierzyć i oddawać cześć — wtedy atakują nas takimi płytkimi i lekkomyślnymi pytaniami, jak następujące: „Gdzież w Piśmie Świętym znajdujesz słowo »Trójca«?" „Dlaczego nalegasz na nie, skoro nie ma go w Piśmie Świętym?" Dalej: „Gdzie Duch Święty wyraźnie i wprost nazywany jest Bogiem w Piśmie Świętym?" Dalej: „Gdzie Pismo Święte mówi o Jednej Substancji i Trzech Osobach, tak jak głosi Skład Atanazjański? Gdzie Pismo Święte powiada, że Syn i Duch Święty są niestworzone? Gdzie mówi, że »Bóstwo Ojca i Syna, i Ducha Świętego jest jedno, chwała równa, majestat współwieczny«?" I tak przechodzą przez całą naszą wiarę Bożą — drążąc, sprzeciwiając się i szkalując, choćby nie mieli takiego zamiaru; a wszystko to dlatego, że sami chcą być sędziami, co jest w Piśmie Świętym, a co nie; co jest konieczne do zbawienia, a co nie; które słowa są ważne, a które nie; jakie inne źródła pouczenia dał Bóg poza Pismem Świętym, a jakich nie dał.

Na takie postępowanie odpowiadam następująco: ci, którzy uważają za nierozumne wierzyć bez dowodu, sami w tym mniemaniu są nierozumni. Na jakiej podstawie rozumowej, jakim prawem twierdzą, że nie uwierzą w Skład wiary, jeśli nie zostanie im udowodnione, że jest on w Piśmie Świętym? Powiadają, że postępują według rozumu. Otóż pytam ich: Czy rozumne jest mówić, że nie uwierzą w Skład wiary bez racji wyciągniętych ku ich zadowoleniu z Pisma Świętego? Myślę, że nie — myślę, że potrafię to udowodnić. Sądzę, że kilka słów wystarczy, by stało się oczywiste, iż są nierozumni i niekonsekwentni, odmawiając wiary przed zobaczeniem dowodu z Pisma Świętego.

1. Chciałbym zapytać przede wszystkim, czy w sprawach życia codziennego rozumujemy i szukamy dowodów, zanim działamy? Na przykład: jesteśmy obowiązani przestrzegać prawa; wiemy, że popadniemy w wielkie kłopoty, jeśli tego nie czynimy; że złamanie prawa pociągnie za sobą utratę mienia lub więzienie; toteż niezwykle ważne jest, byśmy je przestrzegali; i wiemy, że owe prawa nie zawsze są oczywiste dla zdrowego rozsądku, tak że człowiek może je nieraz złamać z najlepszymi intencjami, jeśli kieruje się wyłącznie własnymi pojęciami o tym, co słuszne, a co nie. Toteż od czasu do czasu można spotkać ludzi, którzy w określonych okolicznościach obawiają się, czy przypadkiem nieświadomie nie łamią prawa — i co wtedy czynią? Radzą się kogoś biegłego w prawie, kto uczynił z niego przedmiot swoich studiów i zawód. Nikomu znajdującemu się w takiej sytuacji nie przychodzi do głowy, by kupować księgi prawnicze i samemu dociekać prawdy w ważnej sprawie, choć ta prawda jest w księgach prawniczych zawarta. Nie — ani w sprawach zwykłych, ani w nadzwyczajnych nie ufa on własnemu osądowi co do treści prawa. W sprawach zwykłych uważa za bezpieczne trzymać się opinii ogółu; w nadzwyczajnych radzi się ludzi uczonych w prawie — czując zbyt wyraźnie, jak wiele jest w grze, by ufać sobie samemu. Nie chodzi o to, że wątpi choćby przez chwilę, iż prawa kraju są ujęte na piśmie, można je znaleźć w księgach prawniczych i można je stamtąd wydobyć; lecz nie ufa sobie. Nie ufa własnym umiejętnościom — nie księgom prawniczym. Ryzyko jest zbyt wielkie — zbyt wiele stawką: jego mienie, jego cześć, jego osoba. Nie może sobie pozwolić, w takim wypadku, na pobłażanie upodobaniu do argumentacji, sporów i krytyki. Nie — ów pociąg do argumentacji można sobie na to pozwolić tylko tam, gdzie nie ma się o co obawiać. Zostaje on zarezerwowany dla spraw religijnych. Sprawy takie różnią się od wszystkich innych dziedzin praktycznych tym, że świat czuje się wolny, by w nich spekulować — bo nie żywi lęku. Nie ma obaw co do nauki religijnej, nie ma żywych odczuć; nie czuje — choć może przyznawać — że jego wieczne interesy są w grze. Zawiesza sąd; bo co światu po tym, czy wyrobi sobie zdanie w kwestii religijnej, czy nie? Może sobie pozwolić powiedzieć: „Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę dowodu w Piśmie Świętym" — choć nie mówi: „Nie uwierzę prawnikom, dopóki sam nie zrozumiem prawa" — bo wyraźnie widzi i głęboko czuje, że prawo kraju jest realną potęgą, a kolizja z nim to prawdziwa klęska; lecz nie widzi i nie czuje, że „Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca". Ludzie dobrze wiedzą, że cierpieć będą z racji prawa ludzkiego — choć nie są w stanie sami go ocenić — ponieważ mogą, gdy zechcą, znaleźć innych kompetentnych, by ocenili za nich; lecz nie można ich przekonać, że będą kiedyś musieli zdać sprawę z tego, iż powiedziano im prawdę — bez względu na to, jak i z jakiego źródła im ją powiedziano: w kościele, od nauczycieli czy z pobożnych ksiąg. Postępują tak, jakby nie miało żadnego znaczenia, co poznali — jeśli nie poznali tego jedną szczególną drogą: przez Pismo Święte.

Otóż to porównanie zachowuje swoją moc w pełni — chyba że udałoby się wykazać jedno z dwóch: albo że nie ma znaczenia, w co wierzymy, albo że żadna wiara pojedynczego człowieka nie jest miła Bogu, jeśli nie wynika z jego własnych osobistych wniosków z Pisma Świętego. Niechże zatem zostaną podane racje dla jednego z tych dwóch twierdzeń — że prawdziwa wiara jest nieważna albo że wiara osobista musi być budowana na argumencie i dowodzie. Dopóki tego nie uczynią, z pewnością powszechna opinia wszystkich ludzi wokół nas — od zarania dziejów — wiara naszych nauczycieli, przyjaciół i przełożonych oraz wszystkich chrześcijan we wszystkich czasach i miejscach, że naukę o Trójcy Świętej trzeba wyznawać dla zbawienia, jest równie dobrą racją, by samemu w nią wierzyć — nawet bez możliwości udowodnienia jej we wszystkich częściach z Pisma Świętego. Mówię, że owo powszechne przyjęcie jej przez innych jest równie dobrą racją do przyjęcia jej bez wahania — biorąc pod uwagę przerażające konsekwencje, które mogą wyniknąć z jej odrzucenia — jak powszechne przekonanie o tym, jak prawo stoi, oraz opinia biegłych prawników jest racją, by trzymać się ich wykładni prawa, choć sami nie jesteśmy w stanie sprawdzić jej w księgach prawniczych.

2. Można jednak powiedzieć, że oba przypadki różnią się pod jednym względem: mianowicie, że powszechne przekonania o treści prawa krajowego nie narzucają naszej wierze niczego nieprawdopodobnego ani trudnego do przyjęcia, podczas gdy katolicka nauka o Trójcy jest tajemnicza i nieprawdopodobna; a zatem choć jest rzeczą rozumną trzymać się zdania innych w sprawach prawnych, to w odniesieniu do tej nauki rozumnym być nie może.

Tymczasem uważam wręcz przeciwnie: owa tajemniczość jest — o ile cokolwiek dowodzi — rekomendacją tej nauki. Nie twierdzę, że jest prawdziwa, bo jest tajemnicza; lecz że jeśli jest prawdziwa, nie może być inna niż tajemnicza. Byłoby to zaiste dziwne — jak często argumentowano — gdyby jakakolwiek nauka dotycząca nieskończonej i wiecznej Natury Boga nie była tajemnicza. Brak tajemniczości byłby wręcz zarzutem pod adresem dowolnej nauki o Jego Naturze. To, że święta nauka Trójcy w Jedności jest tajemnicza, nie jest więc przeciw niej — lecz raczej na jej korzyść; jedyny zarzut, jaki można tu z pozorem słuszności podnieść, brzmi: dlaczego — skoro tak jest — miałoby to być objawione? Dlaczego mamy nam powiedziano cokolwiek o Przeczystej Naturze Boga, skoro jest On niepojęty, a nauka o Nim musi być tajemnicza? Możemy wprawdzie to zapytać — choć czy możemy zapytać o to pobożnie i z czcią? Jakżeż mamy być sędziami, co On w takiej sprawie uczyni? Jakżeż my, robaki ziemi i stworzenia jednego dnia, możemy mieć pretensję do rozstrzygania, co Mu najstosowniej objawić i co nam najlepiej poznać, gdy raczy nam się objawić? Czy nie dosyć nam, że w ogóle do nas mówi? I czy nie możemy zgodzić się, by zostawić Mu — jeśli tak wolno się wyrazić — wolność mówienia do nas w Jego własny sposób? Czy zatem objawi nam cokolwiek o swojej Naturze, czy nie — tego rozum nasz rozstrzygnąć nie może; ale to może: że jeśli objawi — będzie to tajemnicze. Tajemniczość nauki nie jest więc, powtarzam, argumentem przeciw niej; i nie jest ona racją, by nie przyjmować jej na podstawie powszechnej wiary innych. Nie jest bardziej nieprawdopodobne, że owa nauka jest taka, jaka jest, niż że prawo kraju jest takie, jakie jest; i tak jak wierzymy w świadectwo innych co do prawa, nie studiując go, tak możemy dobrze przyjąć naukę o Trójcy na świadectwo naszych przyjaciół i przełożonych, Kościoła, wszystkich ludzi dobrych, uczonych i w ogóle wszystkich — choć nie posiadamy wykształcenia, wiedzy ani czasu wystarczającego, by wydobyć ją samemu z Pisma Świętego. Nie jest bardziej zdumiewające, że świadectwo innych jest naszym przewodnikiem w sprawach świata przyszłego, niż to, że jest naszym przewodnikiem w sprawach tego świata.

To pierwsza odpowiedź, jaką dałbym na ten zarzut; teraz jednak podam inną, która pełniej ukaże istotę zagadnienia.

Zakładam, że nikt nigdy nie słyszał i nikt nie zobaczyłby bez zgorszenia tego, co nazywa się ateistą — to jest człowieka zaprzeczającego, że istnieje jakikolwiek Bóg. Zgorszylibyśmy się — nie z jakiegoś niechrześcijańskiego uczucia wobec nieszczęśnika, który bluźnił swemu Stwórcy i Zbawicielowi, lecz — nie myśląc o nim — czulibyśmy, że tylko szatan mógł być sprawcą takiej bezbożności, i bylibyśmy pewni, że mamy tuż obok siebie wyjątkowo wyraźną manifestację szatana. Bylibyśmy wstrząśnięci myślą, jak bardzo może upaść natura ludzka, gdy tak ulega pokusom szatana. Takie byłyby nasze uczucia — i słuszne, z pewnością; a jednak ów nieszczęśnik, być może całkowicie nieświadomy swojej niedoli — jak nieświadomi swej są ci, którzy zaprzeczają nauce o Trójcy (bo to właśnie cechuje złudzenia szatana: ci, którym je poddał, nie podejrzewają, że są złudzeniami) — ów człowiek, mówię, zupełnie nieświadomy, jak żałosnym widowiskiem jest dla wszystkich wierzących, mógłby zacząć spierać się i dyskutować na swoją obronę, a jego argument mógłby brzmieć następująco:

„Mówicie mi, że muszę wierzyć w Boga, ale chcę, by ta nauka została dowiedziona ku memu zadowoleniu, zanim w nią uwierzę. Jest z waszej strony wielce nierozumne postępować ze mną inaczej. Co więcej, wy sami postąpiliście wbrew rozumowi, wierząc. Bo który z was kiedykolwiek zabrał się do dowiedzenia, że Bóg istnieje? Który z was nie uwierzył w to, zanim to udowodnił? Wierzycie, bo was tego nauczono. Otóż dowiedźcie mi prawdy tej nauki na podstawie świata, który widzimy i dotykamy, na podstawie biegu natury i spraw ludzkich — a wtedy uwierzę."

Czyż nie jest to wielkie szczęście, że ludzie nie są przyzwyczajeni mówić w ten sposób? Gdyby tak było, całe nasze życie spędzalibyśmy na dowodzeniu; całe nasze istnienie byłoby nieustannym sporem; nie mielibyśmy czasu na działanie; nigdy nie doszlibyśmy do działania. Pewne rzeczy — ba, rzeczy największe — muszą być przyjmowane jako dane, chyba że postanowimy zmarnować życie, nie robiąc nic. Lecz wracając do szczególnego przypadku, który rozważamy: czy mielibyśmy się uważać za słabych i tępych za to, że nie szukamy dowodu istnienia Boga, zanim w Niego uwierzymy — czy też owego człowieka za godnego pożałowania za to, że tego dowodu potrzebuje? A jednak, gdyby się upierał i był umysłem bystrym i subtelnym — czyż nie jest oczywiste, że choć dowodów istnienia Boga, Jego opatrzności, potęgi, mądrości i miłości jest w obliczu natury i w biegu ludzkich spraw dostatecznie dużo, to jednak niełatwo byłoby mu tego dowieść — nie tylko ku jego zadowoleniu, ale i ku naszemu? Choć jasno czulibyśmy wagę tych dowodów, nie bylibyśmy w stanie przedstawić ich tak, by odpowiadały naszemu własnym wyobrażeniom, czym dowód powinien być — i rozczarowalibyśmy się własną próbą.

Zobaczmy bowiem, jak ów człowiek by argumentował — choć ledwie śmiem przytoczyć, co mógłby powiedzieć, by nie mówić w sposób nieodpowiedni w tym świętym miejscu; a jednak może być pożyteczne napomknięcie o jednej lub dwóch rzeczach, by pokazać, jak wiele musielibyśmy konsekwentnie przyznać, gdybyśmy zgodzili się, że człowiek nie musi wierzyć w nic, dla czego nie może mu zostać dany jasny i wygodny dowód. Powie więc tak:

„Mówicie mi, że jest tylko jeden Bóg; i mówicie mi, bym spojrzał w świat, a znajdę na to dowody. Patrzę więc — i widzę dobro i zło. Widzę zatem dowód na dwóch bogów: Boga dobrego i innego, złego. Widzę dwie zasady zmagające się ze sobą." Ta przerażająca nauka była już wyznawana przez tych, którzy postanowili dowodzić sobie wszystkiego, zanim uwierzą; i gdy chodzi o argument i spór, to choć jest bluźniercza, można za nią powiedzieć wiele przekonującego. Zło bowiem ma naprawdę swoje królestwo w świecie; zdaje się tu mieć swoje miejsce i działać według planu. Nawet Pismo Święte nazywa szatana bogiem tego świata — nie znaczy to, że jest on naprawdę jego bogiem (Boże, broń!), lecz że przywłaszczył sobie nad nim władzę i zdaje się jego bogiem. Jeżeli zatem każdy jest zobowiązany dowieść swojej wiary sam sobie, zanim uwierzy, to jest zobowiązany nie tylko dowieść sobie nauki o Trójcy Przenajświętszej z Pisma Świętego, ale też wpierw dowieść z oblicza świata nauki o Jedności; i tak jak w pierwszym przypadku — o ile nie jest do tego odpowiednio przygotowany — narazi się w znacznym stopniu na to, że sam siebie pogmatwa i zaprzeczy, iż Bóg jest Trzema Osobami, tak w drugim narazi się na wielkie ryzyko zaprzeczenia, że Bóg jest Jeden. I należy się obawiać, że tylko dlatego, iż ludzie mają naukę o Trójcy Świętej, przeciw której mogą mówić, nie mówią przeciw nauce o Jedności; zawsze będą o coś wątpić i spierać się; a gdyby religia objawiona nie stanęła im przed oczyma, mówiliby przeciw religii naturalnej — jak już w innych czasach i miejscach to czynili.

Dalej — ów człowiek w złudzeniu, którego tu zakładam, tak kontynuuje swoje błędne argumenty: „Mówicie mi, że Bóg jest wszechmocny; możecie może dowieść, że jest potężny, ale skąd dowieść, że jest wszechmocny? Nie możecie dowieść więcej, niż widzicie — a żeby osądzić, co jest wszechmocnością, musielibyście sami być wszechwidzący." Dalej: „Mówicie, że Bóg jest nieskończony; ale wszystko, co możecie wiedzieć w tej sprawie, to że Inteligencja, która stworzyła świat, przekracza wasze pojęcie; ale o ile — czy nieskończenie — wiedzieć i dowieść nie możecie." Dalej: „Mówicie mi, bym wierzył, że Bóg nie miał początku; to niepojęte; nie wiem, co macie na myśli; nie jestem w stanie ogarnąć sensu waszych słów. Równie łatwo uwierzyć w naukę o Trójcy w Jedności, jak w to, że Bóg nie miał początku. I jest na to mniej dowodów niż na naukę o Trójcy; przynajmniej bowiem na tamtą naukę jest dowód w Piśmie Świętym — ale jaki możliwy dowód możecie przynieść z oblicza świata na to, że Bóg istnieje od wieków?"

Nie widzę, jak takiemu oponentowi można by zadowalająco odpowiedzieć, jeśli jest uparty. Spotyka się wprawdzie pisma mające dowodzić — jak głoszą — istnienia Boga Wszechmocnego, Nieskończonego i Wiecznego na podstawie tego, co widzialne w świecie natury; lecz w ścisłym sensie nie dowodzą one tego — jedynie polecają, uwiarygodniają i umacniają naukę tym, którzy już w nią wierzą. Nie przybliżają się nawet do całościowego dowodu argumentacyjnego. Zmuszone są pomijać lub zakładać z góry wiele z najbardziej zasadniczych punktów tej nauki. Są bez wątpienia pożyteczne dla chrześcijan o tyle, o ile pobudzają pobożność, umacniają wiarę, wzbudzają wdzięczność i rozszerzają umysł; lecz dla niewierzących stanowią mały lub żaden dowód. A mówiąc to wszystko, nie chcę, by rozumiano, iż twierdzę, jakoby bieg świata nie wpajał w nas słusznie nauki o Jednym Prawdziwym, Nieskończonym i Wszechmocnym Bogu — wpaja ją — lecz że dowód jest zbyt głęboki, subtelny, złożony, pośredni, delikatny i duchowy, by dał się ująć w formę ścisłego argumentu przystępnego dla ogółu ludzi. I to samo mówię o dowodzie nauki o Trójcy Świętej zawartym w Piśmie Świętym. Umysł pokorny, otwarty, prosty i wierzący przyswoi sobie tę naukę z Pisma Świętego — samo nie wie jak — tak jak wdychamy powietrze, nie widząc go; lecz gdy człowiek chce mieć wyłożone przed sobą formalne podstawy swojej wiary w wyraźnym kształcie, a ma mało czasu na refleksję i studium, mało wiedzy lub wykształcenia umysłu — wtedy, mówię, nie może zrobić nic lepszego niż odwołać się do swoich głębszych przekonań zamiast do dowodów, do wiary wszystkich wokół niego i do świadectwa wszystkich wieków.

Uczmy się zatem z tej Uroczystości kroczyć wiarą — to znaczy nie pytać zazdrośnie i chłodno o ścisłe argumenty, lecz wielkodusznie iść za tym, co ma wyraźne racje za sobą, choćby mogło mieć racje pełniejsze lub bardziej usystematyzowane. W ten sposób wszyscy wierzymy, że Bóg istnieje. Subtelny niedowiarek mógłby wnet zakłopotać każdego z nas. Oczywiście — bo nasz stan i nasza walka jest walką wiary. Dążmy do rzeczy przyszłego świata, sięgajmy ku nim i — niejako — chwytajmy je. Jest w nas głos, który upewnia nas, że jest coś wyższego niż ziemia. Nie możemy rozłożyć na składowe, zdefiniować ani ogarnąć tego, co tak do nas szepce. Nie ma kształtu ani materialnej formy. Jest w naszych sercach coś, co pobudza nas do religii i co gani i karci grzech. A owa tęsknota naszej natury zostaje zaspokojona i podtrzymana — znajduje przedmiot, na którym może spocząć — gdy słyszy o istnieniu Wszechmocnego i Pełnego łaski Stwórcy. Przynagla nas do szlachetnej wiary w to, czego nie widzimy.

Ćwiczmy podobną wiarę również w odniesieniu do Tajemnic Objawienia. Tu leży prawdziwe zastosowanie Pisma Świętego w prowadzeniu nas ku prawdzie. Jeśli czytamy je z pokorą i pytamy z otwartością na naukę — znajdziemy; głębokie przekonanie utkwi w naszym umyśle, że nauki Składu wiary są tam zawarte — choć może nie będziemy w stanie wskazać palcem poszczególnych tekstów i powiedzieć, ile tej nauki jest tu, a ile tam. Z drugiej zaś strony, jeśli czytamy po to, by udowodnić owe nauki w sposób krytyczny i polemiczny — wszelkie ich ślady znikną z Pisma Świętego, jakby ich tam nie było. Zbladną niepostrzeżenie jak barwy o zachodzie słońca i zostaniemy w ciemności. Dojdziemy do wniosku, że ich tam nie ma, i być może śmiało nazwiemy je niezgodnymi z Pismem Świętym. Przekonań religijnych nie można wymusić; Boża prawda nie jest do naszego rozporządzenia na żądanie. Jeśli postanowimy ją odkryć, nie odkryjemy nic. Wiara i pokora są jedyną magią, która wywołuje obraz rzeczy niebieskich z litery natchnienia; a wiara i pokora polegają nie na dochodzeniu dowodami, lecz na tym, by od samego początku opierać się na świadectwie innych. Potem, patrząc wstecz, stwierdzimy, że udowodniliśmy to, czego nie zamierzaliśmy dowodzić. Nie możemy nad naszymi zdolnościami rozumowania panować ani stosować ich według woli lub o dowolnej porze. Tak samo jest z innymi władzami umysłu. Kto może rozkazać swojej pamięci? Im bardziej usiłujesz sobie przypomnieć to, co zapomniałeś, tym mniejsza twoja szansa powodzenia. Przestań o tym myśleć — a pamięć być może wróci. I podobnie: im bardziej nastawiasz się na argumentowanie i dowodzenie, by odkryć prawdę, tym mniej skłonny jesteś do poprawnego rozumowania i płodnego wnioskowania. Dasz się chwycić sofizmatom i będziesz myślał, że to wspaniałe odkrycia. Bądź pewien, że najwyższym rozumem nie jest rozumowanie systematyczne ani według reguł argumentacji, lecz naturalne; nie z formalnym zamiarem wyciągania dowodów, lecz ufając Bożemu błogosławieństwu, że zyskasz właściwe pojęcie z tego, co czytasz. Jeśli twoje zdolności rozumowania są słabe, posługiwanie się formami argumentacji nie wzmocni ich. Pozwolą ci na trafne polemizowanie i zbijanie zarzutów — ale nie na odkrywanie prawdy. Nie ma nic twórczego, nic postępowego w popisach argumentacji. Jedyne, do czego się zdają, to do dobrego wyrażenia tego, co już odkryliśmy spokojnym ćwiczeniem rozumu. Wiara i posłuszeństwo to rzeczy zasadnicze; wierz i działaj, i módl się do Boga o światło — a będziesz rozumował dobrze, nie wiedząc o tym.

Nie szukajmy więc znaków i cudów; ani jasnych, ani silnych, ani zwartych, ani oryginalnych argumentów — lecz wierzmy; dowody przyjdą po wierze jako jej nagroda — lepiej niż przed nią jako jej podstawa. Wiara wzbija się w górę; nasłuchuje tonów nieba, słabych głosów lub ech, które ledwo docierają do ziemi, i uważa je za coś wartego więcej niż wszystkie głośniejsze dźwięki miast czy ludzkich szkół. Jest głupstwem w oczach świata; lecz jest to głupstwo Boże, mądrzejsze od ludzkiej mądrości. Przyjmijmy świętą Tajemnicę Trójcy w Jedności, która — jak powiada Skład — jest podstawą wiary katolickiej. Uznajmy, że dla grzeszników takich jak my, dla ludu upadłego w zdegenerowanym wieku, dosyć jest — więcej, że to zbyt wielki przywilej — odziedziczyć wiarę raz podaną świętym; przyjmijmy ją z wdzięcznością; strzeżmy jej z czujnością; przekażmy ją wiernie tym, którzy po nas przyjdą.

← wróć do odkrywania