*„Wiemy, że jesteśmy z Boga, lecz cały świat tkwi w złem."* — 1 J 5,19
Mało które słowo pojawia się w języku religii tak często jak „świat"; Pismo Święte nieustannie je przywołuje — w tonie nagany i przestrogi; w obrzędzie Chrztu opisany jest świat jako jeden z trojga wielkich nieprzyjaciół naszych dusz, a w zwykłych pismach i rozmowach chrześcijan jest on, nie trzeba tego tłumaczyć, wspominany bez przerwy. A jednak większość z nas ma, jak się zdaje, bardzo mgliste wyobrażenie o tym, co „świat" oznacza. Wiemy, że świat jest czymś niebezpiecznym dla naszego życia duchowego i że jest jakoś związany ze społecznością ludzką — z ludźmi pojmowanymi jako zbiorowisko, w odróżnieniu od ludzi rozpatrywanych z osobna, w życiu prywatnym i domowym; lecz czym świat jest, jak jest naszym wrogiem, jak nas atakuje i jak go należy unikać — to już nie jest tak jasne. A jeżeli formułujemy sobie jakieś wyraźniejsze wyobrażenie na ten temat, to zapewne błędne — co prowadzi nas z kolei do błędnego stosowania nakazów Pisma odnoszących się do świata; a to jest jeszcze gorsze niż ich pomijanie. Spróbuję zatem teraz wykazać, co rozumie się przez świat i jak w związku z tym należy pojmować pouczenia i ostrzeżenia świętych pisarzy.
1. Przede wszystkim przez „świat" rozumie się bardzo często obecny widzialny porządek rzeczy, bez rozstrzygania, czy jest on dobry, czy zły. Tak oto święty Jan przeciwstawia świat rzeczom, które w nim są, a które są złe: „Nie miłujcie świata ani tego, *co jest* na świecie." I zaraz dalej mówi: „Świat przemija *wraz z* pożądliwością swoją." Tu, jak w wielu innych miejscach Pisma, o świecie nie mówi się, jakoby sam w sobie był grzeszny (choć jego pożądliwości są oczywiście takie), lecz jedynie jako o pewnym obecnym widzialnym porządku, który łatwo może nas pociągać i któremu nie należy ufać, bo nie może trwać. Rozważmy go najpierw z tego właśnie punktu widzenia.
Z konieczności istnieje wielka rozmaitość stanów i losów wśród ludzi; ledwie dwie osoby znajdują się w takich samych zewnętrznych warunkach i obdarzone są takimi samymi wewnętrznymi zdolnościami. Ludzie różnią się między sobą i właśnie przez te różnice są spięci w jedno ciało czy jeden układ; są od siebie wzajemnie zależni — taka jest wola Boża. Ten układ to właśnie świat, do którego należą oczywiście wszelkie sposoby utrzymywania siebie i rodziny trudem umysłu i ciała, nasze kontakty z innymi, nasze obowiązki wobec innych, cnoty społeczne — pracowitość, uczciwość, roztropność, sprawiedliwość, życzliwość i temu podobne. Wszystko to wyrasta z naszego doczesnego losu i służy naszemu doczesnemu szczęściu. To życie nagradza zasługę i trud. Ludzie wznoszą się ponad swoich bliźnich, zdobywają sławę i zaszczyty, bogactwo i władzę, które dlatego też nazywamy dobrami doczesnymi. Dzieje narodów, stosunki między ludami, wymiana dóbr między krajami — wszystko to należy do świata. W chłopięcych latach jesteśmy wychowywani dla tego świata; odgrywamy swoją rolę na mniej lub bardziej widocznej scenie, stosownie do okoliczności; umieramy, przestajemy być, odchodzimy w zapomnienie, o ile chodzi o obecny stan rzeczy — wszystko to jest ze świata.
Przez świat rozumie się zatem ten bieg spraw, który widzimy toczący się sprawczością ludzką, ze wszystkimi jego obowiązkami i zajęciami. Nie jest to z konieczności system grzeszny; jest raczej ukształtowany, jak już powiedziałem, przez samego Boga, a więc nie może być inny niż dobry. A jednak i w tym rozumieniu jesteśmy wezwani, by nie miłować świata: nawet w tym sensie świat jest wrogiem naszych dusz — i to dlatego, że jego miłowanie jest niebezpieczne dla istot takich jak my — rzeczy same w sobie dobre nie są dobre dla nas, grzeszników. Ów widoczny porządek rzeczy, który jest piękny i znakomity sam w sobie, bardzo łatwo może (właśnie dlatego, że jest widzialny, zaś świat duchowy i przyszły jest niewidzialny) uwodzić nasze niestałe serca, odciągając je od naszego prawdziwego i wiecznego dobra. Podobnie jak podróżny spieszący do ważnego celu może dać się skusić do zatrzymania się, wpatrując się w piękno krajobrazu otwierającego się przed nim, tak i ten dobrze urządzony, przez Boga rządzony świat, ze wszystkimi błogosławieństwami zmysłów i wiedzy, może prowadzić nas do zaniedbywania tych dóbr, które przetrwają, gdy on sam przeminie. W istocie obiecuje więcej, niż może dać. Dobra życia i pochwały ludzkie mają swoją wartość i o tyle, o ile ją mają, są naprawdę dobre — ale krótkotrwałe. Dlatego wiele zajęć samych w sobie uczciwych i słusznych należy podejmować z ostrożnością, by nas nie uwiodły; a może ze szczególną ostrożnością te, które służą dobrobytu ludzi w tym życiu. Na przykład nauki o dobrym rządzeniu, o pomnażaniu bogactwa, o zapobieganiu biedzie i jej łagodzeniu są z tego względu szczególnie niebezpieczne; bo skupiając nasze wysiłki na tym świecie jako celu, skłaniają nas niemal do przekonania, że żadnego innego celu nie ma; przyzwyczajają nas do zbyt wielkiego przykładania wagi do powodzenia w życiu i doczesnej pomyślności; co więcej, mogą nawet czynić nas zazdrosnymi o religię i jej instytucje, jakby stały nam na przeszkodzie i nie pozwalały służyć doczesnym interesom ludzkości tak, jak byśmy sobie życzyli.
W tym sensie też święty Paweł przeciwstawia sobie wzrok i wiarę. Widzimy ten świat; jedynie wierzymy, że istnieje świat duchów, lecz go nie widzimy; a ponieważ wzrok ma nad nami większą władzę niż wiara, a to, co bliskie, więcej niż to, co odległe, zajęcia i przyjemności tego życia szkodzą naszej wierze. Ale nie są — powtarzam — same w sobie grzeszne; jak system żydowski był systemem doczesnym, a przecież Bożym, tak i porządek natury — ten świat — jest Boży, choć doczesny. I jak Żydzi stali się cielesni duchem nawet pod wpływem divinnie im ustanowionego porządku, przez co odrzucili Zbawiciela swoich dusz, tak samo ludzie światowi twardnieją za sprawą samego dobrego Bożego świata i odrzucają Chrystusa. W żadnym z tych przypadków wina nie leży po stronie rzeczy widzialnych, czy to cudownych, czy opatrznościowych, lecz przypadkowo — po stronie ludzkiego serca.
2. Przejdźmy teraz do drugiego zagadnienia i rozważmy świat nie tylko jako niebezpieczny, lecz jako rzeczywiście grzeszny — zgodnie ze słowami tekstu: „cały świat tkwi w złem." Stworzony był dobry pod każdym względem, ale nim jeszcze w pełni rozwinął się we wszystkich swoich częściach, nim jeszcze zaczątki społeczności ludzkiej zdążyły się ujawnić w naturze i stanie pierwszego człowieka — Adam upadł; i tak świat, z wszelkimi swoimi stanami, celami, dążeniami, przyjemnościami i nagrodami, był grzeszny od samych swych narodzin. Zaraza grzechu przeniknęła cały ten układ, tak że choć jego budowa jest dobra i Boża, duch i życie, które go ożywiają, są złe. Tak na przykład wysokie stanowisko jest darem Bożym, ale pycha i niesprawiedliwość, do których dało ono pole, pochodzą od diabła. Bieda i nicość jest też wyrokiem Bożym; lecz nieuczciwość i niezadowolenie, jakie często widzi się u biednych, pochodzi od szatana. Troszczyć się o żonę i rodzinę i otaczać ich opieką — to Boże postanowienie; ale miłość zysku i małostkowe ambicje, które skłaniają niejednego człowieka do wysiłku, są grzeszne. Dlatego też tekst powiada: „Świat tkwi w złem" — jest pogrążony i przesiąknięty niejako powodzią grzechu; nie pozostała żadna jego cząstka taka, jaką Bóg ją pierwotnie stworzył; żadna część nie jest wolna od zepsucia, którym szatan ją oszpecił.
Spojrzyjcie w dzieje świata — co tam czytacie? Rewolucje i zmiany bez liczby, królestwa wznoszące się i upadające — i kiedy bez zbrodni? Państwa ustanawiane są z Bożego zrządzenia, istnieją z konieczności natury ludzkiej, ale kiedy choć jedno zostało założone — a cóż dopiero utrzymane — bez wojny i rozlewu krwi? Spośród wszystkich naturalnych instynktów cóż jest silniejsze od tego, który zabrania nam przelewać krew bliźnich? Cofamy się z naturalnym przerażeniem na myśl o mordercy; a jednak żadne rządy nigdy nie zostały ugruntowane ani żadne państwo uznane przez sąsiadów bez wojny i utraty życia ludzkiego; co więcej — nie poprzestając na nieusprawiedliwionym rozlewie krwi, za który odpowiedzialność musi gdzieś spoczywać — świat zamiast opłakiwać to jako straszliwe i upokarzające zło wybrał uwielbienie zdobywcy w jak najhojniejszy sposób. Aby stać się bohaterem w oczach świata, trzeba niemalże złamać prawa Boże i ludzkie. W ten sposób czyny świata idą w parze z poglądami i zasadami świata: przyjmuje on złą doktrynę, by bronić złej praktyki; miłuje ciemność, ponieważ jego uczynki są złe.
I jak sprawy narodów są tak zniekształcone przez naszą skażoną naturę, tak wszystkie zrządzenia i dary Opatrzności są podobnie wypaczone. Cóż znakomitszego niż żarliwe i cierpliwe używanie umysłu? A jednak w rękach szatana rodzi pyszną filozofię. Gdy święty Paweł głosił naukę, mądrcy świata — w oczach Bożych — byli jedynie głupcami, bo użyli swych władz umysłowych w służbie błędu; ich rozumowania doprowadziły ich nawet do bezbożności i niemoralności, a gardzili nauką o zmartwychwstaniu, które ani miłowali, ani w nie wierzyli. I znów: wszystkie subtelniejsze sztuki życia zostały zhańbione przez zepsute upodobania tych, którzy w nich celowali; często były poświęcane na służbę bałwochwalstwu; często stawały się narzędziem zmysłowości i rozpusty. Lecz nie ma końca wyliczaniu wszechstronnego i splątanego zepsucia, jakie człowiek wprowadził do świata, który Bóg uczynił dobrym — zło zawładnęło całością i mocno trzyma swój podbój. Wiemy oczywiście, że łaskawy Bóg objawił siebie swoim grzesznym stworzeniom wkrótce po upadku Adama. Wielokrotnie objawiał swoją wolę ludzkości i zmagał się z nią przez wiele wieków; aż wreszcie Jego Syn przyszedł na ten grzeszny świat w postaci człowieka i nauczył nas, jak podobać się Bogu. A jednak dotąd dzieło dobra postępuje powoli — taka jest Jego wola. Zło wyprzedziło dobro o wiele dni; wypełniło świat i trzyma go w swej mocy; ma siłę tego, co zdąży się zakorzenić, i ma swą siłę w ludzkim sercu; bo choć nie możemy się powstrzymać od aprobowania w sumieniu tego, co słuszne, to jednak miłujemy i popieramy to, co złe; tak więc gdy zło raz na dobre zadomowiło się w świecie, zostało umocnione na swym tronie przez niechęć, z jaką nasze serca się go wyrzekają.
Opisałem już zatem, co rozumie się przez grzeszny świat — mianowicie świat skażony przez człowieka, bieg spraw ludzkich rozpatrywany w jego związku z zasadami, poglądami i praktykami, które nim faktycznie kierują. Nie można ich nie rozpoznać — są złe; i o nich to właśnie mówi święty Jan: „Jeśli ktoś miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Bo wszystko, co jest na świecie: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia, nie pochodzi od Ojca, lecz od świata."
Świat jest zatem wrogiem naszych dusz: po pierwsze, ponieważ — choćby jego przyjemności były niewinne, a zajęcia godne pochwały — są zdolne nas pochłonąć, jeśli nie czuwamy; po drugie, ponieważ we wszystkich jego najlepszych przyjemnościach i najszlachetniejszych zajęciach zasiane zostały ziarna grzechu — uczynił to nieprzyjaciel — tak że najtrudniej jest korzystać z dobra, nie mając udziału zarazem w złu. Rozpatrywany jako uporządkowany system różnych stanów, z różnymi dążeniami i odpowiednimi nagrodami, jest do uznania nie za grzeszny wprawdzie, ale niebezpieczny dla nas. Natomiast rozpatrywany ze względu na swoje zasady i rzeczywiste praktyki jest on prawdziwie grzesznym światem. Dlatego też, gdy Pismo nakazuje nam stronić od świata, chodzi o to, byśmy byli czujni, aby nie miłować zbyt gorąco tego, co w nim dobre, i aby wcale nie miłować tego, co złe. — Istnieje jednak błędne przekonanie, które niektórzy żywią, że świat to jakaś określona grupa ludzi i że stronić od świata to stronić od nich; jakbyśmy mogli wskazać palcem, co jest światem, i w ten sposób łatwo pozbyć się jednego z trojga naszych wielkich nieprzyjaciół. Ludzie ogarnięci tym przekonaniem są nieraz wielkimi miłośnikami świata mimo wszystko, sądząc równocześnie, że są odeń daleko. Miłują jego przyjemności i poddają się jego zasadom, a mimo to ostro mówią o ludziach światowych i stronią od nich. Postępują jak osoby przesądne, które boją się widzieć złe duchy w miejscach uważanych za nawiedzone, gdy tymczasem duchy te grasują w ich własnych sercach — a oni nic o tym nie wiedzą.
3. Tu nasuwa się pytanie warte rozważenia: w jakiej mierze świat stanowi ciało odrębne od Kościoła Bożego. W tekście rzeczywiście są sobie przeciwstawione, jak i gdzie indziej w Piśmie: „Wiemy, że jesteśmy z Boga, lecz *cały świat* tkwi w złem." Właściwa odpowiedź jest taka, że Kościół — daleki od tego, by być dosłownie i faktycznie oddzielony od grzesznego świata — jest w nim. Kościół jest ciałem, gromadzącym się w świecie i będącym w trakcie wydzielania się zeń. Władza świata — niestety — sięga Kościoła, bo Kościół wyszedł w świat, by świat zbawić. Wszyscy chrześcijanie są na świecie i ze świata, o tyle, o ile grzech nadal panuje w nich; a nawet najlepszy z nas nie jest całkowicie wolny od grzechu. Choć więc w naszym pojęciu obu, i w ich zasadach, i w ich przyszłych losach Kościół jest jedną rzeczą, a świat drugą, to jednak w aktualnej rzeczywistości Kościół jest ze świata, nie oddzielony od niego; albowiem łaska Boża ma zaledwie częściowe panowanie nawet nad ludźmi pobożnymi, a najlepsze, co o nas można powiedzieć, to że mamy dwie strony — jasną i ciemną — i że ciemna okazuje się zewnętrzna. Tworzymy tedy dla siebie nawzajem cząstkę świata, choć nie jesteśmy ze świata. Nawet gdyby istniało jakieś stowarzyszenie ludzi kierowanych indywidualnie pobudkami chrześcijańskimi, to i owo stowarzyszenie, rozpatrywane jako całość, byłoby światowe — to znaczy trwałoby przy wielu błędach i pobłażało wielu złym praktykom. Zło zawsze unosi się na wierzchu. A jeżeli zapytamy, dlaczego to, co dobre w chrześcijanach, jest mniej widoczne niż to, co złe, odpowiem: po pierwsze, bo jest go mniej; po drugie, bo zło narzuca się powszechnej uwadze, dobro zaś — nie. Tak więc w dużej zbiorowości ludzi, z których każdy wnosi swój udział, zło wysuwa się na plan pierwszy w sposób wyraźny i we wszelkich różnorodnych kształtach. Po trzecie wreszcie, z samej natury rzeczy, dusza może być znana jedynie Bogu, a duch religijny jest — słowami świętego Piotra — „ukrytym człowiekiem serca." Widzimy przez większość czasu jedynie zewnętrzne czyny innych ludzi; a ponieważ istnieje niezliczona ilość sposobów czynienia zła i tylko jeden sposób czynienia dobra, a także niezliczona ilość sposobów patrzenia na postępowanie innych i oceniania go, nic dziwnego, że nawet lepsi ludzie — a tym bardziej ogół — są i jawią się jako tak grzeszni. Jedynie Bóg widzi okoliczności, w których człowiek działa, i dlaczego działa tak a nie inaczej. Jedynie Bóg doskonale widzi tok myśli poprzedzający jego czyn, pobudkę i jej przyczyny. I jedynie Bóg — jeśli cokolwiek jest zrobione źle lub grzesznie — widzi głęboką skruchę, która po tym następuje: nawykłą pokorę, przeradzającą się chwilami w szczególne samopotępienie, oraz łagodną wiarę rzucającą się całkowicie na Boże miłosierdzie. Pomyślcie na chwilę, ile godzin każdego dnia człowiek jest pozostawiony samemu sobie i swemu Bogu — a raczej jak mało minut spędza w kontakcie z innymi — rozważcie to, a zrozumiecie, dlaczego życie Kościoła jest ukryte z Bogiem i dlaczego zewnętrzne postępowanie Kościoła musi z konieczności wyglądać jak świat — nawet daleko bardziej niż jest nim w rzeczywistości — i jak próżna jest w konsekwencji próba (którą niektórzy podejmują) wyraźnego oddzielenia świata od Kościoła. Rozważcie też, jak wiele stoi na przeszkodzie — dopóki jesteśmy w ciele — temu, by jeden umysł komunikował się z drugim. Jesteśmy uwięzieni w ciele, a nasza komunikacja dokonuje się za pomocą słów, które nikle oddają nasze prawdziwe uczucia. Stąd najlepsze pobudki i najtrafniejsze poglądy są rozumiane opacznie, a najtrafniejsze zasady postępowania — błędnie stosowane przez innych. I chrześcijanie są nieuchronnie mniej lub bardziej obcy sobie nawzajem; co więcej — jeśli chodzi o pozory — niemal wprowadzają się nawzajem w błąd i są dla siebie, jak powiedziałem, wzajemnie światem. Długo trwa, zanim w ogóle zaczniemy się poznawać, i sprawiamy na sobie nawzajem wrażenie chłodnych, lub surowych, lub kapryśnych, lub samowolnych — choć takimi nie jesteśmy. I tak niestety dzieje się, że nawet dobrzy ludzie wycofują się od siebie wzajemnie w siebie i do swego Boga — jak gdyby uciekali przed brutalnym światem.
A jeżeli to wszystko ma miejsce w przypadku ludzi lepszych, o ileż bardziej zdarzy się to w przypadku tych rzesz, które są jeszcze chwiejne w wierze i posłuszeństwie, będąc połowicznymi chrześcijanami, nie ukształtowanymi jeszcze w żaden spójny całokształt przekonań i praktyki! Ci, dalecy od okazywania lepszej strony siebie, często udają, że są gorsi nawet, niż są. Choć mają skryte obawy i wyrzuty sumienia, choć łaska Boża przemawia do ich sumienia i następują chwile skupienia, wstydzą się wyznać sobie nawzajem własną powagę i szydzą z ludzi pobożnych, by samych siebie nie narażać na szyderstwo.
I tak ogólnie stan rzeczy jest następujący: jeśli przejrzymy ludzkość, szukając, kto tworzy świat, a kto nie, nie znajdziemy nikogo, kto nie jest ze świata — gdyż nie ma nikogo, kto nie byłby narażony na słabość. Tak więc jeśli stronić od świata oznacza stronić od jakiegoś zwanego tak zbioru ludzi, musielibyśmy stronić od wszystkich ludzi — co więcej, od samych siebie — a to jest wniosek, który nic nie znaczy.
Lecz unikając wszelkich subtelności, które prowadzą jedynie do słownej ekwilibrastyki, nie zaś do poprawy serc i postępowania, przystąpmy do dzieła w sposób praktyczny; i zamiast usiłować osądzać ludzkość na szeroką skalę i rozstrzygać głębokie pytania, weźmy to, co jest bliskie i dotyczy nas samych, i posłużmy się taką wiedzą, jaką możemy zdobyć. Czy jesteśmy kuszeni, by zaniedbać cześć Bożą dla jakiegoś doczesnego celu? To jest ze świata i nie należy temu ulegać. Czy jesteśmy wyśmiewani za nasze postępowanie zgodne z sumieniem? To znowu jest próba ze strony świata i należy jej się oprzeć. Czy jesteśmy kuszeni, by zbyt wiele czasu poświęcać rozrywkom; by próżnować, gdy powinniśmy pracować; czytać lub rozmawiać, gdy powinniśmy być zajęci naszym doczesnym powołaniem; marzyć o rzeczach niemożliwych lub wyobrażać sobie siebie w innym stanie życia niż nasz własny; zbytnio zabiegać o dobre mniemanie innych; starać się za wszelką cenę uchodzić za pracowitych, uczciwych i roztropnych? Wszystko to są pokusy tego świata. Czy jesteśmy niezadowoleni z naszego losu, czy też zbyt do niego przywiązani i rozgoryczeni oraz zgnębieni, gdy Bóg odbiera nam dane przez siebie dobro? To jest światowość ducha.
Nie szukajcie świata jako czegoś rozległego i ogromnego zła gdzieś z dala — jego pokusy są blisko was, bliskie i gotowe, nagle oferowane i subtelne w swym podejściu. Starajcie się przenieść słowa Pisma na codzienne życie i rozpoznać zło, w którym leży ten świat, we własnych sercach.
Gdy przyjdzie nasz Zbawiciel, zniszczy ten świat — nawet swoje własne dzieło — a tym bardziej pożądliwości świata, które są ze złego ducha; wtedy w końcu musimy utracić świat, choćbyśmy teraz nie mogli się na to zdobyć. I poginiemy ze światem, jeśli w ów dzień jego pożądliwości będą w nas zastane. „Świat przemija i pożądliwość jego, ale kto pełni wolę Bożą, trwa na wieki."