*„Weźcie jarzmo moje na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie."* — Mt 11,29-30
Słowa te, które są nam przypomniane w Ewangelii dzisiejszego święta, pojawiają się również w wezwaniu skierowanym do nas w Środę Popielcową, gdzie powiada się nam, że jeśli „wrócimy do Niego, który jest miłosiernym Przyjmującym wszystkich prawdziwie skruszonych grzeszników, jeśli weźmiemy na siebie Jego lekkie jarzmo i lekkie brzemię, by naśladować Go w pokorze, cierpliwości i miłości — wówczas Chrystus wyzwoli nas od przekleństwa prawa i od ostatecznego potępienia, które spadnie na tych, którzy stać będą po lewej stronie". Kilka dni temu, w dniu postu, wezwani byliśmy, aby wziąć na siebie jarzmo Chrystusa — i oto na święto Apostoła wezwanie to brzmi ponownie.
Szczególnie zaś stosowne jest to, że celebrujemy — i tak bywa często — święto świętego Macieja w czasie Wielkiego Postu; bo jeśli istnieje Apostoł, który ponad innych może nam przypominać o obowiązku umartwienia, jest nim właśnie on. Gdy pytano Pana naszego, dlaczego uczniowie Jego nie poszczą, odpowiedział, że nie mogą pościć, dopóki On jest z nimi, lecz że nadejdzie czas, gdy Oblubieniec zostanie im zabrany — i wówczas będą pościć po owe dni. Ten czas właśnie nadszedł, gdy święty Maciej wybrany był na Apostoła. Chrystus *odszedł* już. Apostołowie mieli pokój i radość obfite — nawet większe niż gdy był z nimi; lecz właśnie dlatego nie była to radość, „jakiej świat daje". Była to radość własna Jego, zrodzona z bólu i doświadczenia. Taką radość przyjął święty Maciej, gdy powołany został na Apostoła. Apostołem nie był nigdy za młodych lat. Towarzyszył wprawdzie Panu naszemu, lecz nie jako Apostoł. Pozostali bowiem zostali wybrani (rzec można) jako dzieci; byli dziedzicami królestwa pod opieką wychowawców i zarządców, i choć byli Apostołami, nie rozumieli swego powołania — żywili myśli ambitne i pragnienie bogactw, i pozwalano im przez czas jakiś, nim zostali niejako na nowo uczynieni, korzystać ze starego wina, aby butelki nie pękły. Lecz święty Maciej wstąpił od razu w swoje dziedzictwo. Przyjął natychmiast, z chwilą swojego wybrania, władzę i ciężar Apostolatu. Żadne marzenia o ziemskiej pomyślności nie mogły unosić się wokół owego tronu, który wzniesiono nad grobem tego, który był wypróbowany i upadł, i w bezpośrednim cieniu krzyża Tego, którego ów zdradził.
Słusznie tedy mówi do nas świętego Macieja ustami Pan naszego dnia słowa: „Weźcie jarzmo moje na siebie i uczcie się ode Mnie" — albowiem on wziął je na siebie od samego początku. Jego Pasterski Kij był zawsze krzyżem biskupim. Nie miał młodości. Dźwigał jarzmo już w latach młodocianych. Wszedł od razu w swój długi Wielki Post — i radował się nim.
Napomnienie zatem, które Zbawiciel nasz daje w dzisiejszej Ewangelii, i o którym przypomina nam historia świętego Macieja, jest w obecnej porze roku wielce na miejscu. Zbawiciel nasz mówi: „Przyjdźcie do Mnie" — a potem dodaje: „Weźcie jarzmo moje na siebie i uczcie się ode Mnie". Najpierw więc wzywa nas do siebie, a następnie wskazuje nam drogę. „Przyjdźcie do Mnie" — mówi — „a Ja dam wam odpoczynek", i dodaje: „Weźcie jarzmo moje na siebie, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych". Apostołom powiedział, że muszą przyjść do Niego, lecz nie wyjawił im od razu drogi; powiedział, że muszą dźwigać jarzmo, lecz nie wyjawił od razu, czym ono jest. Święty Piotr dlatego właśnie zapytał Go o to przy pewnej sposobności i otrzymał odpowiedź, by poczekał chwilę, a pozna to dokładniej. Pan nasz rzekł bowiem: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz". „Będziecie Mnie szukać" — powiedział — „ale dokąd Ja idę, wy przyjść nie możecie". Mówił o swoim jarzmie, o drodze swego krzyża — co święty Piotr w końcu poznał, gdy po Zmartwychwstaniu powiedziano mu otwarcie, co go czeka. „Gdy byłeś młodszy" — rzekł Pan nasz do niego nad jeziorem Tyberiadzkim — gdy byłeś jak dziecko w wierze i postępowałeś po swojemu — „opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś" — tak jak chwilę wcześniej Piotr opasał szatę rybaka i skoczył w morze — „lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz". I zaraz dodał: „Naśladuj Mnie". Święty Piotr wezwany był dosłownie, by wziąć jarzmo Chrystusowe na siebie, by uczyć się od Niego i kroczyć Jego drogami; lecz to, co on przeszedł w pełni, wszyscy uczniowie Chrystusa muszą dzielić na swoją miarę, w ten lub inny sposób. W innym znów miejscu Pan nasz mówi wyraźniej: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i naśladuje Mnie". Oto słowa tekstu powtórzone z całą mocą. Przyjść do Chrystusa znaczy iść za Nim; wziąć krzyż swój znaczy wziąć na siebie Jego jarzmo; i choć nazywa je lekkim, jest ono lekkim, bo jest Jego jarzme i On sam czyni je lekkim — lecz nie przestaje przez to być jarzme, a jarzmo jest uciążliwe i ciężkie właśnie dlatego, że jarzme jest.
Przyjmijmy więc jako pierwszą zasadę w życiu religijnym, że wszyscy musimy przyjść do Chrystusa w ten lub inny sposób przez rzeczy z natury nam przykre. Może to być nawet cierpienie cielesne, jak to, które znosili Apostołowie, albo może to być jedynie ujarzmienie naszych naturalnych słabości i ofiara z naszych naturalnych pragnień. Może to być ból większy lub mniejszy, na scenie publicznej lub prywatnej; lecz dopóki słowa „jarzmo" i „krzyż" mogą oznaczać coś przyjemnego, noszenie naszego jarzma i krzyża jest czymś nieprzyjemnym, i choć odpoczynek jest nam obiecany jako nagroda, to droga do odpoczynku musi prowadzić przez dyskomfort i udrękę serca.
To — powtarzam — musi być przyjęte jako pierwsza zasada w religii; dotyczy ona nas wszystkich, dotyczy młodych i starych, bogatych i biednych — a wszyscy oni skłonni są uważać za ważny powód do lekceważenia życia religijnego i mówienia przeciw niemu właśnie to, że jest ono tak surowe i nieprzyjemne. Wzdragają się przed religią jak przed czymś posępnym, przerażającym, nudnym, natrętnym lub wygórowanym. I, niestety, niekiedy usiłuje się ich do religii skłonić, przedstawiając ją jako coś niełatwego i niewymagającego. Surowe prawdy usuwa się na bok, religię sprowadza się do doczesnego bezpieczeństwa, albo do rozgorączkowanego, entuzjastycznego stanu ducha. Lecz jest to zwodzenie. Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć — daleko mi od tego — że religia nie jest pełna radości i pokoju; „Jarzmo moje jest słodkie, a brzemię moje lekkie" — mówi Chrystus — ale to łaska czyni je takimi; samo w sobie jest surowe, a każda postać nauki, która uczy inaczej, zapomina, że Chrystus wzywa nas do swojego jarzma, i że jarzmo owo jest krzyżem.
Jeśli przywołacie sobie niektóre rysy owego szczególnego charakteru religijnego, do którego jesteśmy powołani, łatwo pojmiecie, dlaczego zarówno on sam, jak i dyscyplina, przez którą kształtuje się on w nas, nie są nam z natury miłe. Ten charakter opisany jest w tekście jako cichość i pokora; albowiem powiada się nam, że mamy się „uczyć" od Tego, który jest „cichy i pokornego serca". Ten sam charakter przedstawiony jest nam szerzej w Kazaniu Pana naszego na Górze, w którym podane nam jest siedem znamion chrześcijanina — bolestnych i poniżających ze swej natury, lecz radosnych, bo ubłogosławionych przez Niego. Wymienia On najpierw „ubogich w duchu" — co zawarte jest w tekście w słowie „pokorny sercem" — po drugie, „tych, którzy płaczą", i ci zaprawdę są szczególnie tymi, którzy dźwigają na barkach jarzmo Chrystusa — po trzecie, „cichych", o których mowa jest też w tekście, gdy nakazuje nam być podobnymi Jemu, który jest „cichy" — po czwarte, „łaknących i pragnących sprawiedliwości", a jakiejże sprawiedliwości, jeśli nie tej, którą wyjednał Krzyż Chrystusa i która staje się naszą sprawiedliwością, gdy bierzemy na siebie jarzmo Krzyża? Po piąte, „miłosiernych" — bo jak Krzyż jest sam w sobie dziełem nieskończonego miłosierdzia, tak gdy go dźwigamy, czyni nas miłosiernymi. Po szóste, „czystych sercem" — a to jest właśnie ten szczególny dar, którego Krzyż udziela nam najpierw, gdy wyryty na czole w niemowlęctwie, odrywa nas od świata, ciała i szatana, obrzezuje nas z pierwszego Adama i czyni nas czystymi, jak On jest czysty. Po siódme, „czyniących pokój" — bo jak On „uczynił pokój przez krew Krzyża swojego", tak i my stajemy się czynicielami pokoju na Jego wzór. I na końcu, po wszystkich siedmiu, dodaje tych, „których prześladują dla sprawiedliwości" — co jest niczym innym jak samym Krzyżem i najprawdziwszą postacią Jego jarzma, wspomnianą na ostatku, po wyliczeniu jego owoców.
Taki oto jest charakter, o którym mówi tekst. Człowiek ubogi w duchu, cichy, czysty sercem, miłosierny, jednający pokój, skruszony i gorliwie dążący do sprawiedliwości, jest prawdziwie — używając terminu powszechnie dziś stosowanego — człowiekiem umartwienia. Jest on charakterem, który z natury nawet oglądać nam się nie podoba, a cóż dopiero naśladować. Nie aprobujemy nawet tego charakteru ani nie kochamy go, dopóki nie mamy jakiejś cząstki łaski Bożej. Nie lubimy widoku umartwienia, póki się do niego nie przyzwyczajamy i nie zaczynamy łączyć z nim przyjemnych myśli. „Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć" — mówi Prorok. Komuż jakiś wizerunek świętego czy doktora Kościoła podoba się na pierwsze spojrzenie? Kto nie woli świeżości i blasku zdrowia w oczach? „Nie miał postawy ani urody" — jak Jego Pan i Mistrz przed nim. A jak nie lubimy wyglądu świętości, tak i nie lubimy jej życia. Gdy Chrystus po raz pierwszy oznajmił swoje przyszłe cierpienia, Piotr wziął Go na bok i począł Go upominać: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to na Ciebie". Oto uczucie tego, kto był jeszcze zwykłym dzieckiem w łasce — „gdy był dziecięciem, mówił jak dziecię, rozumiał jak dziecię, myślał jak dziecię", zanim „stał się mężem i wyzbył się tego, co dziecięce".
Są to słowa świętego Pawła w liście do Koryntian, i podaje on nam tam pod imieniem miłości jeszcze jeden opis owego samego niebieskiego usposobienia ducha, na którym polega chrześcijańska dojrzałość, i które Pan nasz opisał już był w Kazaniu na Górze. Mówi on: „Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący". A następnie opisuje ją jako cierpliwą, łaskawą, niezazdrosną, niechełpliwą, skromną w postępowaniu, bezinteresowną, miłującą prawdę, nieskłonną do gniewu, wszystko znoszącą i we wszystkim pokładającą nadzieję. Zgodna z tym jest ocena mądrości u świętego Jakuba: jest ona „czysta, łagodna, skłonna do ustępowania, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, bezstronna i nieobłudna".
We wszystkich tych miejscach opisuje się jeden i ten sam charakter — miły Bogu, niemiły ludziom; niemiły ludziom zarówno sam w sobie, jak i dlatego, że pociąga za sobą zmianę, i to bolesną, w tej lub innej postaci. Nic prócz cierpienia — poza rzadkimi wyjątkami — nie czyni nas takimi, jakimi powinniśmy być: łagodnymi zamiast ostrymi, cichymi zamiast gwałtownymi, skłonnymi do ustępowania zamiast aroganckich, pokornymi zamiast wyniosłych, czystymi sercem zamiast zmysłowych, wrażliwymi na grzech zamiast cielesnych. Oto szczególny cel, który jest nam postawiony: stać się świętymi jak Święty, który nas powołał, i karcić oraz chłostać samych siebie, abyśmy takimi mogli się stać. I możemy być pewni, że jeśli sami siebie nie będziemy chłostać, Bóg nas ochłoszcze. Jeśli sami siebie sądzimy, przez Jego miłosierdzie nie będziemy przez Niego sądzeni; jeśli nie umartwiamy się w rzeczach drobnych, On dotknie nas w rzeczach wielkich; jeśli nie zabierzemy się za zmianę samych siebie łagodnymi środkami, On zmieni nas środkami surowymi. „Uśmierzyłem i uciszałem swoją duszę jak odstawione od piersi niemowlę u swojej matki" — mówi Dawid. „Umartwiam moje ciało i biorę je w niewolę" — mówi święty Paweł. Oczywiście szatan będzie się starał wszystkie nasze wysiłki obrócić na swoje cele. Będzie się starał sprawić, byśmy zbytnio siebie cenili za to, co czynimy; chciałby uczynić, byśmy gardzili innymi; będzie próbował usidlić nas w rozmaite sposoby. Oczywiście wszystko obraca ku złu, na ile może — wszystkie nasze krzyże mogą stać się pokusami: choroba, utrapienie, żałoba, ból, utrata ziemskich nadziei, niepokój — wszystko to może być narzędziem zła. Tak samo może nim być każda metoda samoumartwienia — lecz nie powinna nią być i nie musi. A prawy ich skutek, przez łaskę Ducha Świętego, jest taki, że upodabniają nas do Niego, który doznał wszelkiego bólu, fizycznego i duchowego, z wyjątkiem grzechu, w całej pełni. Wiemy, jaki był Jego charakter — jak poważna i skupiona Jego mowa, Jego zachowanie, Jego czyny; jaki spokój, opanowanie, czułość i wytrwałość; jak odpierał zło; jak nadstawiał policzek temu, który Go uderzył; jak błogosławił prześladującym; jak powierzał się Bogu i Ojcu swojemu; jak cierpiał w milczeniu i nie otwierał ust, gdy Go złośliwie oskarżano.
Niestety, tak właśnie jest: świat nie tylko nie naśladuje takiego usposobienia ducha, lecz — jeśli prawdę trzeba powiedzieć — gardzi nim. Co prawda, gdy chodzi o przykład samego Pana naszego, siła wychowania, przyzwyczajenia, obyczaju, wzajemnej bojaźni i pewnej reszty czci powstrzymuje świat od zastanawiania się nad rysami charakteru, jakie Ewangelie Mu przypisują; lecz w Jego naśladowcach świat je dostrzega, rozumie — i potępia. Nakazuje się nam pożyczać i dawać, nie oczekując niczego w zamian; nie mścić się; oddać płaszcz, gdy ktoś bierze szatę; nadstawić lewy policzek, gdy prawego ktoś uderzy; cierpieć bez skargi; sądzić o ludziach lepiej, niż na to zasługują; powstrzymywać się od słów gorzkich; modlić się wówczas, gdy inni byliby niecierpliwi, by działać; wyrzekać się siebie dla dobra innych; żyć zadowolonym z tego, czym się jest; zachowywać nieznajomość grzechu i świata. Czymże jest to wszystko, jeśli nie charakterem ducha, którym świat pogardza i z którego szydzi jeszcze bardziej, niż go nienawidzi? Charakterem, który zdaje się zapraszać zniewagi, bo je znosi. Czyż to nie jest, co powiedzieliby o takim człowieku ludzie światowi? „Taki człowiek nie nadaje się do życia; nie ma wzroku na nic; nie zna różnicy między dobrem a złem; jest pokorno i bez ducha, jest prosty i tępy, łatwą ofiarą dla łupieżcy lub oszusta; jest tchórzem i małodusznym, niemęski, słaby, przesądny i marzyciel" — i wiele innych słów, bardziej pogardliwych i bardziej potocznych, niż godziłoby się używać w kościele. A jednak taki jest charakter, którego wzór dał nam Chrystus; taki był charakter Apostołów; taki jest charakter, który zawsze zwyciężał świat. „W wielkiej cierpliwości, w utrapieniach, w niedostatkach, w uciskach, w chłostach, w więzieniach, w czuwaniach, w postach, w czystości, w umiejętności, w wielkoduszności, w łagodności, w Duchu Świętym, w miłości nieobłudnej, w słowie prawdy, w mocy Bożej, przez oręż sprawiedliwości po prawej i po lewej stronie, przez chwałę i bezcześć, przez złą i dobrą sławę, jako zwodziciele, a przecież prawdomówni; jako karci, a nie zabici; jako smutni, lecz zawsze radośni" — oto broń naszego boju, „która nie jest cielesna, ale ma od Boga moc burzenia twierdz". To świat wyśmiewa — a mimo to ujarzmili nim świat. Owszem, choć zdaje się wielce niemęskie, w końcu okazało się najbardziej bohaterskie. Bo z niego właśnie wyrasta charakter heroiczny. Jedynie ten, kto odrzucił ten świat, może go pokonać; jedynie ten, kto się od niego oderwał, jest niedotykalny dla niego; jedynie ten, kto się go nie boi, może być odważny; jedynie ten, kto się nim nie wzrusza, może być niezłomny; jedynie ten, kto go nie miłuje, może być wobec niego surowy. Rozpacz czyni ludzi śmiałymi — i tak właśnie ten, kto nie ma już nic do stracenia na świecie, nie ma się czego od niego obawiać. Ten, kto prawdziwie zasmakował Krzyża prawdziwego, nie zazna bólu gorzkszego ani radości żywszej.
Starałem się napomnieć was, bracia moi, że wzięcie na siebie jarzma Chrystusowego i uczenie się od Niego jest czymś bardzo odrębnym i szczególnym, i wielce niepodobnym do żadnej innej służby i żadnego innego charakteru. Jest ono wynikiem zmiany ze stanu natury — zmiany tak wielkiej, że można ją nazwać śmiercią, a nawet ukrzyżowaniem naszego stanu naturalnego. Nigdy nie pozwalajcie sobie, bracia moi, wyobrażać, że prawdziwy charakter chrześcijański może współistnieć z charakterem świata, albo że jest charakterem świata ulepszonym — jedynie wyższym rodzajem charakteru doczesnego. Nie, jest to charakter nowy; albo, jak to ujmuje święty Paweł, „nowe stworzenie". Mówiąc o Krzyżu Chrystusa, powiada: „Nie daj Boże, bym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z Krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez który świat stał się dla mnie ukrzyżowany, a ja dla świata. Bo ani obrzezanie nic nie znaczy, ani nieobrzezanie, ale nowe stworzenie". Jest to charakter nowy — i jest on jeden. Jest zawsze jeden i ten sam. Nie jeden u Apostołów, a inny u chrześcijanina dnia dzisiejszego; nie jeden w wielkim, a inny w małym; jeden u bogatego, a inny u ubogiego; jeden u Anglika, a inny u cudzoziemca; jeden u mężczyzny, a inny u kobiety. Gdzie ktoś przywdziewa Chrystusa, mówi nam święty Paweł, tam „nie ma już Żyda ani Greka, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jedno jesteście w Chrystusie Jezusie". Czym jest Łazarz, tym musi stać się Bogacz; czym byli Apostołowie, tym musi być każdy z nas. Wielcy tego świata uważają za stosowne u siebie okazywać pewną pychę i zarozumiałość; bogaci domagają się szacunku z racji swego bogactwa; królowie i książęta sądzą, że stoją ponad pouczaniem przez kogokolwiek; ludzie ze stanu średniego uważają, że wystarczy im być przyzwoitymi i szanowanymi, i uważają świętość za zbytek dla nich; ubodzy sądzą, że zbawią się ubóstwem. Lecz do jednych i drugich mówi Chrystus: „Przyjdźcie do Mnie", „Uczcie się ode Mnie". Jest tylko jeden Krzyż i jeden charakter ducha przez niego ukształtowany; i nic nie może być od niego dalsze niż owe usposobienia i skłonności, w których żyje większość ludzi zwących się chrześcijanami. Stawiać na swoim, postępować wedle własnych upodobań, dogadzać sobie, mieć wszystko po swojej myśli, nie być krzyżowanym, pobłażać wygodzie życia, mało czynić dla Boga, myśleć o Nim co jakiś czas, lecz żyć dla tego świata; dążyć do rzeczy tego świata; sądzić o wszystkim wedle własnego przypadkowego zdania, lepszego lub gorszego; mierzyć ludzi pobożnych, rozstrzygać o słusznym lub niesłusznym w religii wedle ulubionej fantazji; chełpić się kształtowaniem i podtrzymywaniem własnego zdania; obstawać przy swoich prawach; bać się twardych słów i chłodnych spojrzeń ludzkich, obawiać się być zbyt pobożnym, drżeć przed oryginalnością; pozostawiać serca i umysły, myśli, słowa i czyny własnemu losowi — oto, w tej lub innej mierze, charakter, który ilustruje tłum, nawet spośród tych, których zwie się szanowanymi ludźmi. I nic dziwnego, że tak będąc, mówią przeciw tym, którzy mają lub starają się mieć poważniejszy pogląd na religię i których sposób życia ich potępia. Jeśli jest tylko jeden charakter serca, który może podobać się Bogu, obydwa te przeciwne charaktery nie mogą Mu jednocześnie podobać się — jeden z nich nie podoba Mu się; jeśli łatwa religia jest właściwa, surowa jest błędna; jeśli surowa religia jest właściwa, łatwa jest błędna. Nie łudźmy się — nie ma dwóch dróg zbawienia: szerokiej i wąskiej. Świat, który obiera drogę szeroką, wskutek tego nienawidzi i odrzuca drogę wąską; a z kolei Pan nasz błogosławiony, który wybrał dla nas drogę wąską, nienawidzi, gardzi, odrzuca, potępia drogę szeroką. Zaiste tak czyni; nienawidzi drogi szerokiej tak całkowicie, jak świat nienawidzi drogi wąskiej; a jeśli dajemy się przekonać, by opowiedzieć się ze światem, opowiadamy się przeciw Niemu. Gdy święty Piotr rzekł: „Panie, nie przyjdzie to na Ciebie!" — przerażony wzmianką, że Pan jego ma cierpieć — jaka była Jego odpowiedź? Czy dziękował mu za gorliwość? Czy przynajmniej puścił to w milczeniu? Odpowiedział: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie". I podobnie do zepsutego kościoła w Laodycei mówi: „A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ponieważ mówisz: »Jestem bogaty i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję«, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi — radzę ci kupić u Mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się przyodział i aby nie ujawniła się haniebna twoja nagość, i maścią natrzyj swoje oczy, abyś widział". A następnie dodaje: „Tych wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę" — to znaczy wkłada na nich swoje jarzmo — „Bądź więc gorliwy i nawróć się".
Na zakończenie. Jeśli Bóg Wszechmogący porusza któregoś z nas, tak że rodzą się w nas myśli wzniosłe; jeśli z lektury Pisma Świętego lub świętych ksiąg odkrywamy, że zdolni jesteśmy przyjąć poglądy ponad ziemskie; jeśli dano nam poznać chwałę królestwa Chrystusowego, przejrzeć jego duchową naturę, podziwiać życie świętych i pragnąć je naśladować; jeśli odczuwamy i rozumiemy, że dobrze jest dźwigać jarzmo w młodości, dobrze być w utrapieniu, dobrze być ubogim, dobrze być w stanie nizkim, dobrze być wzgardzonym; jeśli w wyobraźni kładziemy się u stóp owych umartwwionych mężów dawnych wieków, którzy na wzór świętego Pawła umierali codziennie i nie znali nikogo wedle ciała; jeśli to wszystko odczuwamy i jesteśmy świadomi, że odczuwamy — nie chełpmy się. Dlaczego? Bo z pewnością takie uczucia są dla nas zadatkiem, że Bóg da im w pewien sposób sposobność do wypróbowania. Daje je nam po to, by je wyćwiczyć. Daje nam sposobność do ich stosowania. Nie śmiejcie się rozkoszować wzniosłymi myślami; bądźcie ostrożni z nimi i powściągajcie je — są one cieniami nadchodzących prób; nie są dane na próżno; są dane w pewnym celu; cel ów nadchodzi. Bracia moi, policzcie koszty; nigdy Bóg nie daje wiary, nie wystawiając jej na próbę; nigdy nie wzbudza pragnienia zasiadania po prawicy i lewicy Swojej, nie spełniając go przez sprawienie, że umywamy nogi braci naszych. O straszne wyobrażenia, które na pewno mają się ziścić! O niebezpieczne życzenia, które są wysłuchiwane i od razu spełniane! Niechaj tylko Bóg wszystko stosuje do nas tak, by nic nie przerastało naszych sił!