HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VII

Kazanie X. Ukrzyżowanie

Gdy zawiniłem i nie umiem sobie wybaczyćGdy potrzebuję nadziei Męka i KrzyżSkrucha i pokuta
„Dręczono Go i gnębiono, lecz On nie otworzył ust swoich; jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją — tak On nie otworzył ust swoich."
W skrócie. Kazanie wielkopiątkowe uczy, jak wzbudzić w sobie miłość do Chrystusa przez rozmyślanie o Jego Męce. Newman używa analogii z okrucieństwem wobec zwierząt i dzieci, aby poruszyć serca słuchaczy: Chrystus był równie bezbronny i niewinny. Wzywa do wyobrażenia sobie ukrzyżowanego Pana i modlitwy słowami skruszonego łotra: „Panie, wspomnij na mnie".

„Wydaje mi się bowiem — biorąc pod uwagę okoliczności tej sprawy — rzeczą niemożliwą, aby ktokolwiek osiągnął miłość Chrystusa, kto nie doznaje żadnego bólu, żadnego udręczenia na myśl o Jego gorzkich mękach i kto nie wyrzuca sobie, że własnymi grzechami miał udział w ich sprowadzeniu.”

*„Dręczono Go i gnębiono, lecz On nie otworzył ust swoich; jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją — tak On nie otworzył ust swoich."* — Iz 53,7

Święty Piotr niemal w sposób opisowy mówi o chrześcijaninie, że miłuje Tego, kogo nie widział; zwracając się do Chrystusa, pisze: „którego, choć nie widzieliście, miłujecie; w którego, choć teraz nie widzicie, przecież wierzycie, i radujecie się radością niewysłowioną i pełną chwały". I znów mówi o „doświadczeniu, że Pan jest dobry". Jeśli nie mamy prawdziwej miłości do Chrystusa, nie jesteśmy Jego prawdziwymi uczniami; nie możemy zaś Go miłować, nie żywiąc ku Niemu szczerej wdzięczności; nie możemy też należycie odczuć wdzięczności, jeśli nie odczuwamy boleśnie tego, co On za nas wycierpiał. Wydaje mi się bowiem — biorąc pod uwagę okoliczności tej sprawy — rzeczą niemożliwą, aby ktokolwiek osiągnął miłość Chrystusa, kto nie doznaje żadnego bólu, żadnego udręczenia na myśl o Jego gorzkich mękach i kto nie wyrzuca sobie, że własnymi grzechami miał udział w ich sprowadzeniu.

Wiem doskonale i pragnę, bracia moi, żebyście nigdy o tym nie zapomnieli, że samo uczucie nie wystarcza; że nie dość jest jedynie coś czuć, nic więcej poza tym; że boleć nad cierpieniami Chrystusa, a jednak nie iść za tym z posłuszeństwem, nie jest prawdziwą miłością, lecz szyderą. Prawdziwa miłość i czuje właściwie, i postępuje właściwie; lecz równocześnie: jak gorące uczucia bez pobożnego życia są rodzajem obłudy, tak z drugiej strony prawe postępowanie, któremu nie towarzyszą głębokie uczucia, jest w najlepszym razie religijnością bardzo niedoskonałą. A w tym szczególnym czasie roku jesteśmy zwłaszcza wezwani, by wznosić serca ku Chrystusowi i żywić w sobie żywe i przenikliwe uczucia bólu i wstydu, skruchy i wdzięczności, miłości i czułego przywiązania, a zarazem zgrozy i trwogi — rozpamiętując owe straszliwe cierpienia, przez które nasza zbawienie zostało odkupione.

Prośmy Boga, by dał nam *wszystkich* łask; i choć na pierwszym miejscu prośmy, aby nas uczynił świętymi, prawdziwie świętymi, prośmy Go zarazem, aby dał nam *piękno* świętości, które polega na czułym i gorliwym przywiązaniu do naszego Pana i Zbawiciela — tak jak piękno ciała jest ozdobą człowieka zewnętrznego: niechaj dzięki miłosierdziu Bożemu nasze dusze mają nie tylko siłę i zdrowie, lecz jakby kwitnący blask i wdzięk; i niechaj w miarę jak starzeje się nasze ciało, my z roku na rok młodniejemy duchem.

Zapytacie może, jak nauczyć się bólu i udręki na myśl o cierpieniach Chrystusa. Odpowiadam: *przez* myślenie o nich, to znaczy przez *zatrzymywanie się* na tej myśli. To jest — dzięki miłosierdziu Bożemu — w mocy każdego. Każdy, kto tylko zechce w skupieniu rozważać dzieje tych cierpień, tak jak zostały nam opisane w Ewangeliach, będzie stopniowo przez łaskę Bożą nabierał ich poczucia, poniekąd je uobecni, poniekąd jakby będzie je widział, będzie je odczuwać nie jako opowieść zapisaną w księdze, lecz jako prawdziwą historię, jako ciąg zdarzeń, które się naprawdę dokonały. Jest to zaiste wielkie miłosierdzie, że ten obowiązek, o którym mówię, choć tak wzniosły, jest jednak dostępny dla wszystkich — uczonych i prostych — jeśli tylko pragną go wypełnić. Każdy może rozważać cierpienia Chrystusa, jeśli chce, i każdy dobrze wie, nad czym ma rozmyślać. „Nie jest ono w niebie, że mógłbyś mówić: Kto wstąpi do nieba dla nas i przyniesie je nam, żebyśmy mogli je słyszeć i wykonywać? Nie jest też za morzem, żebyś mógł mówić: Kto nam przepłynie morze?... Lecz słowo jest bardzo blisko ciebie" — bardzo blisko, bo zawarte jest w czterech Ewangeliach, które przynajmniej dziś są dostępne dla wszystkich. Wszyscy mogą czytać lub słyszeć Ewangelie, a znając je, wiedzą wszystko, co niezbędne, by właściwie czuć; wiedzą tyle, ile wie każdy, tyle ile nam zostało powiedziane, tyle ile kiedykolwiek mieli do dyspozycji najwspanialsi święci, napełnieni miłością i świętą bojaźnią.

Pozwólcie zatem, że uczynię teraz jedną czy dwie uwagi, które mają pobudzić wasze serca do żałowania nad cierpieniami Chrystusa, tak jak jesteście do tego wezwani w tym czasie.

**1.** Po pierwsze: jeśli chodzi o te cierpienia, zauważcie, że Pan nasz jest w mottcie kazania nazwany barankiem — a więc był tak samo bezbronny i niewinny jak baranek. Skoro zatem Pismo Święte porównuje Go do tego łagodnego i niezdolnego do obrony stworzenia, możemy bez zuchwałości i bez braku czci posłużyć się tym obrazem jako środkiem, który w naszych umysłach wzbudzi uczucia, jakie powinny budzić cierpienia Pana. Otóż zastanówcie się, jak głęboko wstrząsają nami opisy okrucieństw wyrządzanych zwierzętom. Czy nie napawa nas czasem grozą ich słyszenie lub czytanie w jakimś przypadkowym piśmie, które weźmiemy do ręki? Raz jest to samowolny czyn barbarzyńskich i gniewnych właścicieli, którzy maltretują swoje bydło lub zwierzęta pociągowe; innym razem chłodne i wyrachowane działanie ludzi nauki, przeprowadzających eksperymenty na zwierzętach — może z czystej ciekawości. Nie chcę wdawać się w szczegóły z wielu powodów; lecz jeden z tych wypadków, który w dzisiejszych czasach zdarza się i zda się bardziej wstrząsający od innych, to ten, gdy biedna, niema ofiara zostaje przybita do ściany, przebita, zraniona i tak zostawiona, by powoli gasnąć. Czy nie widzicie, że mam powód, by to mówić, i nie używam tych bolesnych słów bez celu? Bo czymże było to okrucieństwo, jeśli nie właśnie tym, które zadano naszemu Panu? On był wychłostany ranami biczowania, przebity przez dłonie i stopy, i tak przybity do Krzyża, i tam pozostawiony — na widok publiczny. Co zaś sprawia, że poruszają nas serca i ogarnia nas wstręt, gdy widzimy okrucieństwo wobec biednych zwierząt? Myślę, że przede wszystkim to, iż nie wyrządziły nikomu krzywdy; i to, że nie mają żadnej możliwości oporu — to tchórzostwo i tyrania, których są ofiarami, sprawia, że ich cierpienia są tak szczególnie wzruszające. Bo na przykład, gdyby to były zwierzęta niebezpieczne, powiedzmy dzikie bestie na wolności, zdolne nie tylko się bronić, lecz nawet nas atakować — choćbyśmy niechętnie słyszeli o ich ranach i agonii, nasze uczucia byłyby zupełnie inne; ale jest coś tak przerażającego, tak szatańskiego w dręczeniu tych, którzy nam nigdy nie wyrządzili krzywdy i nie mogą się bronić, którzy są w pełni w naszej mocy, którzy nie mają broni ani do ataku, ani do obrony — że tylko ludzie bardzo zatwardziali mogą znieść tę myśl. I właśnie tak wyglądał los naszego Zbawiciela: porzucił swą chwałę, rozwiązał — że tak powiem — swoje zastępy Aniołów, przyszedł na ziemię bez oręża, prócz oręża prawdy, łagodności i sprawiedliwości, i wydał się światu w doskonałej niewinności i bezgrzeszności, w absolutnej bezsilności — jako Baranek Boży. Według słów świętego Piotra: „On grzechu nie popełnił, a w ustach Jego nie było podstępu. On, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, lecz powierzył się Temu, który sądzi sprawiedliwie". Pomyślcie więc, bracia moi, o waszych uczuciach, gdy okrucieństwo jest wyrządzane zwierzętom, a uzyskacie jeden rodzaj uczucia, które historia Krzyża i Męki Chrystusa powinna w was wzbudzać. I pozwólcie, że dodam: to jest we wszystkich przypadkach jedno dobre zastosowanie, jakie możecie znaleźć w relacjach o samowolnych i bezlitosnych czynach wobec stworzeń niższych — niech was przypominają jak obraz o cierpieniach Chrystusa. Ten, który jest wyższy od Aniołów, raczył się uniżyć aż do stanu stworzenia, jak mówi Psalm: „Jam jest robak, a nie człowiek; pośmiewisko ludzkie i wzgardzony przez lud".

**2.** Weźmy inny przykład, który to jeszcze wyraziściej ukaże. Jakże ogarnęłoby nas przerażenie — i to nie na sam widok, lecz nawet na zwykłe słyszenie o — okrucieństwach wyrządzanych małemu dziecku! I dlaczego? Z tych samych dwóch powodów: bo jest tak niewinne i bo tak niezdolne do obrony. Nie chcę wchodzić w szczegóły takiego okrucieństwa — byłoby to zbyt rozdzierające. Cóż, gdyby źli ludzie wzięli małe dziecko i je ukrzyżowali? Gdyby rozmyślnie chwycili jego drobne ciałko i rozciągnęli jego ramiona, przybili je do drewnianej belki poprzecznej, wbili gwóźdź przez jego dwie nogi i przymocowali je do drzewca, i tak pozostawili, by umarło? Jest to niemal zbyt straszne do wypowiedzenia — może nawet powiecie, że *jest* za straszne i nie powinno być mówione. O, bracia moi, odczuwacie grozę tego, a jednak możecie czytać o cierpieniach Chrystusa bez grozy! Bo czymże jest agonia owego dziecka wobec Jego? Który bardziej na to zasłużył? Który jest bardziej niewinny? Który świętszy? Czy On nie był łagodniejszy, słodszy, cichszy, delikatniejszy, pełniejszy miłości niż jakiekolwiek małe dziecko? Czemu jesteście wstrząśnięci jednym, a nie jesteście wstrząśnięci drugim?

Albo weźmy jeszcze inny przykład — nie tak przerażający w swoich okolicznościach, lecz ukazujący nam inną cechę, w której Męka Chrystusa przewyższa cierpienia wszystkich niewinnych ofiar, jakie sobie wyobraziłem. Gdy Józef został posłany przez ojca do braci z poselstwem miłości, oni, ujrzawszy go, rzekli: „Oto idzie ten śniarz; chodźcie, zabijmy go". Nie zabili go jednak, lecz wrzucili do jamy wbrew jego agonii duszy i sprzedali jako niewolnika Izmaelitom; on zaś został zabrany do obcego kraju, gdzie nie miał żadnych przyjaciół. Było to czymś nader okrutnym i nader tchórzliwym ze strony synów Jakuba; a co jest w tym szczególnie wstrząsające, to to, że Józef był nie tylko niewinny i bezbronny, jako ich młodszy brat, którego powinni byli chronić — lecz nadto tak ufny i kochający, że nie musiał do nich przychodzić i w żadnym razie nie znalazłby się w ich mocy, *gdyby nie* jego pragnienie oddania im usługi. Kogoż ta historia nam przypomina, jeśli nie Tego, o którym pan winnicy powiedział, posyłając Go do rolników: „Będą szanować Syna mojego"? „Lecz rolnicy ujrzawszy syna, rzekli między sobą: To jest dziedzic; chodźcie, zabijemy go i posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili." Mamy tu zatem dodatkową okoliczność okrucieństwa, która dotyka nas w historii Chrystusa, a jest zasugerowana przez historię Józefa, lecz której nie można odnaleźć w cierpieniach żadnego zwierzęcia ani dziecka: Pan nasz był nie tylko niewinny i bezbronny, lecz przyszedł do swoich prześladowców z miłością.

**3.** A teraz, zamiast rozważać przypadek młodych, niewinnych i ufnych, weźmy inny przykład, który ukaże nam Mękę Pana w innym aspekcie. Wyobraźmy sobie jakąś osobę wiekową i czcigodną, którą znamy tak długo, jak długo cokolwiek pamiętamy, i którą miłowaliśmy i szanowaliśmy; wyobraźmy sobie kogoś, kto wielekroć okazywał nam życzliwość, uczył nas, dawał nam dobre rady, zachęcał, uśmiechał się do nas, pocieszał w utrapieniu — kogoś, o kim wiemy, że jest bardzo dobry i pobożny, bardzo święty, pełen mądrości, pełen nieba, o siwych włosach i poważnym obliczu, czekającego na wezwanie Wszechmogącego Boga, by opuścić ten świat i udać się do miejsca lepszego. Wyobraźmy sobie, że kogoś takiego, kogo znamy osobiście i czyje wspomnienie jest nam drogie, gwałtownie porywają dzicy mężczyźni, rozbierają publicznie do naga, znieważają, wloką tu i tam, wyśmiewają, biją, plują na niego, ubierają go w inne szaty dla kpin, następnie boleśnie chłoszczą po plecach, po czym obarczają jakimś ciężkim brzemieniem, którego dźwigać już nie może, targają i ciągną, aż wreszcie wystawiają ze wszystkimi jego ranami na widok tłumu prostackiego, który przychodzi i szydzi — cóż byśmy czuli? Przypomnijmy sobie w myśli tę lub inną osobę i zastanówmy się, jak bylibyśmy przygnieceni i przeszyci na wylot takim potwornym zdarzeniem.

Lecz czymże jest to wszystko wobec cierpień świętego Jezusa, o których czytamy jak o czymś zwyczajnym! Pomyślmy tylko o Nim: zraniony, bez odzienia, musiał wdrapać się po drabinie — jak mógł — prowadzącej na krzyż dość wysoko, by Jego mordercy mogli Go przybić. I zastanówcie się, *Kim* był Ten, który był w tej nędzy. Albo znów patrzcie na Niego umierającego, godzina po godzinie wykrwawiającego się — i jak? w spokoju? nie; z ramionami rozciągniętymi, z twarzą wystawioną na widok, i każdy kto chciał, przychodził i gapił się na Niego, naigrawał się, patrzył na stopniowe gaśnięcie Jego sił i nadchodzenie śmierci. Oto niektóre z wstrząsających szczegółów, jakie zawierają Ewangelie, i z pewnością zostały zapisane nie po próżnicy, lecz po to, byśmy na nich rozmyślali.

Czy sądzicie, że ci, którzy widzieli te rzeczy, mieli serce do jedzenia, picia lub do radowania się? Przeciwnie — czytamy, że nawet „lud, który zebrał się na to widowisko, gdy zobaczył, co się dokonało, bił się w piersi i wracał". Jeśli takie były uczucia ludu, jakież były uczucia świętego Jana, świętej Marii Magdaleny lub świętej Maryi, błogosławionej Matki Pana? Czy pragniemy być z tego grona? Czy pragniemy — zgodnie z Jego własną obietnicą — być szczęśliwszymi od łona, które Go nosiło, i piersi, które Go karmiły? Czy pragniemy być jak Jego brat i siostra, i matka? Winniśmy zatem mieć jakiś udział w bólu owej Matki! Gdy On był na krzyżu, a Ona stała przy nim — wtedy, wedle proroctwa Symeona, „duszę Jej przeszył miecz". Na cóż nam wspominanie Jego Krzyża i Męki, jeśli nie opłakujemy razem z Nią i nie jesteśmy pogrążeni w smutku? Rozumiem ludzi, którzy w ogóle nie obchodzą Wielkiego Piątku — są to ludzie wielce niewidzięczni, ale wiem, co mają na myśli; rozumiem ich. Natomiast wcale nie rozumiem, zupełnie nie pojmuję, co mają na myśli ci, którzy twierdzą, że go obchodzą, a przecież nie żałują, ani przynajmniej nie usiłują żałować. Taki duch żalu i lamentacji jest wyraźnie wskazany w Piśmie Świętym jako rys znamienny tych, którzy nawracają się do Chrystusa. Jeśli więc *my* nie żałujemy — czy *my* nawróciliśmy się do Niego? „Wyleję na dom Dawida" — mówi miłosierny Zbawiciel we własnych słowach, przed przyjściem na ziemię, przepowiadając to, co miało nastąpić — „na mieszkańców Jeruzalem Ducha łaski i błagania; i wejrzą na Tego, którego przebili, i *będą Go opłakiwać*, jak opłakuje się jedynaka, i będą po Nim boleć, jak się boleje po pierworodnym".

Dodam jeszcze jedno. Jeśli są tutaj obecne osoby, które świadome są w sobie, że nie czują żalu, jaki powinien im dać ten czas, które teraz czują się tak samo jak w innych chwilach — niech rozważą w sobie, czy może to upośledzenie nie bierze się stąd, że zaniedbały przychodzenia do kościoła, czy to w tym czasie, czy w innym, tak często, jak mogły. Nasze uczucia nie są w naszej mocy; tylko Bóg może rządzić naszymi uczuciami; tylko Bóg może sprawić, byśmy żałowali, gdy chcemy, a nie możemy żałować — ale czy to uczyni, jeśli nie szukaliśmy Go pilnie, stosownie do naszych możliwości, w tym domu łaski? Mówię o tych, którzy mogliby częściej przychodzić na nabożeństwa, a nie czynią tego. Wiem dobrze, że wielu nie może. Mówię o tych, którzy mogą, jeśli chcą. Nawet gdyby przychodzili tak często, jak są w stanie, wiem dobrze, że nie będą *zadowoleni* ze swoich uczuć; będą świadomi nawet wówczas, że powinni żałować bardziej niż żałują; żaden z nas oczywiście nie odczuwa wielkiego wydarzenia tego dnia tak, jak powinien, i dlatego wszyscy *powinniśmy* być z siebie niezadowoleni. Jeśli jednak nie jest to nasza własna wina, nie musimy tracić ducha, bo Bóg miłosiernie poprowadzi nas naprzód w swoim czasie; lecz jeśli to pochodzi stąd, że nie przychodzimy tu na modlitwę tak często, jak moglibyśmy — wtedy nasza oziębłość i umartwienie *są* naszą własną winą; i proszę was wszystkich, byście zważyli, że ta wina nie jest błaha. Napisano w Księdze Objawienia: „Oto przyjdzie z obłokami i ujrzy Go wszelkie oko i ci, którzy Go przebili; i będą lamentować nad Nim wszystkie pokolenia ziemi". My, bracia moi, każdy z nas, wstaniemy pewnego dnia z grobów i zobaczymy Jezusa Chrystusa; ujrzymy Tego, który wisiał na krzyżu, ujrzymy Jego rany, ujrzymy znaki na Jego dłoniach, stopach i boku. Czy chcemy być wśród tych, którzy będą biadać i lamentować, czy wśród tych, którzy będą się radować? Jeśli nie chcemy lamentować na Jego widok wtedy, musimy teraz żałować na Jego wspomnienie. Przygotujmy się na spotkanie z naszym Bogiem; przychodźmy do Jego obecności, kiedy tylko możemy; starajmy się jakby wyobrażać sobie, że widzimy Krzyż i Jego na nim; zbliżajmy się do niego; błagajmy Go, by spojrzał na nas jak na skruszonego łotra, i mówmy do Niego: „Panie, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa".

Niech ta prośba dołączy, bracia moi, do modlitwy, z którą macie za chwilę opuścić tę świątynię. Gdy dam wam błogosławieństwo, powiecie sobie w duchu krótką modlitwę. Otóż wyobraźcie sobie, że widzicie Jezusa Chrystusa na krzyżu, i mówcie do Niego za skruszonym łotrem: „Panie, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa" — to znaczy: „Wspomnij na mnie, Panie, w miłosierdziu, nie wspominaj grzechów moich, lecz własnego Krzyża; wspomnij własnych cierpień, wspomnij, żeś cierpiał za mnie, grzesznika; wspomnij w dniu ostatecznym, że ja, przez całe swe życie, czułem Twoje cierpienia, że cierpiałem na moim krzyżu przy Twoim boku. Wspomnij mnie tedy, a uczyń, bym teraz wspominał Ciebie."

← wróć do odkrywania