HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VIII

Kazanie II. Boże wezwania

Gdy szukam swojej drogi albo decyzjiGdy chcę żyć lepiej, ale nie wiem od czego NawróceniePosłuszeństwo
„A Pan przyszedł, i stanął, i zawołał jak poprzednio: Samuelu! Samuelu! I odpowiedział Samuel: Mów, bo sługa Twój słucha."
W skrócie. Kazanie o Bożych wezwaniach przez całe życie człowieka: od chrztu, przez zdarzenia Opatrzności, po wewnętrzne oświecenia. Chrystus wzywa nas wielokrotnie — do wyższego stanu świętości, nie tylko raz w przeszłości. Kluczem jest natychmiastowe, bezwarunkowe posłuszeństwo, jak u Samuela, Pawła i Apostołów.

„Pojawia się jakaś kusząca propozycja; grozi nam jakaś nagana lub dyskredyt; albo musimy rozstrzygnąć i wyznać, co jest prawdą, a co błędem.”

*„A Pan przyszedł, i stanął, i zawołał jak poprzednio: Samuelu! Samuelu! I odpowiedział Samuel: Mów, bo sługa Twój słucha."* — 1 Sm 3,10

W opowieści, której słowa te są częścią, mamy niezwykły przykład Bożego wezwania oraz sposobu, w jaki powinniśmy na nie odpowiadać. Samuel już od dziecka był oddany do domu Pańskiego; w stosownym czasie powołano go do świętego urzędu i uczyniono prorokiem. Został wezwany i niezwłocznie na to wezwanie odpowiedział. Bóg rzekł: „Samuelu, Samuelu!" Z początku Samuel nie rozumiał, kto woła ani co to znaczy; dopiero udając się do Helego, dowiedział się, kto przemawia i jak powinien odpowiedzieć. Gdy więc Bóg zawołał ponownie, odrzekł: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha." Oto posłuszeństwo bez zwłoki.

Powołanie świętego Pawła przebiegało w zupełnie innych okolicznościach, lecz łączy je z powołaniem Samuela jedno: gdy Bóg zawołał, Paweł również natychmiast był posłuszny. Gdy święty Paweł usłyszał głos z nieba, przemówił od razu, drżąc i zdumiony: „Panie, co mam czynić?" Ten sam duch posłuszeństwa zaznacza się wprost lub pośrednio w dwóch relacjach, które on sam składa ze swego cudownego nawrócenia. W rozdziale dwudziestym drugim powiada: „I rzekłem: Co mam czynić, Panie?" A w rozdziale dwudziestym szóstym, po opowiedzeniu królowi Agryppie, co rzekł do niego Boski głos, dodaje słowa na to samo wychodzące: „Dlatego, królu Agryppo, *nie byłem nieposłuszny* niebiańskiemu widzeniu." Taki jest opis tego pierwszego kroku w miłościwym Bożym działaniu wobec Pawła — kroku, który zakończył się jego wiecznym zbawieniem. „Których bowiem przedtem poznał, tych też przeznaczył" — „których przeznaczył, tych też powołał" — tu był pierwszy akt dokonany w czasie — „a których powołał, tych też usprawiedliwił, a których usprawiedliwił, tych też otoczył chwałą." Oto Boży porządek miłosierdzia; i widzimy, że to właśnie natychmiastowe posłuszeństwo świętego Pawła przeniosło pierwszy akt Bożej łaski w drugi, łącząc pierwsze miłosierdzie z drugim. „Których powołał, tych też usprawiedliwił." Święty Paweł został powołany, gdy Chrystus ukazał mu się w drodze; usprawiedliwiony zaś, gdy Ananiasz przyszedł go ochrzcić — a posłuszeństwo bez zwłoki powiodło go od wezwania do chrztu. „Panie, co mam czynić?" Odpowiedź brzmiała: „Wstań i idź do Damaszku, a tam powiedzą ci wszystko, co masz czynić." Gdy zaś przybył do Damaszku, ten sam Pan, który mu się ukazał, posłał do niego Ananiasza — i Ananiasz przypomniał Pawłowi o tym przy spotkaniu. Pan ukazał się, by go wezwać; Pan ukazał się, by go usprawiedliwić.

Taką to naukę przynosi nam nawrócenie świętego Pawła: odpowiadać na wezwanie bez zwłoki. Jeśli będziemy posłuszni — chwała niech będzie Bogu, bo to On w nas działa. Jeśli nie będziemy posłuszni — wstyd niech spadnie na nas samych, bo grzech i niewiara w nas działają. Mając to na uwadze, dbajmy o właściwe postępowanie: bójmy się żarliwie, że moglibyśmy nie usłuchać głosu Bożego, gdy nas woła, a zarazem nie przypisujmy sobie chwały ani zasługi, jeśli usłuchamy. Taki był duch wszystkich świętych od początku — „z bojaźnią i drżeniem" dopełniali swojego zbawienia, a przecież całe dzieło przypisywali Temu, który w nich działał z upodobaniem, dając im i chcenie, i wykonanie; słuchali wezwania i dziękowali Temu, który woła, który w nich dopełnia ich powołania. Tyle o przykładzie danym nam przez świętego Pawła.

Zupełnie odmienne były okoliczności powołania Samuela — dziecka w świątyni — lecz upodobnia je do wezwania Pawłowego to, że dla naszego pouczenia okoliczność jego posłuszeństwa jest wyraźnie uwypuklona nawet w samych słowach włożonych mu w usta przez Helego w tekście. Heli pouczył go, co odpowiedzieć, gdy odezwie się Boży głos. Toteż gdy „Pan przyszedł, i stanął, i zawołał jak poprzednio: Samuelu! Samuelu! — Samuel odpowiedział: Mów, Panie, bo sługa Twój słucha."

Podobną właśnie postawę ducha wyraża pobożny Dawid w Psalmie dwudziestym siódmym: „Gdy rzekłeś: Szukajcie oblicza mego! — serce moje rzekło Tobie: Oblicza Twego, Panie, szukam."

Ta postawa, zilustrowana w powyższych przykładach słowami, jest u wielu innych świętych w Piśmie Świętym ukazana słowem i czynem; z drugiej zaś strony ilustruje się ją kontrastowo przez jej brak u tych, którzy mogli wejść na drogę życia, a jednak tego nie uczynili.

Na przykład czytamy o Apostołach, że „gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i Andrzeja, brata jego, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. *Oni zaś natychmiast* porzucili sieci i poszli za Nim." I znowu: gdy ujrzał Jakuba i Jana wraz z ojcem ich Zebedeuszem, „*zawołał* ich; a oni *natychmiast zostawili łódź i ojca* i *poszli* za Nim." I tak samo o świętym Mateuszu siedzącym przy cle: „Rzekł do niego: Pójdź za Mną. On wstał i poszedł za Nim, zostawiwszy wszystko."

Dalej, powiada się w Ewangelii świętego Jana: „Jezus chciał wyruszyć do Galilei i napotkał Filipa, i rzekł do niego: *Pójdź za Mną.*" I znowu: „Filip odnalazł Natanaela" i podobnie mówi mu: „Chodź i zobacz." „Gdy Jezus ujrzał zbliżającego się Natanaela, powiedział o nim: Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma fałszu."

Z drugiej strony młodzieniec uchylił się od wezwania i znalazł trudnym słowa: „Jeśli chcesz być doskonały, idź i sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź za Mną. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł smutny, gdyż miał wiele majętności." Inni zdawali się wahać — a raczej prosili o krótką zwłokę z ludzkiego uczucia — i zostali upominani za brak bezzwłocznego posłuszeństwa; bo czas na nikogo nie czeka: słowo wezwania zostaje wypowiedziane i przemija; kto nie uchwyci chwili, traci ją. Chrystus szedł drogą ku niebu. Przechodził obok Jeziora Galilejskiego; „szedł dalej"; „minął"; nie zatrzymywał się; wszyscy musieli się przyłączyć do Niego, bo wołałby już innych, gdy tamci by nie zdążyli. „Rzekł do innego: Pójdź za Mną. A on odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw odejść i pogrzebać mego ojca. Jezus mu rzekł: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, ty zaś idź i głoś królestwo Boże. Jeszcze inny rzekł: Pójdę za Tobą, Panie, lecz pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu. Jezus mu odrzekł: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego."

Nie są od tych ostatnich przykładów odległe okoliczności powołania wielkiego proroka Elizeusza, choć nie widać, by Eliasz ganił go za to, że ociągał się myślami przy tym, co opuszczał. „Znalazł Elizeusza, syna Szafata, kiedy orał... Eliasz przeszedł obok niego i zarzucił na niego swój płaszcz." Nie zatrzymał się; poszedł dalej, a Elizeusz musiał biec za nim. „I zostawił woły, i pobiegł za Eliaszem, i rzekł: Pozwól mi ucałować ojca i matkę, a potem pójdę za tobą." Na to prorok mu zezwolił, a potem „wstał i poszedł za Eliaszem, i służył mu."

Rozważmy jeszcze okoliczności powołania Abrahama, ojca wszystkich wierzących. Został wezwany spośród rodu swego ojca, lecz nie powiedziano mu, dokąd. Świętemu Pawłowi nakazano udać się do Damaszku, gdzie miał otrzymać dalsze wskazania. Podobnie Abraham opuścił dom swój, by udać się do ziemi, „którą *ci ukażę*" — powiada Bóg Wszechmogący. „I wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie." „Abram odszedł, jak mu nakazał Pan."

Takie są biblijne przykłady Bożych wezwań, a ich cechą wspólną jest następująca: żądają natychmiastowego posłuszeństwa i wzywają nas — nie wiadomo dokąd; wzywają, by iść w ciemność. Tylko wiara potrafi im być posłuszna. Lecz można by zapytać: co to nas dziś obchodzi? Wszyscy zostaliśmy powołani do służby Bożej jeszcze w niemowlęctwie, zanim mogliśmy okazać posłuszeństwo lub nieposłuszeństwo; zastaliśmy to powołanie, gdy zaczął świtać rozum; zostaliśmy wezwani do stanu zbawienia i żyjemy jako słudzy i dzieci Boże przez cały czas naszej próby — wprowadzeni weń w niemowlęctwie przez Chrzest Święty, aktem naszych rodziców. Wezwanie nie jest dla nas rzeczą przyszłą, lecz przeszłą.

To prawda w dostatecznym stopniu; a jednak prawdą jest też, że przytoczone przeze mnie słowa Pisma Świętego odnoszą się do nas nadal — dotyczą nas i mogą nam służyć za ostrzeżenie i przewodnik na wiele ważnych sposobów; co kilka słów wyjaśni.

Bo w istocie nie jesteśmy wezwani tylko raz, lecz wielokrotnie; przez całe nasze życie Chrystus nas wzywa. Wezwał nas po raz pierwszy w Chrzcie; ale i potem; czy słuchamy Jego głosu, czy nie, łaskawie wzywa nas nadal. Gdy upadamy po Chrzcie, woła nas do pokuty; gdy usiłujemy wypełniać nasze powołanie, wzywa nas naprzód — od łaski do łaski i od świętości do świętości, póki dane nam jest życie. Abraham został wezwany ze swego domu, Piotr od sieci, Mateusz od kasy celnej, Elizeusz od pola, Natanael z jego zaciszy; wszyscy jesteśmy w biegu wezwania, ciągle naprzód, od jednej rzeczy do drugiej, bez miejsca spoczynku, wspinając się ku wiecznemu odpoczynkowi i będąc posłuszni jednemu przykazaniu tylko po to, by otrzymać następne. Wzywa nas raz po raz, by nas coraz to na nowo usprawiedliwiać — i raz po raz, i coraz pełniej — by nas uświęcać i otaczać chwałą.

Dobrze by było, gdybyśmy to rozumieli; lecz jesteśmy powolni w przyswajaniu tej wielkiej prawdy, że Chrystus jakby przebywa pośród nas i swoją ręką, wzrokiem czy głosem wzywa nas, byśmy szli za Nim. Nie rozumiemy, że Jego wezwanie jest rzeczą, która dzieje się teraz. Myślimy, że działo się to w czasach Apostołów; lecz sami w nie nie wierzymy i nie wypatrujemy go we własnym życiu. Nie mamy oczu, by widzieć Pana; jakże inaczej niż umiłowany Apostoł, który rozpoznał Chrystusa, gdy pozostali uczniowie jeszcze Go nie poznali. Gdy stanął na brzegu po swym zmartwychwstaniu i kazał im zarzucić sieć w morze, „ów uczeń, którego Jezus miłował, mówi do Piotra: To jest Pan!"

A mówię o tym, co następuje: że ludzie żyjący pobożnie napotykają co pewien czas na prawdy, których wcześniej nie znali lub nie mieli potrzeby rozważać — prawdy narzucające się z mocą, które pociągają za sobą obowiązki, które są w istocie nakazami i domagają się posłuszeństwa. W taki i podobny sposób Chrystus wzywa nas dziś. Nie ma nic cudownego ani nadzwyczajnego w Jego postępowaniu z nami. Działa przez nasze naturalne władze i okoliczności życia. A przecież to, co nam się przydarza w Opatrzności, jest pod każdym istotnym względem tym samym, czym był Jego głos dla tych, do których przemawiał na ziemi: czy rozkazuje przez widzialne przyjście, przez głos czy przez nasze sumienie — nie ma to znaczenia, byle tylko odczuwać to jako rozkaz. Jeśli jest rozkazem, można mu być posłusznym lub nie; można przyjąć go jak Samuel lub święty Paweł, albo odrzucić na wzór młodzieńca, który miał wielkie majętności.

A te Boże wezwania są dziś przeważnie — z natury rzeczy — nagłe, tak jak i dawniej niejasne i niepewne w swych następstwach. Zdarzenia i wypadki życia są, co oczywiste, jednym ze szczególnych sposobów, w jakie dochodzą do nas owe wezwania; a te, jak wszyscy wiemy, są z samej swej natury, jak wskazuje samo słowo „wypadek", nagłe i niespodziewane. Człowiek wiedzie swoje zwykłe życie; wraca pewnego dnia do domu i zastaje list albo wiadomość, albo jakąś osobę, która przynosi mu nagłą próbę. Jeśli ją przyjmie po Bożemu, stanie się ona środkiem prowadzącym go ku wyższemu stanowi doskonałości religijnej — stanowi, który teraz pojmuje tak mało, jak pojmował niewysłowione słowa zasłyszane przez świętego Pawła w raju. Przez próbę rozumiemy zazwyczaj coś, co jeśli dobrze zniesione, utwierdza człowieka w jego dotychczasowej drodze; lecz mówię tu o czymś więcej: o czymś, co nie tylko utwierdzi go, ale uniesie na wyższy poziom wiedzy i świętości. Wielu ludzi, spoglądając wstecz na minione życie, dostrzeże uderzająco różne wyobrażenia, jakie miało się w różnych jego okresach o tym, czym jest Boska prawda, co to znaczy podobać się Bogu, co jest dozwolone, a co nie, czym jest doskonałość i czym szczęście. Nie waham się powiedzieć, że różnice te mogą być równie wielkie jak ta, która mogła istnieć między stanem ducha świętego Piotra spokojnie rybiącego na jeziorze czy Elizeusza pędzącego woły a ich nowym stanem, gdy zostali wezwani na Apostoła i Proroka. Elizeusz i święty Piotr zostali wprawdzie wezwani do nowego trybu życia; ale o tym nie mówię. Nie mówię o przypadkach, gdy ludzie zmieniają swój stan, miejsce w społeczeństwie, zajęcie i tym podobne; zakładam, że pozostają w zewnętrznych okolicznościach mniej więcej tacy sami jak przedtem; powiadam jedynie, że niejednemu człowiekowi świadoma jest głęboka wewnętrzna przemiana jego poglądów na prawdę i szczęście. Nie mówię też o zmianach tak wielkich, że człowiek odwraca dawne przekonania i postępowanie. Może dostrzegać związek między tym, co było, a tym, co jest; że dawniejsze prowadziło do późniejszego; a jednak może czuć, że w gruncie rzeczy różnią się one rodzajem; że wszedł w nowy świat myśli i mierzy ludzi oraz rzeczy inną miarą.

Nic zaprawdę nie jest bardziej zdumiewające i niezwykłe niż różne zapatrywania, jakie różni ludzie mają na ten sam przedmiot. Weźmy jeden fakt, zdarzenie lub istniejącą rzecz napotkaną w świecie — jakże rozmaitych uwag nabierze ona u różnych ludzi! Na przykład rozważmy, w jak różnym świetle postrzegają jakiś jeden czyn uderzający różne osoby; albo rozważmy stosunek do bogactwa czy człowieka zamożnego, jaki żywią różne klasy społeczeństwa: jakie różne uczucia budzi — zazdrość, szacunek, drwina, gniewny sprzeciw, obojętność, obawa i litość; oto stany ducha, w jakich mogą go postrzegać różne środowiska. Są to różnice wyraźne; inne są równie prawdziwe, choć subtelniejsze. Religię na przykład mogą czcić żołnierz, człowiek pióra, kupiec, mąż stanu i teolog; lecz jakże odmienne ich sposoby oddawania czci i jak odrębna jest miara, jaką każdy z nich przykłada w swym umyśle! Otóż wszystkie te rozmaite sposoby patrzenia na rzeczy nie mogą jednocześnie być najlepszym sposobem, nawet gdyby wszystkie były dobre; ale tak nawet nie jest. Niektóre są sobie sprzeczne; niektóre są złe. Lecz nawet spośród tych, które są na ogół dobre, jedne są dobre tylko częściowo, inne niedoskonałe, inne mają wiele domieszki zła; i tylko jeden jest najlepszy. Jeden tylko jest prawdą i prawdą doskonałą; a kto nią dysponuje — o ile w ogóle — ten wie, który to. Bóg jednak wie, który; i ku tej jedynej i wyłącznej Prawdzie wiedzie nas naprzód. Wiedzie naprzód swoich odkupionych, kształtuje swoich wybranych — wszystkich co do jednego — ku jednej doskonałej wiedzy i posłuszeństwu Chrystusowi; nie bez ich współpracy wszakże, lecz przez wezwania, którym mają być posłuszni, a jeśli nie są, tracą miejsce i pozostają w tyle na swym niebiańskim biegu. Wiedzie ich naprzód od siły do siły i od chwały do chwały, po szczeblach drabiny, której wierzchołek sięga nieba. Przechodzimy z jednego stanu poznania w drugi; zostajemy wprowadzeni z niższego obszaru w wyższy przez słuchanie wezwania Chrystusa i posłuszeństwo mu.

Może ono przyjść przez śmierć jakiegoś drogiego przyjaciela lub krewnego, która ukazuje nam marność rzeczy doczesnych i skłania, by Boga uczynić jedyną naszą ostoją. Z łaski Bożej czynimy tak w sposób, w jaki nigdy dotąd nie czyniliśmy; i po upływie lat, gdy spoglądamy wstecz na nasze życie, stwierdzamy, że ów smutny wypadek wprowadził nas w nowy stan wiary i osądu, i że jesteśmy jakby innymi ludźmi niż byliśmy. Myśleliśmy przed nim, że służymy Bogu — i służyliśmy mu w jakiejś mierze; lecz odkrywamy, że cokolwiek byłyby nasze obecne słabości i jakkolwiek daleko bylibyśmy jeszcze od najwyższego stanu oświecenia, to tamtedy przynajmniej służyliśmy światu pod pozorem i w przekonaniu, że służymy Bogu.

Albo znowu: może zdarzyć się coś, co zmusza nas do opowiedzenia się za Bogiem lub przeciw Niemu. Świat żąda od nas ofiary, co do której widzimy, że jej mu złożyć nie powinniśmy. Pojawia się jakaś kusząca propozycja; grozi nam jakaś nagana lub dyskredyt; albo musimy rozstrzygnąć i wyznać, co jest prawdą, a co błędem. Jesteśmy w stanie postąpić tak, jak Bóg by chciał; i czynimy to z wielką bojaźnią i zakłopotaniem. Nie widzimy wyraźnie drogi; nie widzimy, co wyniknie z tego, cośmy uczynili, i jak to się ma do naszego ogólnego postępowania i przekonań; a przecież może to mieć doniosłe znaczenie. Ten drobny uczynek, nagle od nas wymagany, niemal nagle postanowiony i dokonany, może być jakby bramą do drugiego lub trzeciego nieba — wejściem w wyższy stan świętości i w prawdziwsze spojrzenie na rzeczy, niżeśmy dotąd mieli.

Albo znowu: poznajemy kogoś, kogo Bóg posługuje, by postawić przed nami wiele prawd, które dotychczas były dla nas zamknięte; rozumiemy je tylko w połowie i w połowie je przyjmujemy; a jednak Bóg zdaje się w nich przemawiać, a Pismo Święte je potwierdza. Zdarza się to niemało, a pociąga za sobą wezwanie „do coraz głębszego poznawania Pana".

Albo znowu: możemy pilnie czytać Pismo Święte i starać się służyć Bogu, a jego sens może nagle niejako rozświetlić się przed nami, jak nigdy dotąd. Może nasunąć się myśl, która jest kluczem do wiele miejsc w Piśmie lub która sama podsumowuje w sobie wiele innych myśli. Nowe światło może paść na nakazy naszego Pana i Jego Apostołów. Możemy być w stanie wniknąć w sposób życia pierwszych chrześcijan, opisany w Piśmie, który był nam dotąd ukryty, oraz w proste zasady, na których Pismo go opiera. Możemy dojść do rozumienia, że bardzo różni się on od życia, które ludzie prowadzą dzisiaj. A wiedza jest wezwaniem do działania: wgląd w drogę doskonałości jest wezwaniem do doskonałości.

Jeszcze raz: może się zdarzyć, że stwierdzamy — nie wiedząc jak ani dlaczego — znacznie większą niż dotąd zdolność do posłuszeństwa Bogu w pewnych względach. Nasze umysły są tak niezgłębionej budowy, że niepodobna orzec, czy pochodzi to z nagłego ujawnienia się wzrostu nawyku, czy z niezwykłego daru Bożej łaski wlanej do naszych serc — tak jednak jest: czy naszą pokusą jest gnuśność, niestałość, troski doczesne, pycha, czy inne, bardziej podłe i żałosne grzechy, możemy nagle znaleźć się w posiadaniu samodyscypliny, jakiej przedtem nie mieliśmy. Albo znowu może rosnąć w nas postanowienie, by służyć Bogu goręcej w Jego domu i na osobności niż dotychczas. Jest to wezwanie do wyższych rzeczy; baczmy, byśmy nie przyjęli łaski Bożej na próżno. Baczmy, by nie cofać się do dawnego; unikajmy pokusy. Starajmy się przez skupienie i ostrożność pielęgnować słaby płomień i chronić go od burz tego świata. Bóg może wprowadzać nas w wyższy świat religijnej prawdy — współpracujmy z Nim.

Na zakończenie. Nic nie jest pewniejsze co do faktów niż to, że niektórzy ludzie czują się wezwani do wysokich obowiązków i dzieł, do których inni powołani nie są. Dlaczego tak jest — nie wiemy; czy ci, którzy nie są powołani, utracili wezwanie wskutek poprzednich niepowodzeń, czy byli wezwani i nie poszli za nim, czy też Bóg, choć daje wszystkim łaskę chrzcielną, naprawdę wzywa niektórych ludzi z wolnej swej łaski do wyższych rzeczy niż innych — tak czy owak jest, jak jest: ten człowiek widzi rzeczy, których tamten nie widzi, ma większą wiarę, gorętszą miłość i głębsze duchowe rozumienie. Nikt nie ma pozwolenia, by przyjmować za swój niższy standard świętości drugiego. Nie nasze to sprawa, czym są inni. Jeśli Bóg wzywa nas do większego wyrzeczenia się świata i żąda ofiary z naszych nadziei i lęków, jest to nasz zysk, jest to znamię Jego miłości ku nam, jest to powód do radości. Takie myśli, gdy są właściwie żywione, nie skłaniają do wynoszenia się; bo jeśli perspektywa jest szlachetna, to ryzyko jest tym bardziej przerażające. Gdy dążymy do wysokiej doskonałości, kroczymy wśród przepaści i upadek jest łatwy. Dlatego Apostoł mówi: „Z bojaźnią i drżeniem sprawujcie wasze zbawienie — albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania." Ponadto, im bardziej ludzie dążą do wzniosłych celów, tym boleśniej odczuwają własne niedoskonałości — i to właśnie szczególnie ich uniża. Nie musimy obawiać się pychy duchowej, idąc za wezwaniem Chrystusa, jeśli idziemy za nim jak ludzie szczerze do tego przejęci. *Gorliwość* nie ma czasu, by porównywać się ze stanem innych ludzi; gorliwość ma nazbyt żywe poczucie własnych słabości, by samą sobą się szczycić. Gorliwość jest po prostu nastawiona na pełnienie woli Bożej. Mówi po prostu: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha" — „Panie, co mam czynić?" O, gdybyśmy mieli więcej tego ducha! O, gdybyśmy mogli patrzeć na rzeczy tak prosto, by czuć, że jedyną rzeczą, jaka nam stoi przed oczyma, jest podobać się Bogu! Cóż to za zysk podobać się światu, podobać się wielkim, ba, nawet podobać się tym, których miłujemy — w porównaniu z tym? Cóż to za zysk być oklaskiwanym, podziwianym, zabieganym, naśladowanym — wobec tego jednego celu: by nie być nieposłusznym niebiańskiemu widzeniu? Co może ten świat ofiarować, co dorównywałoby owemu wglądowi w sprawy duchowe, żywej wierze, niebiańskiemu pokojowi, wysokiej świętości, wiecznej sprawiedliwości, nadziei chwały — które mają ci, co w szczerości serca miłują naszego Pana Jezusa Chrystusa i idą za Nim?

Prośmy Go i błagajmy Go dzień po dniu, by coraz pełniej objawiał się naszym duszom, by wyostrzał nasze zmysły, by dawał nam wzrok i słuch, smak i dotyk świata przyszłego; by tak działał w nas, byśmy mogli szczerze powiedzieć: „Będziesz mnie prowadził swoją radą, a potem w chwale mnie przyjmiesz. Kogo mam w niebie prócz Ciebie? I na ziemi w nikim innym nie mam upodobania, tylko w Tobie. Ciało moje i serce mdleje, lecz Bóg jest opoką mego serca i moim udziałem na wieki."

← wróć do odkrywania