*„Mam więcej rozumu niż moi nauczyciele, bo Twoje świadectwa są moją nauką; jestem roztropniejszy niż starcy, bo strzegę Twoich przykazań."* — Ps 119,99-100
Tymi słowami Psalmista oznajmia, że dzięki wypełnianiu przykazań Bożych pozyskał więcej mądrości i rozumu niż ci, którzy niegdyś rozjaśnili jego niewiedzę i byli ongiś oświeceńsi od niego. Jakby mówił: „Gdy byłem dzieckiem, pobożni i życzliwi przyjaciele udzielali mi wiedzy o sprawach wiary — mówili mi, kim jest mój Stwórca, co wielkiego uczynił dla mnie, jak wiele Mu zawdzięczam i jak mam Mu służyć. Tego wszystkiego nauczyłem się od nich i cieszę się, że mnie tego uczyli; lecz uczynili jeszcze więcej: wprowadzili mnie na drogę, którą można dojść do poznania prawdy religijnej w sposób inny i wyższy. Nie tylko nauczali mnie, lecz kształtowali; starali się, bym nie tylko znał swój obowiązek, ale go pełnił. Zobowiązali mnie do posłuszeństwa; zobowiązali mnie do podjęcia religijnego trybu życia, który — chwała Bogu! — prowadziłem odtąd nieustannie; a to posłuszeństwo Jego przykazaniom przywiodło mnie do jaśniejszego poznania Jego prawdy, niż mogło dać samo tylko pouczenie. Byłem uczony nie tylko z zewnątrz, lecz i od wewnątrz. Byłem uczony przez serce oczyszczone, przez odmienioną wolę, przez poskromione żądze, przez umartwiony apetyt, przez uzdę nałożoną na język, przez oczy naprawione i okiełznane. »Mam więcej rozumu niż moi nauczyciele, bo Twoje świadectwa, o Panie, są moją nauką; jestem roztropniejszy niż starcy, bo strzegę Twoich przykazań.«"
Słyszy się niekiedy, jak ludzie mówią: „Skąd wiesz, że Biblia jest prawdziwa? Mówiono ci tak w kościele; rodzice twoi w to wierzyli — lecz czyż nie mogli się mylić? A jeśli tak, mylisz się i ty." Na ten zarzut można odpowiedzieć — i to bardzo zadowalająco: „Czyż to nic nie znaczy dla przekonania nas o prawdziwości Ewangelii, że wierzą w nią ci, których najgoręcej kochamy i którym najbardziej ufamy? Czy jest to sprzeczne z rozumem sądzić, że mają rację ci, którzy nad tą sprawą najgłębiej się zastanawiali? Czy nie przyjmujemy tego, co nam mówią w innych dziedzinach, choć nie możemy sami dowieść prawdziwości ich twierdzeń — na przykład w kwestiach sztuki i nauki; dlaczego więc miałoby być nierozumne wierzyć im w sprawach religii? Czy najmędrsi i najświętsi ludzie nie byli chrześcijanami? Czy natomiast niewiernicy nie byli na ogół jawnym przykładem pychy, nieukontentowania i rozpusty? Czy zasady niedowiarstwa nie są pewne rozkładać społeczeństwo ludzkie? Czy ten oczywisty fakt, rozważony uczciwie, nie wystarcza do wykazania, że niedowiarstwo nie może być właściwym stanem naszej natury — bo kto może wierzyć, że przeznaczeni jesteśmy do życia w anarchii? Jeśli nie mamy dobrego powodu, by wierzyć, to nie mamy też dobrego powodu, by nie wierzyć. Jeśli pytacie, dlaczego jesteśmy chrześcijanami, my z kolei pytamy: Dlaczego nimi nie być? Wystarczy nam pozostać tam, gdzie jesteśmy, dopóki nie dokonacie tego, czego dokonać nie zdołacie — nie dowiedziecie nam niezbicie, że Ewangelia nie jest Boska; wystarczy nam być po stronie ludzi dobrych, być u stóp Świętych i »wychodzić śladem trzody i paść koźlęta przy namiotach pasterzy«."
Byłaby to odpowiedź całkowicie wystarczająca, gdybyśmy nie mieli nic więcej do powiedzenia; lecz przytoczę inną, i to w związku z naszym tekstem: pokażę wam, że nawet najprostszy chrześcijanin może posiadać bardzo rzeczywisty i poważny argument, wewnętrzny dowód prawdziwości Ewangelii, zupełnie niezależny od autorytetu rodziców i nauczycieli — co więcej, że gdyby nawet cały świat, nawet jego nauczyciele, mówili mu, że religia jest snem, on mimo to miałby dobry powód, by uważać ją za prawdziwą.
Powód ten, jak mówię, zawarty jest w słowach tekstu: „Jestem roztropniejszy niż starcy, *bo* strzegę Twoich przykazań." Wypełniając nakazy Pisma Świętego, uczymy się, że nakazy te rzeczywiście pochodzą od Boga; przez próbowanie zdobywamy dowód; przez działanie dochodzimy do poznania. Jak zaś to się dzieje? Dzieje się to na kilka sposobów.
1. Zważmy, że Biblia nakazuje nam być łagodnymi, pokornymi, prostego serca i uczącymi się. Otóż jasne jest, że pokora i gotowość uczenia się to cechy umysłu nieodzowne do osiągnięcia prawdy w jakiejkolwiek dziedzinie, a w sprawach religijnych tak samo jak w innych. Praktykując zatem pokorę i gotowość uczenia się, jesteśmy przynajmniej *na drodze* do poznania Boga. Natomiast ludzie niecierpliwi, pyszni, zarozumiali i uparci mylą się zazwyczaj w sądach, jakie wydają o osobach i rzeczach. Uprzedzenie i samouwielbienie ślepią oczy i wypaczają sąd niezależnie od przedmiotu dociekań. Jak często na przykład ludzie mylnie odczytują charaktery innych i fałszywie tłumaczą ich postępki! Jak często dają się zwieść! Jak często młodzi zawierają znajomości szkodliwe dla ich spokoju i dobra! Jak często ludzie angażują się w niedorzeczne i rujnujące przedsięwzięcia! Jak często trwonią pieniądze i niszczą swoje doczesne widoki! A co, pytam, jest tak częstą przyczyną tych licznych błędów jak samowola i zarozumiałość? To samo dzieje się w dociekaniach religijnych. Kiedy widzę kogoś porywczego i gwałtownego, szorstki go i wyniosłego, nieczułego na uczucia innych i pogardliwie odnoszącego się do ich zdania — kiedy widzę takiego człowieka zabierającego się do badania kwestii religijnych, z góry jestem pewien, że nie może dojść do prawdy; nie zostanie wprowadzony we wszelką prawdę — jest to sprzeczne z naturą rzeczy i doświadczeniem świata, by znalazł to, czego szuka. Powiedziałbym to samo, gdyby szukał odpowiedzi na jakiekolwiek inne ważne pytanie, religijne czy nie — lecz szczególnie w tak doniosłym i poważnym dociekaniu; albowiem *bojaźń* Pańska (pokora, gotowość uczenia się, cześć wobec Niego) jest samym *początkiem* mądrości, jak mówi Salomon; prowadzi nas do skromnego i uczciwego rozważania spraw, do cierpliwego badania, do znoszenia wątpliwości i niepewności, do wytrwałego oczekiwania na wzrost światła, do powściągliwości w słowie i rozwagi w wyrokowaniu.
2. Zważmy następnie, że ci, którzy są starannie wychowani według nakazów Pisma Świętego, nabywają wyniosłości, delikatności, subtelności i świętości ducha, które są niezbędne do rzetelnego oceniania prawdziwości Pisma.
Człowiek miłujący grzech nie chce, żeby Ewangelia była prawdziwa, i dlatego nie jest jej bezstronnym sędzią; człowiek czysto światowy, egoistyczny i chciwy, pijak czy wyzyskiwacz z racji własnego interesu jest przeciwny tej Biblii, która go potępia, i za prawdziwego zwiastuna pomyślnych nowin pokoju uznałby tego, kto dowiódłby mu, że nauka Chrystusa nie pochodzi od Boga. „Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały zganione." Nie chcę przez to powiedzieć, że tacy ludzie koniecznie odrzucają Słowo Boże — jakbyśmy śmieli wywnioskować, że wszyscy, którzy go nie odrzucają, na pewno nie są chciwi, pijakami, wyzyskiwaczami i tym podobnymi; bo nierzadko komuś opłaca się go nie odrzucać jawnie, choć jest mu ono przeciwne; a większość ludzi jest niekonsekwentna i zachowuje pewne dobre uczucia nawet wśród swych grzechów i przywar, co powstrzymuje ich od posunięcia się do ostateczności. Lecz choć wciąż wyznają cześć dla Pisma, przynajmniej usiłują je wypaczać i błędnie tłumaczyć — co na jedno wychodzi. Usiłują przekonać siebie, że Chrystus ich zbawi, choć trwają w grzechu; lub pragną wierzyć, że kara wieczna nie trwa bez końca; lub wyobrażają sobie, że ich dobre uczynki i nawyki, jakkolwiek nieliczne i nędzne w najlepszym razie, wynagrodzą grzechy, których są aż nadto świadomi. Natomiast ci, którzy od wczesnych lat przyzwyczajali się współdziałać z Bogiem Zbawicielem — w panowaniu nad swymi sercami, w hamowaniu grzesznych namiętności i przemianie woli — choć sami są grzesznikami, nie noszą w sobie owego zdradzieciego wroga prawdy, który wypacza sąd ludzi bezbożnych.
Oto zatem dwa bardzo dobre powody, widoczne od razu, dla których ludzie wypełniający nakazy Pisma Świętego mają większe szanse dotarcia do prawdy religijnej niż ci, którzy je zaniedbują: po pierwsze dlatego, że są to ludzie pojętni; po drugie dlatego, że są czystego serca — tacy ujrzą Boga, podczas gdy pyszni ściągają na siebie Jego gniew, a zmysłowi są Mu wstrętni.
Lecz idźmy dalej. Zważmy ponadto, że ci, którzy usiłują być posłuszni Bogu, zdobywają przynajmniej poznanie samych siebie — a to okazuje się pierwszym i najważniejszym krokiem ku poznaniu Boga. Wyobraźmy sobie dziecko, które pod Bożą opieką korzysta z przewodnictwa nauczyciela i stara się pełnić swój obowiązek i podobać się Bogu. Dostrzeże ono, że jest w nim wiele tego, czego nie powinno być. Wrodzone poczucie dobra i zła mówi mu, że drażliwość, zgryźliwość, obłuda i samowola to usposobienia i skłonności, których winien się wstydzić, i czuje, że te złe usposobienia i skłonności tkwią w jego sercu. Z wiekiem będzie to rozumiał coraz głębiej. Pragnąc zatem i usiłując żyć zgodnie z prawem sumienia, stwierdzi jednak, że mimo największych wysiłków i najgorętszych modlitw wciąż odbiega od tego, co uznaje za słuszne i do czego dąży. Sumienie jednak, gdy jest szanowane, staje się potężniejszym i bardziej oświeconym przewodnikiem niż dawniej; staje się subtelniejsze i trudniejsze do zadowolenia; a człowiek coraz wyraźniej dostrzega i rozumie odległość dzielącą jego postępowanie i myśli od doskonałości. Zachwyca go i cieszy święte prawo Boże, o którym czyta w Piśmie Świętym; lecz jednocześnie jest upokorzony, rozumiejąc, że stale je przekracza. W ten sposób pozna z doświadczenia naukę o grzechu pierworodnym, zanim pozna samą jego nazwę. W gruncie rzeczy powie sobie to, co święty Paweł opisuje jako słowa wszystkich, którzy zaczynają życie religijne: „Nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę. Albowiem wedle człowieka wewnętrznego mam upodobanie w prawie Bożym. Widzę zaś inne prawo w członkach moich, które toczy walkę z prawem mego umysłu i podbija mnie w niewolę. Wiem, że w moim ciele, to jest w moim skażonym człowieczeństwie, nie mieszka dobro." Skutkiem tego doświadczenia będzie przyjęcie jako oczywistej prawdy, że nie może sam osiągnąć zbawienia; poczuje się winnym wobec Boga; i poczuje ponadto, że nawet gdyby został dopuszczony do Bożej obecności, jego serce — jeśli można tak powiedzieć — musi zostać na nowo stworzone, nim będzie mogło w pełni cieszyć się Bogiem. To jest z pewnością stan poznania siebie; to są przekonania, do których dochodzi każdy, kto szczerze usiłuje wypełniać przykazania Boże. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystko, co powiedziałem, musi koniecznie przejść przez jego umysł w dokładnie takim porządku, ani że będzie tego świadomy, ani że będzie umiał o tym mówić — ale że w ogólnym zarysie tak właśnie będzie się czuł.
Kiedy więc nawet człowiek prosty, tak ukształtowany — ze swojego własnego serca, z działania umysłu na siebie samo, z walk z własnym „ja", z próby podążania za tymi pobudkami swojej natury, które odczuwa jako najwyższe i najszlachetniejsze, z żywego naturalnego postrzegania (naturalnego, choć pielęgnowanego i wzmacnianego przez modlitwę; naturalnego, choć rozkwitającego i różnicującego się przez praktykę; naturalnego, choć z owej nowej i drugiej natury, którą daje Bóg Duch Święty) — z wrodzonego, choć nadprzyrodzonego pojmowania wielkiej wizji Prawdy, która jest poza nim (pojmowania jej nie w całości, lecz urywkami, co jakiś czas i w pewnych chwilach, poprzez jej przekonujące oddziaływanie i dzięki mężnemu podążaniu za nią, jak człowiek w ciemności mógłby podążać za dalekim, nikłym światłem) — kiedy, mówię, człowiek tak ukształtowany ze swego własnego serca czyta zapowiedzi i obietnice Ewangelii, czy mamy mu mówić, że wierzy w nie jedynie dlatego, że mu powiedziano, by wierzył? Czy nie widzimy, że ma oprócz tego coś w swej własnej piersi, co składa potwierdzające świadectwo ich prawdziwości? Czyta, że serce jest „zdradliwe ponad wszystko i nieuleczalnie chore", że odziedziczył złą naturę od Adama i że wciąż pozostaje pod jej władzą, o ile nie został odnowiony. Oto tajemnica; lecz jego własne, zbyt gorzkie doświadczenie zaświadcza o prawdziwości tego stwierdzenia — czuje w sobie tajemnicę nieprawości. Czyta, że „bez uświęcenia nikt nie ujrzy Pana" — i jego własna miłość do tego, co prawdziwe, piękne i czyste, aprobuje tę naukę i przyjmuje ją jako pochodzącą od Boga. Czyta, że Bóg gniewa się na grzech i ukarze grzesznika, i że jest to sprawa trudna, ba, niemożliwa dla nas, byśmy uśmierzyli Jego gniew. I tu jest tajemnica — lecz i tu sumienie uprzedza tę tajemnicę i oskarża go; usta jego są zamknięte. A gdy czyta dalej, że Syn Boży sam przyszedł na świat w naszym ciele i umarł na krzyżu za nas, czy pośród przerażającej tajemniczości tej nauki nie odnajduje w sobie spełnienia słów, które wypowiedział ów łaskawy Zbawiciel: „A Ja, gdy zostanę wywyższony nad ziemię, przyciągnę wszystkich do siebie"? Nie może nie wierzyć w Niego. Mówi: „Panie, Tyś był silniejszy ode mnie i przemogłeś."
Oto tedy, mówię, posiada on dowód zupełnie odrębny od autorytetu przełożonych i nauczycieli; podobnie jak święty Paweł, w pewnym sensie nie jest pouczony przez ludzi, „lecz przez objawienie Jezusa Chrystusa." Inni jedynie kazali mu spojrzeć w głąb siebie i modlić się o łaskę Bożą, by mógł poznać samego siebie; im zaś głębiej rozumie swe własne serce, tym bardziej nauki Ewangelii stają mu się bliższe jego rozumowi. Ma pewność, że Chrystus nie mówi od siebie, lecz że Jego słowo jest od Boga. Jest gotów, podobnie jak Samarytanka, mówić wszystkim wokół: „Chodźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: czyż On nie jest Mesjaszem?" Albo znowu w słowach, które Samarytanie z owego miasta powiedzieli kobiecie po rozmowie z Chrystusem: „Teraz wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu" — nie jedynie na autorytecie przyjaciół i bliskich — „usłyszeliśmy bowiem na własne uszy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata."
Biblia zdaje się mówić: Bóg nie jest twardym Panem, by wymagać wiary bez dawania podstaw do wierzenia; tylko idź za własnym poczuciem prawości, a dzięki temu właśnie posłuszeństwu twojemu Stwórcy, do którego zobowiązuje naturalne sumienie, zyskasz przekonanie o prawdziwości i mocy owego Odkupiciela, którego objawił nadprzyrodzony przekaz; tylko zbadaj swoje myśli i czyny; tylko spróbuj czynić to, co — wiesz — jest wolą Bożą, a z pewnością będziesz prowadzony ku wszelkiej prawdzie: poznasz siłę, sens i przerażającą łaskawość Credo Ewangelii; będziesz świadczył o prawdziwości jednej nauki przez własne dawne doświadczenie siebie; innej — widząc, że jest dostosowana do twojej potrzeby; jeszcze innej — stwierdzając, że spełnia się, gdy jej jesteś posłuszny. Jak mówi prorok: „Przynieście dziesięcinę do spichlerza mego domu" — mówi Pan — „a tym samym poddajcie Mnie próbie, czy wam nie otworzę okien niebieskich i czy nie wyleję na was błogosławieństwa, ile zmieścić nie zdołacie."
Bracia moi, zawsze stosowną jest rzeczą nalegać na te kwestie; lecz jest to szczególnie stosowne w czasach, gdy duch zuchwałego wątpienia szeroko się rozprzestrzenia. Ci z nas, którzy żyją w świecie, muszą spodziewać się, że ich wiara będzie wyśmiewana, a ich sumienne posłuszeństwo — ośmieszane; muszą oczekiwać napaści i drwin ze strony tych, którym atakowanie cudzego wyznania przychodzi o wiele łatwiej niż wyłożenie własnego. Mała wiedza jest rzeczą niebezpieczną. Gdy ludzie mniemają, że wiedzą więcej od innych, mówią często dla samego mówienia albo by pokazać swą zdolność — jak im się zdaje — swą przenikliwość i głębię; i mówią lekceważąco o Bogu Wszechświętym, by zadowolić swą próżność i pusty zarozumiałość. I często nie ma sensu spierać się z takimi ludźmi; bo nie przyzwyczajeni do tego, by słuchać swego sumienia, panować nad swymi namiętnościami i badać swoje serca, na nic, co powiesz, nie zechcą się zgodzić; będą kwestionować i argumentować w każdej sprawie; nie mają z tobą żadnego wspólnego gruntu; a gdy mówią o religii, są jak niewidomi rozprawiający o barwach. Jeśli będziesz mówił, jak wielkim darem jest być w pokoju z Bogiem, albo o trudzie i zarazem pożądliwości doskonałości, albo o pięknie świętości, albo o niebezpieczeństwach świata, albo o błogosławieństwie panowania nad sobą, albo o chwale dziewictwa, albo o odpowiedziach, jakich Bóg udziela na modlitwę, albo o cudowności i niemal cudowności Jego Opatrzności, albo o pociesze religii w utrapieniu, albo o sile danej ci nad twoimi namiętnościami w Najświętszym Sakramencie — tacy ludzie nic z tego nie rozumieją. Będą się śmiać, będą drwić, w najlepszym razie dziwować się: tak czy inaczej to, co mówisz, nie jest dla *nich* żadnym dowodem. Nie możesz ich przekonać, bo różnicie się w pierwszych zasadach; nie jest tak, że wychodzą z tego samego punktu co ty i później zbaczają w jakimś przekornym kierunku — ich droga jest zupełnie odrębna, nie mają z tobą żadnego punktu wspólnego. Za takich ludzi możesz więc tylko się modlić; jedynie Bóg może poniżyć pychę, zarozumiałość, ducha arogancji, usposobienie zuchwałe; jedynie Bóg może rozpraszać uprzedzenie; jedynie Bóg może przezwyciężyć ciało i krew. Jakkolwiek pożyteczny może być argument dla nawrócenia człowieka, w takich przypadkach Bóg rzadko raczy się nim posłużyć. Jednak niechaj tacy próżni lub nierozumni rozumacy nie nawracają was na niedowiarstwo w sprawach wielkich czy małych; niechaj was nie przekonają, że wasza wiara zbudowana jest na samym tylko nauczaniu omylnych ludzi; nie dajcie się wyśmiać ze swej ufności i nadziei w Chrystusie. Możecie — jeśli chcecie — posiadać wewnętrzne świadectwo płynące z posłuszeństwa; i choć nie możecie sprawić, by oni je widzieli, sami możecie je widzieć — a to jest rzecz najważniejsza; i z Bożym błogosławieństwem w zupełności wystarczy, by utrzymać was niezłomnie na drodze życia.
Na koniec pozwólcie mi zwrócić uwagę, jak niebezpieczny jest stan tych, którzy zadowalają się przyjęciem prawd Ewangelii na wiarę, nie dbając o to, czy prawdy te zostają urzeczywistnione w ich własnym sercu i postępowaniu. Tacy ludzie, gdy zostaną zaatakowani drwinami i sofistyką, mogą upaść — nie mają korzenia w sobie samych; i niechaj mają pewność, że gdyby odpadli od wiary, mało znaczącym będzie w dniu ostatecznym powoływać się na to, że używano przeciw nim subtelnych argumentów, że byli zupełnie nieprzygotowani i nieświadomi, i że ich kusiciele przemożyli ich dzięki jakiejś małej przebiegłości i ludzkiej wiedzy. Wewnętrzne świadectwo prawdy złożone w naszych sercach dorównuje najuczoniejszemu niedowiarkowi czy sceptykowi, jaki kiedykolwiek żył — choć, mówiąc szczerość, tacy ludzie są zazwyczaj bardzo płytcy i słabi, a nadto niegodziwi; zazwyczaj wiedzą tylko trochę, wypaczają to, co wiedzą, przyjmują fałszywe zasady i przekręcają lub przemilczają fakty. Lecz gdyby nawet dorównywali sprawności samemu sprawcy zła, najpokorniejszy chrześcijanin, uzbrojony w procę i kamień i wsparty niewidzialną mocą Bożą, jest — o ile chodzi o jego własną wiarę — im równy. Z drugiej strony najzręczniejszy z rozumujących i najgłębszy z myślicieli, najobficiej wyposażony w ziemską wiedzę, jest niczym, jeśli nie ma w sobie zarazem obecności Ducha prawdy. Wiedza ludzka, jakkolwiek wielkiej mocy, gdy łączy się z czystą i pokorną wiarą, jest bez mocy, gdy się jej sprzeciwia; a ze względu na pocieszenie pojedynczego chrześcijanina ma ona w gruncie rzeczy małą wartość.
Oby więc wszyscy wzrastali w niebieskiej wiedzy i w tym celu starali się doskonalić to, co już zostało nam dane — czy wiele, czy mało — pamiętając, że „kto w małym jest wierny, ten i w wielkim wierny będzie" i że „temu, kto ma, będzie dodane."