*„Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie."* — 1 Kor 10,31
Gdy ludzie uświadamiają sobie, że życie jest krótkie, że nie dorasta do żadnego wielkiego celu, że nie ukazuje w pełni ani nie doprowadza do doskonałości prawdziwego chrześcijanina; gdy czują, że życie przyszłe jest wszystkim, a wieczność jedynym przedmiotem, który może naprawdę zająć i wypełnić ich myśli — wtedy skłonni są gardzić tym życiem w ogóle i zapominać o jego prawdziwym znaczeniu. Skłonni są pragnąć, aby czas swego pielgrzymowania tu na ziemi spędzić w wyraźnym oderwaniu od czynnych i społecznych obowiązków; a przecież należy pamiętać, że zajęcia tego świata, choć same w sobie nie są niebiańskie, są mimo wszystko drogą do nieba — choć nie są owocem, są ziarnem nieśmiertelności — i mają wartość, choć nie samą w sobie, lecz ze względu na to, do czego prowadzą. Trudno jednak pojąć to razem. Trudno uchwycić obie prawdy naraz i połączyć je ze sobą; wytrwale rozważać życie przyszłe, a zarazem działać w tym. Ci, którzy oddają się rozważaniu, skłonni są zaniedbywać czynne obowiązki, które są na nich rzeczywiście nałożone, i trwać w myśleniu o chwale Bożej, aż zapominają, że należy *ku* Jego chwale działać. Ten stan ducha jest upomniany obrazowo w słowach świętych Aniołów zwróconych do Apostołów: „Mężowie z Galilei, czemu stoicie i wpatrujecie się w niebo?"
Na rozmaite sposoby myśl o świecie przyszłym prowadzi ludzi do zaniedbania obowiązku w tym, a ilekroć tak się dzieje, możemy być pewni, że coś jest złe i niechrześcijańskie — nie w samym myśleniu o świecie przyszłym, lecz w sposobie tego myślenia. Bo choć rozważanie chwały Bożej może w pewnych czasach i u pewnych osób godziwie wkraczać w czynne zajęcia życia — jak w przypadku Apostołów, gdy nasz Zbawiciel wstępował do nieba, i choć takie rozważanie jest nam nawet swobodnie dozwolone lub nakazane w pewnych porach każdego dnia — to jednak nie jest prawdziwym i rzetelnym rozważaniem o Chrystusie, lecz jakimś jego podrobiem, to, co każe nam marzyć i tracić czas, lub co czyni nas zwyczajowo gnuśnymi, bądź co odwodzi nas od bieżących obowiązków, lub co wprowadza w nas niepokój.
A jednak myśl o świecie niewidzialnym ma skłonność do takich skutków na wiele sposobów, a najgorszy z nich jest wtedy, gdy żywimy mniemanie, że *powinna* tak działać. I jest to zaiste pokusa, na którą w tej czy innej postaci narażone są w każdym wieku osoby pragnące żyć pobożnie — i w tym wieku tak samo jak w czasach minionych. Ludzie dochodzą do przekonania, że utrata smaku i cierpliwości do spraw życia doczesnego jest wyrzeczeniem się świata i życiem według ducha. Weźmy przykład: człowiek był lekkomyślny i bezbożny — może jawnie, albo przynajmniej obojętny wobec religii; i choć wolny od wyraźnych grzechów, szedł za własną wolą i kaprysem, a jego życie religijne nie miało żadnej regularności i konsekwencji. Był może zewnętrznie szanowny wobec rzeczy i osób świętych, ale nie miał poważnych myśli o życiu przyszłym. Przyjmował dobro i zło — religię i świat — jak przychodziły, raz jedno, raz drugie, bez większego zastanowienia. Lubił wesołość i rozrywki, albo był głęboko pochłonięty jakimś zajęciem doczesnym i zmysłowym — czy to własnym rzemiosłem lub zawodem, czy też jakimiś popularnie uprawianymi naukami i zajęciami. Przystosowywał się do obyczajów towarzystwa, w którym się znajdował; był bezbożny wśród bezbożnych; potem znowu na jakiś czas ogarniały go religijne wrażenia, które z kolei mijały. Tak żył — i nagle zdarzyło się coś, co go prawdziwie wzbudziło i nadało mu, jak to się mówi, poważny kierunek. Taki człowiek lub kobieta, młody czy stary, rzeczywiście potrzebuje zwrotu ku powadze, potrzebuje zmiany; i każdy musi się cieszyć na wieść, że zmiana nastąpiła — choć zarazem mogą być zmiany niewiele lepsze od tej, która spotkała człowieka, którego dusza, w słowach naszego Pana, była jedynie „wymieciona i przyozdobiona", lecz nie przemieniona prawdziwie w niebiański sposób, mając jedynie pozory wiary i świętości.
Otóż przypadki, o których mówię, są trochę podobne do tego, o którym zdaje się mówić nasz Zbawiciel w przytoczonym miejscu. Gdy człowiek rozbudził się do poważnych postanowień, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie trafi na jedyną i wąską drogę, która prowadzi do życia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że „przyjdzie wtedy niegodziwy" i nakłoni go, by wybrał jakąś drogę krótszą niż prawdziwa — łatwiejszą i przyjemniejszą. I *ta właśnie* jest droga, na którą bywa on często wabiony, jak to nierzadko obserwujemy; mianowicie — odczuwanie pewnego niesmaku i pogardy wobec zwykłych zajęć doczesnych jako czegoś niegodnego. Wie, że musi mieć to, co Pismo Święte nazywa duchem duchowym, i wyobraża sobie, że by mieć ducha duchowego, trzeba bezwzględnie wyrzec się wszelkiej gorliwości i aktywności w zajęciach doczesnych, udawać, że się nimi nie interesuje, gardzić naturalnymi i zwykłymi przyjemnościami życia, łamać obyczaje społeczne, przybierać melancholijny wyraz twarzy i smutny ton głosu, milczeć i być nieobecnym wśród bliskich i krewnych — jakby mówił do siebie: „Mam myśli zbyt wzniosłe, by angażować się we wszystkie te nędzne i przemijające sprawy". Zachowuje się z trudem i przymusem wśród zajęć otaczającego go życia; stara się odnosić to, co się zdarza, do tego, co uważa za duchowe rozmyślanie; używa pewnych zwrotów i wyrażeń biblijnych; lubi wymieniać biblijne myśli z napotkanymi osobami o podobnym usposobieniu; co więcej — daje widzialne i słyszalne oznaki głębokiego wzruszenia, gdy wzmiankowane są Pismo lub inne tematy religijne, i tym podobnie. Myśli, że żyje poza światem i poza jego sprawami, skoro zamknął (jakby) oczy i siedzi nic nie robiąc. W sumie traktuje swe doczesne zajęcie wyłącznie jako ciężar i krzyż, a uważa za czysty zysk możliwość porzucenia go; i im prędzej i im częściej może się od niego uwolnić, tym lepiej.
Daleki jestem od twierdzenia, że doczesne zajęcie człowieka *może* być jego krzyżem. Równie daleki jestem od twierdzenia, że w pewnych okolicznościach może być słuszne nawet wycofanie się ze świata. Mówię jednak o przypadkach, gdy obowiązkiem człowieka jest pozostać w swym doczesnym powołaniu i gdy istotnie w nim pozostaje, lecz żywi do niego niechęć; tymczasem to, co powinien czuć, jest następujące: że *będąc* w tym powołaniu ma oddawać chwałę Bogu — nie *poza* nim, lecz *w* nim i *przez* nie — zgodnie z napomnieniem Apostoła: „w gorliwości nie opiesiali, w duchu pałający, Panu służący". Pan Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel, jest najlepiej i z największą gorliwością ducha czczony wtedy, gdy ludzie nie są opieszali w sprawach doczesnych, lecz spełniają swój obowiązek w tym stanie życia, do którego spodobało się Bogu ich powołać.
Otóż co prowadzi takiego człowieka do tego błędu? To, że widzi, iż większość ludzi angażujących się chętnie i pilnie w sprawy doczesne, czyni to z ducha doczesnego, z niskiej i cielesnej miłości świata; i sądzi przeto, że jego obowiązkiem jest przeciwnie — *nie* brać żywego udziału w sprawach świata wcale. I nie można zaprzeczyć, że większa część świata jest w świat *pochłonięta* tak dalece, że niemal boję się mówić o obowiązku czynnej działalności w sprawach doczesnych, by nie zdawało się, że pobłażam tej nędznej oddaności rzeczom czasu i zmysłów, tej miłości zgiełku i rządzenia, temu pożądaniu zysku i tej dążności do wpływów i znaczenia, które wszędzie są w nadmiarze. Choć jest złe być opieszałym i obojętnym w naszych świeckich obowiązkach i poczytywać to za religię, o wiele gorsze jest być niewolnikami tego świata i mieć serce w sprawach tego świata. Nie znam nic straszniejszego niż stan ducha, który jest może właściwością tego kraju i który dostatni tego kraju tak żałośnie podtrzymuje. Mam na myśli ów ambitny duch — żeby posłużyć się mocnym słowem, bo nie znam innego, by oddać moją myśl — ową niską ambicję, która stawia każdego w postawie wyczekiwania na sukces i awans w życiu, na gromadzenie pieniędzy, na zdobycie władzy, na pokonanie rywali, na triumf nad dotychczasowymi przełożonymi, na udawanie pozycji i wytworności, których dawniej nie miał, na udawanie posiadania zdania w sprawach wysokich, na pretendowanie do wydawania sądów o rzeczach świętych, na wybieranie sobie religii, na pochwalanie i potępianie wedle własnego upodobania, na stawanie się stronnikiem w rozległych przedsięwzięciach mających rzekomo przynosić doczesne dobro społeczności, na rozsnuwanie marzeń o wielkich rzeczach, które mają nadejść, o wielkich ulepszeniach, o wielkich cudach — wszystko wielkie, wszystko nowe. Ten najstraszliwiej ziemski i płaski duch będzie, niestety, rozszerzał się coraz bardziej wśród naszych rodaków — intensywne, bezustanne, niespokojne, nigdy nie znużone, nigdy nie nasycone pogoń za Mamoną w tej czy innej postaci, z wyłączeniem wszelkich myśli głębokich, wszelkich świętych, wszelkich spokojnych, wszelkich pełnych czci. *Ten* jest duch, w którym mniej lub bardziej (stosownie do różnych temperamentów) ludzie zazwyczaj angażują się w sprawy tego świata; i powtarzam — lepiej, o wiele lepiej byłoby w ogóle wycofać się ze świata, niż angażować się w nim w ten sposób; lepiej z Eliaszem uciec na pustynię, niż służyć Baalowi i Asztarcie w Jerozolimie.
Lecz osoby, o których mówię jako gardzących światem, są dalekie od ducha Eliasza. Ucieczka od świata lub energiczny opór wobec niego wymaga energii i siły ducha, której one nie mają. Nie robią ani jednego, ani drugiego: ani nie uciekają od niego, ani nie angażują się gorliwie w jego sprawy; lecz pozostają w ich pośrodku, spełniając je w sposób gnuśny i niedbały, i uważają, że to jest życie według ducha. Albo też — jak w innych przypadkach — naprawdę się nimi interesują, a jednocześnie mówią, jakby nimi gardzili.
Ale z pewnością można „służyć Panu", a zarazem nie być „opieszałym w sprawach doczesnych" — nie zbytnio im oddanym, ale też nie wycofanym z nich. Możemy *we wszystkim*, cokolwiek czynimy, czynić to ku chwale Bożej; możemy czynić wszystko *serdecznie*, jako dla Pana, a nie dla ludzi, będąc zarazem czynnymi i skłonnymi do rozmyślania. Pozwólcie teraz, że przytoczę kilka przykładów na pokazanie, co mam na myśli.
1. „Wszystko na chwałę Bożą czyńcie" — mówi św. Paweł w tekście; co więcej — „czy jecie, czy pijecie"; tak więc okazuje się, że nic nie jest zbyt małe czy błahe, by oddawać Mu w tym chwałę. Przypuśćmy zatem — sięgając po przypadek przed chwilą wspomniany — że mamy przed sobą człowieka, który ostatnio miał poważniejsze myśli niż dawniej i postanawia żyć bardziej pobożnie. Wskutek kierunku, jaki obrały jego myśli, czuje niechęć do swego doczesnego zajęcia — czy to w handlu, czy w jakimś rzemieślniczym zatrudnieniu, które niewiele daje umysłowi do roboty. Pragnie teraz być w innym zajęciu, choć obecne jest samo w sobie całkowicie prawe i miłe Bogu. Człowiek źle pouczony od razu zniecierpliwi się i porzuci je; albo jeśli go nie porzuci, będzie w nim przynajmniej niedbały i gnuśny. Ale prawdziwy pokutnik powie do siebie: „Nie; jeśli jest to zajęcie uciążliwe, tym bardziej mi odpowiada. Nie zasługuję na nic lepszego. Nie zasługuję nawet na strawę z łusek. Winienem trapić duszę za przeszłe grzechy. Gdybym chodził w worze i popiele, gdybym żył o chlebie i wodzie, gdybym dzień w dzień obmywał nogi ubogim, nie byłoby to nadmierne poniżenie — i jedynym powodem, dla którego tego nie czynię, jest brak wyraźnego wezwania w tym kierunku, co wyglądałoby na ostentację. Chętnie więc przywitam niedogodność, która mnie będzie doświadczać bez niczyjej wiedzy. Daleki od szemrania, będę — z Bożą pomocą — pogodnie brał się do tego, czego nie lubię. Będę zapierał się siebie. Wiem, że z Jego pomocą to, co samo w sobie bolesne, będzie przyjemne, bo spełniane ku Niemu. Wiem dobrze, że nie ma bólu, który nie mógłby być znoszony spokojnie dzięki myśli o Nim, dzięki Jego łasce i mocnemu postanowieniu woli; co więcej — nie ma takiego, który by mnie nie mógł ukojić i pocieszyć. Nawet smak i węch naturalny może się przyzwyczaić do tego, czego naturalnie nie lubi; nawet gorzkie lekarstwo, wstrętne dla podniebienia, może przez silną wolę stać się znośne. Co więcej — cierpień i mąk, jakich doświadczali męczennicy, niejednokrotnie wyglądano z radością i przyjmowano z całą gotowością serca z miłości do Chrystusa. Ja tedy — grzesznik — przyjmę tę drobną niedogodność wielkodusznie, ciesząc się ze sposobności do ćwiczenia się w sobie i z pokorą ducha, jako potrzebujący surowej pokuty. Jeśli są w mym zajęciu takie jego strony, których szczególnie nie lubię — jeśli wymaga wielu wyjazdów, a ja wolę być w domu; jeśli jest siedzące, a ja wolę ruch; jeśli wymaga wczesnego wstawania, a ja lubię wstawać późno; jeśli skazuje mnie na samotność, a ja lubię towarzystwo — tę wszystką nieprzyjemną stronę, o ile jest to zgodne z moim zdrowiem i o ile nie grozi mi niebezpieczeństwem, będę sobie wybierał z preferencją. Z drugiej strony widzę, że moje poglądy religijne stanowią dla mnie przeszkodę. Widzę, że ludzie patrzą na mnie podejrzliwie. Widzę, że rażę ich swoją skrupulatnością. Widzę, że aby się wybić w życiu, trzeba o wiele więcej oddania sprawom doczesnym, niż mogę dawać, nie łamiąc obowiązku wobec Boga, lub bez narażenia się na pokusę. Wiem, że nie powinienem — i (da Bóg) nie poświęcę — swej religii dla tych spraw. Moje pory i godziny religijne będą moje. Nie będę pobłażał żadnym z doczesnych zwyczajów i praktyk: zarozumiałym sposobom postępowania, nikczemnym czynom, w których inni się pogrążają. A jeśli wskutek tego cofnę się w życiu, jeśli mniej zarobię lub stracę przyjaciół, i tak będę wzgardzony, i zobaczę, jak inni wznoszą się w świecie, gdy ja zostanę, gdzie byłem — choć trudno to znosić, jest to upokorzenie, które mi przystoi jako zapłata za grzechy i jako posłuszeństwo Bogu; a jest to upokorzenie bardzo małe — byc jedynie pozbawionym doczesnych sukcesów — a raczej jest to zysk. I może tą właśnie drogą wszechmogący Bóg przygotuje mi otwarcie, jeśli taka będzie Jego święta wola, do odejścia z obecnego zajęcia. Ale odejść bez Bożego wezwania z pewnością nie wolno mi. Wręcz przeciwnie — będę w nim pracował tym pilniej, na ile pozwalają mi ważniejsze obowiązki."
2. Drugim powodem, który będzie ożywiał chrześcijanina, jest pragnienie, by jego światło świeciło przed ludźmi. Będzie starał się zjednywać innych własną pilnością i aktywnością. Powie sobie: „Moi rodzice", lub „mój przełożony, mój pracodawca, nie powie o mnie nigdy: religia go zepsuła. Zobaczą mnie czynniejszego i żywszego niż dawniej. Będę punktualny i uważny i będę ozdabiał Ewangelię Boga, naszego Zbawiciela. Moi towarzysze nie będą mieli nigdy powodu śmiać się z jakiejkolwiek afektacji uczucia religijnego u mnie. Nie, nie będę nic udawał. Po męsku, z Bożym błogosławieństwem, spełnię swój obowiązek. Nie będę, o ile to w mojej mocy, hańbił Jego służby żadną dziwnością ani ekstrawagancją postępowania, żadną nieszczerością słów, żadną przesadną miękkością lub przymusem w sposobie bycia; lecz niech zobaczą, że bojaźń Boża sprawia jedynie, że ci, którzy ją pielęgnują, stają się bardziej szanowani w oczach świata, a zarazem bardziej niebiescy duchem. Jaką to będzie błogą odpłatą za Boże miłosierdzia względem mnie — ja, który jestem niby głownia wyciągnięta z płomieni — gdy dane mi będzie, przez Jego wielkie miłosierdzie, polecać innym Ewangelię, którą mi objawił, i polecać ją — z jednej strony przez pilność w uczęszczaniu na Boże ustanowienia, przez przeciwstawianie się grzechowi i głupocie oraz przez życie sumienne; a z drugiej strony przez wszystko, co jest chwalebne w życiu społecznym: przez prawość, uczciwość, rozsądek i prostolinijność, przez dobry charakter, życzliwość i miłość braterską!"
3. Wdzięczność wobec wszechmogącego Boga — co więcej: samo wewnętrzne życie Ducha — będą dalszymi zasadami skłaniającymi chrześcijanina do pilnej pracy w jego powołaniu. Będzie widział Boga we wszystkich rzeczach. Będzie sobie przypominał życie naszego Zbawiciela. Chrystus wychowywał się w skromnym rzemiośle. Gdy sam będzie pracował w swoim, będzie myślał o swym Panu i Mistrzu w Jego. Będzie pamiętał, że Chrystus zstąpił do Nazaretu i był posłuszny swoim rodzicom, że przemierzał długie drogi, że znosił upał słońca i burzę, i nie miał gdzie głowy skłonić. Wie też, że Apostołowie mieli różne doczesne zajęcia przed swym powołaniem: święty Andrzej i święty Piotr byli rybakami, święty Mateusz poborcą podatkowym, a święty Paweł nawet po powołaniu pozostał nadal wytwórcą namiotów. Dlatego w tym wszystkim, co go spotyka, będzie się starał dostrzegać i jakby wpatrywać w oblicze swego Zbawiciela. Poczuje, że prawdziwe rozważanie tego Zbawiciela leży *w* jego doczesnych zajęciach; że jak Chrystus jest widziany w ubogich, w prześladowanych i w dzieciach, tak jest widziany w zajęciach, które nakłada na swych wybranych, jakiekolwiek by one były; że w pełnieniu własnego powołania będzie spotykał Chrystusa; że jeśli je zaniedba, nie zazna przez to Jego obecności ani trochę więcej; że spełniając je, zobaczy Chrystusa objawionego swej duszy wśród zwykłych czynności dnia — jakby przez pewien sakrament. I tak przyjmie swe doczesne zajęcie jako dar od Niego i będzie je kochał jako taki.
4. Prawdziwa pokora jest kolejną zasadą, która będzie nas skłaniała do pragnięcia, by oddawać Bogu chwałę w naszych doczesnych zajęciach, jeśli to możliwe, zamiast z nich rezygnować. Chrystus wyraźnie daje większe błogosławieństwa tym, którymi świat gardzi. Nakazał swym naśladowcom zajmować najniższe miejsce. Mówi, że ten, kto chce być wielki, musi być sługą wszystkich; że ten, kto się uniżył, będzie wywyższony; i Sam obmył nogi swym uczniom. Co więcej — mówi nam, że Sam przepasze się i usłuży tym, którzy Go wyglądali — co jest zdumiewającą łaskawością, wobec której niemal niemiejemy ze zdumienia i radości. Wszystko to wywiera swe działanie na chrześcijanina i bierze się on do swych zajęć ochoczo i bez chwili zwłoki, radując się możliwością uniżenia się i znalezienia się w tym stanie życia, któremu nasz Pan szczególnie błogosławił.
5. Ponadto będzie korzystał z doczesnych zajęć jako ze środka chroniącego go przed próżnymi i bezużytecznymi myślami. Jedną z przyczyn, dla których serce knuje zło, jest to, że ma na to czas. Człowiek, który ma codzienne obowiązki, który rozdysponowuje swój czas na nie godzina po godzinie, uchroniony jest od mnóstwa grzechów, które nie mają czasu go opanować. Rozpamiętywanie doznanych zniewag, tęsknota za dobrem, którego nie otrzymano, żal z powodu strat, które nas spotkały, albo z powodu utraty przyjaciół przez śmierć, natarczywe myśli nieczyste i hańbiące — to wszystko trzyma się z dala od tego, kto dba o to, by być pilnym i dobrze zajętym. Bezczynność jest okazją do wszelkiego zła. Próżniactwo jest pierwszym krokiem na drodze w dół, która prowadzi do piekła. Jeśli sami nie znajdziemy zajęcia, które pochłonie nasze umysły, szatan na pewno znajdzie dla nich swoje własne zajęcie. Tu właśnie widzimy różnicę pobudki, z którą człowiek pobożny i człowiek światowy mogą czynić to samo. Przypuśćmy, że ktoś dotknięty jest jakimś smutnym doświadczeniem — powiedzmy stratą bliskiej osoby. Ludzie tego świata, nie mający przyjemności w religii i nie chcąc zatrzymywać myśli przy stracie, która jest dla nich nieodżałowana, uciekają się do doczesnych zajęć, aby utopić w nich refleksję i przegonić smutek. Chrześcijanin w tych samych okolicznościach czyni to samo — lecz z lęku, by nie rozluźnić i nie osłabić swego ducha jałowym smutkiem; z obawy przed niezadowoleniem; z przekonania, że lepiej podoba się Bogu i bardziej zabezpiecza swój pokój wewnętrzny, nie tracąc czasu; z uczucia, że — dalekie od zapomnienia tych, których utracił — działanie to pozwoli mu tym prawdziwiej i tym pobożniej cieszyć się ich wspomnieniem.
6. Wreszcie widzimy, jakiego sądu należy udzielić w kwestii, o której niekiedy się dyskutuje: czy pod koniec życia należy wycofać się z doczesnych zajęć, by myśli swoje całkowicie poświęcić Bogu. Pragnąć tego jest tak naturalne, że, przypuszczam, każdy by tego pragnął. Wielu ludzi nie dostępuje tego przywileju; wielu dostępuje go wskutek rosnących chorób lub głębokiej starości; ale każdy, jak sądzę, gdyby miał wybierać, uznałby za przywilej móc go zaznać, choć wielu miałoby trudność z określeniem, *kiedy* nadszedł właściwy moment. Ale zastanówmy się, co stanowi przyczynę tego tak naturalnego pragnienia. Lękam się, że nierzadko nie jest ono pragnieniem religijnym, a często tylko częściowo religijnym. Lękam się, że wielka liczba osób, które dążą do wycofania się z doczesnych spraw, czyni to w przeświadczeniu, że będą się wtedy rozkoszowały po trosze na wzór bogatego człowieka z Ewangelii, który mówił: „Duszo, masz wielkie dobra złożone na wiele lat". Jeśli to jest przewodnim celem kogokolwiek, nie muszę oczywiście mówić, że jest to grzech śmiertelny — Chrystus Sam tak powiedział. Są inni, którymi kieruje uczucie mieszane: zdają sobie sprawę, że nie poświęcają religii tyle czasu, ile powinni; nie żyją według reguły; co więcej — nie są zadowoleni z poprawności czy prawości niektórych praktyk lub zwyczajów, których wymaga od nich tryb życia, i nużą się czynną działalnością wraz z upływem życia, pragnąc spokoju. Spoglądają więc na swe ostatnie lata jak na czas wycofania, w którym będą mogli *zarówno* korzystać z życia, *jak i* przygotowywać się do nieba. I tak zaspokajają zarówno swe sumienie, jak i miłość świata. W tej chwili religia jest dla nich uciążliwa; ale wtedy, jak mają nadzieję, obowiązek i przyjemność będą iść razem. Pomijając teraz wszelkie inne błędy, które świadczy taki stan ducha, należy zauważyć: jeśli w tej chwili *nie* służą Bogu z całego serca, lecz wyglądają czasu, gdy będą to czynić, to jasne jest, że kiedy wreszcie *rzeczywiście* odłożą troski doczesne i zwrócą się ku Bogu — o ile w ogóle to uczynią — ów czas musi koniecznie być czasem głębokiego upokorzenia, jeśli ma być Bogu miły, a nie wygodnym wycofaniem. Kto słyszał kiedyś o pokucie przyjemnej, łatwej, radosnej? Jest to sprzeczność w słowach. Ludzie ci, gdyby przez chwilę się zastanowili, musieliby przyznać, że ich obecny tryb życia — zakładając, że nie jest tak surowy, jak być powinien — nagromadza łzy i westchnienia na ich ostatnie lata, nie zaś przyjemności. Im dłużej żyją tak, jak żyją teraz, tym nie tylko mniej prawdopodobne jest, że się nawrócą; lecz nawet gdyby się nawrócili, tym bardziej gorzkie i bolesne musi być ich nawrócenie. Jedynym sposobem uniknięcia cierpienia za grzechy w tamtym życiu jest cierpienie za nie tu. Smutek tu albo nędza tam — nie unikną jednego lub drugiego.
Nie dla żadnego doczesnego powodu zatem, nie z żadnej zarozumiałej ani niedowiarczej pobudki pragnie chrześcijanin wytchnienia i spokoju na ostatnie lata swego życia. Owszem, będzie gotów obejść się bez tych błogosławieństw; a najwyższy ze wszystkich chrześcijan jest ten, którego serce tak jest utwierdzone w Bogu, że ani ich nie pragnie, ani ich nie potrzebuje; którego serce tak jest zwrócone ku rzeczom górnym, że rzeczy dolne w równym stopniu go nie ekscytują, nie wzburzają, nie niepokoją, nie zasmucają i nie uwodzą — jak nie powstrzymują biegu natury, jak nie zatrzymują słońca i księżyca, ani nie zmieniają lata i zimy. Tacy byli Apostołowie, którzy, jak ciała niebieskie, szli „na wszystkie ziemie" pełni zajęć, a przecież pełni też błogiej harmonii — aż po krańce ziemi. Ich powołanie było niebiańskie, lecz praca doczesna; trudzili się i znosili utrapienie aż do końca — a jednak zobaczcie, jak spokojnie piszą święty Paweł i święty Piotr w ostatnich dniach. Święty Jan natomiast otrzymał w znacznej mierze przywilej wycofania się od trosk swej pasterskiej pieczy; i taki — jak mówię — będzie naturalnym pragnieniem każdego człowieka pobożnego, czy jego posługa jest duchowa, czy doczesna. Lecz nie po to, by *zacząć* skupiać myśl na Bogu, ale jedynie dlatego, że choć może On rozważać Boga równie prawdziwie i być równie święty w sercu wśród czynnej działalności jak w ciszy, to jednak stosowniej i odpowiedniej jest spotkać cios śmierci — jeśli jest nam to dane — w ciszy, skupieniu i dostojeństwie, niż w tłumie i zamęcie. I stąd to, między innymi przyczynami, modlimy się w Litanii o zachowanie „od *nagłej* śmierci".
Ogółem rzecz biorąc, to, co powiedziałem, sprowadza się do tego: że podczas gdy Adam skazany był na pracę jako na karę, Chrystus przez swe przyjście uświęcił ją jako środek łaski i ofiarę dziękczynną — ofiarę, którą należy radośnie składać Ojcu w Jego imię.
Łatwo mówić i nauczać tego; trudno tak żyć; bardzo trudno jest trzymać się środkowej drogi między obydwoma skrajnościami — używać tego świata, nie nadużywając go; być czynnym i pilnym w sprawach tego świata, a jednak nie ze względu na ten świat, lecz ze względu na Boga. Wymaga tym większego wysiłku od sługi Chrystusowego, by o tym mówić, i oto dlaczego: ponieważ nie jest on powołany w tym samym sensie, w którym są powołani inni, do wypełniania tego obowiązku. Nie jest powołany, jak jego lud, do zawodów, zajęć i trosk tego świata; jego praca jest niebiańska i jej oddaje się całkowicie. Jest to praca, która — ufamy — nie zagraża mu oderwaniem od Boga; nie tylko dlatego, że jest Jego pracą, ale — co jest bardziej pewnym powodem — dlatego, że zazwyczaj nie zyska mu wielkiej wdzięczności u ludzi. Z tego jednak powodu trudno jest sługom Chrystusowym mówić o waszym doświadczeniu w tej materii, bracia moi, gdyż nie jest ono ich doświadczeniem. Nas doświadcza nakaz życia poza światem, was — nakaz życia w nim.
Niech Bóg da nam łaskę, by w naszych różnych sferach i powołaniach spełniać Jego wolę i ozdabiać Jego naukę; abyśmy — czy jemy i pijemy, czy pościmy i modlimy się, czy pracujemy rękoma czy umysłem, czy jesteśmy w drodze czy na spoczynku — oddawali chwałę Temu, który odkupił nas własną krwią!