HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania o sprawach dnia

Kazanie II. Świętość nieutracona przez pokutnika

Niedziela Sześćdziesiątnicy (Sexagesima)

Gdy chcę zacząć od nowaGdy zawiniłem i nie umiem sobie wybaczyć NawróceniePowszechne powołanie do świętości
„W niczym nie ustępuję najznakomitszym Apostołom, choć jestem niczym."
W skrócie. Kazanie na Niedzielę Sześćdziesiątnicy dowodzi — na przykładzie świętego Pawła — że żaden grzech nie wyklucza osiągnięcia najwyższej świętości. Newman wyjaśnia, że pokutnik może dorównać w łasce tym, którzy zachowali niewinność, choć droga jest dla niego cięższa. Tekst zachęca pokutujących do ufności i gorliwości, nie do rozpaczy.

„Niechaj zwrócą się do Boga całym sercem; niechaj proszą Go o łaskę, która tak potężnie działała w błogosławionym Apostole;”

*Niedziela Sześćdziesiątnicy (Sexagesima)*

*„W niczym nie ustępuję najznakomitszym Apostołom, choć jestem niczym."* — 2 Kor 12,11

Tak powiada święty Paweł, po przywołaniu swoich przywilejów, cierpień i zasług przez wiele rozdziałów, albo raczej przez cały List. Nawróceni przez niego w Koryncie nauczyli się go niedoceniać, a on wyznaje, że sam w sobie był taki słaby i bezwartościowy, jak go uważali. „Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich Apostołów — mówi — i niegodzien zwać się Apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży." „Nie jakobyśmy się uważali za zdolnych pomyśleć coś sami z siebie, jak gdyby z nas samych." A w tekście mówi o sobie, że jest „niczym". Lecz choć taki był, rozpatrywany sam w sobie, jakże inny był w rzeczywistości — to znaczy w łasce Bożej, która została na niego wylana; albo, jak sam powiada: „Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, i łaska Jego okazała się we mnie nie próżna; pracowałem bowiem więcej od nich wszystkich, nie ja jednak, lecz łaska Boża ze mną." I znów: „Nasza zaś wystarczalność pochodzi od Boga." I jeszcze: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali." I jeszcze: „Sądzę, że w niczym nie ustąpiłem owym arcyapostołom." A w tekście: „W niczym nie ustępuję najznakomitszym Apostołom, choć jestem niczym."

W obu Listach wylicza szczegółowo wiele owoców i znamion tej łaski, która została dana temu, kto niegdyś był „bluźniercą, prześladowcą i człowiekiem gwałtownym". „Aż do tej chwili — powiada — łakniemy i cierpimy pragnienie, brak nam odzieży, jesteśmy policzkowani i skazani na tułaczkę, i utrudzeni pracą rąk własnych. Błogosławimy, gdy nam złorzeczą, znosimy, gdy nas prześladują; dobrym słowem odpowiadamy, gdy nas spotwarzają. Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odpadkami wszystkich aż po tę chwilę." I znowu: „Okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką cierpliwość, przez utrapienia, przez niedostatki, przez uciski, przez chłosty, przez więzienia, przez rozruchy, przez trudy, przez czuwania, przez posty; przez czystość, przez wiedzę, przez wielkoduszność, przez uprzejmość, przez Ducha Świętego, przez miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy, przez moc Bożą, przez oręż sprawiedliwości zaczepny i obronny." I znowu: „Przyjmijcie nas; nikomu nie wyrządziliśmy krzywdy, nikogo nie zgubiliśmy, nikogo nie wyzyskaliśmy." I znowu: „W trudach bardziej obfitych, w chłostach bez miary, w więzieniach tak często, w niebezpieczeństwach śmierci wiele razy… w znojnej pracy i umartwieniu, w licznych nocnych czuwaniach, w głodzie i pragnieniu, w wielokrotnych postach, w zimnie i nagości… Któż jest słaby, żebym i ja nie był słaby? Któż doznaje zgorszenia, żebym i ja nie płonął?" I znowu: „Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny."

Czy można sobie wyobrazić większy kontrast niż ten, który ukazuje nam się w obrazie Szawła — prześladowcy Kościoła — i świętego Pawła, Apostoła, Wyznawcy i Męczennika? Któż był większym nieprzyjacielem Chrystusa? Któż był wierniejszym sługą? Przypadek świętego Pawła nie jest odosobniony; w czasach po nim zdarzały się wypadki jeszcze bardziej zadziwiające. Nie tylko grzesznicy niezrodzeni powtórnie z wody i Ducha, podobni do niego, ale i ci, którzy zgrzeszyli po swoim odrodzeniu; nie tylko grzesznicy działający w nieświadomości, jak on, ale i ci, którzy wiedzieli, co jest słuszne, a tego nie czynili; nie tylko ci, których oślepiła fałszywa gorliwość i serce nieugięte przed Bogiem, jak jego, ale ludzie zmysłowi, cielesni, straceni dla cnoty; rozpustnicy, którzy ofiarowali szatanowi ciało razem z duszą — i oni też, za cudownie działającą łaską Bożą, stawali się niekiedy zupełnie inni, niż byli; wywyższeni w królestwie niebieskim tak wysoko, jak głęboko pogrążeni byli przedtem w ciemności i cieniu śmierci. Takie zatrważające dowody mocy Chrystusa napotykamy tu i ówdzie w dziejach Kościoła; i stało się to na tyle częste, że przez błąd wielki, lecz nienaturalny, sformułowano niekiedy rodzaj maksymy: „Im większy grzesznik, tym większy święty" — jak gdyby po to, by w pełni zakosztować kielicha Chrystusowego, człowiek musiał najpierw głęboko napić się z kielicha szatańskiego.

Taka nauka jest oczywiście wprost przewrotna i odrażająca; mimo to czerpie pewne pozory wiarygodności z przykładów takich jak święty Paweł, o których wspomniałem. Przykłady te zdają się czegoś dowodzić — choć nie tej nauki; co dowodzą, przystoi rozważyć krótko w dniu, który jest niejako wspomnieniem świętego Pawła.

Dowodzą zaś tego: że żaden stopień grzechu, choćby najskrajniejszy (o ile oczywiście nie dosięga grzechu nieprzebaczalnego — grzechu przeciw Duchowi Świętemu, który wychodzi poza zakres naszego tematu — lecz żaden stopień grzechu, który może być odpokutowany), nie wyklucza osiągnięcia żadnego, choćby najwyższego, stopnia świętości. Nie ma tak wielkiego grzesznika, który dzięki łasce Bożej nie mógłby stać się świętym nawet bardzo wielkim. Wielcy święci mogą takimi się stać zarówno po tym, gdy byli wielkimi grzesznikami, jak i bez tego doświadczenia. Nie możemy wnioskować z tego, czym święty był u kresu życia, o tym, czym był na jego początku. Przejrzyjcie żywoty świętych, a znajdziecie wśród nich takich, którzy stali się świętymi, nigdy nie odstępując od Boga, i takich, którzy stali się nimi po odwróceniu się od Niego; i byłoby zuchwałością twierdzić, że w tym katalogu nie ma świętych równie wielkich wśród tych, którzy od Niego odstąpili i nawrócili się, jak wśród tych, którzy od młodości byli ludźmi sprawiedliwymi, nie potrzebującymi nawrócenia.

To jest oczywiście twierdzenie zupełnie inne od głoszenia, że im większy grzesznik, tym większy święty. Mówi ono tylko tyle, że człowiek może wznieść się tak wysoko, jak nisko upadł; że wielcy grzesznicy, gdy nawracają się do Boga — nie że w konsekwencji będą większymi świętymi niż inni, lecz że nic nie stoi na przeszkodzie, by dorównali tamtym w świętości, pomimo swego grzeszenia. Lecz nawet takie twierdzenie może się wydać mocne; dlatego warto teraz dodać kilka słów wyjaśnienia.

**1.** Po pierwsze, rzecz oczywista: jest znacznie mniej prawdopodobne, że wielki grzesznik nawróci się do Boga i stanie się wielkim świętym. Mało prawdopodobne, że grubianin posłucha w ogóle Bożego głosu; trzeba się bardzo obawiać, że stłumi łaskę, która wstawia się za nim. A nawet jeśli pójdzie za wezwaniem na tyle, by pokutować, to jeszcze mniej prawdopodobne, że nawyki grzechu, które owinął wokół swojej duszy, tak rozluźnią swój uścisk, by pozwolić mu odrzucić wszelki ciężar. Zachodzi prawdopodobieństwo, że tak otumanił swoją wolę, skaził serce i spowszedniał swoje spojrzenie na rzeczy, że nawet gdy jego pokuta jest szczera, osiadłszy na mieliźnie w podrzędnym, drugorzędnym rodzaju religijności — nie będzie miał żaru, ostrości ducha, wzniosłości ani blasku duszy; nie będzie zdolny do modlitwy; nie będzie mógł działać pod wpływem pobudek niebieskich; lecz we wszystkim, co czyni, będzie się przeistaczać zepsucie. Już zdrowy rozsądek podpowiada, że im bardziej człowiek pobłądził, tym więcej ma do naprawienia; a zarazem z tego samego powodu jest mniej skłonny niż dawniej i mniej zdolny, by poważnie zabrać się do tej pracy. Im więcej człowiek grzeszy, tym silniejsi stają się wrogowie jego duszy, a on sam — tym słabszy: ciężar ściągany jest z jednego końca szali i kładzie się na drugi; jego niekorzystne położenie jest podwójne.

**2.** W tym sensie muszę bez wątpienia przyznać, że grzesznik nigdy nie może być tak wielkim świętym, jak gdyby nie zgrzeszył; to znaczy — wysiłki, które teraz musi podjąć jedynie po to, by naprawić to, co zepsuł, gdyby nie grzeszył, w całości przysługiwałyby jego postępowi w świętości i z pewnością wiodłyby go do wyższego jej punktu, niż teraz może osiągnąć. W tym sensie nie może dogonić samego siebie — widzianego takim, jakim by inaczej był. Stracił czas, idąc drogą błędu; stracił czas i trud, cofając swe kroki. Równie dobrze mężczyzna w wieku trzydziestu lat mógłby mieć nadzieję kiedykolwiek dogonić w latach mężczyznę czterdziestoletniego, jak pokutujący grzesznik, którego stopy powoli wynoszą go z krainy grzechu, mógłby dogonić to, czym mógłby być, gdyby zawsze z taką samą prędkością kroczył wąską drogą. I oczywiście musi to być dlań zawsze źródłem głębokiej boleści, że nie jest tym, czym mógłby być; że mógłby uczynić więcej, niż uczynił lub teraz może uczynić. Lecz dotyczy to wszystkich ludzi, nawet niewinnych i prawych. Najwięksi święci mogliby być więksi, niż są. Możemy wyobrazić sobie stopień doskonałości — i to osiągalny — wyższy od najwyższego, jaki kiedykolwiek w rzeczywistości osiągnął człowiek. A z drugiej strony, podobnie w sensie ogólnym, jak widzimy w przypowieści o synu marnotrawnym, ci, którzy zawsze pozostawali przy swoim Ojcu, stoją bez wątpienia wyżej w łasce Bożej niż ci, którzy Go opuścili. Lecz nie mówię o możliwościach ani abstrakcjach, ale o faktach. I twierdzę, biorąc te szczyty świętości, do jakich osiągnęły dusze służące Bogu od młodości, że nie ma żadnego tak wysokiego, który — o ile nam dano wiedzieć i sądzić — nie zostałby osiągnięty przez mężczyzn, którzy zgrzeszyli i nawrócili się, jak pokazuje nam przykład świętego Pawła.

**3.** Poza tym, w tym, co powiedziałem, oczywiście od razu wynika, że mniej osób osiąga wysoką świętość po życiu w grzechu niż po życiu w niewinności. Spośród tych, którzy są świętymi, należy przypuszczać, że większość to ci, którzy mniej lub bardziej byli zachowani w świętym posłuszeństwie od swego chrztu; nieliczni są ci, którzy po chrzcie grzeszyli poważnie i nawrócili się — lecz owi nieliczni mogą, jeśli przykład świętego Pawła jest właściwy, wznieść się do takiej świętości, jak wielu, którzy po chrzcie nie potrzebowali nawrócenia.

**4.** Ponadto nie należy przypuszczać, że dlatego, iż grzesznicy szczerze pokutowali, nie ma już kary za ich dawne grzechy; a to stawia ogromną różnicę między stanem niewinnego a stanem pokutnika. W tym sensie nigdy nie mogą być na tym samym poziomie: jeden, jeśli tak Bóg zechce, podlega karze, a drugi nie; bo Bóg nie przebacza nam tak, by równocześnie nie karać. Gdy Jego dzieci pobłądzą, są, według słów świętego Pawła, „sądzeni". Nie porzuca ich, lecz sprawia, że ich grzech „dopada ich". I, jak dobrze wiemy, jest Jego miłosiernym upodobaniem, by ta kara służyła zarazem jako chłosta i napomnienie, „tak iżby — gdy są sądzeni — byli karceni przez Pana, żeby nie byli potępieni ze światem". Lecz mimo to ich nawiedzenie ma charakter sądu; i żaden grzesznik nie wie, jakiego rodzaju ani ile sądów ściągnął na siebie z rąk sprawiedliwego Sędziego. Mówię, że pokutujący grzesznicy różnią się pod tym względem od osób niewinnych: być może Bóg sprowadzi na nich karę za ich dawne grzechy, jak bardzo często czyni; i być może Bożą wolą jest, by owa kara była środkiem ich uświęcenia, jak uczynił w przypadku świętego Pawła. Ból, utrapienie, przygnębienie mogą ich przytłoczyć, mogą być ich udziałem, mogą być konieczne do osiągnięcia przez nich świętości, do której zmierzają. Lecz nie mówię o środkach, za pomocą których osiągają świętość; nie mówię o okolicznościach czy losie, w którym ją doskonalą, czy przyjemnym czy bolesnym; lecz o samej ich świętości, obecnej i przyszłej — i twierdzę, że świętość, do której w końcu dochodzą, jakkolwiek ją osiągają, może być równie wielka jak świętość tych, których historia religijna była zupełnie różna — którzy nie grzeszyli jak oni, ani nie cierpieli jak oni, ani nie zmagali się i nie trudzili jak oni.

I dodam, że naszym obowiązkiem jest miłować pokutujących grzeszników tak, jak gdyby nie zgrzeszyli. Ci, którzy nigdy nie upadli jak oni, nie powinni pozwalać, by myśl o tym, czym tamci byli, spoczywała na ich umyślach, ani traktować ich w jakimkolwiek stopniu — Boże broń! — jak gdyby ich bliskość stanowiła dla nich skalanie. Jeśli są pojednani z Bogiem, to zaiste mogą być pojednani ze swymi braćmi; jeśli Chrystus raczy być ich pokarmem i napojem, to najświętsi z ludzi nie potrzebują wzbraniać się przed umyciem ich nóg. Mówię teraz o wewnętrznym uczuciu naszych serc wobec nich; bo często jest obowiązkiem (przynajmniej przez pewien czas) zachowywać zewnętrzne i ceremonialne rozróżnienie między nimi a innymi. Po pierwsze, nie możemy być pewni, dopóki nie upłynie trochę czasu, że naprawdę pokutują; tak więc Apostołowie „wszyscy obawiali się" świętego Pawła na początku „i nie wierzyli, że jest uczniem"; a po drugie, może być konieczne dla ich dobra (szczególnie gdy Kościół nie egzekwuje dyscypliny pokuty) — konieczne dla ich dobra, by stawiać ich w niekorzystnym położeniu i dla przykładu. Jednak to wszystko zewnętrzne rozróżnienie nie musi zakłócać uczucia naszych serc wobec nich.

Jak nie okazujemy nieskrępowanej poufałości wobec obcych i znajomych tak samo jak wobec przyjaciół, ani wobec podwładnych czy przełożonych, lecz jedynie wobec tych, z którymi jesteśmy zażyli, a mimo to możemy żywić ku nim wszelką chrześcijańską miłość — tak też możemy z pewnością przestrzegać pewnych reguł przez jakiś czas lub na stałe wobec tych, którzy byli jawnymi grzesznikami, czyniąc to po prostu z obowiązku, a bynajmniej nie zapominając, że w przywilejach chrześcijańskich stoją z nami na równej stopie i mogą być, lub są w drodze do tego, by być nawet naszymi przełożonymi w królestwie niebieskim. Nic bardziej się nie różni od siebie nawzajem niż traktowanie kogoś z dystansem czy powściągliwością od patrzenia na niego z góry. Poza tym pokutnicy nierzadko wchodzili sami w jakiś nowy stan lub rangę w życiu, co stanowiło ich pokutę i zwalniało braci od konieczności zwracania uwagi na ich przeszłe grzechy, pozwalając im zapomnieć, że tamci są pokutnikami.

Jest kilka powodów, dla których warto nalegać na ten temat. Jeden z nich to umocnienie poniższej prawdy równoległej; bo jeśli prawdą jest, że grzesznik może stać się świętym, to przynajmniej równie prawdą jest, że osoba niewinna, która nigdy nie wpadła w grzech ciężki, niekoniecznie jest świętą. Zdarza się często, że pokutujący grzesznicy stają się bardziej święci i milsi Bogu niż ci, którzy nigdy nie upadli. Jest mnóstwo ludzi, którzy przemierzają życie w bezpiecznej, bezciekawej przeciętności. Nigdy nie byli wystawieni na pokusę; nie gnębią ich gwałtowne namiętności; nie mają nic, co by ich wypróbowywało; nigdy nie próbowali wielkich rzeczy dla chwały Bożej; nigdy nie zostali rzuceni w wir świata; żyją w domu, w łonie swoich rodzin lub w spokojnych warunkach; i w pewnym sensie są niewinni i prawi. Nie splugawili w żaden szczególny sposób swej chrzcielnej szaty; nie uczynili nic, by przerazić swoje sumienie; zawsze żyli w poczuciu religii i spełniali swe bezpośrednie obowiązki w sposób wzbudzający szacunek. A gdy zamyka się ich życie, ludzie nie mogą powstrzymać się od mówienia dobrze o nich jako o osobach nieszkodliwych, przyzwoitych i poprawnych, których nie sposób winić i nie sposób nie żałować. A jednak, mimo wszystko, jakże różne są ich życia od tego, które święty Paweł opisuje w swych Listach jako życie chrześcijańskie! Nie mam na myśli różnicy ze względu na prześladowania, tułaczkę, heroiczne wysiłki i to wszystko, co jest uderzające i co zwie się romantycznym w historii Apostoła; lecz — jeśli mam skondensować wszystko, co mam na myśli, w jednym słowie — ze względu na bezinteresowność. Cała osobliwość chrześcijanina polega na tym, że przedkłada Boga i bliźniego nad siebie — na zaparciu się siebie dla miłości Boga i braci; według słów świętego Pawła: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie; jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana." Lecz ilu jest takich, którzy żyją, o ile mogą, życiem wygodnym i leniwym — albo przynajmniej którzy, dalecy od stawiania sobie chwały Bożej jako celu swego istnienia, żyją dla siebie, nie dla Boga! A co szczególnie uśpie ich sumienia w takim postępowaniu, to okoliczność, że nigdy nie zgrzeszyli ciężko; zapominając, że nic tak powszechnie nie przysłania zwierciadła jak drobne i stopniowe nagromadzenie codziennych nieczystości, i że dusze mogą po cichu pokrywać się i zatykać samym pyłem, aż nie odbijają żadnej cząstki prawd niebieskich, które powinny je przenikać. I tak, podczas gdy oni śnią życie, inni, którzy wyruszyli razem z nimi — najpierw ogarnięci przez pychę lub namiętność, wpadają w grzech i tracą drogę; potem są wstrząśnięci i przerażeni, zdołają ją odzyskać i biegną naprzód żwawo, i mijają tamtych; i ostatni stają się pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.

Rozszerzyłem się też o tym przedmiocie ze względu na tych (a ileż ich jest!), którzy są w swym sumieniu świadomi, że przez dobrowolne grzeszenie utracili pełnię tego błogosławieństwa, które dał im chrzest. O, szczęśliwi ci, którzy nie mają tej świadomości, nie przestając wszakże przez to być czujnymi i gorliwymi duchem! O bracia moi, strzeżcie zazdrośnie waszego dziewiczego stanu, jeśli go posiadacie, i dbajcie, by go nie utracić; nie traćcie sposobności owej szczególnej szczęśliwości, którą mogą mieć jedynie ci, którzy służą Bogu od młodości w stałym posłuszeństwie. Tego, co minęło, nie można cofnąć. Jakiekolwiek byłyby wyżyny świętości, do których dochodzą pokutujący grzesznicy, nie mogą mieć tej perły wielkiej ceny — tego, że nie zgrzeszyli. Żaden prawdziwy pokutnik nie zapomina sobie ani nie przebacza sobie: nieubłagany duch wobec samego siebie jest właśnie ceną tego, że Bóg mu przebacza. Jednak, choć grzesznicy nigdy nie mogą być dla siebie samych takimi, jak gdyby nie grzeszyli; choć nie mogą tak uwolnić się od swych przeszłych grzechów, by być pewni, że owe grzechy nie „dopadną ich", wedle słów Pisma Świętego, i nie sprowadzą na nich kary — to jednak, jeśli chodzi o miłość Boga i braci, są w tym względzie po swoim nawróceniu w stanie osób sprawiedliwych, które nie potrzebują nawrócenia. Niechaj to pocieszy i zachęci wszystkich pokutników: mogą być wysocy, mogą być najwyżsi w królestwie niebieskim; mogą być, jak święty Paweł, nie w tyle za najznakomitszymi. Zaiste surowa musi być dyscyplina, która wiedzie ich na ów wzniosły tron. Nie przez opieszałe wysiłki, nie bez wielkich i uroczystych doświadczeń zdobywa się go; nie bez bólu i upokorzenia, i wielkiego trudu będą na nim czynić postęp; lecz można go zdobyć. To ich wielka pociecha: jest w ich zasięgu; nie utracili, lecz jedynie opóźnili, jedynie narazili na niebezpieczeństwo i utrudnili nagrodę swego wzniosłego powołania w Chrystusie Jezusie. Niechaj zwrócą się do Boga całym sercem; niechaj proszą Go o łaskę, która tak potężnie działała w błogosławionym Apostole; niechaj przyoblekają się w pełną zbroję Bożą, aby mogli się ostać w dzień zły i, wszystko wykonawszy, trwać. Niechaj są pewni, że jeśli tylko mają wolę ku wielkim rzeczom, mają i moc. Niechaj rozważają żywoty świętych z minionych czasów i widzą, ile dla nich zdołała nieugięta, niezłomna wola. Niechaj dążą do chwały Bożej; niechaj codziennie modlą się o to, by Bóg był uwielbiony w nich — czy w ich życiu, czy w ich śmierci; czy w ich karze, czy w ich uwolnieniu; w ich bólu czy w ich pokrzepieniu; w ich trudzie czy w ich spoczynku; w ich chwale czy w ich niesławie; w ich wywyższeniu czy w ich upokorzeniu. O, trudno to mówić i znosić oddanie siebie w Boże ręce! Lecz On jest Bogiem wiernym, który nie dotyka synów ludzkich chętnie, lecz dla ich dobra; który nie chłoszcze nas inaczej niż jako miłujący Ojciec; który nie kusi nas, nie dając drogi wyjścia; który nie wbija oścień w nasze ciało inaczej, niż by utemperować nadmiar Swych objawień. Jakakolwiek będzie nasza konieczna próba, przeprowadzi nas przez nią — przez głębokie wody, przez gęste ciemności — jak prowadził i strzegł błogosławionego Apostoła; aż i my z kolei, jakiekolwiek byłyby nasze przeszłe grzechy, będziemy mogli powiedzieć za nim: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia."

← wróć do odkrywania