*„Czekaj na Pana, bądź mężny i serca nabiraj, bo czekaj na Pana."* — Ps 27,14
Nie ma stanu bardziej przygnębiającego niż stan grzesznika pokutującego, gdy po raz pierwszy uświadamia sobie, gdzie jest, i zaczyna zwracać myśli ku swemu Wielkiemu Panu, którego obraził. Owszem, stan ten przepojony jest pociechą i nadzieją, jak wszelki czyn powinności; a z perspektywy czasu wspominanie go nie tylko nie sprawia bólu, ale bywa nawet krzepiące. Lecz w chwili przeżywania jest to stan wielce przygnębiający. Człowiek odkrywa, że ma do wykonania wielkie dzieło, a nie wie, jak je wykonać ani nawet czym ono jest; niecierpliwość i niepokój są w nim równie wielkie, co świadomość własnej niewiedzy — a właśnie dlatego jest niespokojny, że nic nie wie. Grozi mu wielkie niebezpieczeństwo podjęcia błędnych kroków, skoro pragnie działać, lecz nie wie dokąd. Pozwólcie, że poczynię kilka uwag na temat pewnych błędów, w które łatwo może wpaść.
Zakładam jednak, że mam do czynienia z umysłem naprawdę szczerym i gorliwym — nie z pokutnikiem opieszałym, marzycielskim, chwiejnym i rozdwojonym, który pokutuje trochę, lecz nie do końca. Komuś takiemu z pewnością nie grozi popadnięcie w entuzjazm ani przesąd; nie ma w nim mocy, by być niepowściągliwym lub samowolnym w swym smutku, i niewiele potrzebuje kierownictwa. Nie dotyczy to też osób o zdrowym sądzie lub spokojnym usposobieniu, które wprawdzie pokutują szczerze, ale pokutują rozumem raczej niż uczuciem. Jest jednak niemało ludzi, do których moje słowa odnosić się będą.
1. Zauważam więc, że grzesznicy pokutujący są często niecierpliwi, by wstąpić na jakąś nową drogę działania lub przyjąć jakąś szczególną regułę życia. Czują, że to, co uczynili w przeszłości, jest — o ile chodzi o to życie — nieusuwalne i stawia między nimi a innymi barierę nie do przebycia; szczęśliwi, jeśli owo piętno winy i wstydu nie przetrwa grobu, lecz zostanie zgładzone w dniu sądu. Czują, że nigdy nie będą tacy jak inni, dopóki głos Chrystusa nie ogłosi ich uniewinnienia i błogosławieństwa. Serce parzy ich pragnieniem poniżenia, a w duszy płonie święte oburzenie na samych siebie, jakby nic nie było dla nich zbyt ciężkie — i rozglądają się za czymś do zrobienia, za jakimś stanem życia, za jakimś zadaniem lub służebną posługą do podjęcia. Tymczasem najczęściej zdarza się, że Bóg nie objawia im swej woli od razu — a na tę właśnie wolę powinni czekać, zamiast tego jednak tracą cierpliwość; gdy zaś wola Boża nie ukazuje się wyraźnie, usiłują wmówić sobie, że ją rozpoznali, choć w rzeczywistości tak nie jest. Wzorem prawdziwego pokutnika powinien tu być święty Paweł. Najpierw rzekł: „Panie, co chcesz, abym uczynił?" — a potem był „posłuszny widzeniu niebieskiemu"; czekał przez trzy dni, aż Bóg przemówił do niego przez Ananiasza; po czym pozwolił się prowadzić Opatrzności to tu, to tam, jakby nadal był ślepy — bez widocznego celu czy zamysłu i bez żadnego stałego powołania. Dopiero po latach Duch Święty rzekł: „Oddzielcie mi Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich powołałem". Cóż za lekcja cierpliwego oczekiwania na Boga! „Czekaj na Pana" — czekaj, aż przemówi. Jest rzeczą niemożliwą, by nie chciał powierzyć ci jakiejś służby; lecz w Jego domu jest wiele miejsc i wiele posług. Upewnij się dokładnie, że zajmujesz miejsce, które On ci wskazał. Skoro szedłeś złą drogą i teraz pragniesz iść dobrą, staraj się tę dobrą drogę rozpoznać; obieraj nie tylko to, co dobre, lecz to, co najlepsze. Nie możesz tego uczynić inaczej niż idąc za Jego wezwaniem — a na to wezwanie musisz czekać: czy zechce cię powołać do trwania w twoim obecnym stanie, czy też do jego zmiany. Niczym prorok musisz stanąć na swoim posterunku, zająć miejsce na wieży strażniczej i wypatrywać, co powie do ciebie i co mu odpiszesz, gdy cię skarcił — pamiętając, że „widzenie jest na czas oznaczony, lecz dąży ku kresowi i nie zawiedzie; jeśli się odwleka, czekaj na nie, bo na pewno przyjdzie, nie spóźni się". Nie zważaj, jak długo przyjdzie ci czekać — choćby przez lata, znós to. Nie mów, że czas jest krótki, bo Bóg może go wydłużyć. Jeśli nie użyje cię nawet do jedenastej godziny, może tę godzinę zamienić w tysiąc i wynagrodzić ci ją stosownie do lat twojego cierpliwego czekania.
2. A dalej chciałbym powiedzieć takim osobom, jak opisałem: strzeżcie się nie tylko zobowiązywania do jakiegoś określonego trybu życia lub celu działania, lecz strzeżcie się także nadmiaru w tych pokutnych praktykach, które mają bezpośrednie prawa wobec was i są wykonywane prywatnie. Niebezpieczeństwo polega na tym, że co jest rzeczywiście nadmiarem, takim osobom wydaje się zaledwie umiarkowaniem. Gdy człowiek trwoży się i trapi swoimi grzechami, pragnie nałożyć na siebie jakiś ciężar, który przyniesie ulgę jego uczuciom i przypomni mu, czym był i czym jest. Tymczasem nic nie jest w większości przypadków mniej wskazane niż zaczynanie od surowości. Ludzie nie wiedzą, co mogą, a czego nie mogą znieść, dopóki tego nie wypróbują. Zdaje im się niemal, że mogą żyć bez pożywienia, bez odpoczynku, bez wygód, do których przywykli. Gdy zaś przekonują się, że nie mogą, popadają w przygnębienie i nieszczęście albo cofają się wstecz, a następuje nawrót do dawnych nawyków. Wielkim błędem jest ambicja, a człowiek łatwo może dążyć do modlenia się więcej, niż jest w stanie, lub do rozmyślania więcej, niż jest w stanie, albo do posiadania jaśniejszej wiary i głębszej pokory, niż jest w stanie mieć w chwili obecnej. Wszystko dokonuje się stopniowo; wszystko (dzięki łasce Bożej) może przyjść z czasem, lecz nie od razu. Równie dobrze dziecko mogłoby sądzić, że od razu urośnie w dorosłego człowieka, jak pokutnik w zalążku mógłby nagle upodobnić się do świętego Pawła starca. Co więcej — nawet gdyby było możliwe posiadanie takich widzeń Boga i siebie samych, które byłyby po prostu prawdą, nie wyszłoby nam to na dobre — byłyby ponad nasze siły. Jak Chrystus ukrywa się przed nami w Najświętszej Eucharystii, tak też z miłosierdzia ukrywa przed nami nas samych. Jesteśmy słabi — nie jesteśmy jeszcze zdolni do znoszenia wielkich ciężarów; lekkie brzemiona są dla nas ciężkie. Zresztą, jeśli pokutujący koniecznie pragną ładować się ciężko, niech wiedzą, że największym ciężarem, a zarazem najstosowniejszym, jest to, co trwałe, co nieustanne. Lekka pokuta, jeśli długa, jest o wiele bardziej dotkliwa niż surowa, jeśli krótka. Wynika to z samego rozumu, gdyż przeżywa ich obecny wzburzony stan ducha. Z tego samego powodu jest też bardziej zbawczym, bo przypomina im o tym, o czym później skłonni będą zapomnieć. Kamień z czasem drąży nieustanna kropla — i bądź pewien, że nawet bardzo łatwa reguła, jeśli trwa, jest bardzo ciężką próbą. Nie jest wielką pokutą brać na siebie to, co jest zaledwie ulgą dla uczuć, i kończyć ją, gdy uczucia przestają jej wymagać. Prawdziwa pokuta jest tą, która nigdy nie dobiega końca; a prawdziwa pokuta zewnętrzna jest tą, która trwa tak długo jak skrucha wewnętrzna. I chyba nikt prócz tych, którzy tego doświadczyli, nie wie, jakiego szczególnego charakteru surowości nadaje jakiejkolwiek praktyce świadomość, że nigdy nie ustanie — lub choćby że ma trwać przez określoną liczbę lat. I niezależnie od tego, co czeka nas w przyszłości, sama monotonia bywa często dotkliwą karą i wymaga złagodzenia, by nie uczyniła nas niezdolnymi do wypełniania naszych obowiązków.
3. To, co przed chwilą powiedziano, prowadzi mnie do jeszcze jednego tematu, o którym należy poczynić kilka uwag. Gdy ludzie cierpią szczególnie boleśnie z powodu swoich grzechów, bywa, że są kuszeni do składania pochopnych obietnic i przyjmowania zobowiązań bez rachowania kosztów. Myślą, że ich obecny stan ducha trwać będzie wiecznie — zmienia się on jednak, a ich obietnica pozostaje; odkrywają, że nie są w stanie jej należycie wypełnić; popadają więc w wielkie zakłopotanie, a nawet rozpacz. Może się zdarzyć, że posunęli się do nieroztropności i sformułowali swoje zobowiązanie w postaci ślubu — co znacznie powiększa ich trudność. Nie wiedzą, czy jest ono wiążące, czy nie; nie mogą sobie przypomnieć ani sposobu, w jaki je złożyli, ani uczuć, jakie im towarzyszyły, ani żadnej z drobnych okoliczności, od których zależy jego ważność. Już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo jest rzeczą błędną składać prywatne śluby. Nie możemy być sami dla siebie sędziami w tej materii. A jeśli podejmujemy zobowiązanie, nie mówiąc nikomu o nim, powierzamy je w znacznej mierze własnej pamięci i własnemu osądowi. Szczególna jawność i wyrazistość, z jaką składany jest ślub małżeński, daje nam wzorzec tego, jak śluby powinny być podejmowane. Kościół powinien ich słuchać i błogosławić im. We wczesnym Kościele nawet do najwyższych władz kościelnych odwoływano się jako do ich świadków i wyznaczycieli. Lecz jeśli Kościół nie jest w jakiś sposób lub formie obecny, wydaje się rzeczą nierozważną składanie ślubów. Wolałbym zalecić pewną praktykę, która jest bezpieczniejsza i bardziej rozumna. Osoby pragnące pokutować za grzechy przeszłości bywają kuszeni do składania ślubów ubóstwa lub czystości, lub życia w pokorze, lub tym podobnych. Nie twierdzę, że błądzą, pragnąc dla siebie takiego rodzaju życia, jakie prowadzili Apostołowie. Nie twierdzę, że jest to entuzjazm, szaleństwo lub urojenie pragnąć być jak święty Paweł, skoro on sam wprost pragnął, by wszyscy ludzie byli jak on. Nie twierdzę, że jest cokolwiek ekscentrycznego lub nagannego w tym, że broni się sobie tych wygód, których odmawiał sobie nasz Zbawiciel — lecz w obecnych okolicznościach najlepiej ograniczyć się do pragnienia i wysiłku, a oszczędzić sobie uroczystej obietnicy. Mówię tak, ponieważ sądzę, że jest coś, co człowiek może uczynić, a co praktycznie wyjdzie na to samo, lecz bez ryzyka działania według własnego osądu, bez towarzyszącego temu formalnego błogosławieństwa Kościoła. Mianowicie: można stale prosić Boga o ten dar lub o ten stan, którego się pragnie. Jeśli ktoś pragnie być pokorny i nieznaczący na tym świecie, niech nie podejmuje od razu żadnego zobowiązania ani profesji w tej mierze, lecz niech każdego dnia modli się do Boga, by nigdy nie był bogaty, nigdy w wysokim położeniu, nigdy we władzy i autorytecie; niech każdego dnia modli się do Boga, by jego mieszkanie było zawsze skromne, pożywienie zwyczajne, odzienie proste, dom samotny; niech modli się do Niego, by był najmniejszy i najniższy w społeczności tego świata; by inni mieli pierwszeństwo przed nim, inni mówili, gdy on milczy, inni zajmowali pierwsze miejsca, on ostatnie; inni doznawali szacunku, on — lekceważenia; inni mieli okazałe domy, bogate sprzęty, piękne ogrody, wykwintne pojazdy, znakomite dwory. Czy taka modlitwa nie będzie pewnego rodzaju powracającym ślubem, lecz bez żadnej z owych niebezpiecznych zuchwalstw, jakie niesie ze sobą prywatne, samowolne postanowienie? Któż może trwać tak modląc się dzień po dniu, a nie wchłonąć nieco ducha, o który prosi? Jak wyznanie wiary jest w pewnym sensie modlitwą, tak z pewnością taka modlitwa może być w pewnym sensie uważana za profesję. A jednak i takiej modlitwy niech nikt nie zaczyna od razu; niech obrachuje koszt przed jej ofiarowaniem, i to dlatego, że jest to modlitwa, którą Bóg Wszechmogący jest bardzo skłonny wysłuchać. Są modlitwy, co do których nie mamy pewności, że zostaną wysłuchane; lecz są inne, co do których doświadczenie wszystkich wieków zapewnia nas, że są niebezpieczne właśnie dlatego, że są tak skuteczne. Nieraz słowo przeszło przez usta i jest zapisane w niebie — i wbrew naszej własnej zmianie woli zostaje spełnione. Do takich modlitw należą modlitwy o utrapienie i próbę; i znowu te, które opisywałem — modlitwy o tryb życia Apostołów i pierwszych chrześcijan, lub (jak można by to odróżniająco nazwać) o życie biblijne. Niechże więc nikt nie modli się pochopnie o owo życie biblijne, by zanim zdąży tego zapragnąć, nie osiągnął odpowiedzi na swą modlitwę. A jednak — jeśli po głębokim namyśle uzna, że naprawdę i z całej duszy tego pragnie, niech się o to modli i niech prosi o łaskę do zniesienia tego; ale to wystarczy — nie potrzebuje składać żadnego ślubu.
4. To, co przed chwilą powiedziano, prowadzi w sposób naturalny do jeszcze jednej uwagi, mianowicie: gdy ludzie są w pierwszym żarze pokuty, powinni uważać, by nie działać według własnego prywatnego osądu i bez właściwej rady. Nie tylko przy zawieraniu trwałych zobowiązań, lecz we wszystkim, co czynią, potrzebują spokojniejszego przewodnictwa niż własne. Nie mogą sami sobą kierować — muszą dać się prowadzić innym; zaniedbanie tej prostej i naturalnej zasady pociąga za sobą bardzo złe skutki. Wszystkim nam oszczędzone zostałoby wiele cierpień różnego rodzaju, gdybyśmy zdołali przekonać siebie, że nie jesteśmy najlepszymi sędziami ani naszego własnego stanu, ani woli Bożej wobec nas. Jaki rozumny człowiek podejmuje się być własnym lekarzem? A czy choroby duszy są mniej liczne, mniej zawiłe, mniej subtelne niż choroby ciała? Czy doświadczenie nie ma znaczenia w sprawach duchowych, podobnie jak w sprawach materialnych? Czy indukcja traci swą rolę, a nauka swą nadrzędność, gdy w grę wchodzi dusza? Cóż za niekonsekwentny wiek nasz! O każdej dziedzinie rzeczywistości orzeka się, że jest zdolna do ujęcia naukowego, że spoczywa na zasadach, że wymaga nauczania, że ćwiczy rozum — z wyjątkiem samodyscypliny. Samodyscyplina ma sobie radzić sama; nie trzeba się jej uczyć — każdy człowiek może ją uprawiać sam z siebie, jakimś rodzajem naturalnego instynktu. I co jest jeszcze bardziej niedorzeczne: człowiek ma być swoim własnym przewodnikiem i nauczycielem właśnie wtedy, gdy z natury rzeczy jest w błędzie i trudności. Jakże ktoś może wskazać sobie drogę, skoro z samego założenia ją zgubił? Jakże może jednocześnie przewodzić i dać się prowadzić? Właśnie owe stany, o których mówię, to stany, gdy człowiek jest wzburzony, podniecony, nękany, przygnębiony, zrozpaczony — właśnie wówczas jego osąd nie jest jasny, gdy łatwo daje się unosić marzeniom, gdy łatwo ulega skłonności, gdy światło, które jest w nim, staje się, jeśli nie ciemnością, to meteorem wiodącym go na złe drogi. Lecz jeśli ślepy prowadzi ślepego, czy nie upadnie w rów i rozum, i namiętność, i cały człowiek?
I nie ma co mówić, że bez łaski Bożej nie możemy być prowadzeni, a że łaska Boża nas poprowadzi i że łaskę Bożą zdobywamy przez prywatną modlitwę. Bo Bóg posługuje się środkami — my musimy wypełniać swą część; musimy działać, a Bóg będzie nas prowadził w czasie naszego działania; i rodzi się pytanie, czy szukanie rady u innych nie jest właśnie Bożym sposobem, przez który nas błogosławi i oświeca, i bez którego nasze dusze nie będą się rozwijać.
Wyrażam głębokie przekonanie, gdy mówię, że nie należy spodziewać się niczego zdrowego w pobożności życia wspólnotowego, dopóki nie nauczymy się, że nie możemy kierować sobą własnym prywatnym osądem; że kierowanie sercem jest nauką, której trzeba się uczyć; i że choćbyśmy zwracali na nią uwagę, jesteśmy najmniej zdolni stosować ją we własnym przypadku, to jest właśnie wtedy, gdy najbardziej jej potrzebujemy. W sprawach religii musimy posługiwać się zdrowym rozsądkiem, który nie opuszcza nas w sprawach tego świata, bo naprawdę jest nam na nich zależy; i jak nikomu nie przychodziłoby do głowy być własnym prawnikiem ani własnym lekarzem — bez względu na to, jak wielkie naraża to na szwank i jakiej ofiary uczuciowej wymaga — tak musimy przyjąć za pewnik, jeśli chcemy służyć Bogu spokojnie, że nie możemy być swoimi własnymi teologami i swoimi własnymi kasuistami.
Kończąc, zachęcajmy się wzajemnie do szukania tej dobrej cząstki, której nikt nam nie odbierze. Starajmy się być naprawdę gorliwi i widzieć rzeczy tak, jak widzi je Bóg. Wówczas wyrzeczenie się świata będzie rzeczą małą; pogodzenie umysłu z tym, od czego na początku się wzdryga, stanie się rzeczą łatwą. Obróćmy myśli ku niebu; skierujmy je ku temu, co jest w górze, a Pan w swoim czasie skieruje tam także nasze uczucia. Wszystko z czasem stanie się dla nas naturalne, co teraz tylko uznajemy za dobre i prawdziwe. Będziemy pragnąć tego, czym teraz tylko się zachwycamy. Niech wystarczy, że czas miniony spędziliśmy na szukaniu własnej woli; pragnijmy stać się częścią owego chwalebnego grona Apostołów i Proroków, o których czytamy w Piśmie. Rzućmy swój los z nimi i pragnijmy zgromadzić się u ich stóp. Błagajmy Boga, by nas użył; starajmy się osiągnąć ducha doskonałego zdania się na Niego i obojętności na rzeczy tego świata, jedno w stosunku do drugiego — abyśmy mogli być gotowi iść za Jego wezwaniem, ilekroć do nas dotrze. Tak najlepiej wypełnimy czas do chwili, gdy usłyszymy Jego głos — cierpliwie przygotowując się nań przez rozmyślanie i wyglądając, by On dopełnił tego, o czym ufamy, że Jego własna łaska w nas zapoczątkowała.
Jest wielu ludzi, którzy postępują w religii trochę naprzód i zatrzymują się. Niechże Bóg zachowa nas od duszenia dobrego ziarna, które inaczej doszłoby do doskonałości! Ćwiczmy się w tych dobrych uczynkach, które zarazem naprawiają minione zło i gromadzą nam dobry fundament w świecie przyszłym.