*„Wiem, komu zawierzyłem, i jestem pewien, że On jest w stanie ustrzec mój depozyt aż do owego dnia."* — 2 Tm 1,12
Nie należy sądzić, abyśmy my — w tym upadłym czasie — zdolni byli posługiwać się słowami wielkiego Apostoła tak, jak on sam się nimi posługiwał. Bóg, który nas stworzył, wyznaczył każdemu z nas właściwe mu miejsce. Jednych osadza w krajach pogańskich, innych w chrześcijańskich; jednych w pełnym świetle i łasce Ewangelii, innych — wśród cieni; jednym użycza niemal zmysłowych znamion swojej obecności, innym zaledwie podtrzymuje nadzieję i przeczucie tejże. Jednych prowadzi naprzód jedynie przez napomnienia i — jakby powiedzieć — szepty, jak owych starożytnych świętych, którzy „wyszli, nie wiedząc, dokąd idą", i „w wierze pomarli, nie otrzymawszy obietnic". Innych zaś — jak świętego Pawła — raczono niegdyś wizjami trzeciego nieba, tą pełną i bliską Obecnością Chrystusa, która pozwala Apostołowi wyznać słowami tekstu: „Wiem, komu zawierzyłem, i jestem pewien, że On jest w stanie ustrzec mój depozyt aż do owego dnia".
A przecież mimo tych wielkich różnic w sposobach, jakimi Bóg obchodzi się z każdym człowiekiem z osobna, jedno pozostaje w każdym przypadku takie samo: On miał do czynienia z każdym. Chcę przez to powiedzieć, że religia jest rzeczą osobistą, prywatną i jednostkową; że polega na wspólnocie między Bogiem a duszą i że jej prawdziwe świadectwa należą do duszy wierzącej, są jej własnością, nie zaś czymś wspólnym dla niej i całego świata. Bóg raczy przemawiać do nas po jednym, objawiać się nam po jednym, prowadzić nas naprzód po jednym; daje nam coś, na czym możemy się oprzeć — a czego inni nie doświadczają, czego nie możemy przekazać innym i czego możemy używać jedynie dla siebie.
Teraz zaś — że w Piśmie Świętym znajduje się wiele treści zgodnych z tym twierdzeniem, nikt, sądzę, nie będzie przeczyć; powstaje jednak pytanie warte rozważenia: czy Dyspensacja Ewangelii nie modyfikuje tego twierdzenia w pewnym względzie, a nawet mu nie przeczy i go nie odwraca — bardziej jeszcze niż Prawo? Jeśli bowiem istnieje jakieś wyróżniające znamię Ewangelii wyraźnie wskazane w Piśmie Świętym, jest nim to, że jest ona religią społeczną i że zwraca się do jednostek jako do części pewnej całości. Będąc zaś społeczną, musi mieć wszystko wspólne — i swe świadectwa, i znaki po temu. A ponadto, skoro jest społeczna, musi być religią publiczną, „miastem położonym na górze"; a jej świadectwa będą w pewnej mierze publiczne. Co więcej — jej wielką cechą, jak obwieszczają Prorocy, jest nie tylko to, że jest społeczna i publiczna, lecz że jest i tym, i tym w najwyższym możliwym sensie, albowiem jest katolicka, powszechna, wszędzie; i ta właśnie cecha jest wskazywana jako coś wyjątkowego samego w sobie, zdolnego olśnić i ujarzmić umysł — niczym cud albo blask słoneczny na niebie. Charakterystycznym darem chrześcijańskiego Kościoła miało być to, że on sam miał być wielkim publicznym świadectwem swojego posłannictwa; że miał być własnym dowodem swej prawdziwości. Jego wygląd, jego postawa, jego głos — miały być jego poświadczeniem. Jak Adam po stworzeniu miał panowanie nad stworzeniami niższymi, jak drugi Adam — jego Pan i Stwórca — „przemawiał jako mający władzę, a nie jak uczeni w Piśmie", tak i Kościół miał podbijać i onieśmielać dusze ludzkie powszechnie — nie tę czy tamtą, ale wszystkie, choć w różny sposób — dzięki widomemu królewskiemu dostojeństwu swej samej obecności. Ten dar otrzymał od swego Pana na początku: roszczenie do posłuszeństwa i wymaganie go przez sam fakt przemawiania — i to nie ze względu na cokolwiek szczególnego w umyśle słuchacza, lecz dzięki głosowi i tonowi mówiącego.
Tej wielkiej prawdy nigdy nie wolno nam zasłaniać. „Dorobek Egiptu i handel Etiopii, i Sabejczycy, mężowie wzrostu, przyjdą do ciebie i twoimi będą, pójdą za tobą, w kajdanach przyjdą; padną przed tobą na twarz i będą się do ciebie modlić mówiąc: Tylko w tobie jest Bóg, i nie masz innego, nie ma Boga." Znów: „Wyleję ducha mojego na potomstwo twoje i błogosławieństwo moje na ród twój; i wyrastać będą między trawą jako wierzby nad ciekami wodnymi. Ten powie: Jestem Pański, . . . a inny wypisze ręką swoją: Pański, i nazwie się imieniem Izraela." I dalej: „Rozszerz miejsce namiotu twojego i niech rozciągną obicia przybytków twoich; nie wstrzymuj się, przedłuż sznury swoje i umocnij paliki twoje." I znów: „Żadna broń ukuta przeciw tobie nie poszczęści się, i każdy język, który wstanie przeciw tobie na sąd, potępisz." I znów: „Naród i królestwo, które ci nie służy, zginie; owszem, te narody będą do szczętu spustoszone." I znów: „Słońce nie będzie już twoją światłością za dnia ani blask księżyca nie będzie ci świecił, lecz Pan będzie twoją wieczną światłością i Bóg twój chwałą twoją." A jakby Kościół miał „głosić chwałę Bożą" doskonalej niż niebiosa widzialne i dawać świadectwo o swym początku bez potrzeby żadnego dowodu spoza siebie, powiedziano nam: „Oto stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; a dawne nie będą wspominane ani na myśl nie przyjdą. Lecz weselcie się i radujcie się na wieki z tego, co Ja stwarzam; albowiem oto Ja tworzę Jerozolimę pełną radości i jej lud weselem."
Są to oczywiście jedne z wielu spośród niezliczonych ustępów Proroka Izajasza opisujących chrześcijański Kościół; mówią one o znakach zewnętrznych, widzialnych, wspólnych wszystkim. A mimo to święty Paweł w tekście, stając w obliczu śmierci i rozmyślając o sądzie, mówi — nie o nich — lecz o świadectwie nie zewnętrznym, nie widzialnym, nie wspólnym, lecz wewnętrznym, prywatnym, niekomunikowalnym. „Wiem" — powiada — „komu zawierzyłem." Noszę w sobie „znamiona Pana Jezusa" w swojej własnej osobie; mam pewność, że On „stanął przy mnie", bo mnie „umocnił"; Jego przybytek jest nie tylko „pośród ludzi", lecz „łaska Chrystusa mieszka we mnie". Innymi słowy — jeśli mogłoby nas to zdziwić — to, co ogólne, stało się w jego przypadku jednostkowe; to, co zewnętrzne, wlało się w jego ukrytą duszę; dar powszechny stał się przywłaszczony; widzialna chwała wznieciła światło w jego własnej piersi. I tak — podobnie jak nie potrzebujemy czytać pisma przyjaciela, gdy słyszymy jego głos — choć Chrystus wyszedł na szeroki świat i wywyższony był po to, by pociągać do siebie ludzi, i złożył pośród nich moc i obecność swojego Odkupienia, błogosławiony Apostoł nie potrzebował szukać Go na zewnątrz, skoro Ten raczył łaskawie „wejść pod jego dach" i objawić mu się.
To rozróżnienie jest niezbędne we wszystkich wiekach Kościoła — z różnych powodów: gdy zewnętrzna chwała Kościoła jest wielka, po to, by zwrócić naszą uwagę na własne serca i osobistą odpowiedzialność; gdy zaś jest przyćmiona — by powstrzymać wiarę od zachwiania i wskrzesić nadzieję; a w każdym czasie — by nie pozwolić nam pochłonąć się tym, co zewnętrzne, ze szkodą dla tego, co wewnętrzne w religii.
Zauważam tedy, że publiczne znamiona Kościoła, będące wspólną własnością wszystkich ludzi, są raczej znakiem dla niewierzących niż dla wiernych, dla świata niż dla chrześcijan; a dla członków Kościoła — o tyle, o ile stoją jeszcze poza nim i dopóki nie zdobędą owych prawdziwszych i cenniejszych znamion, do których zewnętrzne wskazania prowadzą i przez które są one praktycznie wypierane. Tak — jak sądzę — naucza o tym Pismo Święte, i to właśnie w ustępach, które je nam obiecują.
Na przykład: „Ten lud stworzyłem dla siebie; sławę moją głosić będzie" — a więc jest on zewnętrznym świadectwem dla świata o potędze Boga. Znów, wyraźniej: „Narody pójdą do twojej światłości, a królowie do blasku twojego wschodu; . . . synowie obcych zbudują twoje mury, a ich królowie będą ci służyć." Znów: „Pan obnażył swoje święte ramię na oczach wszystkich narodów; i ujrzą wszystkie krańce ziemi zbawienie Boga naszego." Znów: „Oto odejmuję z ręki twojej kielich chwiejności, . . . ale dam go w rękę tych, którzy cię trapili." I znów: „Podnieś oczy swoje wokoło i patrz: wszyscy ci zbierają się i przychodzą do ciebie, . . . abyś rzekł do więźniów: Wyjdźcie! i do tych, którzy są w ciemności: Ukażcie się!" I jeszcze raz: „Od wschodu słońca aż do zachodu jego wielkie będzie imię moje pośród narodów." Widzicie, że zewnętrzna chwała Kościoła skierowana jest ku obcym i poganom, by przyłączyli się do niego; ku więźniom — ku wyzwoleniu; ku wrogom — ku nawróceniu; ku ciemiężycielom — ku karze. Nie chcę przez to powiedzieć, że nic nie jest w tym objawieniu domyślnie zawarte dla tych, którzy już się przyłączyli, którzy zostali uwolnieni, którzy są nawróconymi, którzy zostali ukarani i pokutowali — taki jego owoc wyraża święty Jan Chrzciciel, gdy stojąc jakby poza Kościołem, choć predestynowany, by stać się jego członkiem, i jakby spoglądając na ową świętą budowlę od bramy, gdy dopiero wchodził, powiada: „Kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; lecz przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, raduje się wielce z powodu głosu oblubieńca; ta radość moja zatem jest pełna." Przyznając to jednak, znajdziemy mimo wszystko, że szczególna obietnica dla dzieci Kościoła — jako takich — jest innego rodzaju. Najpierw widzą jego chwałę z zewnątrz; potem kosztują jego dobrych darów od wewnątrz. „Wszyscy twoi synowie" — tak brzmi obietnica do chrześcijańskiego Kościoła — nie tylko „ujrzą twoją chwałę", lecz: „wszyscy twoi synowie będą pouczeni przez Pana i wielki będzie pokój twych synów." Znów: „Lud twój będzie cały sprawiedliwy." Znów: „Włożę prawo moje w głębi ich, i na sercu ich napiszę; i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. I nie będą więcej uczyć każdy bliźniego swego i każdy brata swego mówiąc: Poznajcie Pana; bo wszyscy mnie poznają, od najmniejszego z nich aż do największego." Widzicie, że szczególnym darem wiernych — jako chrześcijan — było osobiste, jednostkowe, wewnętrzne poznanie Pana; stąd też Apostoł mówi w tekście: „Wiem, komu zawierzyłem, i jestem pewien, że On jest w stanie ustrzec mój depozyt aż do owego dnia".
To, co mówi nam Nowy Testament, służy temu samemu celowi. Na przykład: rozważcie samo przykazanie Chrystusa, które łączy nas w jedno ciało, i zauważcie rację, jaką podaje dla tego. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali; jak Ja was umiłowałem, tak i wy miłujcie jedni drugich; *po tym* wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość będziecie mieli jedni ku drugim." Widzicie — miało to być znakiem dla świata, nie dla samego Kościoła. Jeszcze wyraźniej mówi o tym modlitwa wstawiennicza naszego Pana: „Jak Ty, Ojcze, we mnie jesteś, a Ja w Tobie, niech i oni będą jedno w Nas, aby świat uwierzył, żeś Ty mnie posłał." Widzicie — jedność miała służyć światu; powtarza to: „Ja w nich, a Ty we mnie, aby byli doskonali w jedno, i żeby świat poznał, żeś Ty mnie posłał i żeś ich umiłował, jako i mnie umiłowałeś." Widzialność Kościoła służyła raczej głoszeniu prawdy niż udzielaniu łaski. I znów: „Wy jesteście światłością świata; miasto położone na górze nie może się ukryć. . . . Tak niechaj świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiesiech." I widzimy, jak nakazy i modlitwy naszego Zbawiciela spełniły się w pierwszych dniach Jego Kościoła: „I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach" — i co było tego następstwem? — „i bojaźń obejmowała każdą duszę". Idźmy jednak dalej z tym urywkiem: „Codziennie trwając jednomyślnie w świątyni i łamiąc chleb po domach, przyjmowali posiłek z weselem i w prostocie serca, chwaląc Boga" — i co nastąpiło? — „i mając łaskę u wszystkich ludzi". I znów, zauważcie owoc tej jednomyślności: „A Pan przymnażał Kościołowi codziennie tych, którzy mieli być zbawieni."
Z drugiej strony, że istnieją inne i wyższe dary dla samych chrześcijan, wypływające wprawdzie z Kościoła — zgodnie z Bożym postanowieniem i jego znamionami — lecz będące znamionami prywatnymi, zgodnie z powyższymi słowami Proroków, powiedziano nam w wielu miejscach Nowego Testamentu. Prorocy mówili o „uczcie tłustych rzeczy", o „winie i mleku", o Panu, który „prowadzi nas nieustannie i syci duszę naszą na suszach, i kości nasze tłuści", o naszym „świetle wschodzącym w ciemności, a naszych mrokach jako południe"; a w zgodzie z tym święty Jan mówi nam: „Macie namaszczenie od Świętego i wiecie o wszystkim; . . . namaszczenie, które przyjęliście od Niego, trwa w was i nie potrzebujecie, aby was kto uczył." I święty Paweł: „Zostaliście naznaczeni pieczęcią Ducha Świętego obietnicy, który jest zadatkiem dziedzictwa naszego"; i modli się, „aby Chrystus mieszkał przez wiarę w sercach" braci jego, „żeby ukorzenieni i ugruntowani w miłości mogli pojąć ze wszystkimi świętymi, jaka jest szerokość i długość, i głębokość, i wysokość, i poznać miłość Chrystusową, która przewyższa wszelkie poznanie, abyście byli wypełnieni wszelką pełnością Bożą." A sam nasz Pan powiada: „Temu, który zwycięży, dam manny ukrytej, i dam mu kamień biały, a na kamieniu napisane nowe imię, którego nikt nie zna, tylko ten, kto je otrzymuje."
Jasno tedy wynika, i jest to wielkim źródłem pociechy w takich jak te czasach — gdy publiczne znamiona Kościoła tak słabo i mdło świecą wśród nas — że jego prywatne znamiona są prawdziwą cząstką chrześcijan; że prywatne znamiona miały nimi kierować; i że jeśli są nam one udzielone, stanowią Boże przewodniki i znaki Jego Obecności, i nie trzeba szukać innych.
Co więcej — jak napomknąłem na początku — nie tylko dzieci Kościoła, lecz nawet ci, którzy szukają, a nie znaleźli, są często prowadzeni — jak wskazuje Pismo Święte — przez osobiste i prywatne napomnienia, a nie jedynie przez ową objawioną chwałę Jego Królestwa, która jest symbolem Jego Obecności dla świata. Wiele mówi na ten temat Stary Testament. Abraham i Patriarchowie, Mojżesz, Gedeon, Dawid, Salomon, Jonasz, Nehemiasz, Estera i wielu innych — to przykłady tego, co mam na myśli, w odpowiadających im miarach, stosownie do ich własnej dyspensacji. Byli prowadzeni — nawet w systemie cudów — przez inne cuda i Opatrzności, osobiste i szczególne, co jest bardzo pewne. Nie pozostawiano ich, choć byli szukającymi, samemu ogólnemu świadectwu, choćby cudotwórczemu. I znów w Nowym Testamencie: Mędrcy są prowadzeni gwiazdą; pasterze — zastępami anielskimi; Korneliusz — widzeniem; Szaweł — widzialną obecnością naszego Pana. I choć sam widok Kościoła jest taki, że przez swoje zwykłe i ogólne przymioty pociąga wielu ze świata do siebie (jak mówi już cytowany ustęp, który po opisaniu jego doskonałego porządku w pierwszych dniach dodaje: „A Pan przymnażał Kościołowi codziennie tych, którzy mieli być zbawieni"), to jednak nawet tam, gdzie Kościół nawraca przez swe zewnętrzne znamiona, przekonacie się, że łączy się z nimi coś osobistego, gdy są adresowane do jednostek. Na przykład: święty Paweł, mówiąc o proroctwie czy przepowiadaniu epoki apostolskiej, powiada: „Jeśliby . . . wszedł ktoś nie znający darów lub niewierzący, jest on przekonywany przez wszystkich, osądzany przez wszystkich; a tajniki jego serca stają się jawne, i tak padając na twarz, wielbić będzie Boga, i oznajmi, że prawdziwie Bóg jest w was." Jest nawrócony, jak widzicie, przez znak skierowany do niego osobiście, mianowicie przez poznanie, które Kościół otrzymał o tajnikach jego serca. I tak znów Samarytanka, po doświadczeniu nadprzyrodzonej wiedzy naszego Pana, powiada: „Chodźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, com uczyniła: czyż nie jest to Chrystus?" I Natanael, gdy nasz Pan wspomniał, że widział go pod drzewem figowym, rzekł: „Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela." I Apostołowie: „Teraz wiemy, że wszystko wiesz i nie potrzebujesz, aby Cię kto pytał; przez to wierzymy, żeś od Boga wyszedł." Okazanie Jego wszechwiedzy zwróciło się w tych przypadkach ku nim samym.
Podsumowując, powtarzam: rozróżnienia, które tu rozwijałem, chyba nie można kwestionować. Człowiek potrzebuje uleczenia; mówi mu o tym sumienie. Sakramenty i ustanowienia Kościoła obiecują mu to, czego potrzebuje. Wielkie pytanie, jakie rodzi się w jego umyśle, brzmi: jaką ma gwarancję, że Kościół ma prawo to obiecywać? lub że to, co pretenduje do miana Kościoła, jest nim istotnie? Odpowiadam, że zanim przystąpi do tych Sakramentów, zostanie przyciągnięty do Kościoła przez jego publiczne znamiona; lecz gdy raz skosztuje dobrego słowa i — w miarę jak jest jego uczestnikiem — to samo słowo w swej wewnętrznej mocy, w swej mocy nad nim samym, utrzyma go mocno w wierności Kościołowi.
Rzecz jasna, jak ta nauka odnosi się do tych czasów i do nas. Niestety — nie mogę zaprzeczyć, że zewnętrzne znamiona Kościoła po części już znikły spośród nas, po części zaś zanikają; jest to sąd wielce przerażający. „Oto . . . gwiazdy niebieskie i gwiazdozbiory ich nie wydadzą swej jasności; słońce zaciemni się na wschodzie swoim, a księżyc nie zajaśnieje swą jasnością." „Zachodzie słońce wpołudnie i zaciemnię ziemię w dzień jasny. I obrócę wasze świętości w żałość i wszystkie pieśni wasze w lament." „Wszystkim jasnym gwiazdom niebieskim rozkażę zaciemnić się nad nimi, i ciemność dam na ziemię twoją, mówi Pan Bóg." To w znacznej mierze spadło na nas. Kościół Boży jest wśród nas jak w zaćmieniu. Gdzież nasza jedność, o którą modlił się Chrystus? Gdzie miłość, którą nakazał? Gdzie wiara raz podana, skoro każdy ma własną naukę? Gdzie nasza widzialność, która miała być światłem dla świata? Gdzie owa przejmująca cześć, która napełniała bojaźnią każdą duszę? I co jest tego następstwem? „Macamy ścianę jak ślepi i macamy jakbyśmy nie mieli oczu; potykamy się w południe jak w nocy; jesteśmy na miejscach pustych jak umarli." A jak Żydzi krótko przed własnym odrzuceniem mieli dwa ponure znaki — jeden to głęboka pogarda dla całego świata, drugi to mnożące się wewnętrzne podziały i zaciete spory — tak i my, Anglicy, jak gdyby jakaś ohyda spustoszenia miała nadejść i na nas, gardzimy niemal całym chrześcijaństwem prócz własnego, a przecież mamy wśród siebie nie jedną, lecz sto Ewangelii, każdą z jej gorliwymi obrońcami, tak że naszą właściwą cechą i znakiem jest niezgoda; kłócimy się i potępiamy — i nazywamy to życiem; lecz pokoju nie znamy, ni wiary, ni miłości. A skoro tak jest, jakąż pokusą staje się to dla tych, którzy czytają i rozumieją słowo Boże, widzą, czego naucza i co obiecuje, i czują boleśnie, czym jesteśmy — jakąż pokusą jest dla wielu z nich niecierpliwość pod tą karą! Kto w ogóle, zatrzymując się myślą nad tym, nie musi być niekiedy głęboko tym poruszony? I któż może się dziwić — ja nie — gdy ktoś tu lub tam, boleśnie czuły na to straszne zaćmienie Słońca Prawdy i mając nadzieję, że gdzieś indziej zdoła znaleźć coś lepszego, i nie pielęgnując bądź zaniedbując szukania tych prawdziwszych znamion obecności Chrystusa w Kościele, które są jego osobistą własnością, opuszcza nas dla jakiejś innej wspólnoty? Niestety! a my, zamiast zastanowić się nad własnym udziałem w jego czynie, zamiast rozważać własny grzech — wymownie mówimy o jego grzechu; zamiast wyznać własne jak najbardziej niechrześcijańskie podziały — możemy jedynie krzyczeć przeciw jego oddzieleniu się od nas; zamiast pokutować za własną bezbożność, która go zgorszyła — protestujemy przeciw jego zabobonowi; zamiast przypomnieć sobie kłamstwa i oszczerstwa, fałszywe świadectwa, radowanie się ze zła, małoduszność i niesprawiedliwość, którymi żyjemy, nasze niskie miary obowiązku i skąpe miary świętości, naszą miłość świata i niechęć do Krzyża; zamiast przyznać, że brat opuścił nas, bo my opuściliśmy Boga, że straciliśmy go, bo straciliśmy prawo do tego, by go zatrzymać — my, proszę, sądzimy, że „słusznie się gniewamy", i możemy jedynie rozwodzić się nad jego niecierpliwością, uporem, samowolą lub zaślepieniem. Albo też, gdy prócz oburzenia ogarnia nas trwoga, wyśniewamy wrogów i zdrajców pośród nas, gdy wróg i zdrajca jest w nas samych; i szukamy wszędzie prócz tam; i dziwimy się rzecz jasna, że nie możemy znaleźć czegoś, co tak bardzo zdaje się wymagać zręczności w ukrywaniu; i nie zazna spokoju, kto nie przypisze winy — komukolwiek poza sobą — niczym ów Prorok bijący swą oślicę dlatego, że widziała ukryte przed nim Anioła z dobynym mieczem. „Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, by wyrzucić źdźbło z oka brata swego." „Przewodnicy ślepi, którzy cedzicie komara, a połykacie wielbłąda!" „Ty usiadłeś i mówiłeś przeciw bratu swemu, oczerniałeś syna swojej matki." „Ty, który uczysz drugiego, czyż siebie samego nie uczysz? . . . ty, który się chlubisz zakonem, przez przekraczanie zakonu znieważasz Boga? Albowiem imię Boże przez was bluźnione jest między poganami, jako napisano."
Co do mnie, z tymi przekonaniami, nigdy nie cofnę się — z Bożą pomocą, we właściwym czasie i na swoim miejscu — przed ostrzeganiem braci moich o owym wielkim grzechu dnia dzisiejszego, jakim jest lekceważenie ciężkiego sądu, pod którym leżymy. Jeśli Kościołowi obiecano, że będzie „filarem i podporą prawdy", że „jego nauczyciele nie będą więcej odsunięci w kąt", lecz że „jego uszy usłyszą głos za nimi mówiący: To jest droga, chodźcie po niej" — a jeśli dla nas w tym kraju nie jest on takim, jak to opisano, to niezawodnie utraciliśmy coś, niezawodnie jesteśmy pod sądem; a skoro jesteśmy pod sądem, jakże niezmiernie musi obrażać Boga Wszechmogącego to, że nie „uniżamy się pod Jego mocną ręką"! Tak będąc, rzeczą bardzo małą jest dla kogoś, komu oczy w pewnej mierze otworzono, by to widział, znaleźć się w opozycji za to, że mówi o tym otwarcie; i nawet będąc w opozycji, trudniej mu musi być milczeć niż mówić.
Mówi zaś z tym większą swobodą, że — jak już powiedziano — publiczne znamiona Kościoła nie są jego jedynymi znamionami, a ich brak lub niedoskonałość tu czy tam nie jest dowodem, że Obecność Chrystusa odeszła. Takie nieszczęście musi rzeczywiście zawsze umniejszać jego zewnętrzną moc w miejscach, gdzie je spotykamy, lecz nie jego wewnętrzny wpływ; może hamować jego wzrost i utrudniać jego szerzenie się; lecz teraźniejszy jego owoc może mimo to tkwić na nim trwale. Bo przecież — co naprawdę i praktycznie przywiązuje kogokolwiek do Kościoła, to nie żaden zewnętrzny pokaz wspaniałości czy wielkości, lecz doświadczenie jego dobrodziejstw na samym sobie. Owe prywatne i szczególne świadectwa Boskiej Obecności będę może miał inną okazję szerzej rozwinąć; tymczasem wspomnę o osobistym względzie innego rodzaju, który — choć w sposób abstrakcyjny mniej ważki — pod okolicznościami, w jakich do nas dochodzi, z pewnością powinien być uważany za niemałe świadectwo przemawiające za tym, by chrześcijanin pozostawał tam, gdzie Opatrzność go pierwotnie umieściła, mimo otaczających go zgorszeń.
Jest ono takie: w różnych częściach naszego Kościoła różne osoby, które się nawzajem nie znają i które doszły do swych poglądów religijnych różnymi drogami — mężczyźni i kobiety — z powodu opłakanych zamętu naszych czasów były kuszone, by szukać prawdziwego Kościoła gdzie indziej. Były kuszone, by tak uczynić; lecz gdy posuwały się naprzód i przybliżały, lub stawały na granicy, lub przekraczały ją, jedna po drugiej — choć oddzielone od siebie — czuły jakby pewne niewyraźne wewnętrzne odczucie, które im zakazywało i powstrzymywało je. Gdyby teraz ów przypadek dotyczył jednej tylko osoby, można by go złożyć na karb jakiegoś wypadku w jej szczególnej sytuacji: ta dana osoba jest przesiąknięta wczesnymi uprzedzeniami; lub ma drogie więzi przyjaciół, krewnych czy wielbicieli, które ją zatrzymują; lub zobowiązała się do stwierdzeń, które wstydziłaby się obalić czynami; lub wzdraga się przed rzuceniem się na łaskę obcych i przed samotnym, ponurym życiem, które będzie tego następstwem. Bez wątpienia istnieje dziesięć tysięcy złych pobudek, by nie pójść za poruszeniami łaski; lecz sądzę, że osoby, o których mowa, patrzone jako całość, były zbyt uczciwe, zbyt wolne w umyśle, zbyt niezależne i nieustraszające się, zbyt utrapione i nieszczęśliwe, zbyt przenikliwe i dalekowzroczne, zbyt religijne, zbyt entuzjastyczne i zbyt liczne, by można wyjaśnić tym sposobem ich wspólne odczucie. Odczucie to było czymś wyjątkowym i charakterystycznym, a wpływ jego tak przemożny, że tam, gdzie jednostki nas opuściły, krok ten był zazwyczaj wykonany w chwili podniecenia, słabości, w czasie choroby, pod wpływem nieporozumienia, z jawną ekscentrycznością postępowania albo w rozmyślnym nieposłuszeństwie owemu odczuciu, jakby ono było ludzkim czarem lub ziemskim zaklęciem, które obowiązkiem było złamać za wszelką cenę, i że jeśli jeden człowiek je złamał, złamią je i inni.
Można dodać, że owo przywiązanie do naszej własnej wspólnoty jest prawie wyłącznie naszą cechą spośród religijnych wyznań tego wieku i kraju. Ludzie należący do innych wspólnot, zdaje się, nie posiadają tego tajnego instynktu przywiązującego ich do ciała, do którego należą; mogą przechodzić z sekty do sekty lub zakładać nowe bez żadnych skrupułów ani wątpliwości. Owo odczucie jest nasze, nie ich; i dlatego tym bardziej zasługuje na szacunek jako coś określonego, realnego i wyjątkowego. I niech będzie brane pod uwagę, że nawet jeśli jednostka kuszona do opuszczenia nas sama tego odczucia nie doświadcza, to sam fakt, że inni wokół nas o nim świadczą, powinien na nią oddziaływać, i powinna ona kierować się przynajmniej przez pewien czas wskazaniem danym w ten sposób jej braciom.
Strzeżmy się zatykania uszu na to, co może się okazać Bożym znakiem; nie lekceważmy Bożego przywileju. Aniołowie są naszymi stróżami; Aniołowie stają zapewne na naszej drodze — w miłosierdziu, nie w gniewie; Aniołowie ostrzegają nas, byśmy zawrócili. Bądźmy posłuszni temu ostrzeżeniu. Gdy święty Piotr uciekał z Rzymu krótko przed swym męczeństwem, Jezus Chrystus spotkał go przy bramie, jakby wchodząc do miasta; i Apostoł zrozumiał, że ma powrócić. Gdy chrześcijanie mieli uciekać z Jerozolimy, Aniołowie poszli pierwsi, wołając jeden do drugiego: „Opuśćmy to miejsce!" Lękajmy się wyprzedzać lub zostawać w tyle za słupem obłoku na pustyni — za Obecnością „Boga i Pana Jezusa Chrystusa, i wybranych Aniołów".
---