HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania o sprawach dnia

Kazanie XXIII. Podstawy wytrwałości w naszym wyznaniu wiary

Gdy tracę wiarę albo wątpięGdy nie czuję Jego obecności WiaraObecność Boża
„Teraz wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu; sami bowiem Go słyszeliśmy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata."
W skrócie. Kazanie argumentuje, że prawdziwa podstawa trwania przy własnej wspólnocie religijnej jest wewnętrzna — to długoletnie doświadczenie Bożej obecności i owocności sakramentów w życiu jednostki. Newman wylicza siedem takich osobistych świadectw: łaska nawrócenia i wzrostu, wysłuchane modlitwy, opatrzności, świętość sakramentów, towarzyszenie umierającym, przykłady żyjących świętych. Zewnętrzne argumenty apologetyczne są jedynie wstępem; to doświadczenie serca jest fundamentem pewności.

„Teraz wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu; sami bowiem Go słyszeliśmy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata.”

*„Teraz wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu; sami bowiem Go słyszeliśmy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata."* — J 4,42

Ludzie pobożni bywają niekiedy oskarżani o to, że mają jedynie tak zwaną religię dziedziczną; że wierzą w to, w co wierzą, i postępują tak, jak postępują, dlatego tylko, że tak ich nauczono — bez żadnych własnych racji. Może zdarzyć się, że istotnie nie potrafią ich przytoczyć, że nie znają ich sami, że nigdy nie analizowali tego, co dokonuje się w ich umysłach i leży u podstaw ich przekonań; nie świadczy to jednak bynajmniej o tym, że tych racji nie mają. W rzeczy samej mają je zawsze — czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie — i są to racje bardzo dobre. Człowieka nie czyni bardziej pobożnym to, że wie, dlaczego i w jaki sposób stał się pobożnym; niejednemu człowiekowi apostolskie cuda dały nawrócenie, który jednak nie umiałby dokładnie ująć w słowa procesu, jaki dokonał się w jego myśleniu, a gdyby spróbował, wyrządziłby sobie krzywdę i wystawił się na krytykę wprawionego polemisty. Tak samo jest i dziś: skoro nasze uczniostwo jest w pierwszym rzędzie — jak to powszechnie przyznajemy — dziełem innych, nie naszym własnym (wszak zostaliśmy ochrzczeni i pouczeni w pierwszych latach życia, nie mając w tej sprawie żadnej woli), to choć w tym sensie nasza religia może być nazwana dziedziczną, może ona być zarazem czymś o wiele więcej niż dziedziczną, gdy żyliśmy już dostatecznie długo, by jej doświadczyć — choćbyśmy nie umieli wyłożyć szczegółów i wyniku tego doświadczenia lub przedstawić w jasnej logicznej formie, że mamy tę czy inną słuszną rację, by wierzyć.

Mówię tu o ludziach prawdziwie pobożnych; bo bez wątpienia jest prawdą, że inni — ci niezdolni do takiej próby — nie mają żadnych gruntownych podstaw dla swego religijnego wyznania. Mogli, co prawda, zebrać z książek pewne racje i pysznie nimi operować; ale nie mają żadnych własnych. I choćby przytaczali ich bez liku, powtarzam: jest tak dlatego, że ich się nauczyli. Uczono ich prawd i uczono ich racji; ale racje są im równie mało własne jak prawdy; racje są dziedziczne lub tradycyjne tak samo jak prawdy; nie mają one w nich żadnego korzenia; nic w nich samych nie łączy owych racji z boską nauką i nie wszczepuje jej w nią. I choćby byli najzdolniejsi i najrzetkiej inteligentni, choćby umieli dociekać, wnioskować i badać siebie — nic im to nie pomoże. Cóż daje forma poszukiwania, gdy nie ma nic do znalezienia? Cóż dają naukowe procedury, gdy nie mamy żadnego przedmiotu, na którym mogłyby pracować?

Lecz tak już jest: ponieważ owi zmysłowi, grubiańscy, niezbożni lub nieszczerzy ludzie są nieraz ludźmi wykształconymi i zdolnymi, dobrze wypadają w świecie, przemawiają głośno i szeroko, są silnymi polemistami, uchodzą za szermierzy prawdy i przyćmiewają pokornych i pobożnych, którym brak ich talentów. Tymczasem ten, kto nosi prawdę w sobie — choć nie może jej wydobyć z głębi serca w kształcie i proporcjach gotowych dla cudzego oglądu — jest nieskończenie szczęśliwszy od tego, kto wiele ma do powiedzenia i mówi rzeczy prawdziwe, ale nie mówi ich z siebie, lecz z pamięci, i równie dobrze mógłby twierdzić coś wręcz przeciwnego, gdyby zdarzyło mu się to wziąć za prawdę. To jego religia jest dziedziczną w najgorszym sensie tego słowa, choć on sam zazwyczaj będzie sądził, że ze wszystkich ludzi on właśnie jest na nią najmniej narażony; i będzie pierwszym, który zarzuci ją pobożnym, którzy czują to, czego wyrazić nie potrafią.

Z pewnością tak jak jedyną prawdziwą religią jest ta, która w nas przebywa — jako rzeczywistość, nie słowo — tak jedynym zadowalającym probierzem religii jest coś, co jest w nas. Jeśli religia jest sprawą osobistą, jej racje również winny być osobiste. Gdziekolwiek jest ona obecna, w świecie czy w sercu, wywiera skutek, a ów skutek jest jej dowodem. Gdy patrzymy na nią jako osadzoną w świecie, ma swe dowody zewnętrzne; gdy jako osadzoną w naszych sercach — wewnętrzne; i to bez względu na to, czy sami jesteśmy w stanie je wydobyć i nadać im kształt, czy nie. Ba, z pewnym zastrzeżeniem i wyjaśnieniem, można by rzec, że sam fakt zakorzenienia się religii w nas jest już dowodem, iż jest prawdziwa. Gdyby nie była prawdziwa, nie zapuściłaby korzeni. Ludzie pobożni mają w swej własnej pobożności dowód prawdziwości swej religii. Prawdziwa jest ta religia, która ma moc — i o tyle, o ile ją ma; nic prócz tego, co Boskie, nie może odnowić serca. I to jest utajony powód, dla którego ludzie pobożni wierzą — czy są tego dostatecznie świadomi, czy nie, czy mogą to wyrazić słowami, czy nie — mianowicie ich dotychczasowe doświadczenie, że nauka, którą wyznają, jest w ich umysłach rzeczywistością, a nie zwykłą opinią, i przyszła do nich „nie w słowie, lecz w mocy". W tym sensie obecność religii w nas jest jej własnym dowodem. Bynajmniej nie zaprzeczam użyteczności ani argumentów zewnętrznych wobec nas, ani praktyki rozwijania naszych racji w formę logiczną; tyle jednak jest prawdą, że odwołujemy się do zewnętrznych racji przed tym, nim zdobędziemy wewnętrzne, lub o tyle, o ile ich nie mamy; natomiast na naszych logicznych dowodach opieramy się jedynie wtedy, gdy gnębią nas wątpliwości, gdy jesteśmy zmieszani lub w inny sposób zaniepokojeni; albo też sięgamy po dowody zewnętrzne lub rozumowanie nie ze względu na osobisty interes, lecz z pragnienia głębszego wpatrywania się w wielkie dzieło Boże i godniejszego wielbienia Bożej mądrości.

Jest to z pewnością to, co można by nazwać zdrowym rozsądkiem w tej materii. Wędrujemy od jednej formy religii do drugiej, gdy nie doświadczyliśmy jej mocy; gdy zaś jej doświadczyliśmy, nie tylko pozostajemy tam, gdzie jesteśmy, ale sama myśl o zmianie napawa nas odrazą; i w miarę tego, ile znaleźliśmy, jesteśmy zadowolonymi i gorliwymi wyznawcami naszego obecnego stanu. Nie twierdzę, że wszyscy, którzy błądzą, szukają, ani że wszyscy, którzy są zadowoleni ze swego stanu, znaleźli; ani też, że wszyscy, którzy w pewnej mierze znaleźli, pozostają zadowoleni — bo inaczej nie byłoby takiego grzechu jak niewdzięczność. Nie mówię też, że wszyscy, którym nie dane jest znaleźć, mają usprawiedliwienie w błądzeniu, jak gdyby czekanie nie było konieczne, albo jak gdyby młodość czy świadomość własnych win nie wyjaśniała, dlaczego dotąd tak mało osobistej korzyści wynieśliśmy z naszej religii. Nie chcę też sugerować, że nie mogą się zdarzyć żadne okoliczności, w których ta reguła mogłaby być dopuszczalnie złamana: gdyby głos z zewnątrz nie mógł w pewnych wypadkach przełamać uczucia wewnętrznego, Natanael nie nawróciłby się, ani Apollos. Lecz wciąż pozostaje prawdą, że prawdziwym powodem przywiązania człowieka do własnej wspólnoty religijnej, dlaczego wierzy, że jest ona prawdziwa, dlaczego gorliwie jej broni, dlaczego czuje się dotknięty zaproszeniem do jej porzucenia, nie jest żaden ciąg historycznych ani filozoficznych argumentów, nie jest żadna piękność jej systemu ani nic nadprzyrodzonego, lecz to, co ona uczyniła dla niego i dla innych; jego ufność w nią jako w środek, przez który ludzie mogą zbliżyć się do Boga i stać się lepszymi i szczęśliwszymi. Chcecie wiedzieć, dlaczego ludzie święci wierzą nawet w wieku cudów? Słuchajcie słów świętego Polikarpa, gdy pogański sędzia namawiał go, by bluźnił Chrystusowi: „Osiemdziesiąt sześć lat" — rzekł — „służyłem Mu, a On mi nigdy nie wyrządził krzywdy; jakże mam bluźnić mojemu Królowi, który mnie zbawił?" Albo jak powiedział święty Paweł: „Wiem, komu uwierzyłem". To właśnie owe wewnętrzne skutki — mówię tu o samym fakcie — stosownie do stopnia, w jakim się urzeczywistniają, dają człowiekowi pewność co do Boskości jego formy religii i skłaniają go, by gotów był oprzeć na niej swoje zbawienie; co wyraziła w innej formie kobieta samarytańska ze słów cytatu, gdy mówi do swej ziomkini: „Teraz wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu; sami bowiem Go słyszeliśmy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata".

Zwróćcie uwagę, że ani błogosławiony Męczennik, który tak długo służył Chrystusowi, ani prości Samarytanie, którzy dopiero zaczynali Go uznawać, nie podali, jakie mieli racje — choć racje mieli. I w istocie wyłożenie racji naszych religijnych przekonań jest bardzo trudne, i to z wielu powodów. Dla człowieka pobożnego jest to bardzo bolesne; zakłada bowiem, albo i pociąga za sobą, stałe i niemal dociekliwe wpatrywanie się w przedziwną działalność Bożą w nim samym i nad nim, od czego wzbrania się on, jako trącącą pychą i krytycznym nastrojem. Tym bardziej bolesne — by nie rzec niemożliwe — jest ujęcie tych racji w wyraźne sformułowania, gdyż są one tak bardzo osobiste i wewnętrzne. Jednak jak religijny człowiek może niekiedy próbować je ustalić dla własnej pociechy w zamęcie myśli, tak też dla służby innym będzie próbował, jak najlepiej potrafi, je wyrazić.

Jeśli zatem zapytają nas o „rację nadziei, która w nas jest", dlaczego jesteśmy zadowoleni, a raczej wdzięczni, że jesteśmy w tym Kościele, w którym Opatrzność Boża nas umieściła, czyż racjami tymi nie byłyby niektóre z poniższych — a raczej wszystkie naraz, i wiele innych prócz nich, głębszych niż one?

**1.** Sądzę, że człowiek pobożny jest świadomy tego, iż Bóg był z nim i dał mu wszystko, co dobrego w nim jest. Zna siebie dostatecznie, by wiedzieć, jak daleko odpadł od pierwotnej sprawiedliwości, i ma przekonanie — którym nic nie zdoła zachwiać — że bez pomocy swego Pana i Zbawiciela nic dobrego uczynić nie zdoła. Nie twierdzę, że musi pamiętać jakiś określony czas, w którym nawrócił się do Boga i porzucił służbę grzechowi i szatanowi; lecz w pewnym sensie każda pora, każdy rok jest taką chwilą nawrócenia. Chcę przez to powiedzieć, że stale doświadcza on — tak jakby dotąd żył dla świata — nieprzerwanego nawracania się; stale korzysta ze świętych pór i nowych opatrzności i stale zaczyna od nowa. Żywioły grzechu wciąż są w nim czynne; wciąż go kuszą i ciągną, i grożą, choćby nic więcej nie zdołały; a tylko przez ustawiczną walkę z nimi on zwycięża — i cóż go przekona, że moc do tej walki jest jego własna, a nie z wysoka? Przekonanie o Bożej obecności jest przy tym tym silniejsze, im dłużej służył Bogu i im więcej postąpił w świętości. Rzesza ludzi — ba, wielka liczba tych, którzy uważają się za pobożnych — nie dąży do świętości i nie postępuje w świętości; ale rozważcie, jak wielkim dowodem Bożej obecności jest to, że ich zdobyliśmy. Ludzie prawdziwie pobożni nie mogą nie dostrzegać, że na przestrzeni lat stali się kimś bardzo różnym od tego, kim byli. Mówię: „na przestrzeni lat" — dlatego między innymi osoby młode są mniej ugruntowane w swej religii. Nie dały jej próby; nie miały na to czasu; lecz na przestrzeni lat człowiek pobożny odkrywa, że tajemna, niewidzialna moc na niego działała i go przemieniła. Jest naprawdę kimś bardzo różnym od tego, kim był. Jego smak, jego poglądy, jego sądy są inne. Powiecie, że czas zmienia człowieka sam przez się: wiek, okoliczności zewnętrzne, doświadczenia, próby życiowe. To prawda; a jednak sądzę, że człowiek pobożny odczułby to niemal jako świętokradztwo, a nawet bluźnierstwo, gdyby miał przypisać poprawę swego serca i postępowania, swego moralnego jestestwa, na jaką w pewnym dostatecznym czasie był łaskawie obdarowany, przyczynom zewnętrznym lub zaledwie naturalnym. Nie będzie w stanie się do tego zmusić; to znaczy, ma przekonanie — którego wątpić jest sprawą religii, a negować grzechem — że Bóg był z nim. Jest to oczywiście dla niego podstawą nadziei, że Bóg będzie z nim nadal; a gdy wpadnie kiedyś w religijny zamęt, może mu to przynieść pociechę.

**2.** I sądzę, że każdy człowiek pobożny jest świadomy tego: że nigdy nie skorzystał z łaski Bożej tak, jak mógł; że nigdy nie zgłębił Bożych miłosierdziów względem siebie; że Bóg jest z nim w stopniu, pełni i głębi, których on nie pojmuje; że cokolwiek innego skłaniałoby go do odejścia od nas, to przynajmniej nie musi szukać indziej więcej łaski ani mocy, by być lepszym, niż jest. Gdy wyczerpie to, co jest mu tu ofiarowane, wtedy nadejdzie pora, by się rozejrzeć i zatroszczyć o swoją potrzebę; lecz dotąd wystarczy mu na każdy dzień.

**3.** Ponadto od każdego człowieka pobożnego można oczekiwać, że doświadczył mniej lub bardziej przedziwnych opatrzności, o których nie może mówić innym, lecz które dają mu pewność, że pomimo jego własnej niegodności Bóg jest z nim. Pismo Święte poucza nas, „abyśmy rzucili na Niego całą naszą troskę, bo On ma pieczę o nas"; „proście, a będzie wam dane"; i z pewnością to, czego doświadczył i co wyznał Jakub, spełni się w naszym przypadku — ba, jeszcze obficiej: „Niegodny jestem wszelkiej łaski i wszelkiej wierności, którą okazałeś swemu słudze"; „Bóg, przed którym chodzili ojcowie moi, Abraham i Izaak, Bóg, który mnie pasł od mego początku aż do dnia dzisiejszego, Anioł, który mnie wybawił od wszelkiego złego". Czyż nie jest najpiękniejsze i wzruszające czytać w dziejach patriarchalnych rzeczy, które spełniają się w nas w tych ostatnich czasach? — lecz On jest Panem, który się nie zmienia. Możecie zobaczyć, czym jest dla nas, przez to, czym był dla Jakuba wedle jego własnych słów. Pismo Święte daje pewne wzory i kryteria tego, czym jest mieć Boga przy sobie, być prowadzonym przez Boga — jak w historii Jakuba czy Dawida. Rozważcie życie i wyznania Jakuba albo rozważcie uniesienia serca Dawida w Psalmach — czyż nie są one, w naszej mierze, i naszymi? Czyż nie ma współbrzmienia serc, czyż nie ma zgodnego świadectwa o Bożych opatrznościach u dawnych Świętych i w nas samych? Skoro tak — czyż nie jesteśmy w ich położeniu? Czyż nie stoimy razem z nimi? Czyż nie mamy Boga Jakuba jako naszej pomocy i czy Pan Dawida i nadzieja Dawida nie jest również naszą? Jesteśmy pod takim samym kierownictwem jak oni — po cóż mielibyśmy je odrzucać? Działało ono na nas i przez nas w tej formie religii, tych naukach, tych ustanowieniach, tych Sakramentach, tych nauczycielach, wśród których się znaleźliśmy; czego nam więcej potrzeba?

**4.** O sprawach wysłuchanych modlitw nie można mówić bez niebezpieczeństwa nieporozumienia; jest to bowiem właśnie jedna z tych świętych kwestii, w której jeden człowiek łudzi siebie, a drugi — nie. Ktoś powie wam jako usprawiedliwienie dla trwania w najbardziej szalonych i zgubnych błędach, że radził się Boga, że Bóg mu odpowiedział i że jest mu posłuszny. Cóż na to odpowiedzieć? Nic. Sądzicie — i słusznie — że człowiek ten się łudzi; lecz nie możecie wykazać ku jego własnemu zadowoleniu ani zadowoleniu innych, że nie ma takiego samego prawa jak każdy inny wierzyć, że Bóg objawił mu swoją wolę. A jednak to, że niektórzy ludzie są zuchwalcami i mylą się w tej najświętszej kwestii, nie dowodzi, że inny nie może sądzić słusznie. We śnie, w gorączce, w obłędzie ludzie zdają sobie sprawę z tego, czego nie widzą i nie słyszą; a mimo to — czy przytomni i zdrowi na umyśle nie widzą i nie słyszą naprawdę? I podobnie, pobożni mają rację sądząc, że ich modlitwy są wysłuchanymi, a na wpół pobożni — nie; i rzeczywiste wysłuchania, których doznają prawdziwie pobożni, są dla nich dowodem, natomiast pozorne wysłuchania, jakich dostępują na-wpół pobożni, dowodem nie są — gdyż w przypadku prawdziwie pobożnych takie znaki dochodzą do tych wszystkich innych znaków, które wynikają z ich zwyczajnego posłuszeństwa i poddania się Chrystusowi, natomiast u zapaleńców stanowią sam fundament ich wiary, którym winno być sumienie, poczucie obowiązku, miłość prawdy i prawo Boże. Lecz odwróćmy się od tych, którzy wiele przywiązują wagi do mniejszych i drugorzędnych znaków łaski Bożej z uszczerbkiem dla tych większych, ku tym, którzy posiadają i jedne, i drugie — którzy starają się podobać Bogu sercem i życiem i na wiele sposobów są nagrodzeni. Powiedziano nam, że „modlitwa gorliwa sprawiedliwego wiele może"; i oczywiście, im pełniej uświadamia sobie, że Bóg z nim tak miłosiernie postępuje, tym mniej chętnie mówi o tym inaczej; to też jeden z powodów, dla których pretendenci, których się spotyka na świecie, nie mają rzeczywistego wglądu w bieg Opatrzności, który im się zdaje, że mają — bo zbyt swobodnie o nim mówią. Gdyby przywileje, którymi się chwalą, były tym, czym je mienią, nie mówiliby o nich. Ludzie prawdziwie pobożni są natomiast bardzo powściągliwi — choćby dlatego, że nie ośmielają się zdradzać, jeśli tak można powiedzieć, poufałości Bożej. Ta okoliczność sprawia jednak, że trudniej mówić na ten temat bez sztuczności; a mimo to sądzę, że jest prawdą, że pobożni doznają wysłuchania modlitw w sposób przedziwny i z dostateczną wyrazistością, by stanowiło to — prócz innych dowodów — podstawę pewności, że Bóg jest z nimi.

**5.** Mógłbym przejść do jeszcze poważniejszej kwestii, mianowicie do doświadczenia, jakie mają przynajmniej niektórzy pobożni, straszliwej świętości naszych Sakramentów i innych ustanowień. Jeśli towarzyszy im Obecność Chrystusa, mamy z pewnością wszystko, co Kościół może mieć pod względem przywileju i błogosławieństwa. Obietnica brzmi: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata". Kościołem jest ten, w którym obecny jest Chrystus; to właśnie jest definicja Kościoła. Pytanie, jakie się niekiedy stawia, brzmi: czy nasze nabożeństwa, nasze święte pory, nasze obrzędy, nasze Sakramenty, nasze instytucje naprawdę mają z sobą Obecność Tego, który tak obiecał? Jeśli tak — jesteśmy częścią Kościoła; jeśli nie — jesteśmy jedynie aktorami w rodzaju widowiska lub misteriów, które mogą być zamierzone pobożnie i które Bóg w swoim miłosierdziu może nawiedzić, lecz nawiedzając, wykroczy poza własną obietnicę. Lecz zauważcie: jakby odpowiadając na wyzwanie i wystawiając siebie na próbę, dając nam kryterium swej powszechności, nasz Kościół śmiało oświadcza o swym najuroczystszym obrzędzie, że kto go bezcześci, naraża się na sąd. Wydaje się, podobnie jak Mojżesz czy Prorok z Judy, czy Eliasz, wystawiać swoje prawo na próbę — nie tak jawnie, a jednak tak samo realnie — na spełnienie się pewnego określonego znaku. Nie przemawia zaś po to, by odsuwać trwożliwych, lecz by zbudzić i zmiękczyć niedowiarków, a zarazem umocnić chwiejnych i zmieszanych; i sądzę, że w takiej mierze, jaką Bóg raczy dopuścić i jaka jest Bogu wiadoma, te skutki nastają. Chcę przez to powiedzieć, że mamy naprawdę pośród nas dowody — choć z natury rzeczy będą to w przeważającej części dowody prywatne i osobiste — wyraźnej kary spadającej na tych, którzy bezczeszczą owo święte ustanowienie; niekiedy przykłady bardzo straszliwe, które służą zarówno napełnieniu widzów trwogą, jak i pocieszeniu ich — pocieszeniu, bo jeśli Bóg jest z nami dla sądu, z pewnością jest z nami i dla miłosierdzia; jeśli karze, to czyż nie za bezczeszczenie? A jakże może być bezczeszczenie, jeśli nie ma niczego, co by zbezcześcić? Zaprawdę, On nie objawia gniewu tam, gdzie wpierw nie raczył udzielić łaski.

**6.** Ponadto wiele można by powiedzieć — gdyby sama wzmianka nie wystarczyła — o objawieniu się Chrystusa, które często towarzyszy umierającym ku pożytkowi tych, którzy ich żegnają. Zastanówcie się, czy w pewnych okolicznościach nie jest przez to dawany dowód rzeczywistości naszych zasad religijnych i Bożego pochodzenia naszego Kościoła — tak wielki jak jakikolwiek inny znak czy znamię. Czymże jest każde znamię Kościoła, jeśli nie wskazaniem, że Chrystus jest w nim niewidzialnie? Niczego więcej nie może dowieść; sto znamion niczego więcej nie dowiedzie. Jeśli tyle jest dowiedziane, wystarczy, a są pojedyncze znaki, które same z siebie wystarczają, by to dowieść; i takie właśnie, dla tych, którzy je oglądają, są liczne sceny rozgrywające się przy łożu śmierci. Czyż nie możemy pobożnie ufać, że Bóg Wszechmogący raczy niekiedy dać stojącym przy umierającym to przekonanie: że nasz Kościół, pomimo swych licznych nieporządków, jest bezpiecznym Kościołem, w którym umierać?

**7.** Wreszcie, mógłbym wiele powiedzieć o czymś, co jest może bardziej pospolitym dowodem, lecz nie mniej przekonującym — o dowodach świętości pośród żyjących, jakie są nam od czasu do czasu udzielane. Z pewnością Kościołem nawiedzanym przez wpływy Bożej łaski jest ten, który w swoim łonie zawiera ludzi tak świętych w swoim życiu, tak niebieskich sercem i umysłem, tak pełnych zaparcia się siebie, tak posłusznych, jakimi jest obdarzana nawet w tych zdegenerowanych czasach. Czyż nie jest bezpiecznie powierzać nasze dusze ich towarzystwu? Czyż nie jest niebezpiecznie rozłączyć się z nimi w naszej wędrówce przez bezkresną pustynię?

W takich sprawach, jakie przyszło mi traktować, cokolwiek by się powiedziało, słowa nie dotkną dokładnie i nie zadowolą uczuć innych, ani nie będą nawet adekwatne do własnej myśli; muszą przecież być ubogie i sztuczne. A jednak wielką rolą języka nie jest przedstawianie, lecz sugerowanie i przekazywanie myśli; i musimy godzić się na używanie słów, które czujemy jako niedoskonałe, jeśli zdolne są pobudzić umysł i zainicjować ciągi rozmyślań, których same nie kończą. Sądzę, że w takich rozważaniach, jakie tu prowadziłem, jest prawda, którą poważni i myślący przyznają, choć inni mogą ją kwestionować i odrzucać.

Gdyby zaś ktoś uważał, że samo podnoszenie kwestii powszechności naszego Kościoła, rozpatrywanie zastrzeżeń wobec niej i odpowiadanie na nie jest wielkim brakiem szacunku wobec niego i nierozważną okrucieństwością wobec słuchaczy, którym go się w ten sposób przedstawia, chciałbym, by zastanowił się, że jego zarzut sięga bardzo głęboko — biorąc pod uwagę, jak bardzo liczne były obrony Objawienia w ogóle w kazaniach i innych dziełach religijnych. Nie bronię tonu teologii panującej wśród nas przez półtora stulecia; ale ci przynajmniej, którzy usprawiedliwiają pisarzy owego okresu za dopuszczenie możliwości fałszywości Ewangelii — na tej podstawie, że jedynie rozwiązywali, a nie stawiali trudności — nie mogą ganić innych, którzy w podobnej konieczności czynią wobec swego Kościoła to, co owi autorzy poważyli się czynić wobec swego Pana.

A teraz, na zakończenie, chciałbym odnieść się do jednego lub dwóch zarzutów, jakie może budzić przedstawiony tu obraz. Można powiedzieć, po pierwsze, że opiera się on na fałszywej metodzie rozumowania; a po wtóre, że i tak nie stanowi ochrony dla świętych interesów, których obrony się podejmuje.

**1.** Z jednej strony można utrzymywać, że jest bardzo niebezpieczne kierowanie się uczuciami w dociekaniach religijnych i bardzo nieuprawnione ocenianie wyznań wiary według ich skutków. Jeśli chcemy ustalić, co jest prawdą, a co fałszem, na podstawie dowodów czerpanych z biegu rzeczy, to trzeba brać pod uwagę dowody z obu stron. Bóg Wszechmogący — może powiedzieć ktoś — zdaje się niekiedy walczyć z człowiekiem i odpychać go od religii, którą wyznaje, tak jak anioł opierał się Balaamowi. Zdarzają się opatrzności, które ma on prawo interpretować jako wskazanie, by szukać Boga gdzie indziej; i w ten sposób poszukiwanie prawdy religijnej staje się sprawą zwykłego uczucia lub wyobraźni. Odpowiadam: nie powiedziałem niczego, co by sankcjonowało takie postępowanie. Nie powiedziałem niczego, co by skłaniało ludzi do zasięgania w chwilowych wahaniach umysłu informacji o woli Bożej. Wszyscy jesteśmy raz przygnębieni, a kiedy indziej ożywieni i pokrzepieni; mamy nasze chwile posępności, niepokoju, wątpliwości, niecierpliwości, zniesmaczenia. Co więcej, jeśli dopiero niedawno zwróciliśmy się ku Bogu, nie mamy żadnego prawdziwego doświadczenia Bożych dzieł wobec nas, na które moglibyśmy się powołać; a jeśli próbujemy sądzić wedle takich osobistych dowodów, kierujemy się z konieczności uczuciem chwili. I pewne jest też, że skłonni jesteśmy wyolbrzymiać bieżące zła; i łatwo możemy sobie wmówić, że jakaś inna wspólnota — a przynajmniej niektóre — jest w jaśniejszym świetle niż nasza, z mniejszą mgłą i zgorszenia. I oczywiście możemy postępować stosownie do takich uczuć, gdy jesteśmy pod ich wpływem, i uważać takie postępowanie za działanie z tego, co jest w nas, nie z zewnątrz.

Wszystko to możemy z pewnością czynić — ale bez żadnego oparcia w nauce, którą tu wykładałem. Proste pytanie brzmi: czy można udowodnić, że takie chwilowe stany umysłu pochodzą od Boga. Otóż nie możemy być pewni Boskiego pochodzenia żadnego natchnienia, które przychodzi do nas po raz pierwszy. On sam jest zawsze sobie równy — czy przychodzi raz, czy wielokrotnie; lecz wobec ograniczonych władz naszego umysłu kusiciel jest w stanie tak doskonale naśladować Chrystusa przy pierwszym spotkaniu, że tylko Chrystus może nam dać możność rozeznania różnicy; i zwykle udziela tej wiedzy przez staranne czekanie na Niego i badanie, nie od razu. Gdy zaś patrzymy wstecz na całe nasze życie, uzyskujemy dwie korzyści: po pierwsze, brak bieżącego podniecenia, a po drugie, dostateczny odcinek czasu, by czynić spostrzeżenia. Prócz tego, musimy szukać dowodu poprawy serca i życia, a nie zwykłej pociechy czy uniesienia. I znowu, powinniśmy szukać prostych zewnętrznych faktów — choćby prywatnych i tajnych — a nie samych tylko wzruszeń, by ustalić, czy Bóg jest z nami, czy nie. Gdy zaś wszystkie te warunki są zachowane, gdy badający jest konsekwentnym chrześcijaninem od wielu lat, gdy poruszenia i dzieła świętości są wzięte jako znak obecności Chrystusa, a spokój i trzeźwość mają należne im miejsce w jego dociekaniu — naprawdę nie sądzę, by cokolwiek postanowił, można by słusznie zarzucać samemu procesowi ani obarczać go winą za błąd, gdyby go popełnił; ani też, że często zdarzyłoby się, by syn naszego Kościoła nie znalazł dowodu, że Chrystus jest wciąż z nami, pomimo naszych licznych grzechów i wielkich niegodziwości.

I niech nikt nie mówi, że ocenianie wspólnoty religijnej, w której się znaleźliśmy, po jej owocach jest worldly-wise i niedowiarstwem. Ocenianie nauk wedle tego klucza jest bowiem zarozumiałością, bo są to objawione prawdy Boże, z reguły tajemnice, które należy przyjąć w wierze bez względu na skutki. Ale inaczej jest z ciałami religijnymi; mają one być oceniane i sądzone po swych widzialnych skutkach — jak mówi wyraźnie nasz Pan o fałszywych prorokach: „Po owocach ich poznacie ich"; i święty Paweł: „Trzeba, żeby też były wśród was herezje, żeby ci, których posłannictwo jest potwierdzone, okazali się wśród was"; i święty Jan: „Wyszli spośród nas, gdyż nie byli z nas"; i Gamaliel: „Jeśli to dzieło pochodzi od ludzi, rozpadnie się"; i Psalmista: „Minąłem, a już go nie było"; i Prorok: „Zgromadźcie się, wszystkie narody, zbierzcie się razem, ludy! [...] Niech wywołają swoich świadków, żeby się usprawiedliwili, [...] żeby usłyszeli i powiedzieli: to prawda! Wy jesteście moimi świadkami — wyrocznia Pana — i mój sługa, którego wybrałem"; i znowu: „Przedstawcie swoją sprawę — mówi Pan — przytoczcie swoje dowody — mówi Król Jakuba. Niech nam przedstawią i powiedzą, co ma nadejść, [...] żebyśmy uznali, że jesteście bogami. Uczyńcie coś dobrego lub złego, żebyśmy zadrżeli i razem spojrzeli". A jeśli zewnętrzne znamiona Kościoła podlegają w ten sposób naszemu osądowi, z pewnością jego wewnętrzna moc może być pobożnie dociekana.

**2.** Teraz zaś, w drugiej kolejności, można zapytać, czy nigdy nie zdarzyło się, że obowiązkiem człowieka było opuścić wspólnotę, w której się urodził; a jeśli tak, czy to, co mówiłem o prywatnych znakach łaski, nie odnosiłoby się równie dobrze do jego przypadku jak do naszego. Jeśli sprawia, że pobożni pozostają w Kościele, równie dobrze będzie sprawiać, że pobożni pozostają w dysydentach. Abraham — można powiedzieć — był z pewnością pod Bożą Opatrznością nawet w Chaldei, a jednak musiał opuścić swój kraj; i Żydzi byli pod Bożą Opatrznością, a jednak zostali wezwani do porzucenia Prawa dla Ewangelii. Nie możemy też wątpić, że miłosierna ręka Boga miała do czynienia z ludźmi w owych rozległych wspólnotach — choć heretyckich — które od tak dawna istnieją na Wschodzie; a jednak jest obowiązkiem opuścić je dla Jednego Prawdziwego Kościoła. I równie mało możemy wątpić, że tajemna moc Chrystusa działa w dzisiejszych dniach w wielkich ciałach dysydentów, istniejących tutaj i na innym kontynencie; a jednak uważamy za słuszne zapraszać ich członków do wspólnoty katolickiej, choć oni ze swojej strony mogliby równie dobrze odwołać się do swego doświadczenia Bożych opatrzności i pozostać głuchymi na nasze wezwanie.

Odpowiadam, że wydają się być dwa powody, dla których człowiek może opuścić wspólnotę, w której się urodził: po pierwsze, jakiś jasny i bezsporny nakaz Boga, by ją opuścić, a po drugie, wyraźne doświadczenie, że Bóg jej nie uznaje. Dworzanin etiopski przyszedł do Jeruzalem, by Go szukać; a chrześcijanie opuścili Jeruzalem, by Mu być posłusznymi. Jeśli Bóg Wszechmogący oddala się od nas, albo jeśli my oddaliliśmy się od Boga — w każdym z tych przypadków musimy iść naprzód za wszelką cenę i „zapomnieć naszego ludu i domu ojca naszego". Lecz rozważcie, jak wielkie znaki zwykły towarzyszyć wezwaniom Bożym. Jakie proroctwa, jakie cuda, jakie przepowiednie, jakie sądy zostały zesłane, by przekonać Żydów, że judaizm dobiegł końca! Rozważcie, jak wyraźne znaki gniewu Bożego spoczywały na owych dawnych herezjach, o których mówiłem — zwłaszcza przemijający charakter niektórych z nich: jak od samego początku szybko „dążyły do końca i nie miały żadnego znaku cnoty do okazania", tak iż opuściły świat niemal zanim ludzie zdążyli je opuścić — albo przynajmniej ich opuszczenie było tylko uprzedzeniem ich własnego końca. Co do religii pogańskich — rozważcie, jak wyraźna sprzeczność z pierwszymi prawami wszelkiej prawdziwej wiary i moralności kryje się w wielu ich zasadach; jak grzeszą one przeciw szczerości, czystości i miłosierdziu. Oto obfite wskazania dla sumiennego i uczciwego badacza, który urodził się w takim ciele religijnym, że Boska Obecność nie idzie z nim jako ciałem.

A co do rozmaitych form religii w dzisiejszych czasach, niech będzie to wzięte pod uwagę: wzywamy ich członków, by przyłączyli się do nas, lecz nie wzywamy ich naprawdę do porzucenia czegokolwiek — bo w istocie nie mają niczego do porzucenia; sami wyznają, że nie mają niczego do porzucenia. Żydzi mieli Kościół; nawet heretycy i schizmatycy wyznają, że mają Kościoły, i często posiadają sukcesję od Apostołów; lecz sekty religijne wokół nas wyznają, że są niczym więcej niż dobrowolnymi zgromadzeniami ludzi, z których każdy jest sam sobie wystarczalny, każdy sam sobie jest Kościołem, związanymi nie żadną Boską więzią, lecz jedynie własną wolą. Cokolwiek wyznawano w ich początkach, takie jest teraz przekonanie ich członków; tak dalecy są od wiary, że Obecność Chrystusa jest z ich własną wspólnotą jako taką, że uważają to przypisywanie łaski ciału korporacyjnemu, tę wiarę, że święcenia są aktem Bożym przez sukcesję apostolską, tę naukę o kapłaństwie pod nowym przymierzem — bo wszystkie te są jedynie aspektami jednej i tej samej wielkiej prawdy — niestety, uważają to za początęk wszelkiego błędu i zła w religii; i czynią z jej zaprzeczenia pierwszą zasadę, zasadę swego własnego religijnego istnienia, istotę swej wiary. Nie przypisują zatem żadnego religijnego znaczenia ciałom, do których należą, ani obrzędom i ustanowieniom, z których korzystają — prócz tego, że są kwestią porządku, a częściej smaku i upodobania. Są z pewnością obojętni na swą konkretną wspólnotę jako wspólnotę; skłonni do wywyższania się ponad nią; drażliwi na pozory podległości jej; dumni z niesubordynacji; czujni na formy i ustanowienia; pozbawieni jakiegokolwiek określonego credo; gotowi bratać się z każdym, kto tylko wyzna podobne niedowiarstwo w naukę o Kościele; skłonni do zmiany — bo to w istocie żadna zmiana — ilekroć im to przyjdzie do głowy i ilekroć jest to dla nich dostępne; ba, w wielu wypadkach swobodnie posługujący się jednocześnie dwiema lub trzema wspólnotami religijnymi. Z pewnością tych, którzy z zasady mogą przechodzić do czegokolwiek innego, można wzywać do przejścia do Kościoła; z pewnością ci, którzy wyznają, że wciąż szukają, nie znaleźli; z pewnością tych, którzy nic starego nie mają — a raczej nic w ogóle do stracenia — można nauczyć czegoś nowego; z pewnością tych, którzy nie są wiernymi sługami, ani wiernymi poddanymi, ani ukochanymi dziećmi żadnego innego władcy i ojca, można uczynić wiernymi Kościołowi. To jest wielka różnica między naszym Kościołem a wszystkimi tymi ciałami wokół niego. Wielka rzesza naszych ludzi — mówiąc co najmniej — odczuwa i wie, że Kościół sam w sobie i rozpatrywany jako Kościół jest wielkim błogosławieństwem. Są przekonani, że Chrystus jest w nim; że jest on owym uprzywilejowanym ciałem duchowym, obecnym w wielu miejscach, jednym i tym samym na całej ziemi, doskonałym i całkowitym tu i tam i wszędzie, jak gdyby nie był nigdzie indziej, i nazwanym w Piśmie Świętym „Oblubienicą, Małżonką Baranka". Nie tylko nie lubią innych form kultu, lecz kochają i czczą jego formy. Są świadkami sami sobie — i sobie nawzajem — że Chrystus jest w nich naprawdę. Natomiast rzadko kiedy zdarza się, by członek secesyjnego ciała był gorliwy dla tego ciała; jest gorliwy dla tego, co uważa za Ewangelię, to jest w najlepszym razie dla tego, co by nazwał nauką — choć oznacza to, jeśli można tak rzec, jego własną szczególną naukę, która ściśle mówiąc żadną nauką nie jest, w żadnym dokładnym sensie tego słowa, lecz opinią, jego własną prywatną opinią; jest gorliwy dla tego, co uważa za orędzie przyniesione przez Chrystusa z nieba, cokolwiek to jest, i to bez względu na to, czy ktokolwiek inny na całym świecie się z nim zgadza, czy nie — nie zaś dla tej zewnętrznej wspólnoty, do której przypadkowo należy. Nie odnalazł Chrystusa w tej wspólnocie. Wyznaje, według swego mniemania, że religia jest sprawą samotną; myśli, że znalazł prawdę — lecz nie w swej sekcie czy stronnictwie, lecz jedynie w sobie samym; tak że jest ona w nim zamknięta i idzie z nim, dokądkolwiek pójdzie, czy zostanie w niej, czy ją opuści. Wzywając go zatem z jego konkretnej wspólnoty do naszego Kościoła, nie wzywam go do naruszenia żadnej zasady posłuszeństwa, żadnego uczucia czci czy lojalności — bo żadnego nie ma; jedynie używam jego prywatnego sądu na korzyść Kościoła, jak on dotąd używał go przeciw niemu. Opuszczając swoją obecną sektę, nie wyrządza krzywdy żadnemu uczuciu obowiązku; opuszczając ją, nie porzuca niczego wartościowego; był on wartością dla niej, nie ona dla niego. Wzywam go do wielkiej idei, która nigdy dotąd nie weszła mu do głowy; do czegoś ponad to, co ma teraz; do tego, co wyraźne — w zamian za to, co mgliste i pogmatwane; do tego, co rzeczywiste i żywe — w zamian za to, co nominalne; do widzialnego ciała z niewidzialnymi przywilejami; do Boga mieszkającego w rzeczy samej na ziemi, Króla Świętych na świętej górze Syjon, Tego, który zamieszkuje wieczność, przebywającego niewidzialnie — nie w budynkach ręką ludzką wzniesionych, lecz w wybranej społeczności, którą On najpierw ukształtował i którą utrzymuje aż po dziś dzień. Ten majestatyczny i wielki widok jest dla poszukującego czymś nowym; nie wiedział, że gdziekolwiek istnieje coś takiego; zapraszamy go, by się odwrócił i zobaczył; odwracamy go jedynie od otaczającej go pustyni, od niczego więcej. Nie siejemy zamętu w jego umyśle — zastajemy go w zamęcie; nie okazujemy braku szacunku jego obecnej wspólnocie — nigdy nie była ona czczona nawet przez niego samego; jego osobiste doświadczenie religijne nie było osadzone na jej zasadach i ustanowieniach i z nimi złączone; nasze jest złączone z zasadami naszego Kościoła. Ci, którzy wzywają nas do porzucenia naszego Kościoła, muszą najpierw obalić nasze długie doświadczenie jego dobrodziejstw; on zaś żadnego takiego doświadczenia dobrodziejstw w ogóle nie zaznał. Mamy osobiste dowody nie tylko tego, że jesteśmy w łasce, lecz że to wielkie błogosławieństwo jest udzielane przez nasze sakramenty; on zaś nie tylko nie wyznaje czegoś podobnego, lecz wprost temu zaprzecza. Opierając zatem naszą wierność wobec Kościoła na jego prywatnych i tajnych znamionach, a nie publicznych, nie daję żadnej przewagi polemistom i heretykom naszych dni w ich walce przeciw niemu.

Chcę jednak przyznać tyle — i nie żałuję tego — że jeśli są osoby urodzone w dysydencji i synowsko przywiązane do swej wspólnoty, które „boją się Boga i czynią sprawiedliwość w niej", to w nich — możemy z pokorą ufać — spełnia się słowo świętego Piotra, że „w każdym narodzie" tacy ludzie są „Mu miłymi". Bynajmniej nie mam zamiaru gwałtownie odłączać takich osób od sekty, w której się znają, jeśli są dla niej gorliwe — choćbym uważał, że mała jest jej część w prawdziwym Kościele. Nie wolno nam czynić złego, by przyszło dobro; nagłe zmiany same w sobie są złem, choć są nieuniknione, gdy prawda jest głoszona wielu naraz i w zmaganiu Kościoła ze światem. Nawrócenie świętego Pawła było, co prawda, nagłe; lecz było też cudowne; a jednak nikt nie nazwie cudów zwykłym lub wyznaczonym środkiem Bożego nauczania. Takie osoby zatem, o których mówię, z pokorą pozostawiłbym w rękach Bożych, by w nich spełniał swoją błogosławioną wolę — czy to prowadząc je naprzód przez ich obecne wyznanie ku czystszemu, czy też, jeśli taka jest Jego niezbadana wola, zbawia je — nie przez nie, lecz w nim, przez miłosierdzie przelewające się ponad granice Jego objawionego przymierza.

Nigdy nie nastanie w tym świecie czas, gdy umilknie zwada języków i ustąpi oziębłość serc; lecz błagajmy przynajmniej Księcia Pokoju, by przyszły czasy ochłody od oblicza Pana; by raczył ukryć nas na chwilę w cieniu swych skrzydeł, aż minie ta tyrania — w oczekiwaniu owego błogosławionego czasu, gdy „nie będą wyrządzać krzywdy ani szkodzić na całej Jego świętej górze, bo ziemia będzie napełniona znajomością Pana tak jak wody napełniają morze".

← wróć do odkrywania