*Rocznica poświęcenia kaplicy*
*„Człowiek wychodzi do pracy swej i do trudu swego aż do wieczora."* — Ps 104,23
Gdy Syn Człowieczy, Pierworodny wszelkiego stworzenia Bożego, zbliżył się ku wieczorowi swego śmiertelnego żywota, rozstał się ze swymi uczniami podczas uczty. Dźwigał „ciężar dnia i upał"; a przecież, gdy „strudzony drogą" przystanął przy studni i poprosił o łyk wody dla ugaszenia pragnienia, czynił to jedynie przez chwilę — miał bowiem „pokarm do spożycia, o którym" inni „nie wiedzieli". Jego pokarmem było „pełnić wolę Tego, który Go posłał, i dokonać Jego dzieła"; „Muszę pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał," mówił, „dopóki jest dzień; nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać." Tak mijał czas Jego służby; a jeśli niekiedy zasiadał do stołu z faryzeuszem lub celnikiem, czynił to po to, by tym gorliwiej wykonywać dzieło Boże. Lecz „gdy nastał wieczór, usiadł z Dwunastoma". „I rzekł do nich: Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał". Miał cierpieć więcej, niż kiedykolwiek cierpiał lub cierpieć będzie jakikolwiek człowiek. Jednak w Jego smutku nie ma nic ponurego, surowego, gwałtownego ani samolubnego; jest on czuły, przepełniony miłością, wspólnotowy. Gromadzi wokół siebie przyjaciół, choć był jak Job siedzący w popiele; prosi ich, by przy Nim trwali i patrzyli na Jego cierpienie; pragnie ich współczucia; szuka schronienia w ich miłości. Najpierw zastawił im ucztę, śpiewał z nimi hymny i umył im nogi; a gdy zaczęła się Jego długa próba, spoglądał na nich i trzymał przy sobie, aż przestrach skłonił ich do ucieczki. Jednak wzrok Jego spoczywał nadal na świętej Marii i świętym Janie, Matce Dziewicy i Uczniu Dziewicy, którzy pozostali; a na świętym Piotrze, który w oddali się Go wypierał, Jego nagłe spojrzenie sprawiło głębokie nawrócenie. O przedziwny wzorzec, typ wszelkiej próby i wszelkiego obowiązku pod jej ciężarem, póki trwa Kościół.
My dziś nie potrzebujemy tak wzniosłej nauki ani tak dostojnej pociechy. Nie mamy bólu ani smutku, który by jej wymagał; a jednak, skoro przypomniano nam ją w dzisiejszym nabożeństwie porannym, jesteśmy niejako pociągnięci, by o niej rozmyślać — choć jest ona nieskończenie ponad nami — w pewnych okolicznościach tej pory roku i chwili obecnej. Albowiem teraz na ziemię padają cienie wieczoru i roczny trud dobiega końca. W Niedzielę Siedemdziesiątnicy robotnicy zostali wysłani do winnicy; w Niedzielę Sześćdziesiątnicy siewca wyszedł siać — ten czas minął; „żniwo przeminęło, lato się skończyło", winobranie zebrano. Obchodziliśmy Suche Dni za plony ziemi w duchu uniżenia, jako niegodni nawet najmniejszej z Bożych łask; a teraz składamy z ziarna i wina ofiarę przebłagalną i spożywamy je z dziękczynieniem.
„Wszystko pochodzi od Ciebie i z Twojego dajemy Ci". Jeśli mieliśmy deszcz w swoim czasie i słońce świecące w pełni swej siły, i żyzną glebę — to wszystko od Ciebie. Oddajemy Ci z powrotem to, co od Ciebie przyszło. „Gdy im dajesz, zbierają; gdy otwierasz swą rękę, nasycają się dobrami. Gdy ukrywasz swoje oblicze, ogarnia je trwoga; gdy odbierasz im tchnienie, giną i wracają do swego prochu. Gdy ślesz swego Ducha, zostają stworzone i odnawiasz oblicze ziemi". On daje, On odbiera. „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga, a zła mielibyśmy nie przyjąć?" Czy nie może On „czynić ze swoją własnością, co chce?" Czy Jego słońce nie może zajść tak, jak wschodziło? Czy nie musi zajść, jeśli ma znowu wzejść? Czy ciemność nie musi przyjść pierwsza, jeśli kiedykolwiek ma nastąpić poranek? Czy niebo nie musi być czarniejsze, zanim stanie się jaśniejsze? I czy Ten, który może wszystko, nie może sprawić, by światłość powstała nawet w ciemności? „W nocy rozważam Twoje imię, o Panie, i strzegę Twego prawa"; „Ty też zapalasz moją świecę; Pan, mój Bóg, rozjaśnia moją ciemność"; lub jak mówi Prorok: „o zmierzchu będzie światłość".
„Wszystko pochodzi od Ciebie" — mówi pobożny Dawid — „bo my jesteśmy przed Tobą przybyszami i gośćmi, jak wszyscy nasi ojcowie; dni nasze na ziemi są jak cień i nie ma nadziei trwania". Wszystko jest marnością, marnością nad marnościami i udręczeniem ducha. „Cóż za pożytek ma człowiek z całego swego trudu, który podejmuje pod słońcem? Jedno pokolenie przemija, drugie przychodzi; lecz ziemia trwa po wiek wieków. Słońce też wschodzi i zachodzi, . . . wszystkie rzeczy są pełne trudu — nie zdoła tego człowiek wypowiedzieć; . . . co krzywe, tego wyprostować nie można, a czego brakuje, tego policzyć się nie da". „Wszystkiemu jest wyznaczony czas i pora wszelkiemu zamierzeniu pod niebem: czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzone; czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania; . . . czas zdobywania i czas tracenia, czas zachowywania i czas wyrzucania". A czas, i materia, i ruch, i siła, i ludzka wola — jakże wszystkie są próżne, jeśli nie służą jako narzędzia łaski Bożej, która je błogosławi i w nich działa! Jakże próżne są wszelkie nasze wysiłki, nasza myśl, nasza troska, jeśli Bóg ich nie użytkuje, jeśli Bóg ich nie natchnął! Jakże gorsze od bezowocnych stają się, jeśli nie są skierowane ku Jego chwale i oddane z powrotem Dawcy!
„Z Twojego dajemy Ci" — mówi królewski Psalmista, gdy zebrał materiały na budowę świątyni. Bo „dzieło było wielkie" i „świątynia nie dla człowieka, lecz dla Pana Boga", toteż „przygotował z całą swą mocą na dom swojego Boga" złoto i srebro, miedź i żelazo, i drzewo, „kamienie onyksowe i kamienie do oprawy, kamienie lśniące i różnobarwne, i wszelkiego rodzaju kamienie szlachetne, i marmur w obfitości". A „lud radował się, bo składał dary dobrowolnie; . . . i Dawid król cieszył się też wielką radością". My również, w tej porze, rok po roku, mogli w swojej mierze, stosownie do naszego trudu i naszej wiary, radować się w obecności Bożej z powodu tej świętej budowli, którą On nam dał, abyśmy w niej Mu oddawali cześć. Była to radosna chwila, gdy po raz pierwszy się tu zgromadziliśmy — wielu spośród tu obecnych pamięta to dobrze; i nie ustawała ta radość, lecz odnawiała się każdej jesieni, gdy przychodził ten dzień. Był to „dzień radości i ucztowania, i dzień dobry, i przesyłania podarków jedni drugim". Obchodziliśmy to święto dotąd z wesołym sercem; obchodziliśmy je przez siedem pełnych lat, ku „doskonałemu końcowi" — obchódźmy je teraz, choćby w pośpiechu i z gorzkimi ziołami, z biodrami przepasanymi i laską w ręku, jak ci, którzy „nie mają tu trwałego miasta, lecz szukają tego, które ma przyjść".
Tak było z Jakubem, gdy z laską swoją przeprawiał się przez ten Jordan. On też ucztował, zanim wyruszył w swą uciążliwą drogę. Przyjął błogosławieństwo ojca, a potem został wysłany w dal; opuścił matkę, by jej twarzy już nie ujrzeć ani głosu nie usłyszeć. Rozstał się ze wszystkim, co miłowało jego serce, i skierował oblicze ku obcej ziemi. Odchodził z niepewnością, czy będzie miał chleb do jedzenia i odzienie do wdziania. Przybył do „ludzi Wschodu" i przez dwadzieścia lat służył twardemu panu. „Za dnia dręczył go upał, a mróz w nocy, a sen uciekał mu z oczu". O, jakże mało się spodziewał, gdy ojciec i matka go opuścili i gdy w Betel położył się spać na pustkowiu, bo słońce zaszło i nastał wieczór — że właśnie tam jest dom Boży i brama niebieska, że Pan jest na tym miejscu i stąd będzie szedł z nim, dokądkolwiek pójdzie, dopóki nie przywiedzie go z powrotem nad tę rzekę „w dwóch obozach" — ten, który ją teraz przekraczał opuszczony i samotny!
Tak samo było z Izmaelem; choć uczta nie była dla niego błogosławieństwem, ucztował przecież w namiocie ojca, a potem został odesłany. Ów czuły ojciec, który — gdy od Sary obiecano mu syna — zawołał do swego Wszechmocnego Opiekuna: „O, oby Izmael żył przed Tobą!" — on to właśnie, z Bożego zrządzenia, nazajutrz po uczcie „wstał rano, wziął chleb i bukłak wody i dał Hagar, wkładając to na jej ramię, i [dał] dziecko, i odprawił ją. I odeszła, i błąkała się po pustyni Beer-Szeby". Jakże mało myślał ów porywczy chłopiec, gdy po uczcie przyszło pragnienie i znużenie, i błądzenie po pustyni, że nie był to koniec Izmaela, lecz jego początek. I jakże mało przeczuwała Hagar jego przyszłe losy, gdy „woda w bukłaku się wyczerpała, i rzuciła dziecko pod jednym z krzewów, i odeszła, i usiadła naprzeciwko niego w oddaleniu; . . . bo mówiła: Nie chcę patrzeć na śmierć dziecka. I siedziała naprzeciwko niego, i podniosła głos, i płakała".
Tak było z Naomi, choć ona nie opuszczała, lecz wracała do swojej ojczyzny, i szła nie do ziemi głodu, lecz dostatku. W czasie ucisku opuściła swój kraj i znalazła przyjaciół, i nabyła krewnych wśród nieprzyjaciół swojego ludu. A gdy jej mąż i dzieci pomarli, moabskie kobiety — które niegdyś były kamieniem obrazy dla Izraela — stały się podporą i pociechą jej wdowieństwa. Było kiedyś tak, że na wezwanie córek Moabu lud wybrany uczestniczył w ich ofiarach i „kłaniał się ich bogom. I przyłączył się Izrael do Baal-Peora, i zapłonął gniew Pana na Izraela". Minęły wieki i oto Naomi stała się matką Moabitek; i sercem przywiązała się do ich ziemi, gdy głos obowiązku przywołał ją z powrotem do Betlejem. „Usłyszała na ziemi moabskiej, że Pan nawiedził lud swój, dając mu chleb. Toteż wyruszyła z miejsca, gdzie przebywała, i obie jej synowe z nią, i szły drogą, by wrócić do ziemi Judy".
Nieszczęsna wdowo, jakże wielka była walka w jej sercu: cóż powinna uczynić? Czy zostawić za sobą dwie pogańskie kobiety, w podobnym jak ona wdowieństwie i niedoli, swoją jedyną podporę, cienie minionych błogosławieństw? Czy też samolubnie zabrać je ze sobą jako współtowarzyszki cierpień, które nie mogłyby jej chronić? Czy szukać współczucia tam, gdzie nie może znaleźć pomocy? Czy pozbawiać je domu, gdy sama nie ma żadnego do zaofiarowania? Powiedziała więc: „Idźcie, wróćcie każda do domu swojej matki. Niechaj Pan okaże wam łaskę, jako wyście okazały ją umarłym i mnie". Zagubiona Naomi, rozrywana sprzecznymi uczuciami — czego bardziej doznawała: bólu z powodu Orpy, która ją opuściła, czy brzemienia z powodu Rut, która przy niej trwała? Czy bardziej bolała ją Orpa jako strata, czy Rut jako odpowiedzialność?
„Podniosły głos i płakały znowu; i Orpa ucałowała swoją teściową, lecz Rut przy niej pozostała. I rzekła: Oto twoja szwagierka wróciła do swego ludu i do swoich bogów; wróć i ty za swą szwagierką. A Rut odpowiedziała: Nie nalegaj na mnie, abym cię opuściła lub się od ciebie odwróciła; bo dokądkolwiek ty pójdziesz, i ja pójdę; i gdzie ty zamieszkasz, i ja zamieszkam; twój lud będzie moim ludem, a twój Bóg moim Bogiem. Gdzie ty umrzesz, i ja umrę, i tam będę pogrzebana. Niech mi Pan to uczyni i jeszcze więcej dołoży, jeśli cokolwiek, oprócz śmierci, rozłączy mnie z tobą".
Orpa ucałowała Naomi i wróciła do świata. Był w tym rozstaniu smutek, lecz smutek Naomi dotyczył bardziej Orpy niż jej samej. Był to ból, owszem, lecz ból rany, nie tęskniące żale miłości. Był to ból, jaki odczuwamy, gdy przyjaciele nas zawodzą i tracą w naszych oczach. Ten pocałunek Orpy nie był wyrazem miłości; był tylko czczą deklaracją tych, którzy używają gładkich słów, by rozstać się z nami z najmniejszą możliwą trudnością i nieznośnością dla siebie. Łzy Orpy były tylko osadem uczucia; uściskała teściową raz ostatni po to, by jej nie towarzyszyć. Jakże inne były łzy, jakże inne uściski, jakie wymieniły dwie pobożne przyjaciółki opisane w księdze, która po niej następuje, miłujące się prawdziwą, nieobłudną miłością, których życia jednak biegły różnymi torami. Jeśli wielki był smutek Naomi, gdy Orpa ją ucałowała, jakiż był smutek Dawida, gdy oglądał po raz ostatni tego, którego „dusza od początku związana była z jego duszą", tak że „miłował go jak własną duszę"? „Jestem strapiony z powodu ciebie, mój bracie Jonatanie" — mówi — „bardzo miły mi byłeś; miłość twoja dla mnie była cudowna, przewyższała miłość kobiet". Jakiż ból spotkał owego „młodzieńca o pięknej powierzchowności i miłym wyglądzie", „biegłego w graniu, dzielnego wojownika i człowieka wojennego, i roztropnego w mowie", gdy jego oddany, czuły i wierny przyjaciel, zjednany tymi darami, spojrzał na niego po raz ostatni! O, twarde przeznaczenie — gdyby nie chciała tak Wszechmilość — że takim towarzyszom nie było dane chodzić razem w domu Bożym jako przyjaciele! Dawid musiał uciekać na pustynię, Jonatan musiał więdnąć w komnatach ojca; Jonatan musiał dzielić śmierć surowego ojca na polu bitwy, a Dawid wstąpić na opróżniony tron. Zawarli jednak przymierze przy rozstaniu: „Nie tylko," rzekł Jonatan, „okażesz mi, póki jeszcze żyję, łaskę Pana, bym nie umarł; ale też nie odejmiesz swej łaski od mojego domu na wieki, nawet gdy Pan wytnie nieprzyjaciół Dawida każdego z oblicza ziemi. . . . I przywiódł Jonatan Dawida do przysięgi po raz wtóry, bo go miłował, bo miłował go jak własną duszę". A potem, gdy Dawid ukrywał się, Jonatan wybadał Saula, jak jest usposobiony wobec Dawida; i gdy stwierdził, że „postanowione było przez ojca jego zabić Dawida", „powstał od stołu w gwałtownym gniewie i przez drugi dzień miesiąca nie jadł pokarmu; bo bolał o Dawida, gdyż ojciec jego zawstydził go". A nazajutrz rano wyszedł w pole, gdzie krył się Dawid, i doszło do ostatnich spotkań między tymi dwoma. „Dawid wstał z miejsca od południa i upadł twarzą na ziemię, i pokłonił się trzy razy; i pocałowali się nawzajem, i płakali z sobą, a Dawid płakał więcej. I rzekł Jonatan do Dawida: Idź w pokoju, gdyżeśmy przysięgli obaj w imię Pana, mówiąc: Niech Pan będzie między mną a tobą i między potomstwem moim a twoim na wieki. I wstał, i odszedł; a Jonatan wrócił do miasta".
Miłość Dawida była skierowana ku jednemu sercu; lecz w Piśmie mowa jest o kimś innym, kto miał tysiące przyjaciół i kochał każdego jak własną duszę, i zdawał się żyć tysiącem żyć w nich, i tysiąc razy umierał, gdy musiał ich opuścić: o owym wielkim Apostole, któremu serce pękało, gdy jego bracia płakali; który „żył, gdy oni stali mocno w Panu"; który „cieszył się, gdy był słaby, a oni mocni"; i który „gotów był im oddać własną duszę, bo byli mu drodzy". A przecież czytamy, że żegnał całe Kościoły, by ich już nigdy nie oglądać. Raz — z małymi z trzody; „Gdy skończyliśmy te dni," mówi Ewangelista, „wyruszyliśmy w drogę . . . z żonami i dziećmi, aż wyszliśmy za miasto; i uklękliśmy na brzegu i modliliśmy się. I pożegnawszy się wzajemnie, wsiedliśmy na okręt, a oni wrócili do domów". Innym razem — ze zwierzchnikami Kościoła: „A teraz oto," mówi do nich, „wiem, że wy wszyscy, wśród których chodziłem głosząc królestwo Boże, nie ujrzycie już mojej twarzy. Dlatego biorę was na świadków tego dnia, że jestem czysty od krwi wszystkich; nie uchylałem się bowiem od zwiastowania wam całej rady Bożej. . . . Nie pożądałem niczyjego srebra ani złota, ani odzienia; . . . pokazałem wam we wszystkim, że tak pracując, trzeba wspierać słabych i pamiętać na słowa Pana Jezusa, który powiedział: Szczęśliwiej jest dawać niż brać". A gdy skończył, „uklęknął i modlił się z nimi wszystkimi. Wszyscy zaś płakali rzewnie, i padali Pawłowi na szyję, i całowali go; bolejąc zwłaszcza nad tym słowem, które powiedział, że już jego twarzy nie ujrzą. I odprowadzili go na okręt".
Był jeszcze inny raz, gdy żegnał swojego „własnego syna w wierze" — Tymoteusza — słowami spokojniejszymi, a jeszcze głębiej poruszającymi, gdy bliski był już jego koniec: „Ja bowiem już bywam ofiarowany" — mówi — „i czas rozwiązania mego nadszedł. Dobry bój stoczyłem, bieg ukończyłem, wiarę zachowałem. Na ostatek odłożono mi koronę sprawiedliwości, którą mi da w owym dniu Pan, sprawiedliwy Sędzia".
I czymże są wszystkie te przypadki, jeśli nie pamiątkami i znakami Syna Człowieczego, gdy Jego dzieło i Jego trud dobiegały końca? Podobnie jak Jakub, jak Izmael, jak Elizeusz, jak Ewangelista, którego dzień właśnie minął — świętował ucztę przed swym odejściem; a jak Dawid, prześladowany był przez władców w Izraelu; i jak Naomi, opuszczony przez swoich przyjaciół; i jak Izmael, wołał: „Pragnę" na ziemi jałowej i suchej; i wreszcie, jak Jakub, zasnął, mając kamień za poduszkę, wieczorem. I jak święty Paweł — „dokonał dzieła, które Bóg powierzył Mu do spełnienia", i „złożył dobre świadectwo"; a wkraczając poza granicę świętego Pawła — „przyszedł władca tego świata i nie znalazł w Nim niczego". „Był na świecie, a świat przez Niego stał się, lecz świat Go nie poznał. Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli". Z ciężkim sercem opuszczał, z czułym bólem opłakiwał kraj i miasto, które Go odrzuciły. „Gdy się przybliżył, ujrzał miasto i płakał nad nim, mówiąc: O, gdybyś i ty poznało w ten dzień swój, co służy ku pokojowi! lecz teraz zakryte to jest przed oczyma twoimi". I jeszcze: „Jeruzalem, Jeruzalem, które morduje proroków i kamienuje tych, którzy do niego są posłani, ileż razy chciałem zgromadzić dzieci twoje, jak kura gromadzi pisklęta pod skrzydła swoje, a nie chciałeś! Oto wasz dom będzie wam pozostawiony pusty".
Nauka zaiste i ostrzeżenie dla nas wszystkich, we wszelkim miejscu, gdzie On kładzie swoje Imię, po kres czasów; byśmy nie byli obojętni na Jego dary, ani nieufni wobec Jego słowa, ani zazdrośni o Jego działanie, ani sercami zamkniętymi na Jego miłosierdzie. . . . O matko świętych! O szkoło mądrych! O piastunko bohaterów! Z ciebie wyszli, w tobie mieszkali sławni od dawna, by rozsiewać prawdę po świecie lub pielęgnować ją i ukazywać jej blask w ojczyźnie! O ty, od której narody okoliczne zapaliły swoje lampy! O dziewico Izraela! Dlaczego teraz siedzisz na ziemi i milczysz, jak jedna z owych głupich panien, które były bez oliwy na przyjście Oblubieńca? Gdzież jest teraz rządca na Syjonie, i doktor w świątyni, i asceta na Karmelu, i herold na pustyni, i kaznodzieja na rynku? Gdzież są twoje „żarliwe modlitwy zanoszone w ukryciu", i twoje jałmużny i dobre uczynki wstępujące jako pamiątka przed Bogiem? Jak to jest, o miejscu niegdyś święte, że „ziemia boleje, bo zboże zniszczone, wino nowe wyschło, oliwa opadła, . . . bo radość opadła od synów ludzkich?" „Biada dniowi temu! . . . Jak bydło ryczy! Stada wołów stoją w rozterce, bo nie ma dla nich paszy; nawet trzody owiec padają ofiarą zagłady". „Liban jest pohańbiony i zwiędły; Szaron stał się jak pustynia, Baszan i Karmel otrząsają się ze swych owoców". O matko moja, skąd ci to, że dary dobre wylewa się na ciebie i zatrzymać ich nie możesz, i rodzisz dzieci, a jednak nie śmiesz się do nich przyznać? Dlaczego nie masz umiejętności korzystania z ich służby ani serca, by radować się ich miłością? Jak to jest, że cokolwiek jest szlachetne w zamiarze i czułe lub głębokie w pobożności — twój kwiat i twoja nadzieja — odpada od twego łona i nie znajduje miejsca w twoich ramionach? Kto nałożył na ciebie to znamię, że masz „łono, które roni, i piersi wyschnięte", że jesteś obca własnej krwi i że oko twoje jest okrutne wobec twych małych? Własne twoje potomstwo, owoc twojego łona, które cię kocha i chciałoby dla ciebie się trudzić, ty oglądasz z lękiem jak dziwo, albo brzydzisz się nim jak zniewagą; — w najlepszym razie zaledwie je tolerujesz, jakby jedyną jego powinnością było domaganie się twojej cierpliwości, opanowania i czujności — byleby jak najszybciej się go pozbyć. Każesz im „stać przez cały dzień bezczynnie", jak warunek swojego znoszenia ich; albo każesz im odejść tam, gdzie będą mile widziani; albo sprzedajesz ich za nic obcym przechodniom. I cóż uczynisz na końcu tego wszystkiego? . . .
Pismo Święte jest schronieniem w każdym utrapieniu; tylko strzeżmy się, byśmy nie zdawali się sięgać po nie dalej, niż przystoi, ani nie czynili nic więcej, jak tylko chowali się w jego cieniu. Korzystajmy zeń stosownie do naszej miary. Jest ono daleko wznioślejsze i rozleglejsze niż nasze potrzeby; a jego język osłania nasze uczucia, jednocześnie dając im wyraz. Jest ono święte i niebieskie; poskramia i oczyszcza, zarazem uświęcając.
A teraz, bracia moi, „błogosławcie Boga, chwalcie Go i wysławiajcie Go, i sławcie Go za to, co wam uczynił wobec wszystkich żyjących. Dobrze jest chwalić Boga i wywyższać Jego imię, i z czcią głosić dzieła Boże; dlatego nie ociągajcie się z chwaleniem Go". „Wszystkie dzieła Pana są dobre; w stosownym czasie da wszystkiego, czego potrzeba; tak iż nikt nie może powiedzieć: To jest gorsze od tamtego; bo wszystko w swoim czasie okaże się doskonałe. Dlatego chwalcie Pana całym sercem i ustami, i błogosławcie imię Pana".
„Zaprzestań gniewu i porzuć zapalczywość; odsuń się od złego, a czyń dobro". „Czyń dobro, a żadne zło cię nie dotknie". „Idź, spożywaj w radości swój chleb i pij w dobrym nastroju swoje wino, bo Bóg ma już upodobanie w twoich dziełach; niechaj szaty twoje będą zawsze białe, a olejku niech nie braknie twojej głowie".
I o bracia moi, o serca życzliwe i miłujące, o kochający przyjaciele — gdybyście znali kogoś, komu dane było, pismem lub żywym słowem, po trosze pomagać wam tak postępować; jeśli kiedykolwiek powiedział wam to, co wiedzieliście o sobie, lub to, czego nie wiedzieliście; jeśli odczytał wam wasze potrzeby lub uczucia i pocieszyła was samo to odczytanie; jeśli sprawił, byście poczuli, że istnieje życie wyższe niż to codzienne, i świat jaśniejszy niż ten, który widzicie; jeśli dodawał wam otuchy lub trzeźwości, lub otwierał drogę szukającym, lub kojącym słowem łagodził zatrwożonych; jeśli to, co mówił lub czynił, sprawiło kiedykolwiek, że zainteresowaliście się nim i byliście mu życzliwie usposobieni — pamiętajcie o nim w przyszłości, choćbyście go już nie słyszeli, i módlcie się za niego, by we wszystkim poznał wolę Bożą i w każdej chwili był gotów ją wypełniać.