*19. niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego, 1856*
*„Boże, miej litość dla mnie, grzesznika."* — Łk 18,13
Słowa te stawiają przed nami to, co można by nazwać znamieniem znamiennym religii chrześcijańskiej — w odróżnieniu od rozmaitych form kultu i szkół przekonań, które w czasach dawnych i późniejszych rozeszły się po ziemi. Są one wyznaniem grzechu i modlitwą o miłosierdzie. Nie znaczy to, że pojęcie przekroczenia prawa i przebaczenia zostało wprowadzone przez chrześcijaństwo i jest poza jego obrębem nieznane; przeciwnie, zaiste godne uwagi jest to, iż symbole winy i skalania, a zarazem obrzędy błagalne i przebłagalne, w mniejszym lub większym stopniu są im wszystkim wspólne. Lecz tym, co właściwe naszej Boskiej wierze — jak niegdyś judaizmowi — jest to, że wyznanie grzechu wchodzi w samo pojęcie jej najwyższej świętości i że wzorowi jej czciciele, bohaterowie jej dziejów, są wyłącznie, i mogą być tylko, odkupionymi, nawróconymi grzesznikami, którzy w sercach przechowują wieczną pamięć, że nimi są, i wnoszą w niebo porywające wyznanie swej natury. Wyznanie takie nie jest jedynie wymuszane z ust nowicjusza czy upadłego; nie jest to tylko okrzyk pospolitego tłumu, zmagającego się z falą pokus na szerokim świecie — jest to hymn świętych, tryumfalna pieśń rozbrzmiewająca z niebiańskich harf Błogosławionych przed Tronem, którzy śpiewają swemu Boskiemu Odkupicielowi: *„Byłeś zabity i odkupiłeś nas Bogu we krwi Twojej z każdego pokolenia, i języka, i ludu, i narodu."*
A to, co dla Świętych w niebiosach jest tematem nigdy niekończącej się wdzięczności, stanowi na ziemi materię ich nieustannego upokorzenia. Cokolwiek by był ich postęp w życiu duchowym, nie podnoszą się z kolan, nie przestają bić się w piersi, jak gdyby grzech mógłby być im obcy, dopóki są w ciele. Nawet sam Pan nasz, prawdziwy Syn Boży w ludzkiej naturze, nieskończenie oddalony od grzechu; nawet Jego Niepokalana Matka, otoczona Jego łaską od pierwszych początków swego istnienia i wolna od jakiejkolwiek cząstki pierwotnej zmazy — nawet oni, jako potomkowie Adama, podlegali co najmniej śmierci, bezpośredniej i dobitnej karze za grzech. A tym bardziej nawet najukochańsi z owego chwalebnego grona, których On obmył w swej Krwi — nie zapominają, czym byli z urodzenia; wszyscy bez wyjątku wyznają, że są dziećmi Adama, tej samej natury co ich bracia, i że otaczają ich słabości ciała, cokolwiek by była dana im łaska i jakikolwiek z niej czynią użytek. Inni mogą wznosić na nich oczy, oni jednak zawsze wznoszą oczy ku Bogu; inni mogą mówić o ich zasługach, oni mówią jedynie o swych brakach. Młodzi i nieskalani, starzy i najdojrzalsi; ten, który najrzadziej grzeszył, i ten, który najgorliwiej pokutował; czoło świeże i niewinne, i siwizna — łączą się w jednej litanii: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika." Tak było ze świętym Alojzym; tak, z drugiej strony, ze świętym Ignacym; tak ze świętą Różą, najmłodszą ze świętych, która jako dziecko poddawała swe delikatne ciało zadziwiającym umartwieniom; tak ze świętym Filipem Neri, jednym z najstarszych, który — gdy ktoś go pochwalił — zawołał: „Odejdź ode mnie! Jestem diabłem, nie świętym!" — i przystępując do Komunii, wyznawał wobec swego Pana, że „jest do niczego, tylko do czynienia zła." Takie całkowite upodlenie siebie, powiadam, jest właśnie odznaką i znakiem sługi Chrystusowego; wyraża to Sam Pan w słowach: *„Nie przyszedłem wzywać sprawiedliwych, ale grzeszników"*; a On sam uroczyście obwieścił i wpoił tę prawdę słowami, które kończą tę perykopę: *„Każdy, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony."*
Widzicie, Bracia moi, że jest to coś zasadniczo różnego od owego ogólnikowego uznania winy ludzkości i potrzeby zadośćuczynienia, jakie zawierają dawne i popularne religie, które niegdyś zajmowały lub dotąd zajmują świat. W nich wina jest atrybutem jednostek, albo szczególnych miejsc, albo szczególnych czynów narodów, wspólnot politycznych lub ich władców — dla których konieczne jest oczyszczenie. Albo też jest to oczyszczenie czciciela, nie tyle osobiste, ile rytualne, przed złożeniem ofiary — akt wstępu do jego służby religijnej. Wszystkie takie praktyki są wprawdzie szczątkami prawdziwej religii i jej znakami i świadkami, pożytecznymi zarówno same w sobie, jak i w swym znaczeniu; ale nie wznoszą się do wyraźności i pełni nauki chrześcijańskiej. *„Nie ma człowieka sprawiedliwego."* *„Wszyscy zgrzeszyli i potrzebują chwały Bożej."* *„Nie dzięki uczynkom sprawiedliwości, które spełniliśmy, ale według miłosierdzia Jego."* Wyznawcy innych kultów i innych filozofii myśleli i myślą, że wielu jest złych, ale niewielu jest dobrych. Gdy ich myśl odchodziła od ciemnego i błądzącego tłumu ku wybranym okazom ludzkości, pozostawiała za sobą pojęcie winy i malowała sobie ideę prawdy i mądrości doskonałej, niezachwianej i samowystarczalnej. Była to jakby cnota bez ułomności, znajdująca upodobanie w kontemplowaniu samej siebie, niczego niepragnąca i — ze swej wewnętrznej doskonałości — pewna nagrody. Ich opisy i ich opowieści o ludziach dobrych i pobożnych są niejednokrotnie piękne i dopuszczają pouczającą wykładnię; lecz same w sobie mają tę wielką skazę, że nie wspominają o grzechu i że mówią, jak gdyby wstyd i poniżenie nie były właściwościami człowieka cnotliwego. Przywołam wam, Bracia moi, pewną bardzo piękną opowieść, którą czytaliście u pisarza starożytnego; i tym bardziej nadaje się ona do mego celu, im jest piękniejsza, bo braki w niej tym wyraziściej wyjdą przez właśnie ów kontrast — a mianowicie ten brak, że choć w pewnym sensie uczy pobożności, nie uczy pokory. Mówię, że gdy Psalmista chce opisać człowieka szczęśliwego, mówi: *„Błogosławieni, których nieprawości są odpuszczone i których grzechy są zakryte; błogosławiony człowiek, któremu Pan nie poczytał grzechu."* Takie jest błogosławieństwo Ewangelii; ale czymże jest błogosławieństwo religii świata? Pewien sławny grecki mędrzec odwiedził kiedyś zamożnego króla Lidii, który po pokazaniu mu całej swej wielkości i chwały zapytał go, kogo uważa za najszczęśliwszego z wszystkich ludzi, jakich spotkał. Na to filozof, pomijając samego monarchę, wymienił pewnego swego rodaka jako ucieleśnienie swego wzorcowego ideału ludzkiej doskonałości. Najszczęśliwszym z ludzi był, rzekł, Tellos z Aten: żył bowiem w kwitnącym mieście, szczęściło mu się w dzieciach i ich rodzinach; a gdy w końcu wybuchła wojna z sąsiednim państwem, stanął do bitwy, odpędził nieprzyjaciela i zginął w chwale, pogrzebany na koszt publiczny w miejscu upadku i obdarzony publicznymi honorami. Gdy król zapytał, kto w przekonaniu Solona zajmuje miejsce tuż po nim, mędrzec wymienił dwóch braci — zwycięzców na igrzyskach — którzy, gdy woły nie były dostępne, sami zaprzągli się do wozu i zawieźli swą matkę, kapłankę, do świątyni, ku wielkiemu podziwowi zgromadzonego tłumu; a gdy ona wyprosiła dla nich najlepszą z możliwych nagród, po złożeniu ofiary i uczcie, położyli się spać w świątyni i już nie wstali. Nikt nie może zaprzeczyć piękności tych obrazów; właśnie dlatego je wybieram. Są to obrazy ludzi, o których nie sądzono, by mieli jakiś poważny rachunek do uregulowania z niebem, którzy mieli — jak im się zdawało — łatwe obowiązki i którzy je wypełniali.
Być może zapytacie mnie teraz, Bracia moi, czy ów pogański ideał religii nie jest prawdziwie wyższy od tego, który nazwałem przeznaczonością chrześcijańską; bo z pewnością słuchać w prostej pogodzie i nietrwożnej ufności jest najszlachetniejszym wyobrażalnym stanem stworzenia i najgodniejszym kultem, jaki może on oddać Stwórcy. Bez wątpienia jest to kult najszlachetniejszy i najgodniejszy; takim zawsze był kult aniołów; takim jest teraz kult duchów sprawiedliwych udoskonalonych; takim będzie kult całego grona uwielbionych po powszechnym zmartwychwstaniu. Lecz rozważamy rzeczywisty stan człowieka, jakim jest on w tym świecie; i mówię, że biorąc pod uwagę to, czym jest, każda norma obowiązku, która nie stawia mu zarzutu rzeczywistych i licznych grzechów oraz niezdolności do podobania się Bogu własnymi siłami, jest nieprawdziwa; a każde prawo życia, które pozostawia go zadowolonym z siebie — bez lęku, bez trwogi, bez upokorzenia — jest złudne; jest to niewidomy prowadzący niewidomego. A taką właśnie, w tej czy innej postaci, jest religia całej ziemi poza obrębem Kościoła.
Naturalne sumienie człowieka, gdyby było pielęgnowane od wewnątrz, gdyby oświecały je owe zewnętrzne pomoce, które w rozmaitym stopniu dane są mu w każdym miejscu i czasie, nauczyłoby go wiele o jego obowiązkach wobec Boga i człowieka i prowadziłoby go, pod przewodnictwem Opatrzności i łaski, ku pełni wiedzy religijnej; lecz ogólnie biorąc, człowiek zadowala się tym, by mówiło mu ono bardzo niewiele, i nie czyni żadnych wysiłków, by uzyskać jaśniejszy pogląd na swe stosunki do otaczającego go świata i do Stwórcy. W ten sposób pojmuje część jedynie, i tylko część prawa moralnego; niemal żadnego pojęcia nie ma o świętości; a zamiast śledzić czyny aż do ich źródła, którym jest motyw, i oceniać je wedle niego, mierzy je przeważnie ich skutkami i ich zewnętrznym wyglądem. Tak postępuje ogół ludzi wszędzie i zawsze; nie patrzą na oblicze Boga Wszechmogącego i nie pytają siebie, czego pragnie. Gdyby raz to uczynili, zaczęliby widzieć, jak wiele On wymaga, i gorliwie przyszliby do Niego zarówno z prośbą o przebaczenie za to, co czynią złego, jak i o moc do czynienia lepiej. I z tego samego powodu, dla którego nie podobają się Jemu, zdołają podobać się sobie. Bo ów ograniczony i ułomny zakres obowiązków, który tak dalece nie dosięga prawa Bożego, jest właśnie tym, co mogą wypełnić; raczej sami go wybierają i trzymają się go, bo go wypełnić potrafią. Stąd stają się zarazem zadowoleni z siebie i samowystarczalni; myślą, że wiedzą dokładnie, co powinni czynić, i że to wszystko czynią; i w następstwie są z siebie bardzo zadowoleni, wysoko sobie cenią własne zasługi i wcale się nie lękają żadnej przyszłej rewizji swego postępowania, cokolwiek ich czeka, choć ich religia sprowadza się głównie do pewnych zewnętrznych praktyk, i to niezbyt wielu. Tak było z faryzeuszem w dzisiejszej Ewangelii. Patrzył na siebie z wielkim upodobaniem właśnie dlatego, że wyznaczony przez siebie zakres obowiązków wobec Boga i człowieka był tak niski i tak ciasny. Korzystał — lub nadużywał — tradycji, w których wyrósł, po to, by przekonać siebie, że doskonałość polega jedynie na sprostaniu wymaganiom społecznym. Oświadczał wprawdzie, że składa dziękczynienie Bogu, ale ledwie pojmował istnienie jakichkolwiek bezpośrednich obowiązków ze swej strony wobec Stwórcy. Myślał, że czyni wszystko, czego Bóg wymaga, jeśli zadowala opinię publiczną. Być religijnym w rozumieniu faryzeusza znaczyło zachowywać pokój wobec bliźnich, wziąć udział w ciężarach ubogich, powstrzymywać się od rażących występków i dawać dobry przykład. Jego jałmużny i posty nie były pokutą, lecz dlatego że tego wymagał świat; pokuta zakładałaby świadomość grzechu, podczas gdy tylko celnicy i im podobni mieli coś do odpuszczenia. Oni zaś byli wyrzutkami społeczeństwa i godnymi pogardy; ale na mężów o wyrobionych umysłach, takich jak on — mężów dobrze ułożonych, przyzwoitych, konsekwentnych i szanowanych — nie ciążył żaden dług. Dziękował Bogu, że jest faryzeuszem, a nie pokutnikiem.
Takim był Żyd za dni Pana naszego; takim był i był od dawna poganin. Nie chcę twierdzić, że pośród biednych pogan powszechne było przestrzeganie jakiejkolwiek reguły religijnej; mówię jednak o nielicznych i lepszych spośród nich: a ci, twierdzę, zwykle przyjmowali religię podobną do religii faryzeusza — może piękniejszą i bardziej poetycką, ale w żadnej mierze głębszą ani prawdziwszą od jego. Nie pościli wprawdzie, nie dawali jałmużny, nie zachowywali przepisów judaizmu; okrywali swoje mizerne praktyki filozoficznym płaszczem i ozdabiali je wyrafinowaniem wykształconego umysłu; a jednak ich pojęcie moralnego i religijnego obowiązku było tak samo płytkie jak faryzeusza, a poczucie grzechu, nawyk upokarzania się i pragnienie skruchy — tak samo nieobecne w ich umysłach jak w jego. Zbudowali kodeks moralny, który mogli bez trudu wypełniać; i zadowolili się nim oraz sobą. Cnota — zdaniem Ksenofonta, jednego z pisarzy o najlepszych zasadach i najbardziej religijnego spośród nich, który wiele widział świata i miał sposobność skupienia w jedno najwznioślejszych myśli wielu szkół i krajów — cnota, zdaniem jego, polega głównie na panowaniu nad żądzami i namiętnościami oraz na służeniu innym, by oni z kolei służyli nam. Mówi on w słynnej bajce, zwanej wyborem Herkulesa, że Występek nie czerpie nawet prawdziwej rozkoszy z tych przyjemności, do których dąży; że je, zanim zgłodnieje, i pije, zanim spragnie, i śpi, zanim się znuży. Nigdy nie słyszy, powiada, owego najsłodszego ze wszystkich głosów — własnej pochwały; nigdy nie ogląda owego największego z widoków — własnych dobrych czynów. Osłabia ciało młodych, a rozum starych. Cnota natomiast wynagradza młodych pochwałą starszych, a starych szacunkiem młodości; dostarcza im przyjemnych wspomnień i teraźniejszego pokoju; zapewnia przychylność nieba, miłość przyjaciół, wdzięczność ojczyzny, a gdy nadejdzie śmierć — wieczną sławę. We wszystkich takich opisach cnota jest czymś zewnętrznym; nie dotyczy pobudek ani zamiarów; zajmuje się czynami rzutującymi na życie społeczne i zdobywającymi pochwałę ludzi; ma mało wspólnego z sumieniem i Panem sumienia; i nic nie wie o wstydzie, upokorzeniu i pokucie. Jest to w istocie religia faryzeusza, choćby bardziej wdzięczna i bardziej zajmująca.
Nasza epoka jest równie odległa co do czasu, jak co do charakteru, od owej epoki greckiego filozofa; a jednak kto powie, że religia, wedle której żyje, jest zasadniczo różna od religii pogańskiej? Rozumiem dobrze, że mogłaby znać i że będzie mówiła wiele rzeczy obcych pogaństwu i jemu przeciwnych. Wiem, że teologia tej epoki bardzo się różni od tego, czym była dwa tysiące lat temu. Wiem, że ludzie wyznają wiele, chlubią się mianem chrześcijan i mówią o chrześcijaństwie jako o religii serca; lecz gdy odsuniemy na bok słowa i deklaracje i spróbujemy odkryć, czym jest ich religia, stwierdzimy, obawiam się, że ogromna masa ludzi pozbywa się w istocie wszelkiej religii, która byłaby wewnętrzna; że nie przywiązuje żadnej wagi do aktów wiary, nadziei i miłości, prostoty intencji, czystości motywu czy umartwienia myśli; że ogranicza się do dwóch lub trzech powierzchownie praktykowanych cnót; że nie zna słów: skrucha, pokuta, przebaczenie; i że myśli i dowodzi, iż ostatecznie, jeśli człowiek spełnia swój obowiązek w świecie stosownie do swego powołania, nie może nie dostąpić nieba, bez względu na to, jak mało czyni ponadto, a nawet bez względu na to, jak wiele w innych sprawach czyni tego, co jest bezsprzecznie niedozwolone. Tak więc obowiązkiem żołnierza jest lojalność, posłuszeństwo i dzielność — a resztą niech się los zajmie; obowiązkiem kupca — uczciwość; obowiązkiem rzemieślnika — pracowitość i zadowolenie; od gentlemana wymaga się prawdomówności, uprzejmości i poszanowania godności własnej; od człowieka publicznego — ambicji opartej na zasadach; od kobiety — cnót domowych; od duchownego — przyzwoitości, życzliwości i pewnej ruchliwości. Są to wszystko przykłady czystej doskonałości faryzeuszowskiej, bo nie ma tu żadnej świadomości Boga Wszechmogącego, żadnego wglądu w Jego prawa wobec nas, żadnego poczucia małości stworzenia, żadnego samoosądzenia, wyznania i błagania, nic z owych głębokich i świętych uczuć, które zawsze cechują religię chrześcijanina — i to coraz bardziej, a nie coraz mniej, w miarę jak wznosi się od zwykłego posłuszeństwa ku doskonałości świętego.
A taka właśnie, powiadam, jest religia człowieka naturalnego w każdym wieku i w każdym miejscu: często bardzo piękna na powierzchni, lecz bezwartościowa w oczach Bożych; dobra, o ile sięga, lecz bezwartościowa i bez nadziei dlatego, że nie sięga dalej, że opiera się na samowystarczalności i kończy samouspokojeniem. Przyznam, może być piękna na wejrzeniu — jak w przypadku owego młodego rządcy, na którego Pan spojrzał z miłością, a jednak odprawił go smutnego; może mieć całą delikatność, uprzejmość, czułość, religijne uczucie, życzliwość, jaką rzeczywiście widać u niejednego ojca rodziny, niejednej matki, niejednej córki w całej rozciągłości tych królestw, w takiej wyrafinowanej i wygładzonej epoce jak nasza; a jednak jest odrzucana przez Boga przenikającego serca, bo wszyscy tacy ludzie chodzą przy świetle własnym, nie przy Prawdziwym Świetle ludzi; bo ego jest ich najwyższym nauczycielem i krążą w kółko po ciasnym okręgu własnych myśli i własnych sądów, nie dbając o to, co Bóg do nich mówi, i nie lękając się potępienia przez Niego, byleby tylko stali aprobowani we własnych oczach. I tak ściągają na siebie moc owych strasznych słów, wypowiedzianych nie do żydowskiego rządcy ani do pogańskiego filozofa, lecz do upadłej wspólnoty chrześcijańskiej, do chrześcijańskich faryzeuszów Laodycei: *„Ponieważ mówisz: Jestem bogaty i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że jesteś nieszczęsny i godny litości, i ubogi, i ślepy, i nagi — radzę ci kupić u Mnie złota w ogniu doświadczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się przyodział, i żeby się nie ujawniła haniebna nagość twoja, i maść, by namaścić oczy twe, abyś widział. Tych, których miłuję, karcę i ćwiczę; bądź więc gorliwy i czyń pokutę."*
Tak, Bracia moi — to nieświadomość naszego rozumu, to nasza duchowa ślepota, to nasze wygnanie z obecności Tego, który jest źródłem i normą wszelkiej Prawdy, jest przyczyną tej nędznej, bezdusznej religii, z której ludzie tak zwykle są dumni. Gdybyśmy mieli właściwy wgląd w rzeczy takimi, jakie są; gdybyśmy mieli prawdziwe pojęcie o Bogu, jakim jest, i o sobie samych, jakimi jesteśmy — nigdy nie ośmielilibyśmy się służyć Mu bez lęku ani radować się przed Nim bez drżenia. I właśnie to odrzucenie zasłony rozpiętej między naszymi oczami a niebem, właśnie to wlanie w duszę oświecającej łaski Nowego Przymierza sprawia, że religia chrześcijanina jest tak różna od różnych ludzkich kultów i filozofii rozsianych po ziemi. Tylko katoliccy święci wyznają grzech, bo tylko katoliccy święci oglądają Boga. Ów przedziwny Duch Stwórca, o którym tak wiele mówi Epistoła dnia dzisiejszego — to On właśnie wprowadza do religii prawdziwą pobożność, prawdziwy kult, i przemienia zadowolonego z siebie faryzeusza w złamanego sercem, upokorzonego celnika. To widok Boga, objawiony oku wiary, czyni nas w naszych własnych oczach ohydnymi — przez kontrast, który dostrzegamy między sobą a owym wielkim Bogiem, w którego wpatrujemy się wzrokiem. To wizja Jego nieskończonej chwały, Wszechświętego, Wszechpięknego, Wszechdoskonałego, sprawia, że zatapiamy się w ziemi w poczuciu własnej nędzy i obrzydzeniu do samych siebie. Jesteśmy z siebie zadowoleni, dopóki Go nie kontemplujemy. Dlaczego, pytam, kodeks moralny świata jest tak precyzyjny i dobrze określony? Dlaczego kult rozumu jest tak spokojny? Dlaczego religia klasycznego pogaństwa była tak radosna? Dlaczego budowla cywilizowanego społeczeństwa jest taka wdzięczna i taka poprawna? Dlaczego natomiast w pobożności chrześcijańskiej tyle jest wzruszenia, tyle przeplatających się i naprzemiennych uczuć, tyle tego, co wzniosłe, i tyle tego, co upokorzone? Bo chrześcijanin, i tylko chrześcijanin, ma objawienie Boga; bo ma w swoim umyśle, w sercu, w sumieniu ideę Tego, który jest Samoistny, który jest od Wieczności, który jest Nieudzielny. Wie on, że jeden tylko jest Święty i że Jego stworzenia są tak kruche w porównaniu z Nim, że kurczyłyby się i topiły w Jego obecności, gdyby nie podtrzymywał ich swą mocą. Wie, że jest Jeden, którego wielkości i szczęśliwości nie narusza, którego centrum trwałości nie porusza ani obecność, ani nieobecność całego stworzenia z jego niezliczonymi istotami i cząstkami; którego nic nie może dotknąć, nic zwiększyć ani umniejszyć; który był równie potężny przed stworzeniem światów jak po nim, i równie pogodny i błogosławiony po ich stworzeniu jak przedtem. Wie, że jest właśnie Jedna Istota, w której ręku spoczywa jego własne szczęście, jego świętość, jego życie, nadzieja i zbawienie. Wie, że jest Jeden, któremu wszystko zawdzięcza i przed którym nie może przytoczyć żadnego racji ani nie ma środka zaradczego. Wszystko jest niczym przed Nim; najwyższe istoty tym więcej Go adorują; najświętsze są takimi jedynie dlatego, że mają Jego większą cząstkę. Ach! cóż teraz ma do chełpienia, gdy patrzy wstecz na siebie? Dokąd uciekła cała ta gracja, która mu się zdawała niegdyś jego ozdobą? Czymże jest, jeśli nie jakimś podłym płazem, który powinien cofnąć się z dala od blasku dnia? Takie było uczucie świętego Piotra, gdy po raz pierwszy dostrzegł blask wielkości swego Mistrza i zawołał, niemal nie panując nad sobą: *„Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny!"* Takie było uczucie świętego Hioba, choć służył Bogu przez tyle lat i doskonalił się w cnocie, gdy Wszechmogący odpowiedział mu z wichru: *„Słyszałem o Tobie słuchem ucha, ale teraz moje oko Cię widzi; dlatego gardzę sobą i czynię pokutę w prochu i popiele."* Tak było z Izajaszem, gdy ujrzał wizję Serafinów i rzekł: *„Biada mi! […] jestem człowiekiem nieczystych warg i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje widziały Króla, Pana Zastępów."* Tak było z Danielem, gdy nawet na widok Anioła posłanego od Boga *„nie pozostało w nim żadne siły, odmienił się w nim wyraz oblicza, i omdlał, i nie zatrzymał żadnej siły."* To właśnie, Bracia moi, jest powód, dla którego każdy syn człowieczy, niezależnie od stopnia swej świętości, czy to powracający syn marnotrawny, czy to dojrzały święty, mówi z celnikiem: „Boże, miej litość dla mnie" — bo stworzenia, wysokie i niskie, są wszystkie na równi w oczach Stwórcy i w zestawieniu z Nim; i dlatego wszystkie mówią jednym tylko głosem, czy to łotr na krzyżu, Magdalena na uczcie, czy Święty Paweł w obliczu męczeństwa; nie dlatego, żeby jeden z nich nie mógł mieć tego, czego nie ma drugi, ale dlatego, że wszyscy razem nie mają niczego prócz tego, co od Niego pochodzi, i są jako nic przed Nim, który jest wszystkim we wszystkich.
Dla nas, najmilsi Bracia, których obowiązki leżą w tym siedlisku nauki i wiedzy — niech nigdy nie porywa nas żadna nadmierna miłość do jakiejkolwiek ludzkiej gałęzi studiów w stopniu, który kazałby nam zapominać, że nasza prawdziwa mądrość, szlachetność i siła polegają na poznaniu Boga Wszechmogącego. Przyroda i człowiek są przedmiotem naszych badań, lecz Bóg jest ponad wszystkim. Łatwo zagubić Go w Jego dziełach. Łatwo zbytnio przywiązać się do własnej dziedziny, zastąpić nią religię i uczynić z niej pożywkę dla pychy. Nasze świeckie osiągnięcia nic nam nie przyniosą, jeśli nie będą podporządkowane religii. Znajomość słońca, księżyca i gwiazd, ziemi i jej trzech królestw, klasyków czy historii nie zaprowadzi nas nigdy do nieba. Możemy „dziękować Bogu", że nie jesteśmy jak ludzie niepiśmienni i tępi; a ci, którymi gardzimy — jeśli tylko wiedzą, jak prosić Go o miłosierdzie — wiedzą coś o wiele ważniejszego dla dostania się do nieba niż cała nasza uczoność i cała nasza nauka. Niech takim duchem zakończymy nasz rok akademicki. Dziękujmy Mu za wszystko, co dla nas uczynił, za to, czego przez nas dokonuje; ale niech nic z tego, co wiemy, i nic z tego, co możemy czynić, nie powstrzyma nas od osobistego, indywidualnego przyswojenia sobie słów Wielkiego Apostoła: *„Jezus Chrystus przyszedł na świat zbawić grzeszników, z których ja jestem pierwszy."*