*26. niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego, 1856*
*„Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie; i nie powiedzą: Oto tu jest albo tam. Albowiem oto królestwo Boże jest pośród was."* — Łk 17,20-21
To, co Pan nasz zapowiedział w tych słowach, wypełniło się, i wspominamy to po dziś dzień, zwłaszcza w tej porze roku. Królestwo Boże zostało zapoczątkowane przez Apostołów i rozszerzyło się szybko. Wypełniło świat, zajęło wyżyny ziemi — a przyszło i postępowało naprzód bez „żadnych zewnętrznych oznak". Wszystkie inne królestwa, jakie kiedykolwiek istniały, szły przed sobą z trąbami i domagały się uwagi. Przychodziły „z mieczem, i z włócznią, i z tarczą". Były niczym drapieżna bestia z północy, szybki orzeł lub chmara szarańczy. Wedle słów Proroka: „Przed nimi ogień pożerający, a za nimi płomień palący. Wygląd ich — jak wygląd koni, pędzą jak jeźdźcy… a szum skrzydeł ich był jak szum rydwanów i mnóstwa koni biegnących do boju". Tak zawsze przychodziła ziemska potęga — i przyjdzie Dzień, w którym znajdzie ona swe wypełnienie i swój odpowiednik w dziejach nieba; bo gdy Pan nasz powróci, przyjdzie również „z rozkazem, z głosem archanioła i z trąbą Bożą". Takie przyjście będzie jawne; tak zakończy, czego nie zaczął budując swój Kościół na ziemi; bo powiedziano o Nim: „Nie będzie się spierał ani krzyczał, ani nikt nie usłyszy na ulicach głosu jego. Trzciny zgniecionej nie połamie, a lnu tlejącego nie zgasi, aż doprowadzi sąd do zwycięstwa".
A to ciche, bez rozgłosu dokonane zdobycie ziemi przez świętych Apostołów Chrystusowych stało się wobec Żydów jeszcze bardziej ukryte przez to, że spodziewali się oni, iż przyjdzie z zewnętrzną okazałością — choć On sam zapewniał ich o czymś przeciwnym. Faryzeusze wyglądali jakiegoś znaku z nieba. Nie chcieli uwierzyć, że Jego królestwo może nadejść, jeśli sami nie zobaczą, jak przychodzi; wyczekiwali księcia z wojskami w szyku bojowym — a skoro przyszedł z dwunastoma ubogimi mężami bez żadnej widzialnej pompy, był dla nich „jak złodziej w nocy" z powodu ich niedowiarstwa — i był już między nimi i zapanował, zanim zgodzili się przyznać, że nadchodzi.
Lecz przyjście Jego królestwa byłoby i tak ukryte, choćby nawet nie postanowili, że tak nie będzie. I mówi nam Pan w przytoczonym tekście, dlaczego. „I nie powiedzą: Oto tu jest albo tam. Albowiem oto królestwo Boże jest pośród was." Widzicie — wyjaśnia, dlaczego przyszedł tak skrycie. Inaczej być nie mogło, bo był to podbój nie ciała, lecz serca. Nie było to uderzenie z zewnątrz, lecz wpływ wewnętrzny — nie ujarzmiano zewnętrznego człowieka przez zmysły, lecz, wedle słów Apostoła, „brano w niewolę wszelki rozum dla posłuszeństwa Chrystusowi". Królestwa tego świata rozszerzają się w czasie i przestrzeni: zaczynają od punktu, idą naprzód i obejmują coraz szersze obszary. Ich bieg można śledzić: najpierw zajmują to terytorium, potem opasują tamto. Utwardzają grunt w miarę postępu i utrwalają swą władzę. Oczywiście królestwo Chrystusowe jako istniejące w świecie ma również kształt zewnętrzny, swoje koleje losu i swą historię — jak instytucje tego świata, choć nie jest *z* tego świata. Zaczęło od Jerozolimy, a szło naprzód ku Scytii i Afryce, ku Indiom i Brytanii; ma swoje stopnie i urzędników, i prawa; zachowuje ścisłą dyscyplinę i żąda bezwarunkowego posłuszeństwa — lecz mimo to nie jest to pełna ani prawdziwa przyczyna jego wzrostu i ugruntowania. „Oręż jego walki nie był cielesny"; przyszło przez nawiedzenie wewnętrzne i głębokie — przez zewnętrzne narzędzia wprawdzie, ale ze skutkami daleko przekraczającymi te narzędzia: przez głoszenie, dowodzenie i dysputy, lecz w istocie przez działanie samego Boga. On, który jest Wszechmocny i Wszechwiedzący, dotknął wielu serc naraz i w wielu miejscach. I oto wszyscy jak jeden mąż mówili jednym językiem — nie ucząc się go jedni od drugich, lecz nauczeni przezeń samego kantyki Baranka; albo jeśli i przez ludzkie nauczanie, to chwytając je i opanowując odruchowo, niemal zanim padło słowo. Bo czas i przestrzeń, przyczyna i skutek są sługami Jego woli.
I tak głosy zabrzmiały naraz wielbiąc Go — na Wschodzie i na Zachodzie, na Północy i na Południu — a zbita z tropu ziemia szukała nadaremnie, skąd pochodzi ta zgoda słodkich i świętych dźwięków. Na pierwsze słowo kaznodziei, na gest, na ledwie szmer w powietrzu odpowiedź głęboka przychodziła z wielu ust — głęboka, pełna i zgodna harmonia wielu głosów, które jak jeden głosiły Zbawiciela ludzkości. Bo Duch Pański zstąpił i wypełnił ziemię; i były serca drżące z podniecenia, i tętna bijące gorączkowo, i oczy spragnione — w każdym miejscu. Był to czas nawiedzenia, gdy słabi mieli stać się mocnymi, a ostatni — pierwszymi. Był to triumf wiary, która nie zwleka, lecz hojnie i chętnie przyjmuje, zgodnie ze słowem Pisma: „Słowo jest blisko ciebie, na ustach twoich i w sercu twoim — to jest słowo wiary, które głosimy". I tak, jak niegdyś wojska nieprzyjaciela zaskoczyły Niniwę i Babilon, tak świat zaskoczyło teraz Zjawisko, które w języku prorockim siedziało na białym koniu i zwało się „Wiernym i Prawdziwym"; i jak w Egipcie podczas pierwszej Paschy nie było domu, w którym nie leżałby jeden martwy, tak teraz podczas tego pełniejszego łaski Przejścia nie było domu, w którym nie żyłby jeden żywym życiem. Bo Najwyższy zstąpił między nich i był wszędzie; Pan Aniołów chodził po ziemi; rozsiewał swe dary szczodrze i mnożył swój Obraz — i w tym sensie, jak i w tym, w którym wypowiedział te słowa, „nieprzyjaciółmi człowieka stali się jego domownicy". Wzgardzone, znienawidzone wpływanie wślizgiwało się wszędzie; kwas rósł i nikt nie mógł go powstrzymać; i w miejscach najmniej spodziewanych — w rodzinie zuchwałego i gwałtownego żołnierza, wśród zabobon bałwochwalstwa i poniżeń niewolnictwa — najszlachetniejsi i najzdolniejsi, i najpiękniejszy, a także prości i nieuczeni — wszyscy jak jeden, przez tajemną moc, stawali się zdobyczą Kościoła i sługami Chrystusa. I tak wielkie i rozległe królestwo rozkwitło naraz w całej pełni, niczym wiosna po zimie — od wewnątrz.
Takie były bezpośrednie towarzyszące okoliczności pierwszego przyjścia Tego, który był „wzgardzony przez ludzi", „obeznany z cierpieniem", i którego „oblicze jak gdyby zakryte, wzgardzone", i jakby „dotkniętego przez Boga i poniżonego". Jak mówi dalej proroctwo: „Podzielił łup mocarzy" — a jeśli pytacie mnie, Bracia, jak tego dokonał tego cudu? w jaki sposób i jakim narzędziem działała Jego łaska w obcowaniu z duchami, które stworzył? — odpowiem krótko, odwołując się do przeszłych dziejów naszego rodu. Jest rzeczą pewną, że człowiek nie wystarcza sam sobie do własnego szczęścia, że nie jest sobą, nie jest u siebie w sobie, bez obecności w nim łaski Tego, który o tym wiedząc, ofiarował tę łaskę wszystkim bez wyjątku. Gdy człowiek został stworzony, Stwórca tchnął weń nadprzyrodzone życie Ducha Świętego, które jest jego prawdziwym szczęściem; gdy upadł, utracił ten Boży dar, a z nim szczęście. Od tamtej chwili jest nieszczęśliwy; od tamtej chwili odczuwa pustkę w piersi i nie wie, czym ją wypełnić. Ledwie rozumie własną potrzebę; jedynie niezamierzone, mimowolne ruchy jego umysłu i serca świadczą, że ją odczuwa, bo albo jest ospały, tępy i obojętny pod tym głodem, albo gorączkowy i niespokojny, szukając — raz w jednej, to w innej rzeczy — szczęścia, które utracił. Przez jakiś czas, może nawet do samej starości, tworzy sobie jakiegoś bożka, którym może żyć i podtrzymywać jako tako swoje istnienie — tak jak chwasty polne lub ziemia bez pokarmu mogą uśmierzyć na chwilę bóle głodu. Jeden człowiek postanawia wybić się w życiu, inny pogrążony jest bez reszty w swojej rodzinie. Wielu przeżywa dzień za dniem i rok za rokiem, przeplatając rutynowe zajęcia z wakacyjnymi rozrywkami. Bogaci oddają się przepychowi i zbytkowi; biedni — pijaństwu; młodzi — zmysłowym przyjemnościom. Nie mogą żyć bez celu życia, choćby cel ten był niegodny ducha nieśmiertelnego.
Czyż więc dziwi, że gdy prawdziwe Życie — właśnie to, czego ludzka natura potrzeba — zostało jej na nowo ofiarowane w pełni, pociągało ono za sobą siłę zdolną skłonić ludzi do przyjęcia? Czyż dziwi, że jego zapowiedź wstrząsnęła nimi, że jego oferta przyciągała, że pierwszy smak i pierwszy owoc daru rozbudził pragnienie dalszych i pełniejszych jego porcji? Oto tajemnica triumfu nieziemskiego królestwa Bożego wśród upartych, zadufanych w sobie dzieci Adama. Żołnierze tego świata otrzymują żołd zaciężny przy wstąpieniu w szeregi. Biorą go i stają się sługami ziemskiego władcy — jakże więc nie mieliby być wierni, i to aż do śmierci, ci, którzy otrzymali zadatek prawdziwych bogactw, którzy byli karmieni „ukrytą manną", którzy — wedle słów Apostoła — „zostali raz oświeceni i zakosztowali słowa Bożego, i stali się uczestnikami mocy wieku przyszłego"? I tak królestwo Boże rozszerza się zewnętrznie po ziemi, bo ma w nas uchwyt wewnętrzny — bo, wedle słów tekstu, „jest w nas", w sercach poszczególnych jego członków. Postronni dziwią się; obcy starają się zanalizować, co to sprawuje — wyobrażają sobie przeróżne ludzkie racje i naturalne przyczyny, by to wytłumaczyć, bo nie mogą zobaczyć, nie czują i nie chcą uwierzyć w to, co jest w istocie wpływem nadprzyrodzonym; przypisują to jakiejś kapryśności lub przekorze umysłu, albo sile nowości, albo jakiemuś tajemniczemu, podstępnemu urzekaniu, albo jakiemuś wrogowi z zewnątrz, albo mrocznym i subtelnym knowaniom — i z niepokojem przyglądają się temu i chcieliby temu przeszkodzić, co jest niczym innym jak przenikliwym, żywym, porywającym spojrzeniem oblicza Chrystusowego. „Pan obróciwszy się, spojrzał na Piotra" — i „jak błyskawica wychodząca ze wschodu jest widzialna aż na zachodzie", takie jest przeszywające, ujarzmające duszę spojrzenie Syna Człowieczego. Przyszło — odeszło — dokonało swego dzieła, trwałego dzieła — a świat nie może sobie wyjaśnić, jak to się stało. Widzi skutek; nie dostrzegł, nie ma oczu, by zobaczyć, Bożej ręki.
Co więcej — nie tylko świat, ale i sam Kościół bywa nieraz zaskoczony, mogę wręcz powiedzieć, zakłopotany działaniem tej łaski, która przychodzi bez dostrzegalnych oznak, i cudownym pomnożeniem swych dzieci. Sieć Piotrowa zdaje się pękać od mnogości ryb i z trudem ciągnie się ku brzegowi. Tak było w sposób wyjątkowy w pierwszych wiekach, w toku tej chwalebnej historii pierwotnych nawróceń, o której właśnie mówiłem. „Pan każdego dnia przymnażał do ich grona tych, którzy mieli być zbawieni". Trwało to przez trzy wieki; potem nadało okrutne i straszliwe prześladowanie; w końcu ustało — i wówczas z przerażającą nagłością, gnane skrzydłami wichru, dotarła do wszystkich przytłaczająca wieść, że Pan ziemi, cesarz rzymski, stał się chrześcijaninem — on i cały jego ogrom narodów. Cóż za zapowiedź! Żadna ludzka ręka tego nie sprawia; żadnego ludzkiego narzędzia — kaznodziei ani apologety — nie można tu wskazać. Nie było to „oto tu jest, albo tam" — była to ukryta moc Boga działającego bezpośrednio i niepostrzeżenie na serca ludzi. Naraz, gdy nikt się nie spodziewał, w głębokiej nocy prześladowania, „jak złodziej", przyszedł. Naraz władze Kościoła stanęły wobec gigantycznego zadania — a tylko on jeden mógł mu podołać — by nadać kształt i spójność całemu światu. Wydarzenie owo — i niemal przerażająca jego wielkość — zostało wcześniej wyraźnie opisane w proroctwie tysiąc lat przed jego spełnieniem. „Podnieś oczy i patrz dokoła" — brzmiało słowo obietnicy dla Kościoła — „Podnieś oczy i patrz: wszyscy się gromadzą, podążają do ciebie. Przyodziejesz się w nich wszystkich jak w szatę ozdobną, jako oblubienica opaszesz się nimi. Dzieci z czasu twego wdowieństwa powiedzą w uszy twoje: Za ciasne jest to miejsce dla mnie, daj mi przestrzeń do zamieszkania. I powiesz w sercu swoim: Któż mi zrodził te? Byłam bezdzietna i niepłodna, wygnana i jeńcem, a te — kto je wychował? Byłam opuszczona i sama — a te, gdzież były? Tak mówi Pan Bóg: Oto podniosę rękę moją ku narodom i wystawię sztandar mój ludom. I przyniosą synów twoich na swych ramionach, a córki twoje będą niesione na barkach. I będą królowie żywicielami twymi, a królowe mamkami twoimi. Kłaniać się będą tobie twarzą do ziemi i lizać będą proch nóg twoich".
Bracia moi, wiecie, że Pan nasz mówiąc o swoim odejściu, zapowiadał powrót nie tylko rychły, ale i prędki. Otóż w sensie, o którym mówiłem, On przychodzi nieustannie. Raz po raz przybywa do swego Kościoła; wciąż przychodzi jak potężny wojownik, wciągając za sobą coraz to nowych jeńców swych strzał i swej włóczni. Ten sam cud wewnętrznego działania w duszach ludzkich na wielką skalę, którego dokonał na początku, nieustannie powtarza i odnawia w historii Kościoła aż do dnia dzisiejszego. Rzesze wciąż zalewają Kościół — jak ryby sieć Piotrową — ponad jej własną myśl i jej własne działanie, przez bezpośrednie i tajne działanie Jego łaski. Dotyczy to w sposób szczególny chwili obecnej. Widać to na wielką skalę w całym chrześcijaństwie. Pięćdziesiąt lat temu religia zdawała się niemal wygasać. W oczach ludzkich przez cały minionowy wiek po prostu chyliła się ku upadkowi i zanikała. Były co prawda w tym stuleciu święci i doktorzy, gorliwi kaznodzieje i wierne ludy — jak zawsze — lecz świat ich nie widział. Polityczna potęga i społeczny wpływ religii coraz bardziej słabły — aż w końcu przyszła europejska rewolucja i w ludzkim rozumieniu wszystko było stracone. Lecz w głębi nieszczęść rozpoczął się jej najwspanialszy wzlot; nastąpiło przebudzenie i od tamtej pory postępuje ono stale, z każdym znakiem, że trwać będzie nadal. I w tym postępie ujawnia się — mówię — to samo zjawisko, które czytamy w dziejach czasów minionych: bo gdy święty Kościół modlił się i pracował na własnym polu, nawróceni spoza tego pola — których ona nie miała na uwadze — byli do niej dodawani ze wszystkich stanów, jak na początku. Niemcy i Anglia, szczególne siedliska jej wrogów, są właśnie sceną tego żywiołowego napływu. Ku zaskoczeniu wszystkich, którzy ich znają, a często ku własnemu zaskoczeniu, ci, którzy Kościoła się boją lub odrzucają jego nauki, coraz bardziej ku niemu się zbliżają pod jakimś niepojętym wpływem — rok po roku — by w końcu oddać się mu całkowicie i ogłosić jego zwierzchnictwo. Ci, którzy nigdy nie rozmawiali z katolickim kapłanem; ci, którzy nigdy nie wstąpili do katolickiego kościoła; nawet ci, którzy znali religię jedynie z protestanckiej Biblii — ci właśnie przez rządzącą wszystkim Opatrzność Bożą zostali przez samo to czytanie doprowadzeni do rozpoznania Matki Świętych. Samo jej imię, sam jej tytut, skłania ludzi, by o niej myśleli, by pytali o nią, by pragnęli, by była tym, czym mówi, że jest, by jej się poddali — nie z żadnej uchwytnej racji, lecz z racji potrzeb natury ludzkiej i cnoty tej łaski, która działa skrycie wokół Kościoła, bez zewnętrznych oznak.
Bracia moi, są tacy, którym się zdaje, że gdy używamy wielkich słów o Kościele, przypisujemy mu niebiańskie przywileje i odnosimy do niego ewangeliczne obietnice, mówimy jedynie o jakiejś strukturze zewnętrznej i politycznej. Myślą, że chcemy złożyć swą pobożność na ołtarzu ludzkiej sprawy i że trudzimy się dla celu ludzkiej ambicji. Sądzą, że musielibyśmy przyznać, gdyby nas przesłuchano, że naszym ostatecznym zamiarem jest sukces osób i stronnictw, z którymi wiążą nas honory, interes lub wdzięczność; i że jeśli spoglądaliśmy na cele ponadświatowe lub pozagrobowe, czyniliśmy to z pobudek drugorzędnych i z mglistym poczuciem. W swoich najbardziej liberalnych ustępstwach wyobrażają sobie, że działamy z pragnienia — szlachetnego, lecz nadal ludzkiego — pochwały ze strony ziemskich przełożonych, i że w gruncie rzeczy żyjemy z powietrza i rozgrzewamy się w uśmiechu człowieka. Lecz tekst i tok myśli, który prowadziłem, przypomina nam — gdybyśmy kiedykolwiek skłonni byli o tym zapomnieć — prawdziwy obraz tej sprawy. Kościół jest zbiorowością dusz zgromadzonych w jedno przez tajemną łaskę Bożą — choć łaska ta przychodzi do nich przez widzialne narzędzia i łączy ich z widzialną hierarchią. To, co widać, nie jest całością Kościoła, lecz tylko jego widzialną częścią. Gdy mówimy, że Chrystus miłuje swój Kościół, rozumiemy przez to, że miłuje On nie żadną rzecz ziemskiej natury, lecz owoc swojej własnej łaski: rozmaite owoce swej łaski w niezliczonych sercach, pojmowane jako złączone jednością wiary i miłości i posłuszeństwa, sakramentów, nauki, porządku i kultu. Przedmiot, który On widzi przed sobą, który miłuje w Kościele, to nie natura ludzka sama w sobie, lecz natura ludzka oświecona i odnowiona przez Jego własną moc nadprzyrodzoną. Jeśli nazwał widzialny Kościół swoją oblubienicą, to dlatego, że jest ona szczególnym siedliskiem tego Bożego daru. Jeśli miłował Piotra, to nie jedynie dlatego, że był jego Apostołem, lecz dlatego, że Piotr miał w sobie tę żarliwą, nieziemską miłość do Niego i tę wiarę, której ciało i krew nie zdołałyby wygenerować — a które były właściwym wyposażeniem Apostoła. Jeśli miłował Jana, to nie jako jednego spośród Dwunastu, lecz dlatego, że zdobiony był szczególnym darem nadprzyrodzonej czystości. Jeśli miłował Marię, Martę i Łazarza, to nie jedynie jako swoich przyjaciół i gości, ale za ich płomienną miłość, i czystą skruchę, i ofiarną pobożność. Tak jest i teraz: to, co tworzy, co widzi przed sobą, co miłuje, co wynagradza — to (słowami świętego Piotra) „ukryty człowiek serca", którego wyrazem, ochroną, przyczyną sprawczą i zewnętrznym dopełnieniem jest widzialny Kościół.
I dlatego, stosując tę wielką prawdę do naszych własnych okoliczności, pamiętajmy zawsze, Bracia moi, że my w tym miejscu jesteśmy naprawdę silni tylko wtedy, gdy jesteśmy czymś więcej, niż się wydajemy. Nie nasze osiągnięcia ani zdolności, nie filozofia ani nauka, nie literatura ani sztuka sprawią, że będziemy mili Bogu. Nie świecki wzgląd ani pozycja obywatelska zdolne są uczynić nas godnymi uwagi i zainteresowania prawdziwego chrześcijanina. Wielki Uniwersytet jest wielką potęgą i zdolny jest do wielkich rzeczy — lecz jeśli jest jedynie czymś ludzkim, jest tylko głupotą i marnością w oczach i w porównaniu z malutkimi Chrystusa. Jest prawdziwie martwy, choć zdaje się żyć, jeśli nie jest wszczepiony w prawdziwy Krzew winny i nie jest uczestnikiem tajemnego nadprzyrodzonego życia, które krąży przez niewiędnące gałęzie. „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą". Próżny jest nasz trud, bezwartościowe nasze wysiłki, popiołem jest nasz owoc, zgnilizną jest nasza nagroda — jeśli nie położymy fundamentu tego wielkiego przedsięwzięcia w wierze i modlitwie, i nie uświęcimy go czystością życia.
---