*Uroczystość św. Tomasza Apostoła, 4. niedziela Adwentu, 1856*
*„Gotujcie drogę Pańską, prostujcie ścieżki Jego. Każda dolina będzie wypełniona, każda góra i pagórek będą zrównane, drogi kręte staną się prostymi, a wyboiste — gładkimi; i ujrzy wszelkie ciało zbawienie Boże."* — Łk 3,4-6
Święty Jan Chrzciciel został posłany przed Panem, aby przygotować Mu drogę — to znaczy, aby być Jego narzędziem w budzeniu, ostrzeganiu, upokarzaniu i rozpalaniu serc ludzkich, tak by gdy On nadejdzie, mogli Mu uwierzyć. On sam jest Sprawcą i Dokończycielem owej Wiary, której jest zarazem Przedmiotem; zwykle jednak nie wszczepia jej w nas nagle, lecz najpierw wzbudza pewne usposobienia, które doprowadza do wiary jako do ich nagrody. Gdy więc miał objawić się na ziemi pośród swego wybranego ludu i upomnieć się o jego wiarę, posłużył się najpierw św. Janem, by wzbudzić w nich owe niezbędne usposobienia. I dlatego właśnie w tej porze roku, gdy mamy świętować Jego narodzenie, wspominamy raz po raz wielkiego Świętego, który był Jego poprzednikiem — jak w dzisiejszej Ewangelii — abyśmy nie zapomnieli, że bez należytego przygotowania serca nie możemy mieć nadziei, iż otrzymamy i zachowamy tak doniosły dar wiary.
Warto też zauważyć, że tego samego dnia, właśnie piątego dnia przed Bożym Narodzeniem, mamy zwyczaj obchodzić uroczystość św. Tomasza, który na pewien czas zaciągnął grzech niedowiarstwa; jakby nasza łaskawa Matka, Kościół Święty, chcąc dać nam dodatkowe ostrzeżenie, wystawiła na widok publiczny wielkiego Apostoła dla naszego dobra i pokazała nam tego, kto dziś króluje z Chrystusem w niebie, w obrazie jego ziemskiej słabości — aby skłonić nas do rozważenia, że pewne usposobienia ducha są niezbędne dla wiary, jak brak ich się objawia i na czym polega jego wina.
Sądzę przeto, że podejmę temat stosowny zarówno do pory roku, jak i do tego dnia, jeśli spróbuję przedstawić wam, Bracia, na ile pozwoli czas, to jak to jest — mówiąc po ludzku — że człowiek dochodzi do wiary w objawione słowo Boże i dlaczego jeden wierzy, a drugi nie. Opisując stan ducha i myśli, który prowadzi do wiary, nie zapomnę oczywiście, że wiara — jak już powiedziałem — jest dziełem nadprzyrodzonym i owocem łaski Bożej; jedynie pragnę zwrócić waszą uwagę na to, co musi być waszą własną cząstką w tym procesie.
Co do relacji, jaką podaje nam Pismo Święte o niedowiarstwie św. Tomasza, najważniejsze jej punkty są następujące: Po pierwsze, gdy bracia powiedzieli mu, że Pan zmartwychwstał, odrzekł: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę." Nasuwa się tu pytanie: co było w tym złego? Pozostali Apostołowie bowiem widzieli Pana i dotknęli Go, i zdaje się, że i oni nie wierzyli, dopóki tego nie uczynili. Po wtóre, że Pan powiedział mu następnie, dopuściwszy go do dowodu, którego pragnął: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś, Tomaszu; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli." Dlaczego zaś błogosławieni są ci, którzy uwierzyli Mu bez widzenia Go, zamiast posiadać ten wzrok, który mieli pozostali Apostołowie, gdy uwierzyli?
Temat jest bardzo rozległy; spróbuję prześledzić tylko jeden z różnych wątków myśli, jakie on wywołuje.
Otóż, przede wszystkim, myślę, że przyzna każdy, kto dobrze zna Pismo Święte, iż naukę, którą Pan wyłożył przy owej okazji, wyraził już wcześniej — na innych sposobnościach i w innych słowach. Na przykład powiedział: „Jeśli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie." Gdzie indziej czytamy: „I nie uczynił tam wielu cudów z powodu ich niedowiarstwa." W tych słowach Pan daje do zrozumienia, że zatwardziałość w wierze jest winą. Gdzie indziej chwali łatwość wiary. Na przykład: „Niewiasto, wielka jest twoja wiara." „Zaprawdę powiadam wam: u nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary." „Ufaj, córko, twoja wiara uzdrowiła cię." „Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju." „Jeśli możesz uwierzyć, wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy." Mógłbym przytoczyć wiele innych miejsc w tym samym duchu — z Ewangelii, Dziejów Apostolskich i Listów św. Pawła.
Miejsca te nie mogą oznaczać, że wiara jest wbrew rozumowi lub że rozum nie poprzedza zwykle wiary — jest to bowiem nauka zupełnie sprzeczna z Objawieniem. Sądzę jednak, że nie mylę się, rozumiejąc je następująco: że przy dobrych usposobieniach wiara jest łatwa; że bez dobrych usposobień wiara nie jest łatwa; że ci, którzy byli chwaleni za wiarę, posiadali już owe dobre usposobienia; że zaś ci, którzy byli ganieni za niedowiarstwo, byli ich pozbawieni i byliby uwierzyli, albo uwierzyli wcześniej, gdyby posiadali niezbędne do wiary usposobienia lub większy ich udział. Na tym właśnie zamierzam nalegać. Nasuwa mi to szczególne posłannictwo Jana Chrzciciela — „przygotowanie drogi Pańskiej"; owo przygotowanie oznacza bowiem wzbudzenie w sercach słuchaczy usposobień niezbędnych dla wiary. Uważam też, że ta sama prawda jest zawarta w przesławnym hymnie Aniołów podczas nocy Bożego Narodzenia; do kogo bowiem miał przyjść Książę Pokoju? Zaśpiewali oni: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli." Przez „dobrą wolę" rozumieć należy „dobre usposobienie"; pokój Ewangelii — pełne dary poznania, mocy i pociechy chrześcijańskiego Odkupienia — miał być nagrodą ludzi dobrego usposobienia. Oni to byli tymi, do których przyszedł Zbawiciel-Niemowlę; oni tymi, w których Jego łaska znajdzie owoc i nagrodę; oni tymi, których stosowna zasługa miała prowadzić — jak mówi Ewangelista — do „wierzenia w Jego imię" i do „narodzenia się nie z krwi ani z woli ciała, ani z woli męża, ale z Boga."
Aby zaś wykazać, czym jest owa dobra wola, czyli dobre usposobienie, i jak odnosi się do wiary, zauważam co następuje: Czym jest główny przewodnik duszy dany całemu rodzajowi Adama — tak poza prawdziwą owczarnią Chrystusa, jak i wewnątrz niej — dany od pierwszego rozbłysku rozumu, dany pomimo tej bolesnej kary ciemnoty, która jest jedną z głównych niedoli naszego upadłego stanu? Jest nim światło sumienia — „prawdziwa Światłość", jak mówi tenże Ewangelista w tym samym miejscu, „która oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego." Czy człowiek urodzi się w pogańskim mroku, czy w jakimś skażeniu religii objawionej, czy słyszał imię Zbawiciela świata, czy nie — czy jest sługą jakiegoś zabobonu, czy posiada pewne fragmenty Pisma i traktuje słowo natchnione jako rodzaj księgi filozoficznej, którą interpretuje na własny użytek i dochodzi do pewnych wniosków o jej nauce — w każdym razie nosi w swej piersi pewien władczy nakaz: nie zwykłe uczucie, nie zwykłą opinię, wrażenie ani pogląd na rzeczy, lecz prawo, głos nakazujący, który każe mu czynić pewne rzeczy, a unikać innych. Nie twierdzę, że jego szczegółowe przykazania są zawsze jasne ani że zawsze zgadzają się ze sobą; ale na czym tu nalegam, to na tym, że ów nakaz rozkazuje, że chwali, gani, obiecuje, grozi, zakłada przyszłość i zaświadcza o niewidzialnym. Jest czymś więcej niż sam człowiek. Człowiek nie ma nad nim władzy — albo tylko z największym trudem; nie stworzył go, nie może go zniszczyć. Może go uciszyć w poszczególnych przypadkach lub kierunkach, może wypaczać jego orzeczenia, ale nie może — albo zdarza się to zupełnie wyjątkowo — wyzwolić się od niego. Może go nie słuchać, może odmawiać jego użycia; ale ono trwa.
To właśnie jest sumienie; i z samej natury rzeczy jego istnienie przenosi nasz umysł ku Istocie zewnętrznej względem nas — bo skąd inaczej wzięłoby się ono? — i ku Istocie wyższej od nas — bo skąd inaczej owa dziwna, uciążliwa, nieodparta natrętność? Powiadam: nie wchodząc w to, co ono mówi, ani czy jego szczegółowe nakazy są zawsze tak jasne i spójne, jak być powinny — samo jego istnienie wyrzuca nas z siebie i poza siebie, abyśmy szukali Tego w wysokościach i głębinach, którego jest Głosem. Jak słońce wskazuje, że słońce jest na niebie, choć go może nie widać; jak stukanie do naszych drzwi w nocy wskazuje na obecność kogoś na zewnątrz, w ciemności, kto prosi o wpuszczenie — tak to Słowo wewnątrz nas nie tylko poucza nas do pewnej granicy, ale nieuchronnie wznosi nasz umysł do idei Nauczyciela, niewidzialnego Nauczyciela; i w miarę jak słuchamy owego Słowa i korzystamy z niego — nie tylko więcej się z niego uczymy, nie tylko jego nakazy stają się wyraźniejsze, jego lekcje bogatsze, a jego zasady bardziej spójne, ale sam jego ton staje się głośniejszy, bardziej autorytatywny i naglący. I tak oto tym, którzy używają tego, co mają, daje się więcej; zaczynając bowiem od posłuszeństwa, dochodzą do głębokiego, wewnętrznego przekonania i wiary w jednego Boga. Jego głos w nich zaświadcza o Nim, a oni wierzą Jego własnemu świadectwu o sobie samym. Wierzą w Jego istnienie nie dlatego, że inni tak mówią, nie tylko na słowo człowieka, ale z osobistą świadomością jego prawdziwości. To zatem jest pierwszym krokiem owych dobrych usposobień, które prowadzą do wiary w Ewangelię.
Moja druga uwaga jest następująca: że pomimo wszystkiego, co ten Głos dla nich czyni, nie czyni wystarczająco wiele — jak oni sami odczuwają to najdotkliwiej i z bólem. Przekonują się, że niezwykle trudno jest oddzielić to, co on naprawdę mówi, wzięty sam w sobie, od tego, co domieszają doń ich własna namiętność lub pycha, miłość własna lub własna wola. Wielokroć nie mogą orzec, ile nakazuje ów prawdziwy wewnętrzny Przewodnik, a ile pochodzi ze zwykłego ziemskiego źródła. Tak więc dar sumienia rodzi pragnienie czegoś, czego ono samo w pełni nie dostarcza. Natchnie ich ideą autorytywnego przewodnictwa, Bożego prawa — i pragnieniem posiadania go w pełni, nie jedynie we fragmentarycznych urywkach lub pośrednich wskazaniach. Wzbudza w nich pragnienie, niecierpliwość poznania owego niewidzialnego Pana, Rządcy i Sędziego, który dotąd przemawia do nich jedynie w skrytości, który szepce w ich sercach, który mówi im coś — ale znacznie mniej, niż chcieliby i niż potrzebują. Tak więc widzicie, Bracia, że człowiek religijny, któremu brakuje daru nieomylnego nauczania Objawienia, jest skłoniony do szukania go właśnie dlatego, że jest religijny. Ma coś, ale nie wszystko; a gdyby nie pragnął więcej, byłoby to dowodem, że nie korzystał z tego, co posiadał, że na tym nie skorzystał. Będzie więc wypatrywać. Taka jest, rzec można, definicja każdego człowieka religijnego, który nie zna Chrystusa — jest on na wypatrywaniu. Jak żydowscy wierzący wypatrywali Mesjasza, o którym wiedzieli, że przyjdzie — tak w każdym czasie, pod każdym porządkiem i we wszystkich wyznaniach są tacy, którzy wiedzą, że istnieje prawda, wiedzą, że posiadają ją jedynie w bardzo małej mierze, pragną poznać więcej, wiedzą, że jedynie Ten, który nauczył ich tego, co wiedzą, może nauczyć ich więcej, mają nadzieję, że ich więcej nauczy — i dlatego wypatrują Jego nauki.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego będą tak czekać i wyglądać jakiegoś dalszego poznania woli Bożej, ponad to, co teraz posiadają. Otóż im bardziej ktoś stara się być posłuszny sumieniu, tym bardziej przeraża się sam sobą — iż tak niedoskonale mu jest posłuszny. Jego poczucie obowiązku staje się coraz bystrzejsze, a świadomość przekroczeń coraz subtelniejsza; coraz wyraźniej będzie rozumiał, jak wiele ma do przebaczenia. Lecz następnie, gdy tak wzrasta w poznaniu siebie, rozumie też coraz wyraźniej, że głos sumienia nie ma w sobie nic łagodnego, nic miłosiernego w swoim tonie. Jest surowy, a nawet szorstki. Nie mówi o przebaczeniu, lecz o karze. Wskazuje na przyszły sąd; nie mówi mu, jak może go uniknąć. Co więcej, nie mówi mu, jak ma się poprawić; czuje się bardzo grzeszny w najlepszym swym stanie; czuje się w niewoli tyranii, którą — biada! — zbyt dobrze miłuje, nawet gdy jej nienawidzi. I tak jest w wielkiej udręce, i woła słowami Apostoła: „Nieszczęsny ja człowiek, któż mnie wyzwoli z ciała tej śmierci!"
Z tych wszystkich powodów zatem — bo czuje swą niewiedzę, bo czuje swą niewolę, bo czuje swoją winę i niebezpieczeństwo — człowiek religijny, któremu brak błogosławieństwa Objawienia, będzie wyglądać Objawienia. I to jest drugie usposobienie prowadzące do wiary w Chrystusa: pierwsze było wiarą w Boga jako naszego Nauczyciela, Rządcę i Sędziego; drugie zaś jest żarliwym pragnieniem, by On objawił się nam, i gorliwym wypatrywaniem szansy, że to uczyni.
Taki jest stan ducha nielicznych wybranych. Rozważmy teraz, z drugiej strony, stan ducha rzesz, którym mało lub wcale zależy na religii — tych, którzy nie słuchają sumienia, myślą o jego nakazach jak najmniej i chętnie by się go pozbyły, gdyby mogły. Co będą wiedzieć o przekonaniach, przeczuciach, nadziejach i pragnieniach, o których mówiłem? Czy będą odczuwać jakiś niepokojący lęk, jakieś bolesne tęsknoty, by wyjść ze swej obecnej ciemności? Będąc — jak zakładam — obcymi dla prawdy objawionej, czy będą wypatrywać Objawienia? Czym jest dla nich Objawienie? Co ich obchodzi, jak mają być darowane grzechy, skoro nie czują ciężaru grzechu? Czego pożądają mocy większej od własnej, by zwyciężyć swe namiętności lub pychę — widząc, że ze swej pychy czynią sobie prawdziwą godność, a namiętnościom swobodnie pobłażają jako jedynej radości? Są zadowoleni z siebie; uważają, że są tak szczęśliwi, jak tylko mogą być w danych okolicznościach; chcą jedynie, by dać im spokój; nie potrzebują kapłana ani proroka; żyją na swój sposób i w swoim domu, oddani własnym upodobaniom, nigdy nie zaglądając za próg — być może z naturalnymi cnotami, być może bez, ale bez wyraźnego lub konsekwentnego zmysłu religijnego. Tak żyją i tak umierają. Taki jest charakter wielu na całym świecie: żyją, z pozoru rzecz biorąc, w jakimś przedmiocie tego świata, nigdy nie wznosząc się ponad świat — i jest oczywiste, że nie posiadają wcale owych usposobień, które prowadzą do wiary.
Weźmy teraz jednego człowieka z każdej z tych dwóch klas i przypuśćmy, że rzeczywiście dociera do obu wieść, że z niewidzialnego świata nadeszło orędzie. Jakże każdy z nich postąpi? Jest to jasne: na tym, który wypatrywał lub ufał, albo przynajmniej tęsknił za taką łaską, jej działanie będzie niezwykłe. Wzruszy go głęboko, przejdzie go dreszcz; na tyle nawet, że — byle tylko orędzie, po zbadaniu, było z natury swej zdolne odpowiedzieć jego potrzebom — będzie pod silną pokusą, by uwierzyć mu, jeśli może, na podstawie bardzo nielicznych dowodów albo bez żadnych. W każdym razie przystąpi do zbadania, jakie są jego dowody, i dołoży wszelkich starań, by je wszystkie odkryć, czy jest ich więcej, czy mniej. Natomiast człowiek pozbawiony opisanych przeze mnie należytych usposobień religijnych po prostu nie jest wcale poruszony. Nie interesuje się tym orędiem i nie zadaje sobie trudu, by o nim zasięgać. Zostanie w domu; nawet nie przyjdzie mu do głowy, że powinien wstać i rozejrzeć się wokół. Pozostaje tak obojętny, jakby usłyszał, że w antypodach wyłonił się jakiś wielki człowiek albo że wybuchła rewolucja w Japonii. Oto dotarliśmy do zasadniczej różnicy między tymi dwiema odmianami ludzi. Jedni są czynni, a drudzy bierni, gdy Chrystus jest głoszony jako Zbawiciel świata. Jedni wychodzą naprzeciw prawdzie; drudzy uważają, że Prawda powinna przyjść do nich. Jedni badają dowód na to, że Bóg przemówił; drudzy czekają, aż zostanie im to udowodnione. Nie odczuwają żadnego osobistego zainteresowania tym; uważają, że to nie ich sprawa, lecz — jeśli wolno tak powiedzieć — sprawa Boga Wszechmogącego. Nie dbają o to, by jak najlepiej wykorzystać swoją wiedzę; nie zestawiają ze sobą rzeczy; nie sumują faktów i nie nagromadzają argumentów; pozostawiają to wszystko Temu, który do nich przemawia — a jeśli mają się w tej sprawie jakokolwiek trudzić, są gotowi ją odrzucić. A gdy rzeczywiście zostają im przedstawione dowody, nie czują żadnej wdzięczności ani delikatności wobec Tego, który je przedstawia; mówią bez skrupułów: „Tego nie widzę" i „To nie wynika z tamtego" — bo są krytykami i sędziami, a nie poszukującymi; pertraktują i targują się, gdy powinni modlić się o światło. I tak nie poznają niczego należycie i zmierzają ku odrzuceniu Bożego orędzia, bo nie zechcą rzucić się na dowody i w nie wniknąć — podczas gdy ich bliźni, który żywi szczerą troskę o własne zbawienie, odnajduje je i wierzy.
Wracając więc do tego, od czego zacząłem, widzimy teraz, dlaczego Pan chwalił łatwość wiary i potępiał zatwardziałość w wierze. Być łatwym w wierze to nic innego, jak być gotowym do dociekania; być zatwardziałym w wierze to nic innego, jak być leniwym i opornym w dociekaniu. Ci, których wiarę chwalił, nie mieli mocniejszych dowodów niż ci, których niedowiarstwo potępił; ale korzystali z oczu, korzystali z rozumu, wysilali umysły i wytrwali w dociekaniu, aż znaleźli — podczas gdy tamci, których niedowiarstwo potępił, słyszeli wprawdzie, lecz pozwolili, by Boże ziarno leżało przy drodze, lub w skalistej glebie, lub wśród cierni, które je zagłuszyły. I tu poczuwam się do powiedzenia, co zdaje mi się — o ile można się tu skromnie domyślać — winą świętego Apostoła Tomasza. Powiedział, że nie uwierzy w zmartwychwstanie Pana, dopóki Go rzeczywiście nie zobaczy. Ależ czy jest tylko jeden sposób dojścia do wiary w Chrystusa? Czy nie ma stu dowodów, wzajemnie od siebie niezależnych, a wszystkich dobrych? Czy nie było sposobu, by być pewnym, że przyszedł od Boga, poza zobaczeniem wielkiego cudu zmartwychwstania? Zaiste, było ich wiele innych; ale Tomasz przepisał jedyną formę, na którą zgadzał się uwierzyć. Tak postąpili też jego rodacy, bo w tym punkcie uczynił tylko to, co i oni uczynili. Żydzi od dawna byli ludem Bożym i posiadali pisma Proroków. Spełnienie proroctw w Osobie Pana było dla Żydów najoczywistszym i najnaturalniejszym dowodem, że jest On Mesjaszem; ale nie chcieli przyjąć tego dowodu i postanowili mieć inny. Postanowili dać się przekonać w jeden określony sposób — mianowicie przez cuda; a gdy z niezmierzonego miłosierdzia Bożego czyniono przed ich oczami cuda, chcieli jeszcze wybrać szczególny rodzaj cudu, który by ich przekonał, i nie chcieli wierzyć, jeśli nie był to cud według ich upodobania. I stąd właśnie Pan powiedział — jak już przytoczyłem Jego słowa: „Jeśli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie." Stąd też powiedział przy innych okazjach: „O głupi i opieszałego serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli Prorocy!" I: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych wstał, nie uwierzą." I: „Pokolenie przewrotne i cudzołożne żąda znaku, a znak nie będzie mu dany, tylko znak Jonasza Proroka." I stąd Żydzi z Tessaloniki są ganieni, a Bereańczycy, przeciwnie, chwaleni — „którzy przyjęli słowo z całą życzliwością, codziennie badając Pisma, czy tak się sprawy mają." Dodaje się: „I wielu z nich uwierzyło." Dlatego też w wypadku Tomasza mówię, że gdy tak opieszale wierzył, jego wina polegała na przekonaniu, że ma prawo być wybrednym i dobierać sobie, jakimi argumentami da się przekonać, zamiast zapytać siebie, czy nie ma już wystarczająco dużo powodów, by uwierzyć — jakby to była wielka łaska wyświadczona jego Panu, że wierzy, a dla niego samego sprawa zupełnie bez znaczenia. I dlatego właśnie, gdy Chrystus tak łaskawie udzielił mu rodzaju dowodu, którego pragnął, powiedział mu dla naszego dobra: „Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś, Tomaszu; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli."
I tak niestety jest i dziś: niejeden człowiek odczuwa pociąganie ku Kościołowi Katolickiemu i opiera mu się, pod pozorem że nie ma dostatecznego dowodu jego roszczeń. Nie może mieć wszystkich dowodów naraz, nie może nawrócić się od razu — to przyznaję; ale może dociekać; może postanowić rozwiązać wątpliwość, zanim ją odłoży na bok, choćby to kosztowało trud i czas. Głębokim odczuciem jego serca powinno być: „Co mam czynić, aby być zbawionym?" Najlepszą jego pociechą jest obietnica: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam." Jeśli zamiast tego spiera się z tym czy owym szczegółowym dowodem, nie myśli o samodzielnym dociekaniu i ustaleniu, gdzie leży prawda, zadowala się podziwianiem Kościoła — i na tym kończy — czymże to jest, jeśli nie postępowaniem kogoś, kto nie ma wrażliwego sumienia, kto kocha własną wygodę, lub przyjemności życia, lub swoją dobrą sławę w świecie, lub towarzystwo bliskich, lub swoje ziemskie interesy, i uważa, że religijna prawda nie jest warta poświęcenia tych doczesnych korzyści? Nie myślcie, Bracia, że to, co mówiłem o poszukujących, w żadnej mierze nie dotyczy was. Katolicy wprawdzie nie muszą szukać; niepokojące pytania, jakie stawia naturalne sumienie, są w waszym przypadku w pełni rozstrzygnięte. Wiecie, kto was zbawia i jak; pamiętajcie jednak, że ta sama wrażliwość i delikatność sumienia, która jest właściwym usposobieniem dla wiary, jest zarazem jej strażnikiem i pokarmem, gdy zostanie już osiągnięta. Karmi płomień wiary i sprawia, że płonie jasno. Św. Paweł mówi o tych, którzy „odrzuciwszy dobre sumienie, rozbili się na wierze." Będzie to szczególnie prawdziwe w takim dniu jak dzisiejszy. Katolicy wychodzą w świat; obcują z ludźmi wszelkich religii; słyszą wszelkiego rodzaju sofistyczne zarzuty stawiane Kościołowi, jego naukom i jego regułom. Co w praktyce może utrzymać ich niezłomnych w wierze, jeśli nie głębokie wewnętrzne przekonanie o potrzebie tej wiary? Co może przywodzić ich do sakramentu pokuty, jeśli nie żal i wstręt do grzechu? Co może przywodzić ich do Komunii, jeśli nie pragnienie Boga Żywego i Prawdziwego? Co ma być ochroną przed zbłądzeniami intelektu, jeśli nie głębokie przekonania i żarliwe dążenia serca?
Drodzy Bracia, żyjemy w dobie, w której wielki nacisk kładzie się na argumenty możliwe do przytoczenia na rzecz wiary — religii naturalnej i objawionej; pisze się księgi, by dowieść, że należy wierzyć i dlaczego. Księgi te noszą nazwy Teologii Naturalnej i Apologetyki Chrześcijańskiej; nasi wrogowie często mówią, że katolicy nie wiedzą, dlaczego wierzą. Nie zamierzam bynajmniej przeczyć pięknu i sile argumentów zawartych w tych księgach; wątpię jednak bardzo, czy w istocie sprawiają one lub utrzymują ludzi jako chrześcijan. Nie mam takich wątpliwości co do argumentu, który tutaj wam zalecałem. Bądźcie pewni, Bracia, że najlepszy argument — lepszy niż wszystkie księgi świata, lepszy niż wszystko, czego dostarcza astronomia, geologia, fizjologia i wszystkie inne nauki; argument zrozumiały dla tych, którzy nie umieją czytać, jak i dla tych, którzy umieją; argument, który jest „w nas"; argument intelektualnie przekonujący i praktycznie perswazyjny, czy to dla dowiedzenia istnienia Boga, czy dla przygotowania gruntu pod chrześcijaństwo — jest ten, który wynika z uważnej uwagi na wskazania naszego serca i z zestawienia wymagań sumienia z obietnicami Ewangelii.