HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania na różne okazje

Kazanie VI. Wszechmoc w więzach

1. niedziela po Objawieniu Pańskim, 1857

Gdy mam w sobie gniew, zazdrość, pychę WcielenieEucharystia
„I zszedł z nimi, i przyszedł do Nazaretu; i był im poddany."
W skrócie. Na pierwszą niedzielę po Objawieniu Newman rozważa paradoks Bożej Wszechmocy, która dobrowolnie poddaje się ograniczeniu — najpierw w Wcieleniu (Dziecię w Betlejem posłuszne rodzicom), a następnie w Eucharystii (Chrystus więzień tabernakulum). To uniżenie wszechmocy jest szczytem Bożej miłości i wezwaniem do pokory wobec własnej pychy. Kazanie kończy się wezwaniem do poznania Boga nie tylko jako Wszechmocnego, ale przez imiona Emmanuel i Jezus.

„Musimy poznać Go przez Jego imiona, Emmanuel i Jezus, by poznać Go w pełni.”

*1. niedziela po Objawieniu Pańskim, 1857*

*„I zszedł z nimi, i przyszedł do Nazaretu; i był im poddany."* — Łk 2,51

W tym bożonarodzeniowym czasie, gdy obchodzimy radosne tajemnice, które zapowiedziały Ewangelię, niemal natrętnym wtargnięciem w nasze świętowanie zdaje się wszelkie ćwiczenie rozumu — choćby miało na celu ożywienie uczuć pobożnych, właściwych tej świętej porze. Jest to czas religijnego odpoczynku i duchowej radości, a nawet z tego powodu, że rozważania są pewnym trudem, zdaje się nam przysługiwać prawo do ochrony przed nimi. A jednak, gdy dni mijają, gdy wdzięczność swobodnie się rozlała i radość nasyciła się do syta, godzi się z kolei spojrzeć wstecz na to, co zajmowało serce, i zastanowić się nad tym. Co więcej, zdaje się, że mamy do tego najwyższy z możliwych autorytetów: bowiem po dwóch z radosnych tajemnic — trzeciej i piątej — mówi się, że Najświętsza Dziewica czyniła właśnie to samo. Po Narodzeniu naszego Pana i Zbawiciela, tej samej uroczystości, którą właśnie obchodziliśmy, Ewangelista powiada: „Maria zachowywała wszystkie te słowa i rozważała je w swoim sercu"; a gdy znalazła Go w świątyni pośród Doktorów — co jest treścią dzisiejszej Ewangelii — „Matka Jego", czytamy, „zachowywała wszystkie te słowa w swoim sercu". Wolno mi więc, moi Bracia, nie naruszając miłości i adoracji należnej temu radosnemu czasowi Bożego Narodzenia, skierować wasze myśli ku rozważaniu, które on nasuwa — nie zawiłemu bynajmniej, wprost przeciwnie, oczywistemu dla każdego z nas, leżącemu na samej powierzchni wielkiej Tajemnicy, lecz zdolnemu, jak sądzę, zarówno umocnić wiarę, jak i pogłębić miłość, z którą przyjmujemy ją do naszych serc.

„Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas" — oto chwalebna, niedościgła, niepojęta Prawda, od której zależy cała nasza nadzieja na przyszłość i którą właśnie upamiętniliśmy. Jest to przedziwna Ekonomia Odkupienia, przez którą Bóg stał się człowiekiem, Najwyższy stał się najniższym, Stwórca zajął miejsce wśród własnych stworzeń, Moc stała się słabością, a Mądrość wydała się ludziom szaleństwem. Będący bogaty stał się ubogim; Pan wszystkiego był odrzucony: „Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli". To właśnie, powiadam, jest wielką tajemnicą tego czasu i to jest przedmiot, nad którym pragnę teraz poczynić jedną uwagę.

Powiadam tedy, moi Bracia: rozważcie, czym jest Istota Boska i co mamy na myśli, gdy wymawiamy Jej imię. Pierwszym i najważniejszym pojęciem o Niej, jeśli za przewodnika obieramy Skład Apostolski, jest Wszechmoc: „Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego". A jeśli pragniecie wniknąć w to pojęcie Wszechmocy i zbadać, czym ono jest — cofnijcie się aż do głębszej tajemnicy wieczności przeszłej. Przez niezliczone wieki, przez nieskończone okresy czasu, na długo, długo przed powstaniem jakiegokolwiek stworzenia, On był. Kiedy nie było żadnego stworzenia, na którym mógłby wywierać swoją moc, był już Wszechmocny w samej swojej Istocie — nie jako Władca jedynie, lecz jako jedyny Byt, bez niczego większego, mniejszego ani równego sobie; pełen wszelkich zasobów wewnątrz siebie, nieznający żadnej potrzeby; choć w nieskończony sposób jedyny, będący zarazem, by tak rzec, całym nieskończonym wszechświatem w sobie samym; tak że szerokość i głębokość, bogactwo, różnorodność i wspaniałość tego stworzonego świata, który widzimy, jest absolutnie niczym w porównaniu z ogromem Oceanu doskonałości, skupionej w intensywności Jego jedności. Ziemski król, choć władca i samowładca, jest zależny od poddanych; lecz Bóg Wszechmogący jest absolutnie i całkowicie wolny od jakichkolwiek koniecznych więzów ze swymi stworzeniami. Jest doskonały w sobie samym — choćby z tego jednego powodu, że istniał przez wieczne wieki, zanim którekolwiek z nich powstało; potrafił się bez nich obejść przez całą wieczność przeszłą, a potem stworzył je wszystkie z niczego. Nic od nich nie pożycza; nie jest nic winien nawet najwyższemu z nich; one natomiast jemu zawdzięczają, że mogą w ogóle trwać we własnej naturze — i z Niego czerpią, w każdym momencie, każde uderzenie swojego życia i każdy promień tej chwały, jaką posiadają.

Takim jest wszechmocny, samoistny Bóg: utwierdzony we własnym centrum, nieznający żadnego punktu oparcia ani oparcia poza sobą, z którego należałoby wprowadzać w działanie, używać lub stosować swoją niewyczerpaną moc. Może tworzyć, może niszczyć; może postanawiać i wprowadzać w czyn, może kierować, kontrolować i rozstrzygać — absolutnie wedle swojej woli. Mógłby stworzyć ten rozległy materialny świat, ze wszystkimi jego słońcami i globami oraz bezkresną przestrzenią, w jednej chwili. Cała ta przytłaczająca wielość praw, złożoność form i zawiłość mechanizmów — zarówno ich zapoczątkowanie, jak i urzeczywistnienie — jest dla Niego dziełem jednej chwili. Mógłby unicestwić go ze wszystkimi jego częściami w jednej chwili; w tej samej jednej chwili mógłby stworzyć zamiast niego inny wszechświat, nieskończenie rozleglejszy, piękniejszy, bardziej zadziwiający i nieskończenie niepodobny do tamtego, który właśnie unicestwia. Mógłby powoływać do istnienia i unicestwiać nieskończony szereg takich wszechświatów, każdy z kolei doskonalszy od poprzedniego. Jest też Stwórcą wszystkich natur rozumnych, jakie istnieją, czy to w niebiosach powyżej, czy na ziemi, czy w podziemnych krainach. Anioły w dziewięciu ich licznych chórach i ludzi w pokoleniach następujących po sobie, duchy dobre i złe, świętych i dusze na próbie, zbawionych i potępionych — najpierw stworzył i stwarza każdego w swoim czasie; po wtóre zaś prowadzi dokładny i pełny spis ich wszystkich, tak jak prowadzi rejestr wszystkich zwierząt, ptaków, ryb, gadów i owadów na całej ziemi. Żaden wróbel nie spada bez Jego wiedzy; nie ma włosa na głowie, którego by nie policzył wśród innych; i tak samo nie ma duszy, której całej historii, od początku do końca, nie miałby przed sobą — każdej myśli, słowa i czynu, każdego poruszenia przez każdy dzień i jej względnego miejsca w hierarchii zasługi i grzechu.

I chociaż w ten sposób przenika swoją obecnością i działaniem, w nieogarnionej intymności zjednoczenia, każde miejsce, każdą substancję, każdy czyn, wszędzie — jest zarazem, jak powiedziałem, nieskończenie oddzielony od wszystkiego, absolutnie nieudzielający się i niedostępny, i samoistny w swej chwalebnej Istocie. Nic nie może Go wzbogacić; nikt nie może być Jego wierzycielem, nikt nie może niczego od Niego żądać. Nie ma (jeśli wolno mi użyć takiego słowa) żadnych obowiązków wobec stworzeń, które powołał do istnienia. O ziemskiej własności powiada się, że nakłada ona obowiązki, a nie tylko daje przywileje. Takie słowa i takie pojęcia nie stosują się do samoistnego, Wiecznego Boga. On pyta swoje stworzenia: „Czy nie wolno Mi czynić ze swoim, co chcę?" A święty Paweł powiada o Nim: „Człowiecze! kimże ty jesteś, że wdajesz się w spór z Bogiem? Czy może garnek zapytać garncarza: dlaczego mnie tak uczyniłeś?" Jeśli muszę jeszcze używać słów „obowiązki" czy zobowiązania Boga Wszechmogącego, powiem, że ma On zobowiązania wobec siebie samego, lecz żadnych wobec nas. Tym, co Go wiąże, jest nakaz Jego własnych świętych i doskonałych przymiotów. Jest sprawiedliwy i prawdziwy, bo takie są Jego przymioty; lecz my nie mamy żadnych roszczeń wobec Niego. A jeśli nawet mamy roszczenia, to jedynie na mocy Jego własnej dobrowolnej i wyraźnej obietnicy, przez którą rzeczywiście się wiąże; lecz wtedy jest tylko wierny swemu słowu, bo jest Prawdą, i Jego zobowiązanie odnosi się wciąż do Niego samego, a nie do nas. Wiecie, moi Bracia, że my z kolei nie mamy obowiązków wobec świata zwierząt; nie zachodzi między nimi a nami żaden stosunek sprawiedliwości. Oczywiście jesteśmy zobowiązani, by nie traktować ich źle — gdyż okrucieństwo jest wykroczeniem przeciw świętemu Prawu, które nasz Stwórca wypisał w naszych sercach, i Jemu niem się sprzeciwia. Lecz one nie mogą niczego od nas żądać; są absolutnie oddane w nasze ręce. Możemy je używać, możemy niszczyć wedle upodobania — nie samowolnego, lecz dla naszych własnych celów, dla naszej korzyści lub zaspokojenia, pod warunkiem że możemy rozumnie uzasadnić nasze postępowanie. Nie twierdzę, że pomiędzy nami a naszym Stwórcą jest tak samo, ale to porównanie rzuca pewne światło. On nie musi nam z niczego zdawać rachunku; nie ma wobec nas żadnych roszczeń do uregulowania; my jesteśmy zobowiązani wobec Niego; On nie jest zobowiązany wobec nas, chyba że sam się zobowiąże; nie mamy przed Nim żadnych zasług i nie możemy Mu oddać żadnej usługi — chyba że Jego obietnica powołuje te pojęcia do istnienia. Powiadam: jest związany jedynie swoją własną doskonałą Naturą, nieskończenie dobrą, świętą i prawdziwą, jaką jest; i w tym jest oparcie stworzenia. Jeśli Go oskarżamy, On zwycięży, zgodnie ze słowem: „abyś był usprawiedliwiony w słowach swoich i zwyciężył, gdy Cię sądzą". A jeśli jako stworzenia jesteśmy zupełnie pozbawieni roszczeń wobec Niego, to jako grzesznicy jesteśmy pozbawieni ich podwójnie; toteż jeśli nawet Aniołowie są niepożyteczni w Jego oczach, czymże my jesteśmy?

Według słów Pisma Świętego: „Czy człowiek może być porównany z Bogiem? Cóż zyska Bóg, jeśli będziesz sprawiedliwy? Albo co Mu dajesz, jeśli twoja droga jest nieskalana? Oto nawet księżyc nie świeci jasno i gwiazdy nie są czyste w Jego oczach. Oto wśród Jego świętych żaden nie jest niezmienny i niebiosa nie są czyste w Jego oczach. Oto ci, którzy Mu służą, nie są stateczni i w Aniołach swoich znalazł nieprawość. O ile bardziej abominacyjny i niepożyteczny jest człowiek, który pije nieprawość jak wodę! Oto On odbiera, a któż Mu przeszkodzi? Kto Mu powie: Co czynisz? Dlaczego walczysz z Nim? Albowiem z żadnej ze swoich spraw rachunku nie zdaje".

Oto Wszechmoc, Samoistność, Samodzielność, nieskończona Wolność wiecznego Boga, naszego Stwórcy i Sędziego. A teraz, skoro tak jest, przejdę do tej szczególnej myśli, którą pragnę, moi Bracia, wam zaproponować do waszego rozmyślania w tym czasie.

Chodzi nie tylko o to, że Bóg stał się człowiekiem, nie tylko o to, że Posiadający wszystko stał się ubogim — lecz punkt, na którym szczególnie pragnę się zatrzymać, w przeciwieństwie do tego, o czym dotąd mówiłem, jest następujący: że Wszechmocny, Wszechwolny, Nieskończony — stał się i staje, jak powiada tekst, „poddany" stworzeniu; co więcej, nie tylko poddanym, lecz dosłownie jeńcem, więźniem, i to nie raz, lecz wielokrotnie i na wiele różnych sposobów.

Otóż zauważcie, moi Bracia: gdy odwieczny Syn Boży przyszedł między nas, mógł był przyjąć naszą naturę tak, jak Adam ją otrzymał — z ziemi — i zacząć swe ludzkie życie w dojrzałym wieku; mógł był zostać uformowany bezpośrednią ręką Stwórcy; nie musiał znać słabości niemowlęctwa ani powolnego wzrastania do dojrzałości. Tak mogło być, gdyby tego był chciał; lecz nie: wolał pokutę zajęcia miejsca w szeregu Adama i narodzenia z kobiety. Właśnie to było powodem zgorszenia dla dawnych heretyków, tak jak było nim dla wolnomyślicieli we wszystkich wiekach. Wzdragali się na myśl o takich narodzinach z Maryi, jako czymś po prostu nieznośnym i niepodobnym do wiary; a jednak w tej wierze tkwi początek przedziwnej niewoli nieskończonego Boga, o której zamierzam mówić. Nie chcę jednak więcej, niż zasugerować to waszej pobożnej medytacji. Mam na myśli długie uwięzienie, jakie przeżył przed narodzinami w łonie Niepokalanej Maryi. Tam był On w swej ludzkiej naturze — On, który jako Bóg jest wszędzie; tam był, co do swojej ludzkiej duszy, świadomy od pierwszej chwili pełną inteligencją i odczuwający skrajną dotkliwość tego więzienia, pełnego łaski, jakim było.

Nareszcie ujrzał światło i jest wolny — lecz wolny jedynie w tym sensie, że zmienił się rodzaj jego uwięzienia. Pierwszym aktem Jego Matki po narodzeniu jest zarazem przykład i zapowiedź Jego trwającej przez całe życie niewoli. „Maria porodziła swego Pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie". Zwyczaj jest w tych południowych krajach taki, że z nowo narodzonym dzieckiem obchodzi się w sposób obcy naszym czasom i naszemu krajowi. Niemowlę jest owijane w chusty bardzo przypominające całun — bandaże i opaski owijające umarłych. Pamiętacie, moi Bracia, opis wskrzeszenia Łazarza: jak to, gdy cud wyprowadził go z grobu, leżał nieruchomy, póki nie odcięto mu pęt. „Ten, co był umarły, wyszedł, związany po rękach i nogach opaskami pogrzebowymi; i rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i dajcie mu odejść". Tak samo stało się z owym Panem cudów w Jego własnym niemowlęctwie. Podporządkował się zwyczajom narodu swego, podobnie jak jego obrzędom; i tak jak długo spoczywał w łonie Maryi, teraz wyszedł z owego świętego więzienia jedynie po to, by jej kochające dłonie znów go zakuły i spętały, nakładając nań szczególną pokutę, którą sobie wybrał. I tak oto, jak jakiś nieożywiony posąg drewniany lub kamienny, Wszechmocny leży w żłobie lub na Jej piersi — podwójnie bezradny: bo niemowlęctwo Jego jest słabe i bo więzy Jego są mocne.

W tej właśnie postaci został pokazany pasterzom; tak był wielbiony przez Mędrców; tak był ofiarowany w świątyni, wzięty na ręce Symeona, zabrany nocą do Egiptu, gdy Jego czuła Matka adorowała tę poniżającą niewolę, do której nakładania nakładał na nią jej lękiem napełniający obowiązek. Tak minęły pierwsze miesiące; i chociaż w miarę upływu czasu rósł na wzroście i zrywał swoje pęta, wchodzenie w wiek młodzieńczy następowało powoli i mozolnie. A gdy na chwilę uprzedził swoje posłannictwo i zasiadł pośród Doktorów w świątyni, szybko odwołała Go nagana Matki i powrócił do niej i Józefa — i, jak z naciskiem powiada tekst, był im „poddany". Powiada się, że pracował przy rzemiośle ojca, wciąż jeszcze nie będąc panem siebie, ograniczony aż do trzydziestego roku życia do murów jednego miasta.

A gdy wreszcie nadeszła godzina wyrwania się z pokornego domu i opuszczenia Nazaretu, nawet wtedy to prawo niewoli, jak mogę je nazwać, trwało nadal — i to z okolicznościami przerażającego nasilenia. Czy nie jest bowiem przerażające, tak że aż przeraża umysł, iż w niemowlęctwie Jego czysty uścisk Matki był Jego więzieniem, a teraz, jako przygotowanie do publicznej działalności, zostaje wydany swemu wrogowi i ulega chwytaniu przez nieczystego ducha? Zbuntowany archanioł, który nie chciał podlegać władzy, który napadał na tron Boży i został wyrzucony z nieba — to on teraz trzyma mocno w garści odwieczne Słowo Wcielone, dźwiga Je, przenosi według swojej woli, prowadzi do Świętego Miasta, postawia na szczycie świątyni, i zabiera na bardzo wysoką górę, by kusić Je łapówką w postaci nieskrępowanego władztwa nad rozległą ziemią. „Cóż ma wspólnego Chrystus z Belialem?" A przecież szatanowi pozwolono na chwilowe posiadanie Wszechmocnego.

Lecz kiedy przynajmniej zacznie nauczać, będzie wolny. Moi Bracia, to prawda; lecz nawet wtedy groźby i zapowiedzi odnowionej niewoli nie ustają. Gdy tylko czyni cuda i gromadzi uczniów, Jego krewni wszczynają alarm i usiłują Go pojmać. „Gdy Jego bliscy usłyszeli o tym, wyszli, żeby Go pochwycić; mówili bowiem, że postradał zmysły". Gdy nauczał w Nazarecie, „ludzie powstali i schwytali Go siłą, i wywiedli na szczyt góry, aby Go strącić w przepaść". Innym razem był w niebezpieczeństwie ze strony własnych słuchaczy — zamierzali Go porwać siłą, aby Go obwołać królem. Innym razem „Faryzeusze i uczeni w Piśmie posłali sługi, aby Go pojmali". Innym razem Herod zamierzał Go schwytać i zgładzić.

Wreszcie miał umrzeć za nas; lecz nawet ta Jego ofiara z siebie samego nie miałaby Go zadowolić, gdyby zabrakło uwięzienia. Pozwolił On, jak powiada Kościół, *manibus tradi nocentium* — wydać się w ręce gwałtowników. Pytam teraz: jaka była potrzeba tej nadmiernej pokory? Miał przelać swoją krew i umrzeć — niezawodnie; lecz w rozlicznych rozporządzeniach Opatrzności było wiele sposobów śmierci bez wpadania w bezwzględne ręce strażników i katów. Mógł był sam przejąć sposób zaspokojenia Boskiego Dekretu i obejść się bez pośrednictwa człowieka. W historii czytamy o królach idących na śmierć, którzy odmawiali usług kata i sami poddawali się swemu losowi. I właśnie po to, by nam przypomnieć, że nie musiał doznać tego zbezczeszczenia, gdy Jego wrogowie po raz pierwszy się zbliżyli, powalił ich na ziemię. A znów po to, by wyryć w nas przekonanie, że dobrowolnie je zniósł, wzruszająco zapytał ich: „Wyszliście jak na rozbójnika, z mieczami i kijami, aby Mnie pojmać? Lecz to jest wasza godzina i władza ciemności".

Tak rzekł, i to napomnienie było bezpośrednim sygnałem dla owych szczególnych zniewag, w które zechciał przyodziać swoją mękę i śmierć. On, który poddany był tłoczni w Getsemani i agonizował, mając przy sobie jedynie Apostołów i asystujące Anioły, mógł z pewnością przejść swoją uroczystą ofiarę w samotności, tak jak ją rozpoczął; lecz wolał „ręce ludzkie"; wolał obrzydliwy pocałunek zdrajcy; wolał kije i miecze sług upadłego kapłaństwa; wolał umrzeć w środku rozwścieczonego tłumu, który Go szarpał to w tę, to w ową stronę; pod pięściami, biczami i młotami dzikich katów; raz zamknięty w ciemnicy, raz wleczony przed trybunał, raz przywiązany do słupa, raz przybity do krzyża — a potem wreszcie, gdy najgorszemu było już koniec i dusza Jego uleciała, pospieszono, co było najlepszym, co przyjaciele mogli dla Niego uczynić — pospieszono do ciasnego grobu z kamienia. O przedziwne zrządzenie, pełne tajemnicy! Że Bóg natury, Pan wszechświata, miał sobie przybrać ciało, by w nim cierpieć i umierać; i nie tylko to, lecz że nawet nie chciał sobie pozostawić przyrodzonych uprawnień człowieka, odmawiał bycia panem własnych członków i wyjścia z potrzeby matczynych ramion — jedynie po to, by wystawić się na tyraniczny uchwyt pogańskich żołnierzy.

I teraz z pewnością, moi Bracia, doszliśmy do kresu tych cudów. Rozdarł skałę; powstał z grobu; wstąpił na wysokość; jest daleko od ziemi; jest bezpieczny od zbezczeszczenia; a dusza i ciało, które przybrał, mają oczywiście udział — o ile na to pozwala stworzona natura — w suwerennej Wolności i Niezależności Wszechmocy. Bynajmniej tak nie jest: jest rzeczywiście poza zasięgiem cierpienia; lecz wy przewidujecie, moi Bracia, co jeszcze mam powiedzieć. Czy aż tak rozmiłował się w więzieniu, że postanawia powrócić na ziemię, aby, na ile jest to możliwe, jeszcze wciąż go doznawać? Czy tak wielką wartość przypisuje poddaniu swoim stworzeniom, że w przeddzień swojego wydania, zanim jeszcze odejdzie, musi po śmierci uczynić staranie, by swoja niewolę utrwalić aż do końca świata? Moi Bracia, wielka prawda stoi codziennie przed naszymi oczami: ustanowił On trwały cud swojego Ciała i Krwi pod widzialnymi postaciami po to, aby zapewnić trwałą tajemnicę Wszechmocy w więzach.

Wziął chleb, pobłogosławił i uczynił go swoim Ciałem; wziął wino, odmówił dziękczynienie i uczynił je swoją Krwią; i dał swoim kapłanom moc czynienia tego, co On uczynił. Odtąd jest znów w rękach grzeszników. Kruchy, niewiedzący, grzeszny człowiek, mocą danej mu władzy kapłańskiej, zmusza obecność Najwyższego; zamyka Go w małym tabernakulum; rozdziela Go ludziom grzesznym. Ci, którzy dopiero co zostali oczyszczeni z grzechu śmiertelnego, otwierają usta, aby Go przyjąć; ci, którzy wkrótce znów wrócą do grzechu śmiertelnego, przyjmują Go w swoje piersi; ci, którzy są skażeni marnością, samolubstwem, ambicją i pychą, ośmielają się uczynić Go swoim gościem; lekkomyślni, letni, światowi — nie boją się Go przyjmować. Niestety! niestety! nawet ci, którzy pragną być bardziej gorliwi, przyjmują Go zimnymi i błądzącymi myślami i gaszą ową Miłość, która chciałaby ich rozpalić własnym swoim ogniem, gdyby się jej tylko otworzyli. Tacy jesteśmy w najlepszym razie — a co z najgorszymi? Moi Bracia, cóż powiemy o świętokradztwie? O przyjęciu Go w serca zbezczeszczone grzechem śmiertelnym, nie opuszczonym? O tych dalszych bezimiennych zbezczeszczeniach, które od czasu do czasu się zdarzają, gdy niewiara śmie się stawić przy świętym Ołtarzu i bluźnierczo zdobywa Jego posiadanie?

Moi Bracia, jasne jest, że gdy wyznajemy Boga jedynie jako Wszechmocnego, zdobyliśmy zaledwie połowiczną o Nim wiedzę. Jego jest Wszechmoc, która może zarazem spowić się w niemoc i stać się jeńcem swoich własnych stworzeń. Posiada On — jeśli mogę tak powiedzieć — niepojętą moc uczynienia się nawet słabym. Musimy poznać Go przez Jego imiona, Emmanuel i Jezus, by poznać Go w pełni.

Jeszcze jedno słowo, zanim zakończę. Niektórzy mogą uważać, że taka myśl, jak ta, nad którą się tu rozwodziłem, jest trudnością dla wiary. Każdy ma swoje własne doświadczenia i swoje własne zgorszenia — przyznaję to. Co do mnie, moi Bracia, mogę tylko powiedzieć, że jej wpływ na mnie samego jest dokładnie odwrotny, i że choć jest ona przejmująca, to jedynie podsyca bodziec — zarówno do adoracji, jak i do wiary. Jakiż ludzki nauczyciel mógłby nam tak otworzyć wgląd w bezkresność Boskich Zamysłów? Oko ludzkie nie widziało oblicza Boga; i serce ludzkie nigdy by nie zdołało pomyśleć ani wymyślić tak przedziwnego objawienia, jakie zawiera Ewangelia, o Jego nieogarnialnych, przemożnych Przymiotach. Wierzę, że nieskończone uniżenie się Najwyższego jest prawdą, gdyż zostało ono wyobrażone. Co więcej, uznaję je za prawdziwe tak samo, jak wierzę w prawa tego materialnego świata, stosownie do tego, jak wydobywa je ludzka nauka — a mianowicie dlatego, że widzę tutaj milczące działanie, ukryte pod powierzchnią, wielkiej zasady, której nie dostrzega się, dopóki nie zostanie zbadana. Adoruję prawdę, która choć dostępna dla wszystkich, którzy jej szukają, to jednak by ujrzeć ją w jej konsekwencji i symetrii, musi być szukana. I co więcej, chlubiłem się nią, gdyż widzę w niej najgłębszy antagonizm wobec samej idei i istoty grzechu — czy to istniejącego w Aniołach, czy w ludziach. Bo czymże był grzech Lucyfera, jeśli nie postanowieniem bycia swoim własnym panem? Czymże był grzech Adama, jeśli nie niecierpliwością poddania i pragnieniem bycia własnym bogiem? Czymże jest grzech wszystkich jego dzieci, jeśli nie poruszeniem — nie samej namiętności, nie samolubstwa, nie niedowiarstwa — lecz pychy, serca buntującego się przeciw prawu Bożemu i dążącego do uwolnienia się od jego krępujących więzów? Czymże jest grzech Antychrysta, jeśli nie tym, co mówi święty Paweł: bycie „Synem Zatracenia", „który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Bożej, podając się za Boga"? Jeśli tedy samą zasadą grzechu jest nieposłuszeństwo, czy nie ma ogromnego znaczenia fakt, że On — Wieczny, który jeden jest suwerenny i najwyższy — dał nam przykład w swej własnej Osobie tej miłości poddania, która jedynie w Nim jest czysto dobrowolna, lecz we wszystkich stworzeniach jest elementarnym obowiązkiem?

O moi Bracia, zawstydzajmy się naszą własną pychą i samowolą! Przypomnijmy sobie naszą niecierpliwość wobec Bożych opatrzności wobec nas, nasze przekorne tęsknoty za tym, co być nie może, nasze uparty wysiłki, by odwrócić Jego sprawiedliwe wyroki, nasze bezowocne zmagania ze srogimi koniecznościami, które nas otaczają, nasze rozdrażnienie z powodu niewiedzy lub niepewności co do Jego woli, naszą zaciętą, namiętną samowolę, gdy tę wolę widzimy zbyt wyraźnie, naszą wyniosłą pogardę dla Jego ustanowień, naszą determinację, by robić wszystko sami, bez Niego, nasze przedkładanie własnego rozumu nad Jego słowo — te liczne, liczne postaci, w jakich przejawia się Stary Adam, a o których sumienie mówi nam, że jedna z nich jest nasza — i módlmy się do Niego, który jest niezależny od nas wszystkich, a który w tym czasie stał się jak gdyby naszym bratem i sługą, aby nauczył nas naszego miejsca w Jego rozległym wszechświecie i abyśmy pragnęli jedynie tej łaski tu na ziemi i chwały w przyszłości, którą nabył dla nas przez swoje własne uniżenie.

← wróć do odkrywania