*Uroczystość Nawrócenia św. Pawła, 3. niedziela po Objawieniu Pańskim, 1857*
*„Chętnie więc chlubić się będę z niemocy moich, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa."* — 2 Kor 12,9
Wszyscy Święci, od początku dziejów aż po ich kres, mają tę wspólną cechę, że ich doskonałość jest nadprzyrodzona, czyny heroiczne, a zasługi niezwykłe i przemożne. Wszyscy są wzorami cnót teologalnych; wszyscy zostali obdarzeni rzadką i szczególną więzią z Stwórcą i Panem; wszyscy wiodą życie pokutne; a gdy opuszczają ten świat, zostają oszczędzeni owego cierpienia, które jest udziałem rzeszy pobożnych dusz między ziemią a niebem, między śmiercią a wieczną chwałą. Lecz mimo tych różnorakich znamion przynależności do jednej i tej samej niebiańskiej rodziny, można ich podzielić, ze względu na zewnętrzny wymiar ich życia, na dwie klasy.
Z jednej strony są tacy, którzy tak głęboko zanurzeni są w życiu Bożym, że zdają się — nawet przebywając jeszcze w ciele — nie mieć żadnego udziału w ziemi ani w naturze ludzkiej, lecz myśleć, mówić i działać pod wpływem pobudzeń, uczuć i motywów czysto nadprzyrodzonych. Jeśli kochają innych, to jedynie dlatego, że kochają Boga i że człowiek jest przedmiotem Jego współczucia lub Jego chwały. Jeśli się radują, to z tego, co niewidzialne; jeśli coś ich interesuje, to tylko to, co nadziemskie; jeśli mówią, to niemal głosem Aniołów; jeśli jedzą lub piją, to niemal samym pokarmem Anielskim — w ich żywotach bowiem zapisano, że przez tygodnie żywili się niczym innym, jak tylko owym Niebiańskim Chlebem, który jest właściwym pokarmem duszy. Takimi, jak możemy przypuszczać, byli: święty Jan, święta Maria Magdalena, pustelnicy pustyni oraz wiele świętych Dziewic, których życiorysy należą do dziedziny teologii mistycznej.
Z drugiej strony są tacy — i to należący do najwyższych stopni świętości, o ile zdolne jest to dostrzec nasze oko — w których to, co nadprzyrodzone, łączy się z naturą, zamiast ją wypierać: wzmacnia ją, wynosi, uszlachetnia. Nie są oni mniej ludźmi dlatego, że są świętymi. Nie wyzbywają się swoich naturalnych darów, lecz używają ich dla chwały Dawcy; nie działają wbrew nim, lecz przez nie; nie przyćmiewają ich blaskiem łaski Bożej, lecz tylko je przemienienia. Obeznani są w wiedzy ludzkiej; czynni są wśród społeczności ludzkiej; rozumieją serce ludzkie; potrafią wnikać w umysły innych ludzi — i to wszystko dzięki naturalnym uzdolnieniom i świeckiemu wykształceniu. Chociaż sami stoją bezpiecznie w błogosławieństwie czystości i pokoju, potrafią śledzić wyobraźnią dziesiątki tysięcy wybryków pychy, namiętności i wyrzutów sumienia. Świat jest dla nich księgą, ku której poczuwają się pociągani dla niej samej, którą czytają swobodnie, która ich naturalnie zajmuje — choć mocą łaski w nich mieszkającej studiują ją i obcują z nią dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Mają więc myśli, uczucia, nastroje, upodobania, sympatie i antypatie innych ludzi, o ile nie są one grzeszne — z tą różnicą, że owe właściwości natury ludzkiej są w nich oczyszczone, uświęcone i wyniesione. Są tym wymowniejsi, poetyckiejsi, głębsi, bogatsi duchem, im są świętsi. Do tej drugiej klasy pozwolę sobie może bez zuchwalstwa zaliczyć wielu spośród Ojców starożytnych: świętego Jana Chryzostoma, świętego Grzegorza z Nazjanzu, świętego Atanazego — a nade wszystko wielkiego Świętego dnia dzisiejszego, świętego Pawła Apostoła.
Uważam za szczęśliwy zbieg okoliczności, że w tym kościele, pozostającym pod patronatem wielkich imion świętego Piotra i świętego Pawła, specjalne dni świąteczne tych dwóch Apostołów — bo za takie możemy uważać 29 czerwca w odniesieniu do świętego Piotra i dzisiejszy dzień w odniesieniu do świętego Pawła — przypadły, w pierwszym roku naszego tu gromadzenia się, każdy w niedzielę. A skoro przez opatrznościową opiekę Bożą dotarliśmy do drugiego z tych dni — Nawrócenia świętego Pawła — nie chciałbym przepuścić tej okazji, choćby z niejaką obawą co do moich sił, i ofiarować wam, Bracia, przynajmniej kilka uwag o przedziwnym dziele stwórczej łaski Bożej, miłosiernie ukazanej naszym oczom w osobie tego wielkiego Apostoła. Wiem, że nawet to, co mogę powiedzieć najlepiej, jest Go niegodne; a i tego najlepszego nie potrafię należycie przedstawić w czasie przeznaczonym na taką uroczystość. Lecz co zostaje powiedziane z nabożeństwa ku Niemu i dla chwały Bożej, będzie, ufam, pożyteczne, choćby niedoskonałe; i będzie prośbą o jego życzliwe spojrzenie na tych, którzy to mówią, i zostanie łaskawie przyjęte przez Jego i naszego Pana i Mistrza.
Ponieważ jednak zacząłem od przeciwstawienia świętego Pawła świętemu Janowi i od sugestii, że święty Jan wiódł życie prostsze pod względem nadprzyrodzonym niż święty Paweł, mogę się wam, Bracia, wydawać kimś, kto mówi na niekorzyść świętego Pawła. Możecie zatem zapytać mnie, czy jakikolwiek Święty na ziemi mógłby mieć głębszą zażyłość z Boskim Majestatem niż ta, która była dana świętemu Pawłowi. Możecie przywołać mi jego własne słowa: „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a choć teraz żyję w ciele, żyję w wierze Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał siebie samego za mnie." Możecie odwołać się do jego najzdumiewających ekstaz i widzeń — jak wówczas, gdy został zachwycony aż do trzeciego nieba i słyszał tajemne słowa, których „nie godzi się człowiekowi powtarzać". Możecie powiedzieć, że „w niczym nie ustępował" świętemu Janowi w owym pełnym grozy wtajemniczeniu w misteria królestwa niebieskiego. Zaiste, możecie tak powiedzieć — i nie zamierzam temu przeczyć. Nie możemy porównywać Świętych, ale zgadzam się z wami, że święty Paweł był obdarzony łaskami równymi, wedle naszego pojmowania, tym, które zostały dane świętemu Janowi. Z drugiej jednak strony i święty Jan nie był w owych znakach Bożej miłości w tyle za świętym Pawłem. W istocie, owe znaki należą do tych właśnie rzeczy, które w mniejszym lub większym stopniu przysługują wszystkim Świętym bez wyjątku — jak powiedziałem na początku. Tymczasem moim pytaniem jest teraz nie to, co stanowi punkt wspólny świętego Pawła ze wszystkimi innymi Świętymi, lecz to, co jest jego znakiem szczególnym, po czym go rozpoznajemy spośród innych, co jest w nim swoiste. I sądzę, że jego cechą charakterystyczną jest następująca: jak już powiedziałem, w nim pełnia Bożych darów nie dąży do zniszczenia tego, co w nim ludzkie, lecz do uduchowienia i udoskonalenia tego. Stosując jego własne słowa, użyte w innym miejscu na inny temat, lecz formułujące niejako zasadę, według której ukształtował się jego charakter: „nie chcemy być rozebrani" — powiada — lecz „przyodziani, aby to, co śmiertelne, zostało pochłonięte przez życie". W nim natura ludzka, jego ludzkie uczucia, jego ludzkie dary zostały ogarnięte i uwielbione przez nowe, niebiańskie życie; pozostały — mówi o nich w tekście naszego motta i w pokorze swej nazywa je swoją niemocą. Nie został ogołocony z natury, lecz przyodziany łaską i mocą Chrystusa — dlatego też chlubi się swoją niemocą. To jest właśnie temat, który chciałbym rozwinąć.
Pewien poeta pogański rzekł: *Homo sum, humani nihil a me alienum puto* — „Jestem człowiekiem; nic, co ludzkie, nie jest mi obce" — i zdanie to cieszyło się powszechnym i zasłużonym uznaniem. Otóż to właśnie, w pełni znaczenia, jakiej poganin pojąć nie mógł, jest — jak sądzę — cechą charakterystyczną tego wielkiego Apostoła. Nieustannie przemawia on, używając własnych jego słów, „po ludzku", „jak człowiek", „według człowieka", „w szaleństwie" — to znaczy: natura ludzka, wspólna natura całego rodu Adama, przemawiała w nim i działała w nim energiczną obecnością, z pewną cielesną pełnią, zawsze pod władczym rządem łaski Bożej, lecz nie tracąc przez to swej prawdziwej wolności i mocy wskutek owego poddania. I skutkiem tego, że natura ludzka była w nim tak silna, zdolny był wnikać w naturę ludzką i z nią współczuć z darem szczególnie mu właściwym.
Najbardziej uderzającym przykładem tego jest fakt, że chociaż jego życie przed nawróceniem zdaje się być tak sumienne i czyste, nie waha się jednak utożsamiać się z pogańskimi wyrzutkami i mówić, jakby sam był jednym z nich. Święty Filip Neri miał zwyczaj mówić przed Komunią świętą: „Panie, wyznaję przed Tobą, że jestem zdatny jedynie do czynienia zła." Na spowiedzi mówił: „Nie spełniłem ani jednego dobrego uczynku." Często mawiał: „Jestem bez nadziei." Pewnemu penitentowi rzekł: „Bądź tego pewien — jestem człowiekiem takim jak moi bliźni i niczym więcej." Otóż mam na myśli to, że w podobny poniekąd sposób święty Paweł czuł, że wszyscy jego bliźni, cały ród Adama, trwają w nim samym. Wiedział, że jest posiadaczem natury — był świadom posiadania natury — zdolnej do wszelkiej wielości uczuć, zamysłów, postanowień i grzechów, w jaką ta natura wdała się rzeczywiście w szerokim świecie i w tłumie ludzi. W tym sensie dźwigał grzechy wszystkich ludzi, utożsamiał się z nimi i mówił o nich i o sobie jak o jedności. On — ścisły faryzeusz, jak siebie opisuje, nienaganny według sprawiedliwości zakonnej, rozmawiający z Bogiem w czystym sumieniu, służący Bogu od praojców swoich z czystym sumieniem — mówi jednak w innym miejscu o sobie samym jak o pogańskim rozpustniku i wyrzutku, zanim łaska Boża go powołała. Nie tylko zalicza siebie, jak go jego urodzenie czyniło, w poczet „dzieci gniewu", lecz grupuje się razem z poganami jako ten, który „obcował w pożądliwościach ciała" i „spełniał wolę ciała". A w innym liście mówi o sobie, w czasie gdy pisał, jakby był „cielesny, zaprzedany grzechowi"; mówi o „grzechu mieszkającym w nim" i o tym, że „ciałem służy prawu grzechu" — a mówi to, powtarzam, będąc Apostołem utwierdzonymi w łasce. Podobnie też mówi o pożądliwości jakby była grzechem — wszystko dlatego, że żywo pojmował w tej swojej naturze, którą łaska uświęciła, czym jest natura w swych skłonnościach i skutkach, gdy pozbawiona jest łaski.
I tak tłumaczę sobie zamiłowanie świętego Pawła do pisarzy pogańskich — do tego, co dziś nazywamy klasykami — co jest bardzo znamienne. On, Apostoł Narodów, był wykształcony w literaturze greckiej, podobnie jak Mojżesz, prawodawca żydowski, jego odpowiednik, był wykształcony w mądrości Egipcjan; i nie wyrzekł się tej wiedzy, gdy „poznał Chrystusa". Nie sądzę, by było przesadą tak powiedzieć, skoro trzy razy cytuje ich na własną okazję: raz przemawiając do pogan ateńskich, drugi raz do swych neofitów w Koryncie, a trzeci raz w prywatnym apostolskim napomnieniu skierowanym do ucznia swego, świętego Tytusa. Tym bardziej jest to godne uwagi, że jeden z pisarzy, których cytuje, zdaje się być autorem komedii, nieroszczących sobie pretensji do czytania ze względu na jakąś wzniosłą moralność, jaką zawierają. Jakże to wytłumaczyć? Czy święty Paweł lubował się w tym, co nieobyczajne? Nie daj Boże — lecz miał uczucia anioła stróża, który widzi każdy grzech popełniany przez powierzoną mu zbuntowaną istotę, patrzy na nią i płacze. Z tą różnicą jednak, że miał współczucie dla grzeszników, jakiego Anioł — niech mi będzie wolno tak powiedzieć z należną czcią — mieć nie może. Był prawdziwym miłośnikiem dusz. Kochał biedną naturę ludzką z miłością namiętną, a literatura Greków była jedynie jej wyrazem — i nad nią się pochylał czule i smutnie, pragnąc jej odrodzenia i zbawienia.
Tak tłumaczę sobie jego zażyłą znajomość poetów pogańskich. Niektórzy starożytni Ojcowie sądzą, że Grecy znajdowali się pod szczególnym działaniem Opatrzności, przygotowującym do Ewangelii, choć nie bezpośrednio z nieba, tak jak działanie żydowskie. Otóż święty Paweł zdaje się — jeśli wolno mi tak powiedzieć — podzielać to odczucie: choć wyraźnie naucza, że poganie trwają w ciemności i w grzechu, i pod władzą Złego, nie dopuszcza jednak, by byli poza zasięgiem wzroku Bożego Miłosierdzia. Przeciwnie, mówi o Bogu jako o Tym, który „wyznaczył ich czasy i granice ich zamieszkania" — to znaczy, idzie wraz z przemianami dziejowymi i wędrówkami ludów — „aby szukali Boga, czy go jednak nie znajdą niejako po omacku", bo, jak dodaje, „nie jest On daleko od każdego z nas". Kiedy zaś Likaończycy chcieli go czcić jako boga, natychmiast stawia się na ich poziomie, zalicza siebie do nich, a jednocześnie mówi o miłości Bożej ku nim, choć byli poganami. „Mężowie" — woła — „czemu to czynicie? I my jesteśmy śmiertelni, ludzie podobni wam" — i dodaje, że Bóg w minionych czasach, choć pozwalał wszystkim narodom chodzić własnymi drogami, „przecież nie przestał dawać o sobie świadectwa, czyniąc dobrze z nieba, dając deszcze i urodzajne czasy, napełniając serca nasze pokarmem i weselem". Zauważcie: mówi „nasze serca", nie „wasze" — jakby był jednym z owych pogan — i z ludzką serdecznością zatrzymuje się nad pokarmem i weselem, jakie pokarm sprawia, które biednym poganom były dane. Dlatego jest on Apostołem, który szczególnie nalega na to, że wszyscy pochodzimy od jednego ojca, Adama; lubował się bowiem w myśli, że wszyscy ludzie są braćmi. „Bóg sprawił" — mówi — „że cały rodzaj ludzki [pochodzi] z jednego"; „jak w Adamie wszyscy umierają, tak i w Chrystusie wszyscy będą ożywieni". Przytoczę jeszcze jeden urywek z wielkim Apostołem na ten sam temat — taki, w którym czule rozważa on niewolę, udrękę, tęsknotę i wyzwolenie biednej natury ludzkiej: „Stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Bo stworzenie zostało poddane marności — nie z własnej woli, lecz przez tego, który je poddał, w nadziei, że i ono zostanie wyzwolone z niewoli skażenia na wolność chwały dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia."
To są próbki czułego uczucia, którym wielkie serce Apostoła darzyło wszystkich swoich braci, synów Adama. Lecz jeśli tyle czuł dla wszystkich ludów rozsianych po ziemi, cóż czuł dla własnego narodu! Cóż za szczególną mieszaninę, gorzką i słodką zarazem, szlachetnej dumy — jeśli tak mi wolno powiedzieć — i przeszywającego, przytłaczającego bólu gotował mu widok rodu Izraela: najwyższego z narodów i najniższego, swego ukochanego ludu, którego chwały były przed jego wyobraźnią i w jego sercu od dzieciństwa, który miał pierworództwo i obietnicę, a który zamiast z nich skorzystać, szaleńczo je odrzucił! Biada, biada — i sam był niegdyś wspólnikiem ich szaleństwa i tylko mocą cudowną Boga został z niego wybawiony! Najdrożsi, ród wspaniały, nędznie upadły — tak wielki i tak podły! Taki jest jego ton w mówieniu o Żydach — jest zarazem Jeremiaszem i Dawidem: Dawidem w swej patriotycznej trosce o nich, Jeremiaszem w swych żałobnych i pokornych oskarżeniach.
Rozważcie jego słowa: „Prawdę mówię w Chrystusie" — powiada — „nie kłamię; świadczy mi o tym moje sumienie w Duchu Świętym; że wielki mam smutek i nieustający ból w sercu moim." Wbrew widzeniom i ekstasom, wbrew cudownemu wybraniu, wbrew licznym darom, wbrew troskom Apostolatu i „staraniu o wszystkie Kościoły" — zdawałoby się, że już dość miał i powodów do smutku, i do radości — a jednak nie: to szczególne rozważanie pozostaje zawsze przed jego umysłem i w jego sercu. Mam na myśli stan jego biednego ludu, który w szalonym zaślepieniu trwał we wrogości wobec obiecanego Zbawiciela — ludu, który przez wieki wieków wyczekiwał Nadziei Izraela, przygotowywał do niej drogę, zwiastował ją, cierpiał dla niej, pielęgnował ją i chronił — a gdy przyszła, odrzucił ją i utracił owoc swojej długiej cierpliwości. „Są Izraelitami" — powiada, smutnie zatrzymując się nad ich dawnymi chwałami — „są Izraelitami, do których należy przybrane synostwo i chwała, i przymierze, i danie Prawa, i służba Boża, i obietnice; do których należą ojcowie i z których pochodzi Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen."
Jakże trudno było mu się z nimi rozstać! Wstawiał się za nimi, gdy prześladowali jego Pana i jego samego. Przypominał swemu Panu, że i on sam był niegdyś prześladowcą tego Pana — i czemu by ich nie doświadczyć jeszcze trochę dłużej? „Panie" — mówił — „oni wiedzą, że ja wtrącałem do więzienia i biczowałem po wszystkich synagogach tych, którzy wierzyli w Ciebie. A gdy przelewano krew Szczepana, świadka Twego, stałem przy tym i zezwoliłem, i strzegłem szat tych, którzy go zabijali." Widzicie — dawne jego usposobienie, uczucia i przekonania, pod wpływem których prześladował swego Pana, były zawsze wyraźnie przed nim, i uświadamiał je sobie, jakby nadal były jego własnymi. „Daję im świadectwo" — mówi — „że mają gorliwość o Boga, lecz nie według poznania." Ślepi, ślepi — zdaje się mówić — że jest w nich tyle dobrego, tyle żarliwości, tyle religijnego zapału, tyle wytrwałości, taka wola — jak Jozjasza, Matatiasza czy Machabeuszów — zachowania całego Prawa i czci dla Mojżesza i Proroków, a wszystko to zepsute, wszystko zniszczone przez jeden jedyny grzech śmiertelny! I cóż go pobudza do działania? Mojżesz pragnął niegdyś cierpieć zamiast swego buntowniczego ludu: „Przebacz im tę winę, a jeśli nie, to wymaż mnie z Twojej księgi." A teraz, gdy Nowe Prawo było właśnie ogłaszane i wybrany naród popełniał ten sam grzech, wielki jego Apostoł zapragnął tego samego: „Pragnąłem" — mówi, mówiąc o agonii, którą przeszedł — „pragnąłem sam być odłączony od Chrystusa za braci moich, którzy są moimi rodakami według ciała." A potem, gdy wszystko na próżno, gdy pozostali zatwardziali i kiedy najwyższy wyrok Boży wszedł w życie, on jednak — z czystej miłości ku nim — nie chciał po wszystkim przyznać, że są odrzuceni. Pocieszał się myślą o tym, ilu jest wyjątków od tak ponurego wyroku. „Czyż Bóg odrzucił swój lud?" — pyta. „Niech tak nie będzie! Albowiem i ja jestem Izraelitą, z nasienia Abrahamowego, z pokolenia Beniamina." „Nie wszyscy, którzy są z Izraela, są Izraelem." I zatrzymuje się nad swą ufną nadzieją ich powrotu w czasach przyszłych. „Są nieprzyjaciółmi" — mówi, pisząc do Rzymian — „dla waszego dobra" — to znaczy: wy zyskaliście na ich stracie — „ale są najmilszymi ze względu na ojców; bo dary i powołanie Boże są nieodwołalne." „Zatwardziałość dotknęła część Izraela, aż wejdzie pełnia pogan, i tak cały Izrael będzie zbawiony."
Bracia, wyjaśniłem do pewnego stopnia, co miałem na myśli, mówiąc o charakterystycznym darze świętego Pawła jako o szczególnym pojmowaniu natury ludzkiej jako rzeczywistości i o głębokiej z nią zażyłości jako z przedmiotem nieustannego rozważania i uczucia. Całkowicie uczynił ją swoją, zamiast ją unicestwić; współczuł jej, umartwiając ją zarazem pokutą i uświęcając udzieloną mu łaską. Chociaż nigdy nie był poganinem i nie był już Żydem, był — jeśli tak mogę powiedzieć — poganinem z możności, a Żydem z przeszłości. Jego żywa wyobraźnia pozwalała mu wnikać w stan pogaństwa z wszystkimi owymi skłonnościami, które w jego naturze ludzkiej drzemały, a niemoce jego rozwinięte w grzech. Jego czujna pamięć pozwalała mu przywoływać owe dawne uczucia i wyobrażenia Żyda, które u innych cudowne nawrócenie mogło bylo zatrzeć; i tak — będąc Świętym nikomu nie ustępującym — pozostawał naocznie i z całą mocą człowiekiem, a we własnym odczuciu jeszcze grzesznikiem.
A skoro tak jest, czyż nie widzicie, Bracia, jak był predestynowany do urzędu Doktora Powszechnego i Apostoła — nie tylko Żydów, ale i narodów pogańskich? Bóg Wszechmogący działa czasem przez cud, lecz zazwyczaj przygotowuje swoje narzędzia metodami tego świata; i jak pociąga dusze do siebie „powrozami Adamowymi", tak i dobiera je do swego użytku według ich naturalnych uzdolnień. Święty Jan, spoczywający na Jego piersi, którego księgą było Najświętsze Serce Jezusa i którego szczególną filozofią była *scientia sanctorum* — ten nie został wybrany na Doktora Narodów. Święty Piotr, wtajemniczony w misteria Credo, Arbiter doktryny i Władca wiernych — i ten został pominięty w tej misji. Temu zaś szczególnie dane było głosić światu, który świat znał; on podbił serce, bo serce rozumiał. Jego współczucie było środkiem jego wpływu; jego serdeczność była tytułem i narzędziem jego władztwa. „Stałem się dla Żydów jak Żyd" — mówi — „aby Żydów pozyskać; dla tych, którzy są pod Prawem, jak gdybym był pod Prawem, aby pozyskać tych, którzy są pod Prawem. Dla tych, którzy są bez Prawa, jak gdybym był bez Prawa, aby pozyskać tych, którzy są bez Prawa. Dla słabych stałem się słaby, aby słabych pozyskać. Stałem się wszystkim dla wszystkich, aby ocalić przynajmniej niektórych."
A teraz, Bracia, czas mi się kończy, zanim dobrze zacząłem swój temat. Jakże bowiem można powiedzieć, że dotknąłem już wielkiego Apostoła, skoro nie dotknąłem jeszcze jego chrześcijańskich uczuć i jego postawy wobec dzieci Bożych? Mówiłem jak dotąd przede wszystkim o jego współczuciu z naturą ludzką nie wspieraną i nie odrodzoną — nie o tej tęsknocie jego serca, jaką okazywał w działaniu pod wpływem łaski Odkupiciela. Lecz może najstosowniej jest w uroczystość jego Nawrócenia zatrzymać się w tym miejscu, w którym dzień go zostawia; a może też zostanie mi pozwolone przy innej okazji — jeśli nie jest to zuchwalstwo — mówić o nim na nowo.
Tymczasem — niechaj ten chwalebny Apostoł, ten najsłodszy z natchnionych pisarzy, ten najbardziej wzruszający i ujmujący z nauczycieli — niech wyświadczy mi jakieś dobro, gdyż zawsze czułem ku Niemu szczególne nabożeństwo! Niechaj ten wielki Święty, ten człowiek o rozległym umyśle, o różnorakich sympatiach, o serdecznym sercu, ma życzliwą myśl dla każdego z nas tu obecnych, stosownie do naszych poszczególnych potrzeb! Zabrał ze sobą ludzkie myśli i uczucia na swój tron wysoko; i choć ogląda Nieskończoną i Wieczną Istotę, pamięta jeszcze dobrze ów burzliwy, niespokojny ocean poniżej — nadziei i obaw, porywów i pragnień, wysiłków i niepowodzeń — który jest teraz tym samym, czym był wówczas, gdy tu przebywał. Prośmy go, aby wstawiał się za nami przed Majestatem Najwyższym, abyśmy i my mieli jakiś udział w owej czułości, współczuciu, wzajemnym przywiązaniu, miłości braterskiej, obrzydzeniu do kłótni i podziałów, w których on celował. Prośmy go szczególnie, jak jesteśmy do tego zobowiązani, aby błogosławił Najprzewielebniejszemu Prałatowi, pod którego jurysdykcją tu żyjemy i którego dniem uroczystym jest ten dzień; aby wielkie imię Pawła było dla niego twierdzą mocy i źródłem pociechy teraz, i w godzinie śmierci, i w dniu rachunku.