HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania na różne okazje

U10

Gdy ktoś mnie skrzywdziłGdy potrzebuję nadziei Kościół a świat i państwoNatura i jedność Kościoła
W skrócie. Druga część kazania IX opisuje trudne położenie katolików w protestanckiej Anglii — doświadczenie prawnego i społecznego ucisku, pogardę otoczenia oraz wewnętrzne zagrożenie ze strony grzechu w samych szeregach Kościoła. Newman wzywa do odwagi czerpanej nie z ludzkich środków, lecz z wiary w nieujarzmioną siłę Kościoła. Wyraża lęk przed niemoralnością wśród samych wiernych jako największym zagrożeniem.

„Boję się obecności grzechu pośród nas.”

znaczy bierną podatność na wrażenia. Większość ludzi w tym kraju woli, by opinie przychodziły do nich same, niż by trudzić się ich szukaniem. Lubią, gdy się ich obsługuje, lubią, gdy się z nimi radzi, bo lubią być centrum własnego świata. Jak możni miewają sługi i dworzan na każdą potrzebę dnia, tak w epoce takiej jak ta — gdy każdy czyta i ma głos w sprawach publicznych — koniecznie trzeba mieć ludzi, którzy dostarczą im idei, odzienia dla umysłu, i to najlepszego kroju. Stąd bierze się przemożny w naszych czasach wpływ prasy periodycznej — kwartalnej, miesięcznej, dziennej; ona to uczy tłumy, co myśleć i co mówić. I tak oto w tej epoce każdy jest intelektualnie swego rodzaju absolutnym królem, choć jego królestwo ogranicza się do niego samego lub do rodziny; może bowiem przynajmniej myśleć i mówić — choć nie zawsze działać — co mu się podoba, i to bez żadnego trudu, bo ma w bród intelektualnych sług na każde skinienie. Czy można przypuszczać, że człowiek będzie się trudzić samodzielnym dociekaniem prawdy, skoro może za nią zapłacić? Jedynym jego celem jest tania wiedza; żeby mieć pod ręką gotowe poglądy na objawienie, na dogmat, na politykę, na postępowanie — słowem na dobro i zło — tak jak ma zastawiony stół na śniadanie i wszystko przygotowane do posiłku. Tak właśnie kształtuje się umysł angielski w swojej dzisiejszej postaci. Są narody z natury tak ukształtowane do spekulacji, że poszczególni ich członkowie — niemal tak jak jedzą, piją i pracują — będą sami rodzić doktryny i śledzić idee; ci mają, oczywiście, własne trudności w poddaniu się Kościołowi, lecz Anglik nie jest z tej gliny. Jest po swojemu dzieckiem okoliczności: zapalony do działania, lecz w sprawach opinii bierze, co przyniesie los — z tym tylko zastrzeżeniem, by go nie nękano ani nie niepokoiło o to. Nabywa swoich opinii jak popadnie: część z domu rodzinnego, część ze szkoły, część ze świata, i trwa przy nich z zapałem, bo są jego własne. Inni ludzie przynajmniej poddają je osądowi i sprawdzają według jakiejś reguły. Jemu nie chce się tego robić; bierze je takimi, jakimi są, czy pasują do siebie, czy nie, lekceważy niekoherencję i sądzi, że unikanie zbytniego dociekania jest właśnie dowodem zdrowego rozsądku, dobrego smaku, bystrości i trzeźwości umysłu. Jedyne, na czym mu zależy, to by nikt go nie pouczał — o to jest dostatecznie zazdrosny. Zadowala się chodzić w tym stroju, w jakim jest. Opinie przyszły — i muszą przy nim zostać; a jak nie lubi trudu przy ich nabywaniu, tak i nie znosi krytyki w ich używaniu.

Gdy więc przed nim staje przeraźliwa postać katolicyzmu, o którym słyszał już tyle dobrego i tyle złego — tyle złego, które go odpycha, tyle dobrego, które go zdumiewa i niepokoi — gdy ta wielka wizja, dotąd znana mu z książek i z pogłosek, lecz nie z osobistego widoku i słuchu, staje przed nim twarzą w twarz, napotyka człowieka bardzo różnego od prostego Anglo-Sasa, do którego pierwotnie przybyła. Napotyka istotę nie z surowej natury, lecz o uformowanych nawykach, niechętną zmianie i urażoną jakimkolwiek narzucaniem się; istotę, która patrzy na nią uważnie i odtrąca ją, i nienawidzi jej — przede wszystkim dlatego, że gdyby jej słuchać, sprawiałaby mu wiele kłopotu. Pragnie być zostawiony w spokoju; a tu oto zjawia się nauka, która podaje się za objawioną, która chciałaby ukształtować jego umysł w oparciu o nowe idee, których musi się uczyć, i które — jeśli nie potrafi ich gruntownie opanować — musi zapożyczać od obcych. Sama myśl o teologii czy rytuale przeraża go i przygniata; to jarzmo, bo czyni religię trudną, nie łatwą. Dość jest trudu w uczeniu się spraw tego życia, nie trzeba jeszcze zajmować się objawieniami innego. Nie chce wierzyć, że Wszechmocny powiedział nam aż tyle rzeczy, i chętnie słucha każdego, kto lub cokolwiek utrzymuje coś przeciwnego. Co więcej, urażony jest samą ideą narzucania: „dom Anglika jest jego twierdzą" — maksyma jak najbardziej zbawienna w polityce, jak najbardziej niebezpieczna w postępowaniu moralnym. Nie może znieść myśli, że miałby nie mieć własnej woli lub własnego zdania w jakiejkolwiek kwestii badawczej, cokolwiek by to było. To nieznośne, jak mu się zdaje, nie móc myśleć samodzielnie w sprawach najbardziej wzniosłych i najtrudniejszych; to zniewaga, gdy się mu mówi, że Bóg przemówił i uczynił poszukiwanie zbędnym.

4. A rozważmy jeszcze to: choć może to dziwić tych, którzy go nie znają, on naprawdę wierzy w ową przypadkową zbieraninę przekonań, o której mówiliśmy; nawyk uczynił mu to wszystko czymś naturalnym i bierze to za pewnik; sądzi, że jego własny ogląd rzeczy jest jasny jak słońce, a każdy inny — nieracjonalny i śmieszny. W dobrej wierze i szczerości serca uważa, że Anglik wie o Bożych sprawach z ludźmi więcej niż ktokolwiek inny; wszystko zaś w niebie i na ziemi mierzy płynnymi opiniami, które napłynęły do jego umysłu. A zwłaszcza jest pewien swych zasad i o nich przekonany; uważa je za dyktaty najprostszego i najbardziej bezwzględnego zdrowego rozsądku, i ani przez chwilę nie przychodzi mu do głowy, że obiektywna prawda domaga się poszukiwania, a objawiona doktryna wymaga ustalenia. On sam jest ostatecznym sankcjonowaniem i instancją odwoławczą dla wszystkiego, co wyznaje. Pomijając więc oburzenie, jakie w tych okolicznościach naturalnie czuje, gdy się go zaprasza do powrotu do szkolnej ławy — jego obecne opinie stanowią skuteczną przeszkodę, by kiedykolwiek uznał Boskie posłannictwo katolicyzmu; krytykuje bowiem katolicyzm właśnie tymi opiniami, które są mu antagonistyczne, i czerpie miarę prawdy i błędu ze źródła już z góry mu przeciwnego. I tak widzicie ów częsty przypadek: naprawdę zacni ludzie, co by nie robili, nie mogą pogodzić swego umysłu z nauczaniem i postępowaniem Kościoła katolickiego. Im więcej stykają się z jego członkami, tym bardziej potwierdzają się ich najgorsze podejrzenia. Nie chcieli, powiadają, wierzyć w popularne opinie o jego antychrześcijańskim charakterze; lecz naprawdę, po tym, co widzieli u jego władz i jego ludu, nie pozostaje im nic prócz wrogości wobec niego, której sami nie pragną. Chcieliby myśleć jak najlepiej o wszystkich; ale ta kościelna decyzja, owo przemówienie, ta książka, tamci ludzie, te wyrażenia, ten tok myślenia, te osiągnięte wyniki — wszystko zmierza w jednym kierunku i zmusza ich do porzucenia życzliwości, która jest tak samo zgubna, jak złudna. Tak mówią, bracia moi; lecz nie widzą, niestety, że zakładają z góry właśnie tę kwestię, o którą toczy się spór; pierwotne pytanie bowiem brzmi: czy katolicy, czy oni mają rację w swoich odpowiednich zasadach i poglądach? — a rozstrzygać to wyłącznie na podstawie tego, co jest dla nich samych nawykowe, to pełnić zarazem urząd oskarżyciela i sędziego. A jednak mnóstwo ludzi rozsądnych i poważnych, prowadzących uregulowane życie, spogląda na Kościół katolicki i cofa się przed jego obliczem z powodów nie lepszych niż te. Nie mogą go znieść; cała ich istota się od niego wzdraga; pozostawia, jak mówią, gorzki smak w ustach; wszystko takie nowe, takie dziwne, tak niepodobne do tego, do czego przywykli, tak niepodobne do anglikańskiej modlitewnej księgi, do jakiegoś ulubionego autora, tak różne od tego, co sami by zrobili lub powiedzieli, wymaga tyle objaśnień, jest takie naciągane i nienaturalne, takie nierealne i przesadne, takie niespokojne, ba — niegodziwe, takie bezduszne, że nie mogą go nawet tolerować. Msza jest taka trudna do śledzenia, my mówimy modlitwy tak bardzo prędko, siadamy, gdy należałoby stać, rozmawiamy swobodnie, gdy należałoby zachować powagę, inaczej obchodzimy niedzielę niż oni, mamy takie własne pojęcia o małżeństwie i celibacie, pochwalamy śluby zakonne, i klasyfikujemy cnoty oraz grzechy według tak nierozumnej miary — te i tysiąc tym podobnych szczegółów stanowi, w przypadku wielu, rozstrzygający dowód, że zasługujemy na obraźliwe epitety, jakimi nas obrzuca świat.

5. Pamiętajcie też, bracia moi, że wielka część codziennych czynów, gdy się je dokładnie zbada, nie jest sama w sobie ani dobra, ani zła, lecz tylko w zależności od osób, które ich dokonują, i od okoliczności czy pobudek, w jakich są spełniane. Są, oczywiście, czyny, których żadne okoliczności zmienić nie mogą — które we wszystkich czasach i we wszystkich miejscach są obowiązkami lub grzechami. Prawdomówność, czystość — zawsze są cnotami; bluźnierstwo — zawsze jest grzechem; lecz mówić o kimś źle nie zawsze jest obmową, a przysięgać nie zawsze jest braniem imienia Bożego nadaremno. To, co jest właściwe u jednego człowieka, może być złe u drugiego; i stąd biorą się różnorodne opinie o ludziach publicznych, których w większości nie można prawdziwie osądzić bez znajomości ich zasad, charakterów i pobudek. Tu kryje się kolejne źródło przekłamań dotyczących Kościoła i jego sług: wiele z tego, co czynią, dopuszcza zarówno dobrą, jak i złą interpretację; a gdy świat, jak zakładałem, wychodzi z założenia, że jesteśmy hipokrytami lub tyranami, że jesteśmy bez skrupułów, chytrzy i bezbożni — łatwo dostrzec, jak te same czyny, które wychwala u swoich przyjaciół, będzie bez wahania potępiał w przypadku tych, których nienawidzi lub podejrzewa. Gdy ludzie żyją we własnym świecie, we własnych nawykach i sposobach myślenia, jak to opisywałem, nabierają nie tylko ciasności, ale i tego, co można by nazwać jednostronnością umysłu. Nie mierzą nas tą miarą, jaką przykładają do postępowania swego i wzajemnie; to, co pochwalają lub dopuszczają u tych, których podziwiają, jest dla nich obrazą w naszym przypadku. Każdy mijający dzień przynosi zatem, rzecz jasna, ciąg zarzutów wobec nas — właśnie dlatego, że przynosi następstwo naszych słów i czynów. Cokolwiek robimy, czegokolwiek nie robimy — jest to dowód przeciwko nam. Czy argumentujemy? — ludzie dziwią się naszej bezczelności lub tupetowi; czy milczymy? — jesteśmy podstępni i głęboko ukryci. Czy odwołujemy się do prawa? — po to, by go obejść; czy jesteśmy posłuszni Kościołowi? — to znak naszej nielojalności. Czy głosimy nasze pretensje? — bluźnimy; czy je ukrywamy? — jesteśmy kłamcami i hipokrytami. Czy wystawiamy przepych naszej ceremonii i stroje naszych zakonnych? — nasza bezczelność stała się nieznośna; czy je odkładamy na bok i ubieramy się jak inni? — wstydzimy się być widziani i przemykamy jak spiskowcy. Gdyby katolicki ksiądz żywił wątpliwości co do wiary — byłby to fakt interesujący i wzruszający, stosowny na zebrania publiczne; gdy zaś protestant duchowny wątpi w protestanckie opinie — to nieuczciwe zjadanie chleba Kościoła anglikańskiego. Gdy protestant wyklucza katolickie książki ze swego domu — jest dobrym ojcem i panem; gdy katolik czyni to samo z protestanckimi traktatami — boi się światła. Protestanci mogą wyśmiewać część naszych Pism Świętych, zwie nąc je apokryfami; nam nie wolno potępić li tylko protestanckiego przekładu Biblii. Protestanci mają prawo szczycić się posłuszeństwem swej głowie kościelnej; nam nie wolno być wiernymi swojej. Protestantski laik może samodzielnie ustalać i głosić warunki zbawienia; my jesteśmy bigotami i despotami, jeśli tylko ogłaszamy to, co tysiąc lat uświęciło. Katolik jest zdradziecki, gdy protestant jest ostrożny; protestant szczery i uczciwy, gdy katolik jest pochopny lub bezbożny. Ani jedno słowo, które wypowiadamy, ani jeden czyn, który spełniamy, nie jest postrzegany inaczej niż przez medium owej jednej idei, w świetle owego jednego uprzedzenia, które nasi wrogowie żywią wobec nas; żadne słowo ani czyn nie jest poczytywane inaczej, jak tylko na podstawie pierwotnego założenia, że z pewnością przychodzimy z dołu i jesteśmy sługami Antychrysta.

6. Otóż, drodzy bracia, nie powiedziałem ani słowa o wielu innych rzeczach, na które można by jeszcze nalegać i które mają doniosłe znaczenie. Nie powiedziałem ani słowa o tym nieszczęsnym interesie, jaki mają ludzie w odrzucaniu religii tak surowej wobec świadomego grzesznika, jak nasza: nikt nie lubi proroka niedoli. Nie ukazałem wam też, jak mógłbym to uczynić, jak naturalne jest, że ci, którzy siedzą w domu i oceniają wszystko wedle swego osobistego doświadczenia tego, co jest możliwe, i prywatnego wyobrażenia o tym, co jest dobre — są, po ludzku mówiąc, niezdolni do wiary w tajemnice religijne, takie jak nasze. Uważają za prawdziwe tylko to, co jest im bliskie; i w konsekwencji traktują same nasze doktryny jako proste obalenie naszych pretensji. Nie mówiłem też o przekłamaniach i oszczerstwach, którymi ojciec kłamstwa zalewa umysły ludzkie, i które tak bezpiecznie można głosić, bo on wie, że są tak mile słyszane. Niestety! nie ma oszczerstwa zbyt grubego dla łatwowierności naszych rodaków; nie ma na nas oskarżenia tak potwornego, którego nie pochłonęliby zachłannie jak wody. Jest popyt na takie zmyślenia i stosowna podaż; nasza starożytność, nasza rozległość, nasza osobliwość, nasze sukcesy, nasza niezmienność — wszystko domaga się wyjaśnienia; i witają głosiciela jako proroka, który improwizuje przeciw nam jakąś krwawą opowieść, a mówcę — jako ewangelistę, który wskazuje na jakiś prawdziwy skandal Kościoła, miniony i zapomniany, człowieka lub środek, jako wzorzec faktu katolicyzmu. I tak się dzieje, że budzimy nieufność, strach, nienawiść i pośmiewisko, gdziekolwiek spojrzymy; wszystkie stronnictwa, najbardziej sobie wrogie, są jeszcze bardziej wrogie nam i gotowe zjednoczyć się w ataku na nas. Nie ma nikogo, komu brakowałoby odwagi, by nami pomiatać; nie jest tchórzostwem oskarżać nas, gdy nie możemy odpowiedzieć, ani okrucieństwem przypisywać nam tego, czym gardzimy. Jesteśmy łatwym łupem dla wszystkich chętnych. Innych ludzi atakują w ich doktrynach, nas — w naszych osobach; uważa się nas za moralnie i indywidualnie skażonych, nie mamy nawet naturalnej dobroci; nie tylko nie znamy odrodzenia, lecz jesteśmy naznaczeni i opieczętowani jako słudzy złego. Mamy jego piętno na czołach. Nikt nie wyobraża sobie, że jesteśmy żywymi ludźmi z ludzkimi sercami i wrażliwymi uczuciami; nie, najlepsze, czego możemy się spodziewać, to być traktowanymi jak cienie przeszłości, imiona z tysiąc mil odległości, abstrakcje, komunały, postacie historyczne lub rekwizyty teatralne; ziemia jałowa, na którą można wyrzucić każdy ładunek nadużyć; wygodne piorunochrony chorego atmosfery politycznej — którzy nie są Anglikami, nie mają praw obywatelskich, żadnego prawa do odszkodowania ani żadnego tytułu do pobłażliwości, lecz którym dobrze się powodzi — zdaje się — jeśli w ogóle wolno im zanieczyszczać tę wolną glebę swą odrażającą obecnością.

I tak jesteśmy zdani na siebie samych; bo cokolwiek byśmy czynili na scenie świata, jest obracane przeciwko nam jako przestępstwo. Nasze najniewinniejsze czyny, nasze próby przypodobania się wspólnocie, nasze pełne nadziei wysiłki pojednania wrogów, nasze wyrazy miłości — są odrzucane z pogardą, ku naszemu bólowi i rozczarowaniu. Nasza prostota, brak doświadczenia życiowego, nieznajomość natury ludzkiej, brak taktu i roztropności — są poczytywane za dwulicowość; a im bardziej szczere i otwarte są nasze wyznania, tym pewniej uważa się, że kryje się za nimi jakiś podstęp. Nigdy nie jesteśmy tak dwulicowi, jak gdy jesteśmy szczerzy. Nigdy nie jesteśmy tak przebiegli, jak gdy oskarżono nas i uniewinniono. Tak oto nie wiemy, jak cokolwiek, co robimy, może być przyjęte; i w końcu, z zranionymi uczuciami, postanawiamy dać sobie spokój — nigdy nie wiedząc, gdzie można znaleźć ludzi ani jak ich traktować. Muszę przyznać, bracia moi, że te nasze okoliczności często mi przypominają pewne powikłanie, nierzadkie, jak sądzę, w powieściach popularnego pisarza, który umarł przed dwudziestu laty. Upodobał sobie przedstawianie niewinnych osób uwikłanych w okoliczności, które wiarygodnie dowodzą ich winy i których nie mogą oni zadowalająco wyjaśnić. Zdaje mi się, że pamiętam pewnego młodego człowieka oskarżonego o zdradę stanu; gdy fakt po fakcie jest przytaczany na jego niekorzyść, on, świadomy swej niewinności, lecz czując pomysłowość oskarżenia i pozorną oczywistość dowodów, którymi jest poparte, a ponadto uprzedzenie i zimny sceptycyzm sędziego — wybucha łzami, kryje twarz w dłoniach i odmawia dalszego odpowiadania na pytania. „Róbcie, co chcecie" — zdaje się mówić — „ani słowa więcej mi z siebie nie wydobędziecie. Nie chcecie mi wierzyć — przestańcie pytać. Jesteście zdecydowani, że jestem winny — korzystajcie do woli ze swego przekonania." To, co jest tam przedstawione w fikcji, przydarza się nam w rzeczywistości. Jesteśmy niewinni, wyglądamy na winnych, tracimy nadzieję na uniewinnienie, na które zasługujemy; lecz nie kryjemy twarzy w dłoniach — wznosimy dłonie i twarze ku naszemu Odkupicielowi. „Jak oczy sług zwrócone są ku rękom swych panów, oczy służebnicy ku rękom jej pani, tak oczy nasze ku Panu, Bogu naszemu, aż się zmiłuje nad nami. Zmiłuj się nad nami, Panie, zmiłuj się nad nami, bo wielce jesteśmy napełnieni wzgardą. Jesteśmy powodem szyderstwa bogatych i wzgardy pysznych." Do Ciebie się odwołujemy, prawdziwy Sędzio, bo Ty nas widzisz. Nie dbamy o człowieka, póki Ciebie mamy. Możemy rozstać się ze stworzeniem, póki mamy Stwórcę. Możemy znosić „sidło niesprawiedliwego języka i wargi tych, którzy kują kłamstwo", mając Twoją obecność w naszych zebraniach i Twoje świadectwo i Twoją aprobatę w sercach naszych.

Nie radujemy się zatem, nie możemy się radować w duchu czysto ziemskim ani w tonie politycznym, z okazji wydarzenia, które dziś obchodzimy; nie — jesteśmy zbyt świadomi zarówno naszych Boskich prerogatyw i wysokiego powołania, jak i ciężaru tej oszczerczej zniewagi, która jest naszym krzyżem. Radujemy się nie „jako ci, którzy się radują w czas żniwa, ani jako zwycięzcy, gdy łupy dzielą". Radujemy się zapewne, lecz uroczyście, po Bożemu, mężnie — jak kapłani Pańscy, gdy nieśli na pole bitwy „arkę Pana, Boga całej ziemi". Radujemy się jak ci, którzy tak bardzo miłują ludzkie dusze, że pójdą przez wiele trudów, byle je zbawić, lecz bardziej miłują Boga i w Nim znajdują pełną nagrodę za wszelkie rozczarowania; jak ci, których praca dotyczy grzeszników, lecz dział — świętych. Miłujemy was, ludzie tego pokolenia, lecz się was nie boimy. Zrozumcie dobrze i weźcie sobie do serca: będziemy pełnić dzieło Boże i wypełniać nasze posłannictwo — za waszą zgodą, jeśli ją uzyskamy; mimo was, jeśli nie. Nie możecie nas tknąć inaczej, jak tylko w sposób, o jakim wam się nie śni — siłą zbrojną; ani nam nie śni się prosić o więcej niż to, czego żądał Apostoł: wolności słowa, „otwartych drzwi", które, z Bożą łaską, będą „widoczne", choćby było „wielu przeciwników". Pragniemy jedynie podbić was apelami do waszego rozumu i serca; dajcie nam tylko wolne pole i dość czasu, a mamy nadzieję osiągnąć swój cel. Nie mówię, że osiągniemy go w tym pokoleniu; nie mówię, że osiągniemy go bez własnych cierpień; ale patrzymy w przyszłość i nie patrzymy na siebie samych. Co do nas samych — świat dawno już zrobił nam, co tylko mógł: dawno nas zahartował na to spotkanie. W kwestii niesławy i kpiny wyrzucił na nas dawno już wszystko, co miał do wylania, i teraz jest bez środków. Nie może powiedzieć o nas więcej, niż już powiedział. Rozstaliśmy się z nim przed wielu laty; dawno już wybraliśmy swój dział ze starą wiarą raz przekazaną świętym i głęboko pojęliśmy, że z wyznaniem tej wiary związana jest kara. Nikt nie głosi prawdy zwiedzionemu światu, by sam nie był traktowany jak oszust. Znamy nasze miejsce i nasz los: dawać świadectwo i być wyszydzanym; być odrzucanym jako złym i odnosić triumf. Takie jest prawo, które Pan wszystkich dołączył do głoszenia prawdy: jej kaznodzieje cierpią, lecz jej sprawa zwycięża. Z radością przystaliśmy na tę umowę; a jak zgodziliśmy się na cenę, tak zamierzamy, z Bożą pomocą, dochodzić odszkodowania.

Nie bójcie się zatem, drodzy bracia w domostwie wiary, żadnego ucisku, który może nas spotkać — lub was — jeśli ucisk jest wolą Bożą; ucisk jedynie dowiedzie prostoty waszego i naszego oddania Jemu. Gdy Pan chodził po morzu, Piotr wyszedł mu naprzeciw, a „widząc wicher silny, zlękł się". Nie wątpcie, że Ten, który pochwycił ucznia za rękę, ukaże się, by was ocalić; nie wątpcie, że Ten, który mógł tak pewnie kroczyć po falach, potrafi sam w sobie uźwignąć każdy ciężar, jaki waszą słabością rzucicie na Niego, i być waszym niezachwianym schronieniem i domem pośród kołysania i zgiełku burzy. Fale szalały wokół Apostoła — i nic więcej uczynić nie mogły; mogły jedynie wzbudzić jego strach; mogły jedynie napaść na jego wiarę; nie mogły go skrzywdzić inaczej, niż kusząc go; nie mogły go pokonać inaczej, jak przez niego samego. Póki był wierny sobie, był bezpieczny; gdy się przestraszył i zwątpił, zaczął tonąć. Tak jest i teraz: „przeciwnik wasz, diabeł, jako lew ryczący krąży" — na więcej go nie stać. Tak mówi wielki święty Antoni, pierwszy mnich, który przeżył swoje długie życie na egipskiej pustyni i miał obfite doświadczenie walk ze złym duchem. Mówi swoim dzieciom, że złe duchy hałasują i stukają, i wrzeszczą, i ryczą, bo nie mają nic innego do roboty; to ich sposób odganiania nas od Zbawiciela. Bądźmy wierni sobie, a burzliwy wicher ustanie, rozsrożone morze ucichnie. Nie boję się, bracia moi, tego chwilowego wrzasku naszego wroga; nie boję się tego wielkiego narodu, pośród którego mieszkamy, z którego krwi pochodzimy, i który ma jeszcze, pod nawykami tych późniejszych wieków, zaczątki tej wiary, przez którą na początku narodził się na nowo dla Boga; który mimo utraty darów niebieskich zachowuje miłość sprawiedliwości, mężną postawę i łagodność serca, które Grzegorz dostrzegł w ich własnych obliczach. Nie obawiam się o naszego Ojca Świętego, którego szczerość miłości do Jego dawnej owczarni, którego prostotę i prawdomówność dobrze znam. Nie obawiam się o gorliwość kolegium naszych biskupów, świętość stanu naszego duchowieństwa ani o wewnętrzną doskonałość naszych zakonnych. Jednej rzeczy się boję. Boję się obecności grzechu pośród nas. Bracia moi, powodzenie Kościoła nie zależy od papieża, ani od biskupów, ani od kapłanów, ani od mnichów — spoczywa na was samych. Jeśli obecne łaski Boże obróciłyby się wniwecz, stałoby się tak dlatego, że grzech je unicestwił. Pijak, bluźnierca, nieuczciwy handlarz, człowiek rozwiązły — oto będzie nasza zguba; jawny skandal, ukryty grzech znany tylko Bogu — oto prawdziwy zastęp diabła. Możemy zwyciężyć każdego wroga prócz tych: zepsucie, pustka wewnętrzna, zaniedbanie łask, martwe serce, światowość — to będzie dla nas zbyt wiele.

I, drodzy bracia, jeśli z Bożego miłosierdzia należycie do tych, którzy są uchronieni od tych bardziej jawnych niebezpieczeństw i zwyklejszych pokus ludzkości, to trwajcie w modlitwie za wszystkich, którzy są w podobnym stanie jak wy, byśmy wszyscy mogli „zapomnieć o tym, co za nami, i wyciągać się ku temu, co przed nami"; byśmy mogli „przyłączać do wiary cnotę, do cnoty umiejętność, do umiejętności wstrzemięźliwość, do wstrzemięźliwości cierpliwość, do cierpliwości pobożność, do pobożności miłość braterską, do miłości braterskiej miłość". Módlcie się, byśmy nie stanęli poniżej tego powołania, do którego Bóg nas wzywa; byśmy byli nawiedzeni Jego skuteczną łaską, uzdalniającą nas do zerwania więzów oziębłości i lenistwa, do panowania nad własną wolą, do rządzenia naszymi czynami przez cały dzień, do nieustannego wzrostu w pobożności i gorliwości ducha; i byśmy, gdy słabnie nasza naturalna krzepkość, czuli ową żywszą energię, która pochodzi z nieba.

---

← wróć do odkrywania