*Wygłoszone w St. Mary's, Oscott, na pogrzebie ks. prał. Henry'ego Weedalla*
*„I będzie jak drzewo zasadzone nad strumieniami wód, które wydaje owoc swój w czasie swoim. I liść jego nie opada; a wszystko, cokolwiek czynić będzie, poszczęści się."* — Ps 1,3
Spośród wielu obrazów, pod którymi Pismo Święte opisuje człowieka sprawiedliwego, żaden bodaj nie jest bardziej żywy, piękniejszy i głębiej wzruszający niż ten, który przedstawia go jako wybrane i bujnie rosnące drzewo w ogrodzie Bożego sadzenia. Naszym pierwotnym miejscem narodzin i domem był ogród; a drzewa, które Adam miał uprawiać i pilnować, zarówno same w sobie, jak i przez rodzaj wymaganych zabiegów, przypominały mu o spokojnych, szczęśliwych obowiązkach i niewinnych radościach, które były treścią jego życia. Ogród w swej nieprzemijającej świeżości i kojącej ciszy jest najlepszym obrazem nieba, a jego poszczególne rośliny i kwiaty są najdoskonalszymi obrazami mieszkańców nieba. Dlatego też pojawia się on zarówno na ostatnich, jak i na pierwszych kartach Pisma Świętego; towarzyszy człowiekowi na końcu jego pełnej wydarzeń historii, jak i u jej zarania. Podobnie jak na początku czytamy o raju rozkoszy, z wielką rzeką i czterema jej odnogami, ze wszelkiego rodzaju drzewami, pięknymi do oglądania i miłymi do jedzenia, a przede wszystkim Drzewem Życia, tak w ostatnim rozdziale Apokalipsy mowa jest o rzece wody życia, przejrzystej jak kryształ, wypływającej z tronu Boga i Baranka, z której każdy spragniony może pić bez opłaty; i o Drzewie Życia, rodzącym dwanaście owoców, którego liście służą ku uzdrowieniu narodów.
Gdy zaś zwrócimy się do tej części świętego tomu, która bardziej niż jakakolwiek inna zarówno objawia, jak i podtrzymuje ukryte życie sług Bożych w każdym wieku — mam na myśli Psałterz — znajdujemy na jego czele psalm, z którego pochodzi nasz tekst, a w którym posłuszny i sprawiedliwy człowiek przedstawiony jest pod tym samym obrazem: pod obrazem wyborowego okazu świata roślinnego, tej niewinnej cząstki Bożego dzieła, szpetnej od żadnych gwałtownych namiętności, pozbawionej woli i nieprzeprowadzającej żadnych własnych zamiarów, stworzonej zdaje się jedynie po to, by cieszyć ludzkie oko i być dla człowieka pokarmem, lekarstwem i orzeźwieniem:
„Błogosławiony mąż, który nie chodził w radzie bezbożnych i na drodze grzesznych nie stał, i na stolicy zaraźliwości nie siedział; ale w zakonie Pana wola jego i w zakonie Jego rozmyślać będzie we dnie i w nocy.
I będzie jak drzewo zasadzone nad strumieniami wód, które wydaje owoc swój w czasie swoim. I liść jego nie opada; a wszystko, cokolwiek czynić będzie, poszczęści się."
Ta duchowa roślina Boża osadzona jest nad potokami wód; żywią ją i zasilają nieustające, wieczyste, codzienne i godzinne wlewy ich zdrowych soków. Rośnie stopniowo, cicho, bez rozgłosu; a w miarę jak wznosi się ku górze, jej korzenie — jeszcze skromniej — wnikają głęboko w ziemię. Tym sposobem zakorzenia się stanowczo w jednym miejscu, które opuści jedynie śmierć. Rok po roku coraz pewniej trwa w postawie chwalebnej nieruchomości i niezmienności. Czym była, tym pozostanie; jeśli się zmienia, to jedynie dojrzewając ku plennemu owocowaniu i doskonaląc obfitość swych owoców. Owoc ten zaś nie ginie; nie więdnie na gałęziach ani nie gnije na ziemi. Anieli niewidzialni zbierają plon za plonem z niezmordowanego, niezawodnego źródła i starannie przechowują go w niebiańskich skarbnicach. Nawet liście pozostają zielone do końca; nie tylko owoc, pożyteczny dla życia wiecznego, lecz samo listowie, zwykłe odzienie, w którym spotykamy je zmysłami — piękna barwa, bogata a delikatna pełnia kształtów, wdzięczne kołysanie gałęzi, melodyjny szept i szelest liści, woń, którą roztacza, orzeźwienie, które roznosi wokół — wszystko to świadczy o owej majestatycznej, spokojnej dobroci, będącej samą jego naturą, i o tajemniczej głębi życia, dzięki której może nieprzerwanie dawać z siebie cnotę, a nigdy nie mieć jej mniej.
Takim jest święty sługa Boży, pojmowany w stanie, który jest zarazem jego szczególną nagrodą i zwykłym jego udziałem. Są bowiem tacy, którzy dla dobra braci i z woli Bożej poddawani są niezwykłym doświadczeniom i spędzają życie wśród burzliwości i zmian. Są i tacy, którzy cudownym sposobem powołani są z błędu lub grzechu i zanim dotrą do niebiańskiej rzeki i gajów rosnących wzdłuż jej brzegów, doświadczają wielu zmagań wewnętrznych i zewnętrznych. Zapewne historia mówi o wiele więcej o męczeństwie i wyznawstwie z jednej strony, a o nawróceniu i pokucie z drugiej, niż o spokojnym chrześcijańskim przebiegu życia; historia ukazuje jednak jedynie powierzchnię tego, co naprawdę dzieje się w królestwie niebieskim. Jeśli zechcemy rzeczywiście uzmysłowić sobie to, co jest zarówno najwyższą szczęśliwością w służbie Bożej, jak też w istocie zwykłym udziałem dobrych ludzi, odkryjemy, że polega ona na tym, co ze swej natury nie może wyróżniać się w historii: na życiu ubogim w wielkie wydarzenia, a bogatym w małe; na życiu złożonym z rutynowych obowiązków, szczęśliwego ukrycia i wewnętrznego pokoju, na spokojnym codziennym rozdzielaniu dobra tym, którzy wchodzą w krąg ich oddziaływania, rano i wieczorem; na wzrastaniu, kwitnieniu i owocowaniu w domu Bożym, i na błogosławionej śmierci w obecności braci. Taki był rytm dni wielu pasterzy rozsypanych po całym chrześcijaństwie — jak nawet historia odnotowała — wielu misjonarzy, mnichów, kobiet zakonnych, ojców i matek rodzin, uczonych w świętej i świeckiej literaturze, z których każdy był centrum własnego kręgu i nauczycielem własnego ludu, choć mniej lub bardziej nieznany światu. Taką oto szczęśliwością cieszył się święty Hiob, jak sam nam ją przedstawia: „Rzekłem: W gnieździe swoim umrę, a jak palma pomnożę dni swoje. Korzeń mój jest otwarty przy wodach, a rosa zostanie w zbiorze moim. Którzy mnie słuchali... nie śmieli nic dodać do słów moich, a mowa moja padała na nich jak kropla. Czekali mnie jak deszczu i otwierali usta swoje jako na deszcz późny." Wyraża to też słowo Pieśni nad pieśniami, które choć w swej pełni odnosi się do samego Pana naszego, to w pewnej mierze stosuje się do dobrodziejstw, jakie każdy święty mąż roztacza wśród tych, którzy znajdą się w kręgu jego przyciągania: „Jak jabłoń między drzewami leśnymi, tak miły mój między synami. W cieniu jego upragnionym siedziałam i owoc jego słodki był dla gardła mego."
Powiedziałem, że sługa Boży podobny jest do drzewa nie tylko w swej łaskawości, płodności i spokoju, lecz także w swej nieruchomości. Jest to punkt, nad którym warto się nieco zatrzymać. Jak drzewo, przywiązany jest do jednego miejsca i jego obowiązki są domowe; w domu jest ceniony; jest błogosławieństwem i chlubą swego otoczenia lub kręgu; lecz za tym kręgiem imię jego mało znane, a o światowej sławie nie ma mowy. Chrześcijaństwo podzielone jest na ogromną liczbę regionów, z których każdy ma własny charakter i własne interesy; każdy ma swoich rodzimych świętych, swych patronów, swych świętych mężów, swych dobroczyńców, swe wzorce. Każda kraina lub prowincja ma tych, którym dała życie i którzy z czasem stają się jej nauczycielami: kształtują jej tradycje, wyrabiają jej charakter i tym sposobem odróżniają ją od innych krain. I tak każda część Kościoła katolickiego ma doskonałości sobie właściwe, których nie posiadają inne, i jest tak samo odrębna od pozostałych w duchu i usposobieniu, jak jest od nich różna miejscem.
Prawda, że w pewnym sensie różnice lokalne są nieznane w tej Religii, która pochodzi od Boga. Czym jest w jednym miejscu, taką jest i w drugim, i taką być musi. Sama nazwa „katolicka" jest przeciwieństwem „lokalnego" i wyklucza wszelkie odchylenia w objawionej prawdzie, gdziekolwiek jest ona głoszona. To jest niezaprzeczalne i Święty Paweł kładzie na tym nacisk. Chrześcijaństwo, powiada, zniosło wszelkie różnice narodowe, rodowe i partyjne. Przypomina nam, że jesteśmy obywatelami jednego miasta i uczestnikami jednej i tej samej nowej natury; i że gdy stare rzeczy przeminęły, lokalne interesy i wyobrażenia przeminęły wraz z nimi. „Ci wszyscy z was," powiada, „którzyście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa." Nie masz Żyda ani Greka, barbarzyńcy ani Scyty, niewolnika ani wolnego, mężczyzny ani kobiety; „albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie." Tego nigdy nie wolno zapominać; nie jest to jednak w żaden sposób sprzeczne z tą swoistością, na którą pragnę położyć nacisk. Jeśli Święty Piotr, który jest właśnie świadkiem i fundamentem jedności, osiadł w Rzymie na zawsze, zamiast wędrować od królestwa do królestwa i od miasta do miasta; jeśli nadał tym samym Stolicy Apostolskiej cechy lokalne, ba — niemal narodowe, to możemy być pewni, że nie ma nic judajskiego ani inaczej świeckiego lub cielesnego w tym, iż całym sercem i ze szczególnym ciepłem przywiązujemy się do kraju lub miejsca, w którym żyjemy; że wchłaniamy jego szczególnego ducha i chlubimy się znamiennymi śladami Bożej Obecności, jakie zostały mu użyczone. Nie ma zaiste nic sprzecznego z najsurowszą ewangeliczną czystością, z najtwardszym zachowaniem zasad katolicyzmu i z najlojalniejszym oddaniem Stolicy Świętego Piotra w tym, że gromadzimy własne tradycje, żyjemy w ich cieniu i rozkoszujemy się ich owocem; nie ma nic niestosownego, jeśli w tym kraju, w Anglii, i w tej właśnie części Anglii, będącej pod pewnym względem sercem i centrum dawnej wiary, gdzie żyło tyle starych katolickich rodzin, gdzie istnieje tyle instytucji zakonnych, gdzie w ciężkich czasach tak pilnie pielęgnowano i karmiono święty ogień, a skąd w szczególny sposób wybuchnął on w ostatnich latach i rozszerzył się szeroko — powiadam, nie ma tu nic niestosownego, a tym bardziej w tych murach, wśród tych tak uroczystych i wzruszających obrzędów i w tej rzadkiej chwili — nic dziwnego, nic co wymagałoby usprawiedliwienia, gdy przypominamy sobie, każdy w swoim sercu i z odwołaniem się do siebie nawzajem, jaki był wygląd Kościoła w tych stronach, jakie są szczególne łaski udzielone tu jego dzieciom, kim był ten, którego przed chwilą pozbawił nas los i którego ostatnie obrzędy zebrały nas tutaj, i jak przyczynił się do ukształtowania ducha tej diecezji takim, jakim go znamy.
Jest jednak jedna okoliczność, Czcigodni Bracia, która sprawia, że taki tok myśli jest nieodpowiedni w tej chwili: jest nią rozważenie osoby, która te myśli wam przedstawia. Nie trzeba mówić, że głęboko odczuwam — a wszyscy tu obecni doskonale to rozumieją — iż nie jestem osobą uprawnioną ani mającą siły, by sięgać do historii katolicyzmu w tych stronach lub starać się prześledzić związek drogiego i czcigodnego kapłana, z którym właśnie się żegnamy, z tą historią. Mogę zaledwie przypomnieć wam, że taka szczególna historia istnieje i że istnieje taki głęboki związek; i pozostawiam wam, byście każdy z osobna, przez żywe wspomnienie i rzeczywiste doświadczenie przeszłego i obecnego stanu diecezji, nadali moim słowom pełniejszy sens, niż ja sam zdolny jestem wyrazić. Owszem, pomijając jego stosunek do otaczających go rzeczy i osób, nie jestem w stanie godnie opisać nawet jego charakteru osobistego — człowieka, którego tak bardzo kochałem i podziwiałem; albowiem jest jasne, że choć był mi i moim tak życzliwy i obdarzył nas takim zaufaniem, nigdy jednak z nim nie mieszkałem ani nie pracowałem, nigdy nie byłem współuczestnikiem jego trosk, nigdy nie byłem świadkiem jego codziennego życia i nie jestem zdolny, poza tym zewnętrznym aspektem, jaki staje przed oczyma przybysza, zdać sprawy z jego cnót i dobrych uczynków. A jeszcze więcej: kto zdoła pojąć, kto podjąć się opisu doskonałości świętego człowieka, jeśli sam w znacznej mierze nie jest ich uczestnikiem i przez wewnętrzne powinowactwo nie potrafi wniknąć w ducha, którym rządzone były jego słowa i czyny? Mówi się w czytaniu Oficjum na dzień Świętego Bonawentury, że gdy Święty Tomasz zastał go piszącego Żywot Świętego Franciszka, zauważył: „Niechaj święty posługuje świętemu"; i to, co prawdziwe o świętości w jej najwyższych przejawach — gdy po śmierci zasługuje od razu na niebieską koronę — jest prawdziwe o niej we wszystkich jej objawach. Równie dobrze człowiek nieumiejący czytać mógłby oceniać jakieś dzieło literackie, a człowiek pozbawiony słuchu — sądzić o muzyce, jak i ci mieliby ośmielić się mówić o świętym słudze Bożym, którzy sami nie posiadają owego klucza do jego myśli i pobudek, jaki może dać jedynie mu podobna świętość.
Ale nadto, pomijając tę poważną okoliczność, kto z nas w ogóle ma siłę mówić o jakimkolwiek człowieku w obecności jego przyjaciół bez sprawiania im bólu niedostateczną oceną, którą z pewnością w nim wyczują? Ci, którzy znali bliźniego przez długi czas, którzy obcowali z określonymi rysami jego charakteru, ze szczególnymi momentami jego życia, z doświadczeniami, które go zahartowały, lub z niepozornymi łaskami, które go zdobiły przez całe życie — tacy ludzie są z natury rozczarowani każdym opisem, który nie oddaje sprawiedliwości ich własnemu, choćby osobistemu i szczególnemu wyobrażeniu o nim; tak jak bliscy przyjaciele nigdy nie są zadowoleni, albo przynajmniej nigdy wszyscy razem nie są zadowoleni z żadnego portretu, choćby jak najbardziej wiernego w ocenie obcych. Jedynym, co może mi dodać otuchy, gdy przemawiam do was, Czcigodni Bracia, w tak niekorzystnych warunkach, jest to: po pierwsze, że Jego Ekscelencja nie prosiłby mnie w imieniu własnym i waszym o podjęcie się obowiązku, który w całości nie miałby być spełniony w sposób godny i pełen czci dla pamięci naszego wspólnego przyjaciela; po drugie zaś, że zewnętrzna ocena, jaką moja musi być, jest niekiedy pożyteczna — czy to przez potwierdzenie spojrzenia przyjaciół, czy przez wniesienie czegoś dodatkowego do ich świadectwa. Te rozważania stanowią moją podporę w obowiązku, który mi nałożono.
Czcigodny doktor Weedall, przyjaciel, którego utraciliśmy, urodził się 6 września 1788 roku. Kilka lat po urodzeniu stał się sierotą; i w wczesnym wieku sześciu lat wysłano go do szkoły w Sedgley Park, liczącej wówczas około stu trzydziestu uczniów, pod prezydencją doktora Kirka, nieco ponad trzydzieści lat po jej pierwszym założeniu. Historia tego ważnego miejsca wychowania została ostatnio przedstawiona publiczności przez pisarza szczególnie do tego dzieła uzdolnionego; i nie ma nikogo, śmiem powiedzieć, kto śledził jego żywe opowiadania i drobiazgowe dociekania z głębszym zainteresowaniem i szacunkiem niż ja. Jest w tym coś, co wydaje mi się niezwykle wzruszające — obserwowanie dzieła Bożego w jego cichych i skromnych początkach. Ten, który jest Najwyższy, nie jest nigdy straszniejszy w majestacie niż wtedy, gdy raczy się uniżyć do ostatnich; i gdy czytam tę skromną relację, do której się odnoszę, o zwykłej, pokornej pracy, prostym życiu i niewybrednych rozrywkach dobrych i wiernych mężów, którzy zaczęli i prowadzili to dzieło wśród wzgardy lub obojętności świata, nieodparcie pociąga mnie uczucie czci dla miejsca, w którym pracowali, jakby to właśnie tam spoczywała drabina patriarchy i Aniołowie stamtąd wstępowali i zstępowali między ziemią a niebem.
Do tego miejsca przybył Henryk Weedall jedenastego grudnia 1794 roku; i jeśli można by wskazać kogoś, kogo znając w starości mogliśmy wyobrażać sobie w prostocie i kwiecie wczesnego dzieciństwa — to byłby on właśnie. Zdaje mi się, że mogę sobie wyobrazić niewinne dziecko sześcioletnie, przyciągające na siebie sto ciekawskich oczu nowych towarzyszy subtelną i delikatną powierzchownością. Zadawano mu rozmaite pytania, jak to bywa z nowicjuszami w szkole; i wśród innych talentów dziecka okazało się, że potrafi śpiewać. Rad bym opowiedzieć, bez nieodpowiedniej dla tego miejsca i chwili poufałości, co się wówczas zdarzyło — a co przekazane nam zostało słowami kapłana, wiele starszego od naszego przyjaciela, który przygotowywał się wówczas do święceń w tym domu. Wydaje mi się to obrazem jego samego i piękną przepowiednią całego jego życia: jakby Anioł Stróż wziął przy tej okazji jego miejsce i zaśpiewał przeznaczenie nadchodzących sześćdziesięciu pięciu lat — jego spokojnych obowiązków i pogodnego, łagodnego, prostodusznego ducha, z jakim im sprostał. Słodkim głosem zaczął pieśń wszystkim nam znana, której treścią jest postanowienie i przyrzeczenie porzucenia trosk na zawsze i bycia szczęśliwym i radosnym w każdych okolicznościach oraz uszczęśliwiania i rozweselania wszystkich wokół siebie. Nic dziwnego, że jego postać, maniery i obyczaje podbijały wszystkie serca; powiada się nam, że wkrótce stał się powszechnym ulubieńcem.
Z Sedgley Park przeniesiony został w czerwcu 1804 roku do starego Oscott College, gdzie kształcił się do kapłaństwa. Zajęło mu to blisko dziesięć lat. W wieku dwudziestu czterech lat, dnia 26 maja 1812, przyjął święcenia subdiakonatu; dnia 15 kwietnia następnego roku — diakonatu; a kapłaństwa — 6 kwietnia 1814. W pierwszych latach swego kapłaństwa przychodził w niedziele do Birmingham i prowadził katechezy w małej kaplicy świętego Czada jako pomocnik dobrze znanych kapłanów piastujących tę misję. Rychło zyskał reputację kaznodziei, gdyż osobiste dary, które wszyscy tak dobrze pamiętamy, szczególnie go do tej posługi przysposobiły; i często bywał zapraszany, by zajmować ambonę podczas uroczystych okazji.
Z czasem został wiceprezydentem Kolegium; a w 1825 roku, po konsekracji doktora Walsha jako koadiutora doktora Milnera, objął po nim urząd prezydenta. Miał wówczas trzydzieści siedem lat.
Piastował ten urząd do roku 1840, w którym to czasie zaplanował i wzniósł wspaniały gmach budynków, w których jesteśmy teraz zgromadzeni: który rychło miał zasłynąć tak wieloma talentami i z którym związały się tak pamiętne wydarzenia kościelne. Było to wielkie dzieło jego życia i pozostanie jego pomnikiem dla potomności.
W roku 1840, po nowym podziale Wikariatu Apostolskiego, mianowany został do jednego z tych na północy; serce jednak miał przy swym dawnym dziele i swej dawnej arenie działania, a jego doskonały osąd mówił mu, że zaczynanie życia na nowo w nowej sferze w wieku pięćdziesięciu dwu lat nie jest ani samo w sobie pożądane, ani dla niego odpowiednie. Nie chciał tracić korzystnej pozycji, z której mógł liczyć na współdziałanie przy usługach, jakie mu jeszcze pozostały, wielu katolików, którzy kolejno kształtowali się pod jego okiem. Wywierał cichy wpływ na katolicką Anglię, a Oscott stanowiło ośrodek o wiele bardziej sprzyjający jego rozszerzaniu niż to, które mu gdzie indziej oferowano. Rozumiał też, jak rozumieli wszyscy jego przyjaciele, że jego powołaniem jest życie w kolegium — cisza i spokój, możliwości modlitwy i pobożności, stopniowe kształtowanie młodych umysłów, literackie osamotnienie, które daje mu instytucja kształceniowa. Jak czcigodny Beda, zdawał się być powołany, by żyć i umrzeć w krużganku. Co miałby czynić ze swymi wyszukanymi talentami, delikatną wrażliwością, skromną i niepretensjonalną prostotą w burzliwym świecie, wśród obowiązków, które choć wiązały się z o wiele wyższą godnością kościelną i przywilejem duchowym, przeznaczone były dla mężów umysłów silnych i charakterów tyleż stanowczych, co twardych? Jak drzewa z przypowieści — figowe, oliwne i winorośl — wzbraniał się opuszczać „swą słodycz i rozkoszny owoc, swą tłustość i wino, które raduje Boga i ludzi", aby zostać wywyższony nad inne drzewa. Jeśli był ktoś, kto ucieleśniał obraz, od którego zacząłem to kazanie, jeśli był ktoś, kogo nie należało przesadzać i kto był zbyt użyteczny na swoim miejscu, by tego wymagał — to był nim ów kapłan niebiańskiego ducha, o którym mówię. Nie tylko więc z owej szczerej pokory, która była jego cechą przewodnią i główną pobudką w tej sprawie, lecz z spokojną roztropnością udał się do Apostolskiego Tronu i zdołał uzyskać od papieża Grzegorza pozwolenie odmowy zaszczytnego wyróżnienia, które mu przeznaczono. Papież jednak, poruszony jego świątobliwością, powiedział mu, że „następnym razem nie puści go tak łatwo".
W tym czasie był prezydentem Oscott College od czternastu czy piętnastu lat; teraz miał być nieobecny w swym ukochanym domu młodzieńczych studiów i kapłańskiej pracy przez czas niewiele krótszy. W tym okresie pracował na misji w Hampton, Leamington i Handsworth. W 1853 roku powrócił do Kolegium, gdzie pozostał aż do śmierci.
Co do tej ostatniej części jego historii, którą wszyscy tak dobrze znamy, mogę skorzystać z okólnego listu Waszej Ekscelencji.
„Nie ulega niemal wątpliwości," powiada ten list, „że choroba, w której tak długo cierpiał i gasł nasz czcigodny przyjaciel i brat w Chrystusie, wywołana została nieustannym wytężeniem umysłu, niezmordoną troską serca i nieustającą energią woli, z jaką poświęcał swoje lata schyłkowe służbie Kolegium, któremu przewodził. W sile wieku wzniósł to Kolegium w jego świetności i — na głos posłuszeństwa — opuścił je, gdy kwitło; na tenże głos posłuszeństwa powrócił do niego w godzinie trudności i poświęcił jego służbie wszystkie pozostałe mu jeszcze siły życiowe. Bóg pobłogosławił jego dzieło, a teraz upodobało Mu się zabrać robotnika."
Można by sądzić, że życie tak niewinne, czynne, święte — powiem: tak nieskalane od początku do końca — mogło zostać oszczędzone przed ciężką i długą pokutą, która by je zamknęła; lecz zapewne po to, by nam ukazać, jak nikczemni i nędźni jesteśmy w sobie sami, nawet gdy jesteśmy w pełni łaski i w żarze miłości, i jak wiele niedoskonałości kryje się w naszych myślach, słowach i uczynkach; a ponadto, by dać nam wzór znoszenia cierpienia i powiększyć zasługi oraz przyspieszyć i rozjaśnić koronę tego wiernego sługi swego Pana — upodobało się Bogu Wszechmogącemu zesłać na niego chorobę, która przez ostatnie sześć lat z nim walczyła, zwyciężała go i ostatecznie go zniszczyła — o ile tylko śmierć ma jeszcze moc niszczyć, skoro Krzyż Chrystusa zadał jej cios śmiertelny. Tym, którzy zbliżali się do niego rok po roku, pozostało zachować w pamięci liczne słowa i czyny rezygnacji, miłości i pokory, które owa długa pokuta wydobywała. Te zasługujące czyny zapisane są w Księdze Żywota i poszły za nim tam, dokąd odszedł. Mnożyły się i nabierały siły i doskonałości w miarę jak trwało jego doświadczenie; i nigdy nie były tak uderzające jak na jego kresie. Gdy przyjaciel odwiedził go w ostatnim tygodniu, zastał go skrupulizującego co do pozwolenia, by skronie zwilżono mu orzeźwiającą wodą, i z trudem uzyskał jego zgodę; powiedział, że obawia się, iż byłoby to zbyt wielkim zbytkiem. Gdy ten sam przyjaciel zaproponował mu coś płynnego dla ugaszenia dokuczliwego pragnienia, odpowiedź była ta sama. Gdy czytał mu różne teksty Pisma Świętego, trafił między innymi na rozważanie Świętego Pawła o jego własnym zbliżającym się odejściu: *„Bonum certamen certavi, cursum consummavi, fidem servavi. In reliquo reposita est mihi corona justitiae."* „Dobry bój bojowałem, bieg skończyłem, wiarę zachowałem. Na ostatek odłożona mi jest korona sprawiedliwości." Gdy dobiegły do końca ostatnie słowa, święty starzec wybuchnął płaczem i pozostał przez chwilę zupełnie poruszony. Następnym razem, gdy przyjaciel przyszedł — nazajutrz przed śmiercią — cierpiący powrócił do tego tekstu i powtórzył go. Był dla niego pociechą od chwili, gdy go usłyszał. Wówczas, choć drgał w nieustannych konwulsjach, powtarzał naprzemiennie wiersze *Miserere* z tą niezwykłą spokojnością, skupieniem i miarową dokładnością, która była tak dobrze znana u niego. W kilka godzin po tym umarł. Jakiś czas wcześniej złożył w ręce przyjaciela habit tercjarski Góry Karmel, której był członkiem, wyrażając życzenie, by w nim go odziać po śmierci. Życzenie to zostało oczywiście spełnione. Umarł o godzinie czwartej rano siódmego, ostatniego poniedziałku, w dniu czarnych szat; tak iż przyjaciele zdołali odprawić za spokój jego duszy Mszę świętą *pro defunctis* w kilka godzin po jego odejściu. Niechaj Bóg da mu odpoczynek! I w istocie, któż może wątpić, że już mu go udzielił i przeniósł go z miejsca oczyszczenia do swej Wieczystej Obecności?
Wchodził właśnie w siedemdziesiąty drugi rok życia. Przez blisko dziesięć lat przebywał w Sedgley Park. Mając niespełna szesnaście lat, udał się do Oscott College, gdzie w sumie spędził ponad czterdzieści lat swego życia, od początku do końca. Około roku 1830, z inicjatywy doktora Walsha, swego biskupa, otrzymał tytuł doktora teologii. Przy erygowaniu Kapituły Katedralnej w Birmingham w roku 1856 mianowany został jej Prałatem-Prepozytem; a wkrótce potem otrzymał nominację na Prałata Domowego Jego Świątobliwości. Krótko przed tym obchodził swój jubileusz z okazji ukończenia pięćdziesiątego roku swej łączności z Kolegium.
A teraz, Ekscelencjo, Czcigodni Bracia, wypełniłem, jak potrafiłem, nałożony na mnie obowiązek. Żegnamy doczesne szczątki jednego z dawnej szkoły, z owej dawnej szkoły katolików, która odznacza się tak wielkimi i tak szczególnymi rysami. Oddajemy ziemi wszystko, co śmiertelne u kapłana głębokiej i czynnej pobożności, spokojnego i skupionego nabożeństwa, umartwionego życia, zawsze czujnego, niezłomnego sumienia, ducha prawdziwie kościelnego, niezwykłej konsekwencji, równowagi i doskonałości w postępowaniu, cnoty, która dojrzała gruntownie na drzewie, zanim ją zebrano. Nie było nic niedojrzałego, nic przesadzonego, nic chwiejnego, nic pretensjonalnego w charakterze naszego drogiego i czcigodnego przyjaciela. Był zawsze ten sam: zawsze prosty, jednolity, nienaganny, skromny i prawdziwy. Zawsze wiedziano, gdzie go szukać. Był duchem bezinteresownym, który pracował, a potem pozwalał innym wchodzić w owoc jego pracy. Miał sąd rozróżniający, który umiał znaleźć właściwe miejsce dla każdego obowiązku mającego prawo do jego uwagi: który pozwalał mu swobodnie uprawiać wiedzę ludzką bez uszczerbku dla czasu i zainteresowania należnych studiom świętym; i poświęcać się wewnętrznemu życiu religijnemu bez zaniedbywania przez to „cokolwiek piękne, cokolwiek sławne" w obcowaniu z innymi. Miły mówca, elegancki pisarz, z naturalną żywością myśli i obyczaju, która czyniła go bliskim przyjaciołom i miłym dla wszystkich — przez całego człowieka przeświecał duch ewangelicznej miłości i sprawiał, że jego łagodność i ogłada wydawały się tym, czym naprawdę były: owocem lub szczepieniem na ową czystą harmonię duszy, która jest darem nadprzyrodzonym. On i jego patron, czcigodny doktor Walsh, późniejszy Wikariusz Apostolski tego okręgu, obaj uczniowie doktora Milnera, wniknęli w samo serce tego niezwykłego człowieka i uczynili się dziedzicami jego najgłębszej cechy: trwania jego ducha pobożności. To doktor Milner — ostry polemista, jakim świat go nieraz uważał — podjął się rozgrzać i roztopić mróz, który skuwał katolicyzm jego doby, i chronić przed naszymi północnymi wichurami czułe i żarliwe aspiracje pobożności kontynentalnej. Mała kaplica w Mary Vale, dobrze nam wszystkim znana, mieści pierwszy ołtarz poświęcony w Anglii ku temu celowi.
Dobrze spełnili owi dwaj słudzy Boży, jego uczniowie, dzieło Milnera; a teraz ostatni z tej trójki został nam zabrany i pozostawiono nas, byśmy szli za wskazaniami i wzorami, które nam zostawili. Nie lamentujemy nad ich odejściem; dziękujemy Bogu, że ich nam dał i że każdemu z nich pozwolił pracować przez dostatecznie długie życie dla Jego chwały i naszego zbudowania. Nie ubolewamy nad ich stratą; gdyż odeszli po nagrodę i mogą nam więcej dopomóc swymi wstawiennictwami przed Wiecznym Tronem niż przedłużoną obecnością na ziemi. Nie opłakujemy ich nieobecności; gdyż dokonali swego dzieła. Każdy jest stworzony na swój dzień; czyni swoje dzieło w swym dniu; to, co czyni, jest dziełem jedynie jego własnego dnia, nie żadnego innego; jego dzieło jest niezbędne dla dzieła następnego dnia, który nie jest już jego — jak kamień węgielny, na którym my, przychodzący po nim, mamy wznosić własne dzieło. Oby Bóg nam dał, byśmy i my spełniali swoje własne dzieło, cokolwiek ono jest, tak doskonale, jak on spełnił swoje — ten, którego teraz powierzamy ziemi! Niechaj Bóg w swym wielkim miłosierdziu — przez ofiarę Baranka Niepokalanego, złożoną niegdyś na Krzyżu, codziennie odnawianą na Ołtarzu, przez wstawiennictwo Jego drogiej Matki Dziewicy, dla zasług wszystkich Świętych, a zwłaszcza tych związanych z tą Diecezją i Kolegium — Bóg, Trójca Święta, Ojciec, Syn i Duch Święty, niechaj sprawi, byśmy z sercami bezinteresownymi i czystą miłością do Niego zawsze dążyli do Jego chwały, szukali Jego woli, prosili o Jego łaskę i słuchali Jego słowa, pracując według naszych sił, pracując do końca — tak jak on, drogi przyjaciel, którego utraciliśmy — pracując do samego końca, w pokorze, gorliwości i radości.
---