HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania na różne okazje

U18

Gdy potrzebuję nadzieiGdy boję się o przyszłość Prymat i papiestwoKościół a świat i państwo
W skrócie. Druga część kazania o papieżu i rewolucji rozważa los doczesnej władzy papieskiej w obliczu rewolucji politycznej i rozważa dwa scenariusze: trwanie władzy świeckiej Stolicy lub jej utrata. Newman dowodzi, że Kościół nie zależy od żadnego układu politycznego i jest niezniszczalny, bo nie jest tworem czasu i miejsca. Kazanie kończy się wezwaniem do modlitwy za papieża.

„Kościół nie jest stworzeniem czasu i miejsca, świeckiej polityki ani kaprysu tłumu.”

2. Tyle o przedmiocie naszych modlitw; teraz, po drugie, o duchu, w jakim powinniśmy się modlić. Jak zawsze mówimy w modlitwie „bądź wola Twoja", tak i teraz musimy to mówić. Nie wiemy z pewnością, jaka jest wola Boża w tej sprawie; wiemy wprawdzie, że jest Jego wolą, byśmy prosili — nie mamy jednak pewności, że jest Jego wolą, byśmy otrzymali. Sam fakt naszej modlitwy świadczy, że nie znamy wyniku. Modlimy się, gdy jesteśmy niepewni — nie wtedy, gdy jesteśmy pewni. Gdybyśmy wiedzieli z całą pewnością, co Bóg zamierza uczynić — czy utrzymać doczesną władzę Papieża, czy ją odebrać — nie modlilibyśmy się. Owszem, jest prawdą, że wynik może zależeć od naszej modlitwy; lecz modlitwa ta oznacza wytrwałość i jedność modlitw — a nigdy nie możemy być pewni, czy ten warunek: odpowiednia liczba i żarliwość, został dostatecznie spełniony. Mamy nadzieję uzyskać to, o co prosimy, jeśli modlimy się wystarczająco; lecz ponieważ nie wiadomo nigdy, co jest „wystarczające", nie wiadomo też, jaki będzie wynik. Istnieją wschodnie zabobony, w których naucza się, że za pomocą określonej liczby aktów religijnych — ofiar, modlitw, pokut — człowiek może wymusić od Boga to, czego pragnie, wznosząc się do nadprzyrodzonej wielkości nawet wbrew woli Bożej. Niech będą nam dalekie takie bluźniercze myśli! Modlimy się do Boga, błagamy Najświętszą Dziewicę, świętych Apostołów i innych obrońców Rzymu, by bronili Świętego Miasta — lecz wiemy, że wynik spoczywa w rękach Wszechmądrego, „którego drogi nie są drogami naszymi, a myśli nie są myślami naszymi", i że bez szczególnego objawienia w tej sprawie twierdzić z pewnością lub przepowiadać to zuchwałość. Taka jest chrześcijańska modlitwa — zakłada nadzieję i bojaźń. Nie jesteśmy pewni, że nasza prośba zostanie wysłuchana, nie jesteśmy pewni, że nie zostanie. Gdybyśmy byli pewni, że nie — poddalibyśmy się rezygnacji, a nie modlitwie; gdybyśmy byli pewni, że tak — zajęlibyśmy się nie modlitwą, lecz uwielbieniem i dziękczynieniem. Modląc się zatem w intencji doczesnej władzy Papieża, rozważamy obie strony tej alternatywy: zachowanie jej przez niego i jej utratę — i gotujemy się zarówno na dziękczynienie, jak i na rezygnację, zależnie od wyniku. Na zakończenie rozważę każdy z tych możliwych rezultatów jego obecnych trudności.

(1.) Po pierwsze — wynik polegający na utrzymaniu przezeń władzy doczesnej. Sądzę, że ta strona alternatywy jest (po ludzku mówiąc) wysoce prawdopodobna. Byłbym bardzo zaskoczony, gdyby ostatecznie jej nie zachował w jakimś sensie. Sądzę, że Rzymianie nie będą w stanie się bez niego obejść; już teraz tylko mniejszość jest przeciwko niemu — większość jego poddanych nie jest zła, ile że tchórzliwa i nieporadna. Nawet jeśli teraz go odrzucą na czas jakiś, zmienią zdanie i znów go zapragną. Odkryją, że on jest ich prawdziwą wielkością. Ich miasto jest miejscem ruin, o ile nie jest miejscem świętych przybytków. Jest grobem i ossuarium pogańskiej bezbożności, o ile nie jest uświęcone i ożywione krwią męczenników i relikwiami świętych. Zamieszkiwać je byłoby pokutą, gdyby nie obecność religii. Babilon zaginął, Memfis zaginęła, Persepolis zaginęła — Rzym by zaginął, gdyby odszedł Papież. Jego istotnym życiem jest światło świątyni. Nigdy nie mógłby być stosowną stolicą nowoczesnego królestwa bez wymazania wszystkiego, co czyni go pięknym i czcigodnym dla całego świata. A gdyby jego nowi władcy zamienili go w schludne i błyszczące miasto, znaleźliby się na niezdrowym gruncie i bezbronnej równinie. W rzeczy samej jednak tradycja wieków i siła utrwalonych skojarzeń sprawiają, że tak wielka przemiana Rzymu jest niemożliwa. Cała ludzkość ma udział w nienaruszalnym związku Papieża z jego miastem. Jego autonomia jest zasadą naczelną w europejskiej polityce — zarówno wśród katolików, jak i wśród protestantów — i gdzież może być lepiej zagwarantowana niż w tym właśnie mieście, które tak długo było siedzibą jej sprawowania? Ponadto opustoszała samotność Rzymu jest równie właściwa królestwu, które nie jest z tego świata, jak niezgodna z tworem nowoczesnych teorii politycznych. Jest ono centrum religijnym milionów na całej ziemi, którym nic nie zależy na zmiennym i bezsilnym ludzie zamieszkującym to miejsce, a wiele — na umęczonych Apostołach, co od tak dawna spoczywają w jego grobach; i jego prawo do nierozerwalnego miejsca w samej idei katolickości uznawane jest nie tylko przez katolików, lecz przez cały świat.

Pokrzepiające jest rozpoczynanie naszych modlitw od tych znaków Bożej opatrzności działającej na naszą korzyść. Sam Bóg nas zachęca do modlitwy — bo zanim zdążymy złożyć naszą prośbę, On już zaczął ją spełniać. Zarazem, zaczynając dzieło miłosierdzia bez nas, zdaje się przypominać o tym zwyczajnym sposobie swojej opatrzności: mianowicie że zamierza je dokończyć razem z nami. Lękajmy się, by nasza opieszałość w modlitwie nie pozbawiła Kościoła triumfu.

(2.) A teraz, wreszcie, rozważmy drugą stronę alternatywy. Przypuśćmy, że Papież traci władzę doczesną i powraca do położenia świętego Sylwestra, świętego Juliusza, świętego Innocentego i innych wielkich Papieży czasów wczesnych. Czy mamy z tego wnosić, że on i Kościół wyjdą na nic? Nie daj Boże! Twierdzić, że Kościół może upaść albo że Stolica Świętego Piotra może upaść, to zaprzeczać wierności Boga Wszechmogącego Jego słowu: „Ty jesteś Piotr, i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą." Twierdzić, że Kościół nie może żyć inaczej niż w określony sposób, to czynić go „poddanym żywiołom tego świata." Kościół nie jest stworzeniem czasu i miejsca, świeckiej polityki ani kaprysu tłumu. Pan podtrzymuje go środkami tego świata — lecz środki te są mu niezbędne tylko dopóty, dopóki je Bóg udziela; gdy je odbiera, przestają być konieczne. Bóg działa przez środki, ale nie jest do nich przywiązany. Ma tysiąc sposobów utrzymania Kościoła; może go żywić nie samym tylko chlebem, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Jego. Jeśli odbierze jedną obronę, da w zamian inną. Nic nie wiemy o przyszłości; naszym obowiązkiem jest kierować się tym, co mamy przed sobą — nie wyrzekać się z własnej woli środków danych nam przez Boga do utrzymania Jego Kościoła, lecz i nie opłakiwać ich utraty, gdy to On sam je odejmie. Władza doczesna przez bardzo długi czas była środkiem niezależności Kościoła; lecz jak biskupi Kościoła dawno ją utracili, a są nie mniej biskupami, tak samo byłoby z jego Głową, gdyby i ona ją straciła. Bóg Wiekuisty jest jego ucieczką i jak dotąd wybawił go z tylu niebezpieczeństw, tak wybawi go i nadal. Wspaniałe karty jego minionych dziejów są jedynie zapowiedziami innych wspaniałych kart, które jeszcze mają nastać. Popatrzcie, jak to było z nim od samego początku aż do dnia dzisiejszego. Najpierw pogańskie ludy prześladowały jego dzieci przez trzy stulecia — a on nie skończył się. Potem wylał się na niego potop herezji — a on nie skończył się. Potem dzikie plemiona Północy i Wschodu spadły na niego i zalały jego terytoria — a on nie skończył się. Następnie mrok umysłu, ciemnota, otępienie, tępota, bezwstydne zepsucie ogarnęły miejsce święte — a on nie skończył się. Potem chytrość i przemoc jego własnych silnych i pysznych synów uczyniły wszystko, co mogły, przeciwko niemu — a on nie skończył się. Potem przyszedł czas, gdy na niego spłynęły bogactwa świata i pycha życia, i subtelności, i rozkosze ludzkiego rozumu, i uśpiły jego rządców w niewiernym poczuciu bezpieczeństwa, tak że myśleli, iż nigdy nie utracą swej wyniosłej pozycji w świecie, i niemal zaczęli sobie wyobrażać, że dobrze jest korzystać z przyjemności tutaj, na dole — a on nie skończył się. I wówczas nadeszła tak zwana Reformacja, i powstał protestantyzm, i ludzie mówili, że Kościół zniknął, i nie mogli znaleźć jego miejsca. Czy jednak teraz, trzy stulecia po tamtym wydarzeniu, czy Kościół Święty, Bracia moi, skończył się? Czy protestantyzm osłabił jego siły — straszny wróg, jakim zdawał się być, gdy powstawał? Czy protestantyzm, ów zaciekły i czynny nieprzyjaciel Stolicy Apostolskiej, wyrządził jej krzywdę? Ależ nigdy od pierwszych wieków Kościoła nie było tak stałego szeregu świętych Papieży jak od czasu Reformacji. Protestantyzm był wielkim ciężarem dla tych, którzy mu ulegli — lecz nawet dla tych, którym nie zdołał zamącić umysłu, przyniósł pewne korzyści. Za miłosierdziem Bożym zamienił się w duchowy zysk dla członków Kościoła Świętego.

Weźmy znów Italię, do której protestantyzm nie wniknął, i Anglię, w której zapanował: wiem dobrze, że kiedy katolicy we Włoszech są dobrzy, są bardzo dobrzy; nie zaprzeczam, że dosięgają tam wyżyn i siły świętości, których odpowiedników zdaje się tu brakować. Jest to jednak przypadek dusz, na które ani obecność, ani nieobecność wrogów religii nie wpłynęłaby ani na lepsze, ani na gorsze. Nie będę też podejmować niemożliwego zadania określenia miary wiary i posłuszeństwa wśród katolików w dwóch tak różnych od siebie krajach. Patrząc jednak na katolików włoskich i angielskich z zewnątrz i w ich całokształcie, mogę pozostawić każdemu protestantowi osąd, w którym z tych dwóch krajów widoczna jest obecnie bardziej wyrazista wiara, bardziej przenikliwa religijność, bardziej szlachetna pobożność, bardziej stałe przywiązanie do sprawy Ojca Świętego. Anglicy mnożą budynki sakralne, zdobią kościoły, fundują klasztory, wychowują, głoszą kazania, nawracają i porywają w nurt swego entuzjazmu nawet licznych spośród tych, którzy stoją na zewnątrz Kościoła; natomiast włoscy mężowie stanu, jak mówi nasz Biskup, „więzią i wygnają biskupów i duchowieństwo, pozostawiają trzody bez pasterzy, konfiskują dochody kościelne, znoszą klasztory i konwenty, wcielają duchownych i zakonników do armii, łupią kościoły i biblioteki klasztorne, i wystawiają samą religię — odartą i skrwawioną na każdym członku, Religię Katolicką w osobie jej sług, jej sakramentów, jej najgorliwszych członków — na pośmiewisko profanów i bluźnierców." U narodu tak dzielnego, rozumnego i bystrowidzącego jak Włosi, w dziewiętnastym stuleciu, nie szesnastym, i przy braku jakiegokolwiek formalnego protestu ze strony klas i miejsc, czyn rządzących staje się czynem ludu. Po trzech stuleciach protestancka Anglia zawiera więcej katolików lojalnych i żarnych w słowie i w czynie niż katolicka Italia. Tak niegroźna okazała się przemoc Reformacji: przyrzekała usunąć z Kościoła skażenia doktrynalne — i zawiodła zarówno co do tego, co zrobiła, jak i co do tego, czego nie zrobiła; urodziła niewiernych, ku swej hańbie, i — ku swemu przerażeniu — zdołała oczyścić i wzmocnić katolickie wspólnoty.

Z tymi myślami więc, Bracia moi, z tym poczuciem uroczystego oczekiwania i radosnej ufności stajemy teraz przed naszym Bogiem i prosimy Go, by zlitował się nad Jego wybranym Sługą, Jego własnym Wikariuszem, w tej godzinie próby. Przystępujemy do Niego jak prorok Daniel — w upokorzeniu za własne grzechy i grzechy naszych królów, naszych książąt, naszych ojców i naszego ludu, we wszystkich częściach Kościoła — i dlatego odmawiamy *Miserere* i Litanię do Wszystkich Świętych jak w dniu postu. I stajemy przed Nim w jaśniejącym i radosnym duchu żołnierzy, którzy wiedzą, że idą pod wodzą Niezwyciężonego Króla, i czekają z bijącym sercem, aby zobaczyć, co zamierza uczynić — i dlatego przyozdabiamy nasze sanktuarium, wywieszamy draperie i mnożymy świece jak w dniu uroczystości. Wiemy dobrze, że jesteśmy po stronie zwycięzców i że modlitwy ubogich, słabych i wzgardzonych mogą — złożone w prawdziwym duchu — więcej niż cała mądrość i wszystkie zasoby świata. Ten siódmy październik jest właśnie rocznicą dnia, w którym modlitwy świętego Piusa oraz Różaniec Święty odmawiany przez tysiące wiernych na jego wezwanie skruszyły na zawsze panowanie Turków w wielkiej bitwie pod Lepanto. Bóg da nam to, o co prosimy, albo da nam coś lepszego. W tym duchu kontynuujmy święte obrzędy, które rozpoczęliśmy, w obliczu niezliczonych świadków: Boga Sędziego wszystkich, Jezusa Pośrednika Nowego Przymierza, Jego Matki Maryi, naszej Niepokalanej Opiekunki, wszystkich Aniołów Kościoła Świętego, wszystkich błogosławionych Świętych, Apostołów i Ewangelistów, Męczenników i Wyznawców, świętych kaznodziejów, świętych pustelników, świętych dziewic, świętych niewinnych zabranych przed grzechem uczynkowym — i wszystkich innych dusz świętych, które oczyszczone przez cierpienie dosięgły już swej niebieskiej ojczyzny.

---

← wróć do odkrywania