HomiliaDB

William Bernard Ullathorne OSB · Kazania z przedmowami

II. Miłość Boga

Gdy moja wiara stała się letniaGdy życie wydaje się bez sensu Miłość BogaTrójca Święta
W skrócie. Systematyczna medytacja o miłości Bożej: od Trójcy Świętej przez stworzenie, upadek i Odkupienie, aż do pytania, czy człowiek odwzajemnia tę miłość. Ullathorne (za Augustynem) proponuje test: czym jest i co miłujemy — tym jesteśmy. Kazanie nawołuje oziębłych wiernych do ożywienia wiary przez powrót do relacji z Bogiem.

„Słowem, bracia moi, jesteśmy niczym innym, jak tym, co miłujemy, a nasze życie jest tym, co żyje w uczuciach naszej duszy.”

Ogólna nauka następującego kazania pochodzi od świętego Augustyna, doktora miłości Bożej par excellence. Jego pisma są niewyczerpane w argumentach i sugestiach dotyczących tego wzniosłego tematu; duch ów przenika i ożywia niemal wszystko, co ów wielki doktor napisał. Niektóre ustępy, ku końcowi kazania, wzięte są niemal dosłownie od tego wielkiego Ojca, z którego pism o tym przedmiocie kaznodzieje francuscy czerpali obficie. Autor jest świadom, że przykład zaczerpnięty z teorii światła nie jest przystosowany do ogólnej słuchalności, choć sądzi, iż może nie okazać się niestosowny dla czytelnika w ogóle. Wpływ pięknego małego dzieła hrabiego Stolberga będzie dostrzegalny dla tych, którzy je znają. Przejście od stworzenia do upadku człowieka opatrzone jest jedną czy dwiema ilustracjami zaczerpniętymi wprost z *Buchleinu der Liebe* — *Książeczki o Miłości*. Czyż nie znajdzie się nikt, kto by nam dał ten przedziwny traktat, tak doskonale przystosowany do naszego języka i sposobów myślenia? Piszący te słowa podjął to zadanie w ciągu ostatniej podróży morskiej z Australii; lecz czując ograniczoność swej znajomości języka niemieckiego i brak czasu, zaniechał go. W nadziei wzbudzenia uwagi i skłonienia jakiegoś uczonego germanisty do podjęcia tego trudu, a zarazem czując, jak bardzo dzieło owo oświetla jego obecny i ulubiony temat, ośmiela się on ofiarować dosłowny przekład wzniosłego liryzmu, który streszcza ogólny wywód książki i ją zamyka. Nosi on tytuł:

Ciebie chwali wiosna,

Ciebie, o miłości wieczna!

Ciebie chwali i zima.

Twoją miłość szepczą wargi

Ssących niemowląt,

Twój promień topi mróz serc starców,

by się cicho przelał.

O Ojcze światłości

wszelkiej uświęconej prawdy!

O Ojcze żaru

wszelkiej pobożnej miłości!

Niechaj zajaśnieje Twe światło

Promieniem zapalającym

Na tym szarym, znużonym sercu,

By dziś, raz jeszcze,

Ja drżącą ręką

Schwycił harfę Syjonu i poważył się swą duszą na niej.

O, gdy zstępuje Twa miłość,

Topi śnieg lat, i — ach! —

Topi też odrętwienie lodów grzechu.

Rozgorzeważ tedy

W miłości wszelkiej uświęconej,

Której miłość wiekuista tak wiele odpuszcza!

Od wieczności była,

I będzie, ta, która jest.

Od wieczności widział On,

I będzie widział, i widzi,

Ojciec swą nieskończoną istotę;

Widział — i Jego widzenie wytrysnęło,

Wytrysnie, tryska —

Jego Przedwieczny Syn!

Od wieczności płynęło,

I płynąć będzie, i płynie,

Myśl Ojca, Słowo,

Przedwieczny Syn!

Od wieczności jaśniało,

I jaśnieć będzie, i jaśnieje,

Miłość Ojca ku Synowi,

Miłość Syna ku Ojcu,

Gdy oboje promieniowali,

I będą promieniować, i promieniują —

Duch Święty Przedwieczny!

Wytrysnęło owo Słowo Przedwieczne:

Wytrysnie znowu! I wówczas wzeszedł,

Jak słońce z morza,

Ze swymi niebiosami świat z pradawnej nocy,

I jak ptaki wśród szumu cedrów Libanu,

Gdy budzi się ranek, wyśpiewują swą słodką pieśń,

Tak aniołowie wyśpiewują pieśń swojej szczęśliwości

W kręgach niebios pełnych harmonii.

Miłości wieczna, źródło miłości, powiedz, ach powiedz!

Wszystkim niebiosom i duszom, i wszystkim duchom,

By tryskały, by falowały, by jaśniały,

By kąpały się w Twym żywym świetle,

By żyły ożywione Twym tchnieniem,

Albowiem życiem życia jesteś Ty, o miłości!

Rozbrzmiewa chwała Twoja, o Wszechmogący!

Wszechmądry, wszechgodny miłowania,

W niebiosach, w niezliczonych słońcach, ziemiach, księżycach;

I oto pełen jest świat Twoich dzieci, cały pełen!

Ciebie chwali też człowiek, dziecię Twe,

Z prochu ziemi.

Ty podnosisz go, ożywiony pył,

Tchniesz w niego życie swego tchnienia,

I kształtujesz go na swój obraz!

Obraz Twój zbezcześcił! Upadł!

Rozwarła się szeroko przepaść,

By pochłonąć swą ofiarę;

Lecz wówczas — „Rozedrzesz niebiosa,"

Miłości wieczna! „Zstąpisz."

„Góry stopiły się przed Tobą!"

„Narodziny te muszą być narodzinami Pańskimi,

Którego wyjście jest od początku, od wieków

odwiecznych."

Prochem stał się, by podźwignąć proch;

By wyrwać niewolnika śmierci ze śmierci,

Dałeś, o źródło miłości!

Siebie na śmierć!

O oceanie miłości!

Na Twym brzegu stali synowie światłości,

„Pragnęli wejrzeć w głębinę,"

Adorując, zanurzają się,

I znów wzlatują w górę ze swą pieśnią miłości.

A my? — O litości, zlituj się nad nami! —

My zapominamy, żeś Ty, który rozdarłeś niebiosa,

W żłóbku płakał za nas,

Na krzyżu za nas skonał.

Ty nas zalecasz się do nas,

Jak młodzieniec do dziewczyny,

Lecz pogrążeni w błahostkach winnej rozkoszy,

Niesieni przez szaleństwa nadętej próżności,

Odwracamy się od Ciebie chłodno.

O Ty! który z łona Ojca

Przybyłeś nawiedzić nasze wygnanie,

Spraw, byśmy z serca wstrętnie wzgardzili złudnymi radościami!

I nagnie Ty „ku słodkiemu jarzmu" swemu

Nasz kark pychy z całą jej głupotą!

Wybaw nas od wroga Twego, świata!

Od wszelkich jego powabów wybaw nas, Boże!

Tylko Ty, o nieskończony! tylko Ty

Jesteś żywym światłem tęskniącej duszy,

Jej mocą, jej podporą,

Jej pokojem wewnętrznym, jej zdrowiem, jej szczęściem!

Co jaśnieje, co nie promieniuje Twoją miłością,

Jest mgłą oparów nad nocnym bajorem.

Co żarzy się, co nie płonie Twoją miłością,

Jest mrocznym czynem hańby na ołtarzu Bożym.

O daj! Ty, któryś cierpiał za nas!

O daj nam święte cierpienia miłości.

Rozpal nasze zmrożone piersi

Ranami miłości.

Niechaj rany bólu stopią się

W ranach miłości,

Aż duszę, Twoją tęskniącą oblubienicę,

Wprowadzisz do królestwa swej szczęśliwości,

Tej szczęśliwości, którą Twoja miłość tam wprowadza.

*„Gdybym nie miał miłości, niczym jestem."*

Kaznodzieja katolicki, bracia moi, ma jeden tylko temat. Może go przedstawiać w wielu ujęciach; może napominać słuchaczy do wielu obowiązków; może do nich przemawiać pozornie z niezliczonych pobudek. Lecz wszystkie te różnorakie pobudki wypływają z jednej; wszystkie zmierzają ku utwierdzeniu jednej prawdy i wskazują na jeden obowiązek. We wszystkich swych napomnieniach, a nawet w swych wyrzutach, religia mówi jedynie różnymi głosami tego jednego nakazu, zrodzonego z tej wspaniałej prawdy. We wszystkich swych pouczeniach Objawienie głosi, wszechmocnym głosem, tę prawdę; a sama natura nie odmawia wyznania jej władczej mocy. Cóż to za prawda, która — szersza niż niebiosa — jak sam Bóg przenika każdą cząstkę wszechświata i domaga się hołdu naszych dusz? Bracia moi, prawda ta jest taka: że Bóg nasz jest miłością i że Bóg nasz nas miłuje; że stworzył nasze duchy, byśmy Go miłowali; i że miłować Go jest naszym obowiązkiem i naszą radością.

Przybądźcie, drogie dusze chrześcijańskie, i chodźmy dziś po rozległych i błogich przestrzeniach miłości Bożej. Jest ona tak powszechna jak Jego natura. Gdziekolwiek jesteśmy, otaczeni jesteśmy świętą miłością naszego miłosiernego Boga. Czy rozważamy Cię, o mój Boże! w Twojej własnej dobroci, czy rozważamy Cię w Twojej dobroci ku nam; czy patrzymy na Ciebie jako na dobrego w Twoich stworzeniach, czy też odczuwamy Twoje dobre dary dla naszych dusz — Twoja miłość, o mój Boże! jest równie nieskończona i niewyczerpana, jak niepojęta dla naszego rozumu. Gdziekolwiek się udamy, jakkolwiek splugawimy nasze dusze, czyniąc się niegodnymi — nigdy nie możemy się wyrwać z Twojej dobroci; ona tylko przytłoczy nas głębszą niewdzięcznością. Ze wszystkich darów owej wiecznej dobroci, największym jest władza, która nam jest dana, byśmy miłowali Boga, który nas miłuje; i jeśli swą głupotą nie utrudniamy jej Bożych działań w nas, przeznaczona jest ona do tego, by wyjednać nam pełne posiadanie Jego dobroci wraz z wiecznym ciężarem chwały. Jakże nie dość nam wysławiać chwały Bożej miłości! Rozum nie może jej ogarnąć, umysł jej nie obejmie, nawet wiara nie dosięga pełnej wielkości miłości Bożej ku nam. Jedynie serce — i takie serce, które sam nasz Bóg przygotował i napełnił łaską — może odczuciowo pojąć nieco z Jego dobroci. A nawet w tym sercu najgłębszym przekonaniem jest to, jak mało jeszcze pojmuje ono z wielkości miłości Bożej. Prawdziwe poznanie miłości Bożej wyrasta z ćwiczenia się w tej miłości; i jedynie w tej mierze, w jakiej sami miłujemy Boga, coraz bardziej uświadamiamy sobie, jak bardzo Bóg nas miłuje. Miłujmy Boga, bracia moi, i ze środka tej miłości wysławiajmy wielkość miłości Bożej ku nam.

Jakże, niestety! mam mówić i co mogę rzec? Albowiem aby poznać miłość taką, jaka jest, powinniśmy widzieć Boga — „Bóg jest miłością"; a On zasłonił się przed naszymi oczyma, bo chce, byśmy Go miłowali tak wiernie, jak na to zasługuje, zanim ujrzymy Go takim, jaki jest. By mówić o miłości tak, jak na to zasługuje, powinniśmy mówić z żarliwego łona Boga, wśród zachwyconymi płonących serafinów; a ja, niestety! jestem duchem grzesznym, okrytym szatą śmiertelnej gliny, dalekim wygnańcem od Boga. Wargi moje ledwie dotknięte zostały żarzącym się węglem z ołtarza miłości, a moje wysiłki, gdy chciałbym mówić o miłości niebieskiej, są jak seplenina języka niemowlęcia, który słabo wydobywa się na mowę. Jakże tedy, bracia moi, zdołamy dojść do znakomitego poznania miłości Bożej? Apostoł miłości, święty Jan, poucza nas, że „miłość pochodzi od Boga". Jest to Jego dar i musimy Go o nią prosić. Inny wielki apostoł miłości, święty Paweł, mówi nam, że „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który w nas mieszka". Wzywajmy tedy niebiańskiego daru; błagajmy naszego Ojca niebieskiego, by raczył zesłać do serc swoich dzieci Ducha Świętego miłości. Ale najpierw trzeba nam skupić nasze serca w ciszy i w pokoju; bo jedynie w ciszy i w pokoju zechce ów Duch raczysz zamieszkać. Niechaj więc troski, zamęt i waśnie waszego doczesnego życia przestaną was na tę chwilę niepokoić. Niechaj te mury, które zawierają ciało, zatrzymają też ducha od jego ziemskich wędrówek. Albowiem ta świątynia, to sanktuarium, i Ten, który — w ściślejszym sensie niż w dawnym Prawie — uświęca ją swoją obecnością, mieszkając pośród nas na przebłagalni, na Arce, między cherubinami, powinny być świadkami jedynie myśli świętych i zdążających ku niebu.

Przybądź zatem, o Duchu Święty! Rozpal i odnów nasze serca. Daj nam owej mądrości, która zasiadasz z Tobą na Twoim tronie; daj nam owego ognia, który zstąpił w językach na apostołów; daj nam owej prostoty, która zstąpiła w gołębicy na Jezusa; abyśmy słysząc Twego ducha, przyjęli go, a przyjąwszy, miłowali z całego serca i ze wszystkich sił, przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.

Czymże tedy, bracia moi, jest miłość? Miłość to miłowanie — to miłość Boga — Jego miłość wlana w nasze dusze. Jest to odpowiadanie miłością na miłość Bogu, który pierwszy nas umiłował i który mówi: „Miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego pociągnąłem cię do siebie w pełni miłosierdzia swego ku tobie."

Jestem jednak świadom, że odkąd praktyka tej niebieskiej cnoty podupadła i zmalała, myśli ludzkie zmieniły się wraz z uczuciami; i to samo słowo „miłość", które niegdyś znaczyło jedynie miłość Boga, utraciło w następstwie wiele z czystości swego znaczenia w naszych powszednich sposobach mówienia. Rozumie się przez nie owo uczucie współczucia, jakie wzbudza w nas widok brata w niedoli, oraz pomoc, jaką mu świadczymy w jego utrapieniach. Lecz to samo przez się nie jest nawet cząstką miłości. Może to być jedynie wyraz bardzo naturalnego uczucia ku przyjacielowi, w którego sercu mieliśmy swój udział i w którego utrapieniach sami uczestniczymy. Gdyby to był nieznajomy, czyż tak samo zachowywalibyśmy się i czulibyśmy w jego sprawie? Lub może to wypływać z naszych naturalnych sympatii i obaw jako równie narażonych dzieci jednej wspólnej rodziny biedy i niedoli, do której wszyscy należymy. Gdybyśmy przez jakiś nadzwyczajny przywilej byli szczególnie wyjęci spod wszelkiej szansy i niebezpieczeństwa podobnych nieszczęść, czyż pomoc, jakiej udzielamy innym, byłaby równie gorąca i szczera? Może to być jedynie czuła wylewność wrażliwej i delikatnej natury, która znajdując słodkie zadowolenie w jej zewnętrznym przejawianiu się; może wypływać z próżności; lub może to być konieczność naszego położenia, która skłania do tego, co w nadużyciu języka zwie się miłością; lecz jeśli nie są uświęcone wyższą pobudką, są to tylko zwykłe naturalne czyny człowieka cielesnego; nie ma w nich nawet śladu łaski miłości. Ale gdy, bracia moi, w pełnieniu hojnych czynów i życzliwych uczuć nie patrzymy jedynie na utrapionych bliźnich jako takich, lecz widzimy w nich zarazem dzieci w niedoli naszego Ojca niebieskiego; gdy poruszamy się nie tylko na widok ciała i krwi w ich cierpieniu, lecz na widok cierpiącego członka Chrystusa; gdy rozważamy owego cierpiącego brata nie tylko jako nasze własne odbite oblicze w nieszczęściu, lecz zwłaszcza gdy kontemplujemy go jako obraz, który Bóg wybił w żywym odlewie i odcisnął na nim swoje wieczne podobieństwo, i na którym wypisał swój własny napis i prawo panowania — wówczas nasza życzliwość staje się widzialnym dowodem i niezaprzeczalnym wyrazem naszej miłości i miłości Boga.

Najpierw jednak wznieśmy wzrok ponad ćwiczenie miłości w stworzeniu; i niesieni na skrzydłach owego Ducha, którego przyzwaliśmy, wstąpmy do pierwszego źródła miłości Bożej. Albowiem Bóg sam jest jej twórcą, a wszystkie Jego dzieła i dary są rzeczywistym sprawowaniem jej mocy i nieograniczonymi dowodami jej wielkości. Jego miłość rozkazuje to, co Jego moc wykonuje. W miłości stworzył nas, w miłości odkupił nas, w miłości podtrzymuje nas, przez miłość uświęca nas, a miłość Jego rozlana jest w naszych sercach przez Jego Ducha Świętego, który w nas mieszka. Czymże, bracia moi, jest nasza dusza? Co może czynić? Ku czemu może dążyć? Jaki zasób ma w sobie samej, lub jaki powód dla swego istnienia, bez miłości Bożej? Czy chcielibyście pojąć, jak miłość Boża jest samym życiem duszy i jedynym celem jej istnienia? Słuchajcie, a rozwinę wam genealogię niebieskiej miłości.

Na początku, przed wszelkim czasem i stworzeniem, Bóg był. Był sam, lecz nie był sam i w odosobnieniu. Albowiem w sobie samym, będąc pod każdym względem nieskończonym, cieszył się nieskończoną wspólnotą i nieskończonym szczęściem. Ojciec Przedwieczny, wiecznie rozważając siebie samego, oglądał ową Myśl Przedwieczną, owo Słowo Nieskończone, które wyraża Jego wieczne doskonałości — swego Przedwiecznego Syna; Syn Przedwieczny miłujący wiecznie Ojca Przedwiecznego, jak Ojciec miłuje Syna; ich wzajemna miłość wieczna tchnęła Ducha Świętego — Trzech w Jednym. Tak tedy w sobie samym Bóg cieszył się wiecznie nieskończoną wiedzą, nieskończoną społecznością, nieskończoną wspólnotą miłości i nieskończonym szczęściem. Lecz Ten, kto jest nieskończenie doskonały, jest nieskończenie dobry; a kto jest nieskończenie dobry, dąży do udzielania rozkoszy swojej dobroci wszędzie, gdzie może się ona rozlać. Cóż jednak więcej może uczynić? Wieczność i nieskończoność wypełniona jest miłością i rozkoszą Boga. Cóż pozostaje? Pozostaje to, co nie jest ani nieskończone, ani nie istnieje, chyba tylko w Jego mocy. Chrześcijanie, mógł stworzyć i — tworząc — mógł wlać miłość i rozkosz siebie w byty, które uczynił. Bóg przemówił i świat ten powstał piękny na Jego słowo; a jednak, piękny, jakim był, gdy wyszedł z rąk Stwórcy, przed grzechem człowieka, który go zmienił, świat ów nie miał duszy, nie znał Boga. Bóg przemówił znowu, mówiąc: „Niech stanie się światłość". I stała się światłość; lecz nie była to światłość rozumu i nie mogła widzieć Boga. A gdy nakazał, by zielone zioła wyrosły na obliczu ziemi, i drzewa wznosiły się ku niebu z nasionami i owocami — wszystkie powstały naraz. Lecz nie wiedziały, kto im dał nasiona i owoce. On oznajmił, że są dobre; lecz nie znały Jego dobroci. Nie miały serca, by Go miłować, zmysłu, by Go radować, języka, by głosić Jego chwałę. Lecz przemówił znowu; i znowu — życie wypełniło powietrze na niezliczonych skrzydłach, życie poruszyło się w głębinach wszystkich mórz, życie kroczyło i pełzło, i biegło po całej ziemi — świat napełnił się żywym i oddychającym życiem — powietrza rozbrzmiewały ożywionymi głosami ich zadowolenia. Lecz zadowolenie owych żywych stworzeń było w nich samych. Nie miały życia ducha. Nie wiedziały, kto je uczynił. Nie mogły wznieść się żadną mocą podobieństwa ku swemu Stwórcy. Nie były zdolne do przyjęcia daru wspólnoty z Bogiem. Nie jest to więc jeszcze kres dzieła Bożego — jest to jedynie jego początek i przygotowanie. Jest to zaledwie pałac, jak zauważa święty Grzegorz z Nazjanzu, który Bóg zbudował, zaopatrzył i przystroił dla znakomitego gościa, którego zamierza do niego posłać. Potrzebna jest istota zarazem niebiańska i ziemska — ziemska, by trzymać i reprezentować na ziemi rzeczy ziemskie, nad którymi zostaje posłana, by panować — niebiańska, by żyć w zjednoczeniu z Bogiem, by Go znać i Go miłować. By w tym stworzeniu niebo i ziemia mogły się spotkać. By „ziemia napełniła się znajomością Pana" i „niebiosa głosiły chwałę Jego" przez duszę człowieka, i by wszystkie te stworzenia znalazły głos, by mówić do swego Stwórcy przez jego rozmyślną miłość i wdzięczność. Podobnie jak z oceanu wody niewidzialnie i tajemniczo wznoszą się i rozprzestrzeniają, i schodzą na całą ziemię, by dać jej życie i urodzajność, a potem gromadzą się, tajemniczo przyciągane od kropelek do cienkich strumyczków, które płyną razem w dół każdego zbocza strużkami, i tak do potoczków dolnych, i do dopływów, aż zjednoczone w łonie jakiejś majestatycznej rzeki ponownie wracają do owego oceanu, skąd wyszły — tak też wszystkie te stworzenia, służąc sobie nawzajem, i wszystkie hojnie płynąc ku użytkowi, płodnej służbie i napełnianiu znajomością swego dobra rozmyślnego serca człowieka, mogą wrócić przez wdzięczne wylewania się jego łona z powrotem do wielkiego oceanu Boga.

Dotąd Bóg przemawiał i wszystkie rzeczy zostały uczynione Jego słowem. Ale teraz Wszechmocny przystępuje do dzieła większego niż cały ten świat; nie posługuje się już jednym tylko słowem. Widzimy trzy Osoby adorowanej Trójcy Przenajświętszej, podnoszące się jakby z narady i schylające z niebios ze słowami: „Uczyńmy człowieka na podobieństwo nasze". I swymi wiecznymi rękami wziął i uformował glinę, i tchnął w Adama ducha życia, i człowiek powstał jako dusza żyjąca, obdarzona nieograniczoną zdolnością poznawania i nieograniczoną zdolnością miłowania, których zaspokoić może jedynie sam nieskończony Bóg, i która, choć zamknięta w ziemskim ciele, uformowana jednak i ukształtowana ręką Boga, była wówczas nieśmiertelna i doskonałego piękna. Człowiek nie ma wymówki, jeśli się myli co do swego przeznaczenia. Albowiem Bóg wypisał palcem na jego sercu — swoją łaską wypisał w nim to niezniszczalne prawo jako wskazówkę drogi do niewypowiedzianego szczęścia: „Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca twego, i z całej duszy twojej, i ze wszystkich myśli twoich, i ze wszystkich sił twoich".

Chrześcijanie, poznajcie szlachetność i godność swojego bytu, i całą wspaniałość waszego przeznaczenia. Sam Bóg nie ma wznioślejszego celu niż ten, do którego was przeznacza. Wspomagani przez tego Ducha, by rządzić i poddawać Jego adorowanej woli stworzenie, nad którym przez pewien czas daje nam panowanie, a następnie, by być przez Jego Ducha uniesionym od stworzenia do widzenia, miłowania i radowania się Jego własną wieczną chwałą. Jakimże stworzeniem jest tedy człowiek, jeśli tylko chce poznać siebie! Do jakiej boskiej egzystencji może dojść, jeśli tylko zechce miłować Boga! Jaki nieskończony przedmiot rozrasta się w nim, gdy zaczyna porzucać siebie! I niestety! do jakiej niegodnej małości kurczy się jego dusza, gdy trwa przy owym nędznym bożku swej pychy! Albowiem człowiek nie może napełnić swojej duszy w sposób istotny sobą samym. Jest ona jedynie pojemnością — komnatą na przyjęcie gościa — mała lub wielka, chwalebna lub haniebna, i przyjmuje wszelkie swoje właściwości od tego, co przyjmuje, obejmuje i gości. Jest celą, więzieniem dla grzechu i kary, domem dla śmiertelnych i przemijających mieszkańców, lub świątynią Boga żywego — ba, niebem, gdzie objawiają się Jego chwalebne widzenia — zależnie od tego, czy przyjmuje grzech, stworzenie, czy chwalebnego Boga jako swego gościa. Gdy opada od Boga w siebie samą, jest doprawdy uboga i pusta — same tylko władze bez ich przedmiotu — moc i pragnienie objęcia nieskończonej radości, a nie obejmujące niczego. Stąd jej niepokój i wszelkie niezadowolenie. Świadcząo tym myśli przemierzające cały świat; i nadal nienasycone, spoglądające wstecz przez wszystkie wieki; i nadal nienasycone, niespokojną spekulacją antycypujące możliwości przyszłości; i nadal nienasycone, wędrujące ku gwiazdom; i nadal nienasyte, zamieniające je w światy; i jeszcze, nawet wobec tych nieskończonych perspektyw stworzenia, duch nasz jest nienapełniony jak przedtem, i wzdycha do poznania większego i do objęcia jakiejś jednej nieskończonej prawdy; i jeszcze nienasycony — albowiem cóż warta cała pełnia umysłu, jeśli trudzące się serce jest puste z treści — przywiązując się kolejno do jednego stworzenia, potem do drugiego, z kolei porzucając każde w znużeniu i rozczarowaniu, wciąż nieuczona przeszłością, niespokojnymi skrzydłami swych uczuć, z myśli do myśli i z przedmiotu na przedmiot, i nie znajdując trwałego zadowolenia w żadnym — albowiem żadne ani wszystkie stworzenia razem nie mogą napełnić nieskończonego głodu naszego serca, które pragnie miłować coś nieskończenie wielkiego i godnego, niespokojne i rozgorączkowane w duszy naszymi przemiennymi nadziejami i niezadowoleniami, gdy każda nowa nadzieja zrodzona ze stworzenia zostaje zniszczona lub zawodzi — oto wielki ocean — Bóg: oto brzeg — ten wszechświat: oto muszla na owym brzegu — ten świat. Czy ta muszla może pomieścić ów ocean? Ani ten świat nie może pomieścić miłości, dla której twoja dusza wyszła od Boga — tak bezbrzeżne, tak tajemnicze, tak niezgłębione są jej pragnienia. Lecz „przyłącz się do wieczności" — rzekł Duch Boży do świętego Augustyna, gdy znużony stworzeniem szukał Stwórcy — „przyłącz się do wieczności, a staniesz się wieczny i znajdziesz spoczynek." „Zwróciłem się do każdego stworzenia" — wykrzykuje ten sam wielki święty, opowiadając swoje udręczone poszukiwanie najwyższego dobra swej duszy — „pytałem je kolejno: ‹Czy jesteś moim Bogiem?› I ziemia, i morze, i gwiazdy, i słońce, i każde stworzenie jednym głosem odpowiadały: ‹On nas stworzył›. I zwróciłem się nareszcie do Ciebie, i znalazłem, żeś uczynił nas, wielki Boże, dla siebie, i że serca nasze są niespokojne, dopóki nie spoczną w Tobie."

Słowem, bracia moi, jesteśmy niczym innym, jak tym, co miłujemy, a nasze życie jest tym, co żyje w uczuciach naszej duszy. I podobnie jak wszystkie ciała na tej ziemi ciążą ku jej środkowi, tak wszystkie duchy mają naturalne dążenie ku Bogu — który jest ich środkiem przyciągania. Szatan oparł się temu dążeniu swego ducha ku wiecznej światłości i oparł się przyciąganiu, którym Bóg wciągał go ku wiecznej miłości, i znalazł się w ciemności i utrapieniu. Lecz gdyby jeden promień miłości Bożej zdołał wedrzeć się do jego mrocznego, udręczonego wnętrza, natychmiast „na skrzydłach jutrzenki" wstąpiłby z powrotem do wieczności. — Nigdy to być nie może.

Kuszony przez Szatana, człowiek także upadł. Przez pychę i zmysłowość był zwabiony do swego przekroczenia. I owa wielka miłość w jego duszy, która — gdy czysta i skierowana ku Bogu — była samym życiem jego ducha, rozdzieliła się na dwie miłości, obie odwracające go od Boga na bezdroża stworzenia, prowadząc go jednakowo do zepsucia. Albowiem, po części unoszony w niespokojnym niezadowoleniu pośród zewnętrznych i zmysłowych stworzeń, a po części przyciągany z powrotem w samym znużeniu ku sobie — jego zewnętrzna zmysłowość splugawia jego duszę i czyni go podobnym do węża pełzającego brzuchem po ziemi; jego wewnętrzna pyszna miłość własna czyni go podobnym do tego samego węża, gdy zrywając się i skupiając z ziemi, którą zbezcześcił swym pełzaniem, zwraca się i wije krętnymi ścieżkami wokół siebie samego. Gdyby Bóg nie zechciał mieć miłosierdzia nad upadłym człowiekiem, jego chora, samolubna pycha, jak pycha upadłego anioła, musiałaby wybuchnąć wieczną nienawiścią ku Bogu. Wyobraźmy sobie, co stałoby się z tą ziemią, gdyby wycofała się, mocą jakiegoś daru wewnętrznej wolności, ze swej drogi wokół słońca i zapadła się — atakowana ze wszystkich stron chaotycznymi burzami — w bezmiar ciemnych i pustych przestrzeni. Jest to tylko blade wyobrażenie nędzy rozdzieranego udręczenia, które mieszka w owym duchu, który Bóg całkowicie opuścił i wyrzekł się. Lecz Bóg, który od wieczności widział jego upadek, od wieczności miał nad nim miłosierdzie; i okazał swoje miłosierdzie tak samo jak swoją sprawiedliwość; lecz miłosierdzie swoje stawia pierwsze, aby upadły człowiek, żałując za swój upadek, mógł się do niego odwołać, jak nawet do samej sprawiedliwości, rozbrojonej ze swej grozy i uśmierzonej najwyższym aktem najwyższej miłości Bożej, okazanej w ofierze Jego wiecznego

Tu stajemy na niezgłębionych głębinach bogactw miłości Bożej.

Obecność Boga w jego duchu, miłość Boga w jego sercu, wspólnota Boga przez całą jego duszę, czerpiącego łaskę nieśmiertelności z tajemniczego drzewa życia, gdy jego zażyłymi towarzyszami byli aniołowie — człowiek ośmielił się zakwestionować słowo Boże; zuchwale podważył tajemnicę śmierci; pragnął wiedzieć to, co Bóg sam jeden zachował sobie prawo wiedzieć; aspirował, by być jako Bóg. Kwestionując prawdziwość słowa Bożego, prawda go opuściła. Prowokując śmierć, śmierć przyszła na niego i utracił wspólnotę drzewa życia. Aspirując, by być jako Bóg, Bóg był zmuszony go opuścić. Wybierając pyszne, rozumowane posłuszeństwo Szatanowi, pozostał we wspólnocie Szatana, pozostawiony, by odczuć pełen ciężar jarzma pana, którego sobie wybrał. Cóż za upadek! i cóż za odmiana! Bóg cofnął łaskę swojej wspólnoty od niewiernego człowieka, a miłość i radość wróciły do nieba. Oto leży on, obalony i bezsilny, pod straszliwą kpiną Trójcy Przenajświętszej: „Oto Adam stał się jako jeden z nas!" Adam stał się jakby osobą Bóstwa, „znającą dobro i zło. Niechaj tedy nie wyciągnie znowu ręki i nie zje z drzewa życia, i nie żyje wiecznie — wyrzućmy go z Raju." Nieurodzaj Boży przeniknął jego serce, przekleństwo weszło w jego duszę; ciało jego skazane jest na ból, na chorobę, na trud i ich owoc — śmierć. Zna dobro i zło: dobro zna przez pamięć jego utraty; zło — przez jego posiadanie jego duszy. Bóg w niedoli — wielbiciel siebie zamiast miłować Boga chwały. Jest to historia każdego upadku, od owej godziny po dzień dzisiejszy. Oto on, sprowadzony do nieskończonej podłości poniżej Boga, którego prawda może opisać jego stan jedynie gorzką drwiną ze swego stworzenia. Między owym niebem, miejscem narodzin jego duszy, a ową doliną śmierci, gdzie znajduje swoje miejsce, rozciąga się przepaść, której nie ma mocy przekroczyć. Jakże mógłby wstąpić z powrotem, nie mając w sobie niczego większego niż on sam? Jakże może wznieść się do Boga, nie przez owe zjednoczenie z Bogiem i działanie owej łaski, które od niego odeszły? Dalila pokusy obcięła kosmyki siły, które — ponad jego naturę — Bóg dał temu Samsonowi, i leży on zwodzony w swojej przyrodzonej słabości na zmysłowym łonie swej zbrodni. Bóg szydzi z niego; my, jego dzieci, płaczemy, a jego kusiciele szydzą i drwią z jego bezsilności. Oczy duchowe zostały mu wyłupione; nie może już widzieć światłości Bożej. Owa niebiańska światłość pada na niego, a słowo Boże przemawia do jego uszu; lecz nie ma już tej samej mocy. Oko jego dawnej wiary jest zgasłe. Ucho na prawdę jest chore. Zatacza się, jest wzburzony, szuka daremnie, by ukryć się przed Bogiem. Chętnie wzniósłby się ku lepszym rzeczom; lecz one tylko dręczą go myślą, że minęły. Niezdolny do przyjęcia światłości prawdy, odwraca się od niej, jakby jej wstręt do jego fałszywości go odpychał, i opada z powrotem — bardziej ze znużenia niż z wyboru — w swój mroczny stan. Same rzeczy, w które się rzuca, szukając daremnie ulgi w stworzeniu, przydają tylko do jego bólu i znużenia.

I czy nie ma pomocy? Czy wszystko jest stracone, i stracone na zawsze? Tak, stracone! Złamane i puste z miłości jest nieśmiertelne serce człowieka. Nie pali się w nim nic prócz ponurego ognia pożądliwości; nie wznosi się z niego nic prócz dymu jego posępnej pychy, która wznosi się przeciw Bogu i usiłuje, w swojej wrogości, przysłonić samo oblicze Boga.

Tu stajemy na niezgłębionej otchłani miłosiernej miłości Bożej! Albowiem, o tajemnicy miłosierdzia! Bóg kocha jeszcze swoje stworzenie. Chociaż złamany i splugawiony, Bóg wciąż widzi swój obraz. Jakiś głos przerywa zdumione milczenie nieba i Słowo Przedwieczne przemawia. Czyż jakieś nowe stworzenie wyłania się? Dwa stworzenia upadły w swojej wolności od Boga. Jak słabą rzeczą jest każde stworzenie! Czy ma być stworzony jakiś nowy ród duchów, by przejęły zagubione posiadłości aniołów i ludzi? O nadmierze miłości Bożej! Archaniołowie słyszą Słowo Przedwiecznego Syna; ono, „które było na początku u Boga, przez które wszystko się stało": „Ofiar i całopaleń nie przyjąłeś"; nigdy nie wynagrodzą: „Na początku twoich wyroków jest napisane, że mam czynić wolę twoją — oto przychodzę." I „Bóg tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego", który „umiłował nas i wydał siebie za nas, jako ofiarę i ubłaganie za nasze grzechy." Stanął przed swoim Ojcem Przedwiecznym, odziany w ciało śmierci. „Ojcze, miłujesz swego Przedwiecznego Syna — przebacz temu ciału! Musi być złożone w ofierze, musi być zniszczona pożądliwość, to ciało musi umrzeć. Tyś postanowił, chwała twoja musi być naprawiona. Aspirował, by być Bogiem — oto Ja stałem się człowiekiem; człowiek jest teraz prawomocnie jedno z Bogiem. Przebacz temu ciału grzechu. Pożądliwość panuje we krwi — musi być przelana. O przebacz winnemu człowiekowi dla moich upokorzeń i mojej miłości." I Bóg tak umiłował świat, że wydał swego Jednorodzonego i Przedwiecznego Syna, aby ci, którzy Go przyjmują, nie zginęli, ale mieli życie wieczne. Przez konanie krzyża swego zadośćuczynił za naszą zmysłowość; przez hańby swego krzyża zadośćuczynił za naszą pychę. „Ojcze, przebacz im!" — było Jego wołaniem wśród mąk. Z torturowanymi ramionami rozpostartymi objął nas w modlitwie swojej ofiary. „W ręce Twoje oddaję ducha mojego" — zawołał do Ojca, kończąc. „Tyś mnie odkupił, Panie, Boże prawdy" — ciągnie królewski prorok w imieniu całej ludzkości, kontemplując z daleka gorzką ofiarę. Miłość Boża ku nam jest silna jak życie; miłość Boża ku nam jest silna jak śmierć; żadne fale naszej niewdzięczności nigdy nie przytłoczą Jego miłości.

Powiedz nam tedy, adorowany i cierpiący Odkupicielu, przez jakie cierpienia z naszej strony i pod jakim ciężkim prawem zostaniemy zbawieni. „Będziesz miłował" — mówi On — „Pana Boga twego." I to wszystko, Boski Zbawicielu? To jest, głosi, jedyna rzecz potrzebna; moim zadaniem cierpieć, twoim miłować. To jest całość Prawa, całość Proroków i całość człowieka. Lecz czyż wdzięczność, czyż radość, czyż Twoje cierpienie, czyż Twoja miłość — czyż całe niebo i ziemia nie odbija Twojego własnego natchnienia, by Cię miłować? Czyż nie jest naszą nędzą, że Cię nie miłujemy? Czyż potrzebujemy zatem nakazu, by miłować? Musi tkwić jakaś wielka tajemnica w tych słowach, coś więcej niż miłość zawarta w tym przykazaniu. Powiedz nam tedy, Boski Zbawicielu, według jakiego prawa i jakiej miary mamy miłować naszego Boga? Albowiem gdzie Ty nie jesteś naszym przewodnikiem, zawsze jesteśmy na krawędzi jakiejś otchłani niebezpieczeństwa. „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkich myśli twoich." Lecz to miłować Go z całego mego zamiaru. „Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca twego." Lecz to miłować Go ze wszystkich mych pragnień. „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkich sił twoich." Lecz to miłować Go w sprawowaniu wszystkich moich władz i zdolności, i kierować wszystkimi ich przejawami ku Niemu. „Będziesz miłował Pana Boga twego z całej duszy twojej." Ach! to objąć Go w całym moim bycie, tak jak we wszystkich moich czynach. Prawem i miarą miłowania Boga jest tedy miłować Go ponad wszelkie granice i wszelką miarę, i nie znać końca ani przerwy w miłowaniu Go. Miłować Go tak samo w przeciwnościach jak w powodzeniu, w przygnębieniu jak w radości, w myślach i czynach tak jak w słowach i modlitwach. Dopatrywać się darów Jego miłości we wszystkich tych rzeczach jednakowo; albowiem wierny miłośnik Boga wie doświadczalnie, ze świętym Pawłem, że wszystkie rzeczy, pomyślne i niepomyślne, cokolwiek nas spotyka, kierowane są ku nam z mądrością miłości przez tę samą Rękę Wszechmocną. Gdy przychodzą w postaci utrapirzeń, są chłostą Jego miłości; w postaci prześladowań, kalumnii i zniewag — czyż nie są to próby Jego miłości, tyle niezbędnych oczyszczeń i utwierdzeń owej miłości, która, pozostawiona bez prób, byłaby nie tylko niedoskonała i nieudowodniona, ale nawet bez pewności? „Wszystko" — mówi Apostoł — „współdziała ku dobremu tych, którzy miłują Boga." Gdy miłość Boża dzierży posiadanie naszej duszy, wszystkie inne rzeczy stają się narzędziami dla jej użytku i środkami jej nieustannego wzrostu, i każde stworzenie zaczyna mówić nam o miłości Bożej; każde pole, każdy kwiat i każde oblicze odbija Jego miłość; i wszystkie cnoty podążają jedynie w jej orszaku i działają jej duchem. Czymże tedy w istocie są wszystkie cnoty, jak nie różnymi postaciami, które miłość Boża przyjmuje stosownie do zmieniających się okoliczności, w jakich jest postawiona, aby tym doskonalej wypełnić wolę Bożą? Podobnie jak duchy anielskie przybrały ludzkie kształty, by wykonywać wolę swego Niebiańskiego Pana wobec człowieka, tak duch Bożej miłości przybiera postać każdej cnoty, jakiej każda nowa okoliczność wymaga, by wykonywała wolę Miłości Wiecznej. Tak tedy wszystkie przykazania Prawa są jedynie tyloma postaciami miłości Boga i bliźniego, podczas gdy sama miłość bliźniego jest jedynie cząstką naszego ćwiczenia się w miłości Boga. I czymże jest doskonała wiara? Lecz miłość Boża przyjmująca słowo Jego prawdy i karmiąca się jej tajemnicami. I czymże jest nadzieja Boża? Lecz ta sama miłość ufna, patrząca naprzód ku posiadaniu jej chwał. A błogosławione smucenie się? Lecz wzdychanie nad długim zwlekaniem ich nadejścia. A pokora? Lecz miłość opróżniająca się z siebie, aby Bóg mógł panować. Przez roztropność dostosowuje się do okoliczności, w których wola Boża ją postawiła; przez sprawiedliwość miłość ku bliźniemu mierzona jest słusznie; przez mężność znosi kochanie próby zesłane dla jej oczyszczenia; podczas gdy przez wstrzemięźliwość trzyma z dala natrętne przywiązanie stworzenia; przez czystość zaś chroni święty ów przybytek, w którym ten czysty duch mieszka; a jej modlitwa jest głosem jej miłości, tak jak codzienna ofiara z siebie jest owym całopaleniem Bogu, przez które ta święta miłość wypełnia całą sprawiedliwość. Usuńcie słońce spośród nas i pogrążcie tę świątynię w ciemności; jest to obraz naszej duszy bez Boga. Odbierzcie wszelką nadzieję jego powrotu — cóż byłoby naszym przerażeniem? Jest to jeno blade wyobrażenie duszy bez nadziei. Lecz niechaj choćby jeden promień niebiańskiej światłości wpłynie z powrotem — a nasz pokój, nasza nadzieja, nasze życie ożywają. I podobnie jak owa światłość ciała, tak niezbędna dla naszego ziemskiego istnienia, czysta i prosta, jak się zdaje, jest zarazem zasadą światła, ciepła i żywotności — tak też owa czysta i Boża miłość, rozlana w naszej duszy, jest zarazem naszą światłością, naszym życiem i naszą miłością. Niechaj zaświeci na mnie światłość słońca sprawiedliwości; światłość, o mój Panie! oblicza Twojej miłości. Gdy sam Bóg jest nam obecny, światłość Jego miłości świeci w nas w swej czystej i prostej jasności — jest to miłość Boża, i jedynie miłość Boża, która nas ożywia, wolna od wszelkiej domieszki stworzenia; lecz podobnie jak gdy wystawiamy naprzeciw dziennego światła jedną lub drugą przeszkodę, zmienia ono swą postać i przybiera sto różnych barw — tak też z ową miłością Bożą: bo niech wkradnie się między nią a Bogiem jakiś cień wątpienia rozumu, a przybiera barwę wiary; niech to będzie jakiś kamień obrazy trwogi — przybiera barwę ufności; niech to będzie trudność wynikająca przeciw jej wierze — przybiera barwę roztropności; czy to zmysłowa przynęta — przybiera ton wstrzemięźliwości; jeśli wkracza nieprawość — jest sprawiedliwością; czy usiłuje powstać zarozumiałość — okazuje fiolet pokory; czy dopadają ją prześladowania lub cierpienia — czerwienieje mężnością; pamięć grzechów jej własnych okrywa ją purpurą żałoby; lecz gdyby znalazła jakąś rzeczywistą plamę na swojej czystości, wówczas ta święta miłość przybiera w swym smutku ciemniejsze barwy pokuty; lecz niechaj każde stworzenie i każda stworzona przeszkoda znów się cofną, niechaj jej duch znowu znajdzie się sam, z samym Bogiem, bez żadnej zapory ani przeszkody między nią a pełnią blasku Jego miłości — i znowu staje się ona jedną czystą i prostą jasnością światła, życia i miłości.

Miłujmy tedy, bracia moi, miłujmy Boga; starajmy się jedynie o pomnożenie miłości Bożej, a z ową Bożą miłością każda inna cnota będzie nasza bez trudu: „Wszystkie dobra przyszły do mnie razem z nią" — mówi Salomon, mówiąc o mądrości tej miłości. Miłuj Boga, a czyń, co chcesz — oto zasada świętych; jest to owo doskonałe prawo wolności opisane przez świętego Pawła.

„Któż tedy, bracia moi, odłączy nas od miłości Bożej w Chrystusie Jezusie?" Czy utrapienia? Miłość jest pocieszycielką strapionych. Czy udręka? On rzekł: Wzywaj mnie w dzień ucisku, a wyrwę cię. Czy prześladowania? Nie, albowiem błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla Jego miłości. Czy głód i nagość? Nie, albowiem błogosławieni, którzy cierpią ubóstwo w duchu Jego miłości, który „będąc bogatym, stał się dla nas ubogim"; królestwo miłości jest ogłoszone jako ich szczególna własność. Czegóż nie powinniśmy być gotowi cierpieć, by posiąść tę doskonałą miłość Bożą? Albowiem Bóg jest naszym dobrem, jedynym naszym dobrem, dobrem wszelkich dóbr, naszą najwyższą i suwerenną radością; nie wolno nam się zatrzymać na niczym poniżej Jego miłości — i cóż znajdziemy powyżej niej? Co może być warte szukania, jeśli nie nasza najwyższa i suwerenna szczęśliwość? Tą może być jedynie sam Bóg, a nie ma innego zjednoczenia z Nim niż to zjednoczenie miłości. Ani też miłość owa nie może być miłością serca podzielonego — suwerennym prawem rości sobie On całość: „Synu mój" — mówi — „daj mi serce swoje." Innych możemy miłować Jego prawem w nich, lecz żadnego własnym ich prawem niezależnym od Jego miłości.

Któż tedy odłączy nas od doskonałej miłości Bożej? Czy śmierć? Lecz nie ma śmierci prócz śmierci duszy, a jeśli miłość Boża jest w duszy, śmierć ciała jest początkiem jej życia. Czy życie? Lecz Bóg jest źródłem życia. Czy próby przeciwności? Lecz im więcej miłujemy, tym mniej je odczuwamy. Czy rzeczy teraźniejsze czy przyszłe? Lecz serce miłujące Boga nie widzi niczego prócz Niego we wszystkim, co je otacza. Czy rzeczy wysokie, czy głębiny? Jeśli przez to rozumiemy wiedzę — precz z wszelką ciekawością, która by nas odłączyła od Boga. Jeśli niebo i piekło — czyż istnieje inne niebo niż Bóg? Lub czy istnieje inne piekło niż utrata Boga? Jestem tedy pewien, że we wszystkich tych rzeczach nie ma niczego, co powinno nas odłączać, lecz wszystko, by jak najściślej jednoczyć nas z doskonałą miłością Boga.

Bracia moi, czy miłujemy Boga? Czy w ogóle zaczęliśmy miłować Boga? Czy przynajmniej tak dalece skutecznie pragniemy miłować Boga? Czyż to nie jest całkiem pewne, że wiele rzeczy miłujemy bardziej niż Boga? Zatem nie miłujemy Boga! Przywiedźmy ten straszny fakt do próby. I jakiż lepszy dowód możemy mieć niż próba zaproponowana przez owego wielkiego miłośnika i nauczyciela Bożej miłości, świętego Augustyna?

Cokolwiek masz lub mieć masz nadzieję na ziemi — mówi ten Ojciec — jesteś daleko od owej ojczyzny niebieskiej, która powinna być jednym wielkim przedmiotem twoich pragnień. Czyż może miłować swój kraj ten, kto raduje się na wygnaniu? I czyż może miłować Boga ten, czyje serce nie drży ku Bogu? Możesz się łudzić, że miłujesz Boga, nie czując przy tym nawykowego pragnienia przebywania w Jego obliczu ani nawykowego żalu z powodu pozbawienia Jego oblicza; lecz jeśli tak jest, zamiast miłować Boga, nie zacząłeś nawet miłować Boga. Niech serce twoje odpowie na moje pytania — ciągnie święty. Nie zamierzam pytać niczego twego ducha — mogłaby się przyczepić jakaś próżna sofistyka, by wymknąć się trudności. Odwołuję się do twego sumienia i do zdrowego rozsądku twego serca. Słuchaj mnie tedy i z samego głębi serca mi odpowiedz. Każdy z was ma coś, więcej lub mniej, na tym świecie, i większość pragnie mieć więcej. Cóż tedy, gdyby Bóg rzekł ci: Cokolwiek masz, zatrzymaj; cokolwiek nawet pragniesz mieć, bierz wszystko. Nie lękaj się ich utraty. Nie lękaj się, mówię, ich utraty, bo nic nie będzie mogło niepokoić cię ani naruszać ich bezpieczeństwa. Żadna zazdrość, żadna chciwość, żadna choroba, żadna śmierć nie przyjdzie, by ci je zabrać. Są twoje wiecznie, niezmiennie, bezwarunkowo — tylko nigdy nie ujrzysz Boga. Jakie wrażenie przechodzi teraz przez twoje serce? Bracia moi, który byłby wasz wybór, gdyby Bóg uczynił taką propozycję? Wolelibyście cieszyć się dobrami tego życia w wiecznym pokoju, ryzykując nie widzenie Boga? Lub jesteście gotowi wyrzec się ich, i każdej ich cząstki, dla nadziei radowania się Bogiem? Co mówi tajemny głos wewnątrz twego serca? Ach! jeśli wahasz się, jeśli wątpisz choćby przez chwilę — nie miłujesz Boga; nie zacząłeś nawet miłować Boga. Albowiem zupełnie jasne jest, że Bóg nie zajmuje w twoim sercu absolutnego pierwszeństwa nad wszystkimi rzeczami tego życia. Co cenisz najbardziej na ziemi? Swoje dobre imię. Otóż! Niechaj ktoś ci je odbierze — czy miłujesz Boga dość, by złożyć Mu w ofierze swą urazę? Nie wiesz! Tedy nie miłujesz Boga! Niestety! I biada nam. Wyznajmy przynajmniej prawdę. Dla czci wiecznej dobroci wyznajmy naszą niesprawiedliwość. A więc nie miłujemy Boga! Ojcze nasz! Jesteśmy dziećmi Twojej miłości i nie miłujemy Cię. Twój własny obraz nie miłuje Cię, choć stworzony, by odbijać Twoją miłość. Zbawicielu nasz! O, jakże nas umiłowałeś! Stałeś się naszym bratem w niedoli i śmierci, a my nie miłujemy Cię. I ach! jak zapominamy, że w żłóbku płakałeś za nas; że na krzyżu za nas skonałeś. Wyznajmy przynajmniej naszą niewdzięczność i zacznijmy odczuwać wstyd. Nie miłujemy Boga, który nas miłuje i który wydał za nas swego Syna. On podtrzymuje nas w swoich ramionach i wzmacnia chlebem, a my Go nie miłujemy. Każdego dnia odwraca od nas śmierć, cierpliwie czekając na naszą miłość. Daje nam swoje stworzenia do naszej służby, a my miłujemy je bardziej niż Jego. Zsyła nam swego Jedynego Syna, a my traktujemy Go haniebnie. Ów Jedyny Syn przełożył nas nad swą chwałę i opuścił ją dla nas — wyznajmy, że Go nie miłujemy. Przyszedł na świat, by wzruszyć nasze litość swymi bólami — ta subtelna, łagodna miłość Boga — a jednak nie przenika naszych serc. Wyszedłszy z wieczności i odłączony od niebiańskich zastępów, wędruje za nami w ubóstwie i niedostatku — pragnie naszej miłości. Z bosymi stopami, z głową odkrytą, wystawioną na ciosy żywiołów, bez grosza i bez miejsca spoczynku dla tej znużonej głowy, szuka w nas ukojenia — a my Go nie miłujemy. Przemienia się w chwale, by nas pociągnąć, a my nie dbamy o Jego chwałę. Wtedy przychodzi w łagodności i pokorze, okryty hańbą i krwią, cały konanie i miłość — i wciąż jesteśmy nieczuli? Daje swoje ciało, teraz chwalebne, by nas nasycić; krew swą, by nas upajać miłością — całe Jego jestestwo jest darem miłości — i czy to możliwe, że wciąż jest prawdą, że Go nie miłujemy? Czyż nie jesteśmy unicestwieni? Czy jest część nas, której wstyd nie strawił? Wyznajmy tedy prawdę i zasmućmy się. Bóg nie jest miłowany! Bóg nie jest miłowany! Wszystkie rzeczy są miłowane prócz Boga, który stworzył miłość. Niebo jest przepełnione tajemniczą muzyką miłości, Bóg jest cały miłością, a święci są cali miłością, i aniołowie są posłańcami miłości; i Syn Boży zstąpił, by przynieść ten ogień na ziemię, a ludzie nadal Go krzyżują, tak że miłość spala swe wieczne żary w Nim samym, nie rozlana. O! jeśli zaczynacie odczuwać te rzeczy, wtedy zaczynacie miłować Boga. A jeśli zechcecie pielęgnować te uczucia aż staną się pragnieniami, wówczas wzrośniecie do miłowania Boga. Albowiem Bóg, widząc tę skruchę i zawstydzenie, ześle swego Ducha Świętego; ów Duch Święty rozszerzy wasze pragnienia i da wam modlitwę; modlitwa dokończy tego, co rozważanie zaczęło. W miarę jak będziecie rozważać te rzeczy, ogień się zapali; wasze pragnienia skupią się w jedno, i będą wzrastać, i rozszerzą się ku Bogu. Nie ma pewniejszego znaku obecności łaski i miłości niż ta wielkość pragnienia. Ani też, jak zauważa święty Bernard, nasz Ojciec Niebieski nie bierze pod uwagę tego, czym byliśmy, lecz czym pragniemy się stać. Pozostanie tylko to, by potwierdzić nowego ducha czynami. Złożycie Bogu w ofierze rzeczy, które odciągały was od Jego miłości; i będziecie hojni i szczodrzy z rzeczy, których Bóg wam udzielił. Albowiem miłość jest zawsze hojna i szczodra. Okażecie Bogu, że miłujecie Jego oblicze i Jego chwałę bardziej niż wszystkie Jego dary — Jego oblicze znajdziecie w ubogich; Jego chwałę w gorliwości Jego kultu.

← wróć do odkrywania